piekielni.pl

Pokaż menu
Szukaj

Poczekalnia

Napadało śniegu, a że chodnik przylega do mojej posesji mam obowiązek odśnieżać go. Za to po drugiej stronie ulicy posesje od chodnika dzieli rów i raz dwa razy dziennie śmiga traktorek wynajęty przez Urząd Gminy. No ale, żeby odśnieżyć chodnik muszę odśnieżyć sobie drogę do bramy, że śniegu nie dużo to robię sobie ścieżkę by dojść do bramy, samochód spokojnie po tym śniegu przejedzie.
Ot rozrywka przed snem po nocnej zmianie i nocnych opadach śniegu.
Chwilę odśnieżam chodnik i robię przerwę by odsapnąć, widzę starsza pani idzie, więc staję bliżej ogrodzenia by przeszła.
- No szybciej odśnieżaj pan, na autobus się śpieszę!
Uśmiechnąłem się i żartując mówię:
-Kierowniczko, kiepsko płacą za odśnieżanie, praca ciężka to se robię przerwę na fajkę, ale jak szefowa dasz pięć zeta to biorę się za robotę.
-Cham! Na Straż Gminną zadzwonię mandat będziesz miał. odpowiedziała i podreptała dalej.
-Nie jestem z panią na ty i miłego dnia życzę. -odparłem dalej się uśmiechając
Po drugiej stronie ładnie odśnieżony chodnik, po mojej stronie tylko u mnie częściowo odśnieżone.
Strażników chyba zasypało, bo nie dojechali, a przeważnie odśnieżone jest tylko przy 3-4 posesjach na mojej ulicy, więc pewnie mandatami też nie sypią za specjalnie.

chodnik

by krzychum4

Poszłam dzisiaj z Młodą na lodowisko. Na łyżwach jeżdżę "od zawsze", a Młoda (8 lat) złapała "lodowego bakcyla" już rok temu. Nie jeździmy trzymając się za rączki, nawet za bardzo nie zwracamy na siebie uwagi, ja po prostu jadę a Młoda trenuje umiejętności. Przyzwyczaiłam się już, że na tafli rzadko potrzebuje mojego wsparcia, ot, czasem w przelocie rzuci informacyjnie: "mamo, wywróciłam się", po czym jedzie dalej. Dzisiaj było inaczej.

Młoda podjeżdża do mnie i płaczliwym głosikiem informuje, że "ten pan mi przeszkadza!". OK, skarbie, to odjedź dalej od tego pana i tyle. "Mamo, ten pan się ze mnie wyśmiewa!". No to nie zwracaj uwagi. "Mamo! Ten pan we mnie wjechał! Specjalnie!!!". Stanęłam na chwilę (dłuższą) przy bandzie i poobserwowałam "tego pana".

Żaden "pan", tylko gówniarz 16-17 lat. Znajdujący niepojętą uciechę w przeszkadzaniu na lodowisku najmłodszym jego użytkownikom. Zajeżdżał drogę, efektownie hamował tuż przed "wybranym" dzieckiem, dogadywał jadąc tuż obok - głównym przesłaniem jego docinków było: "co się pchasz no lodowisko, jak nie umiesz jeździć!". Oj, chłopczyku kolorowy, tak to my się bawić nie będziemy... Poobserwowałam jeszcze chwilę i już wiedziałam - owszem, jeździł o wiele lepiej od mojego dziecka. Ale o wiele gorzej ode mnie.

Wróciłam do jazdy. Tuż obok "tego pana". A repertuar złośliwości miałam o wiele szerszy od niego. Zajeżdżanie drogi jest tak banalne, że pokusiłam się o nie chyba tylko raz (no może dwa...), oprócz tego było symulowanie ewolucji, które byłyby zbieżne z jego torem jazdy, ale jakoś tak nie zostały jednak wykonane, jazda tuż przed nim z żółwią prędkością, która zadziwiająco wzrastała, gdy usiłował mnie wyprzedzić i kilka innych trików, które chyba go zdenerwowały, bo w końcu zdecydował się wyrazić swoje niezadowolenie słownie.

- EJ! Przeszkadzasz mi jeździć!

- Oh, przepraszam, nie zauważyłam że jeździsz. Nie zwracam uwagi na ludzi miotających się bez sensu po lodowisku.

Nie załapał.

- Jak jesteś ślepa, to nie wychodź na taflę! Ja tu próbuję jeździć!

- To może byś popróbował gdzie indziej? Jakaś kałuża przed domem czy coś takiego... Po co się pchasz na lodowisko, jak nie umiesz jeździć?

Tym razem zatrybił, ale to chyba tylko dlatego, że Młoda przejeżdżając obok pomachała mi radośnie. Nadął się, zagulgotał prawie jak indyk i wypalił:

- Mamuśka ty się tu nie wymądrzaj, tylko o dziecko zadbaj!

Uśmiech w stylu jadowita żmija + rekin tuż przed capnięciem zdobyczy. I grzeczna odpowiedź:

- Ależ zajmuję się. W najlepszy możliwy sposób, czyli neutralizując jedyne zagrożenie, z jakim się tutaj spotkała. Czyli ciebie.

Chyba miał dość. Ale ja nie. Tak, byłam wredna i "przylepiłam się" do niego aż do końca rundy na lodowisku. Już nawet nie musiałam nic robić, sama świadomość, że jestem tuż obok spowodowała, że cały entuzjazm do jazdy (hmmm... do przeszkadzania innym w jeździe?) z niego wyparował.

No, wredna i piekielna mamuśka ze mnie...

lodowisko

by Xynthia

Około pół roku temu, jechałem jedną z dróg wojewódzkich. Ruch praktycznie zerowy, widozność idealna, warunki idealne. Akurat jadę po górę, a jakieś 100-200m samochód jadący z naprzeciwka zaczyna wyprzedzać. Na podwójnej ciągłej. Brakło paru metrów do czołówki. Tak samo brakło kilkudziesięciu centymetrów do mojego dachowania w rowie. I teraz - jak można być tak głupim? Gdybym akurat przez tą sekundę rzucił okiem na radio albo obrotomierz/cokolwiek zarówno ja jak i tamten "kierofca" bylibyśmy martwi. Teren niezabudowany, ja jechałem koło 80km/h, zakładam że "kierofca" nie jechał wolniej niż ja. Co nim kierowało?

drogi

by ~gruby95

Historia zasłyszana od znajomego prowadzącego stację benzynową pewnego koncernu naftowego,dodana za zgodą tego prowadzącego.Na pensję pracowników stacji paliw składa się minimalna krajowa plus premia. Progi premi oraz kwoty wyznacza koncern naftowy i wygląda to następująco(podane kwoty są przykładowe dla zrozumienia mechanizmu działania) do 90% marży jest 500 zł,od 91-110% 700 zł,a powyżej 110% 900 zł. I te kwoty dzielone są na ok 16 osób ( bo tyle mniej więcej osób pracuje na stacjach).Co zrobił koncern?podniósł minimalną pensję(bo musiał!) i obniżył kwoty premi za wyrobioną marżę. I to oczywiście w ramach corocznej "podwyżki". I nie, główny właściciel to nie prywaciarz tylko spółka Skarbu Państwa.

Miasto w centrum

by ~ktosiaczek

Dopadło przeziębienie, sił brak, ale pracować trzeba. Przychodzi stała klienta, ten typ co ani dzień dobry, ani do widzenia ani spier**.

No nic standardowo od progu witam ją "dzień dobry", lekko się uśmiechając, odpowiedzi nawet nie oczekiwałam. Potwierdzam wybrany zabieg, "yhy" nawet nie spojrzała w moim kierunku, usiadła w poczekalni.

Niespecjalnie mnie to obeszło, cóż taki typ człowieka. Zajęłam się swoimi sprawami w myślach odliczając do końca dnia. Wtem jak nie krzyknie - prawie zawału dostałam, bo usłyszeć jej głosu to się nie spodziewałam.

- Pani jest bezczelna! Niewychowana!
- Yyy ale nie rozumiem, przepraszam o co chodzi?
- Niech Pani nie udaje, że nie wie, że nie słyszała!

Stoję jak ciele, patrząc na babę wielki oczyma.

- Ja kichnęłam!
- No i? - cała sytuacja tak mnie zatkała, że nic mądrzejszego czy chociażby uprzejmiejszego nie potrafiłam z siebie wydukać.
- Wychowani ludzie, gdy ktoś kichnie mówią na zdrowie! Nie to co pani.

Tu już nie wytrzymałam, absurd sięgał zenitu. Jeszcze żebym faktycznie ją zignorowała, ale najzwyczajniej w świecie żadnego kichnięcia nie słyszałam.

- Wychowani ludzie proszę panią, to wchodząc do miejsca, które definitywnie stodołą nie jest, a w którym znajdują się inni ludzie mówią dzień dobry. Ci troszkę mniej wychowani dopiero odpowiadają na dzień dobry, gdy osoba będąca w środku ich przywita. Drugą sprawą jest odpowiadanie już nawet nie całymi zdaniami a zwykłymi słowami tak, nie na pytanie które ktoś zadaje, zamiast burczeć pod nosem bliżej nieokreślone dźwięki. Więc pani pouczanie mnie o dobrym wychowaniu, to tak jakby mnie ksiądz dzieci uczył płodzić. Pani zabieg zacznie się za 5 minut, zachęcam do poczęstowania się wodą lub herbatą, a tymczasem ja pozwolę sobie wrócić do swoich zajęć.

Nabrała powietrza w usta, ale nic nie mówiąc usiadła. Po zabiegu wychodząc rzuciła tylko " Zobaczysz, po skardze którą wysmaruję, już tu nie pracujesz!".

Żal mi tylko jednego: tak czy inaczej jestem w trakcie poszukiwania nowej pracy, a franca będzie miała pewnie niesamowitą satysfakcję gdy mnie już tu nie zobaczy, bo przecież mi obiecała...

by bee

Wczorajsza sytuacja w moim mniemaniu przebiła dno głupoty.

Pojechałem do banku zrobić przelew międzynarodowy. Nie mam odpowiedniego konta internetowego, więc pozostał mi jedynie oddział.

Akurat wychodziłem, gdy do środka wpadła sfrustrowana kobieta.
-Wy cholerni oszuści, przez was wciągnęło mi kartę!
-Mam rozumieć, że pani próbowała wypłacić pieniądze z bankomatu i maszyna nie wydała karty z powrotem, tak?
-A co ja przed chwilą powiedziałam, co!?
-Który to był bankomat?
-Tamten w rogu.

W tym momencie przybiłem w myślach facepalma. Na bankomacie była przyklejona kartka A4 z napisem "Awaria, zapraszamy obok". Obok stał drugi bankomat. Czytanie ze zrozumieniem trudna sztuka...

awaria bankomatu

by PluszaQ

Piekielność, nie piekielność, ciężko powiedzieć, ale dla mnie to wszystko jest po prostu absurdalne.
Jak wiadomo w szkołach są pielęgniarki. Pielęgniarki, by sobie zarobić, pracują na tym stanowisku w kilku szkołach równocześnie. Niby logiczne, w końcu trzeba jakoś zarabiać, ale może się to naprawdę źle kiedyś skończyć
Tu ktoś dostanie piłką w głowę dość mocno, nagle ma krwotok z nosa, albo mdleje. Takich sytuacji przecież w szkołach jest pełno, a nie zawsze jest się do kogo zgłosić.
Ale wyobraźcie sobie, że wasz znajomy nagle źle się czuje i sprawa wygląda stosunkowo poważnie, bo coś z sercem (chłopak czuje się słabo, ściska go w klatce i przez chwilę ledwo stał na nogach, choć po chwili już normalnie szedł), chcecie iść z nim do pielęgniarki. Już jesteście przed drzwiami i patrzycie na kartkę z godzinami- będzie w szkole za dwie godziny.
Wiecznie wywieszona kartka "za chwilę wracam", "mam przerwę", "wyjście służbowe" NAWET W GODZINACH JEJ PRACY w placówce. Widziałam panią wszędzie w szkole, ale gdy trzeba było cokolwiek załatwić, to nigdy jej nie było w danym pomieszczeniu. Przykładowo koleżanka musi mieć zmierzone ciśnienie, miała przyjść na przerwie, od kilku dni chodzi cały czas i próbuje złapać pielęgniarkę, która potem ją upomina, że przecież ona ani razu nie przyszła.
Przepraszam za sprzeczność, która się wywiązała, odrobinę poprawiłam, jednak ciężko mi opisać stan kolegi, by można było rzeczywiście zrozumieć jak to wyglądało.

szkoła

by V_Nikiforov

O bezmyślności ludzkiej.
Jechaliśmy kilka dni temu z mężem i psem na krótki urlop styczniowy. Warunki całkiem dobre, droga równa, prędkość ok 70/h. Wyjeżdżamy z zakrętu, za którym środkiem pasa, obok siebie na rowerach jadą ojciec i syn. Oczywiście najmniejszego odblasku choćby brak, o kamizelce (obowiązkowej w terenie niezabudowanym) nie wspominając. Nie muszę dodawać, że dzieciak jechał oczywiście po zewnętrznej?
Dobrze że przeciwległy pas był wolny, bo tragedia murowana. Zatrzymaliśmy się kawałek dalej. Mąż wyskoczył z samochodu solidnie wpieniony i mocno niecenzuralnie wyjaśnił tatusiowi roku w czym problem.
Mam nadzieję że dotarło.

Rowerzysta

by Evergrey

Na mój polski numer próbował się dodzwonić numer spamowy. Mam aplikację, która to monitoruje, stąd wiem, że spam.

Nie odpuszczali, więc w końcu odebrałam. A co mi tam :)

[T] telemarketerka
[J] ja

[T] Dzień dobry Pani, nazywam się Anna Kowalska, dzwonię z firmy X i mam przyjemność poinformować Panią, że Pani numer został WYLOSOWANY (uwielbiam to słowo :D) wśród mieszkańców miasta Warszawa...

[J] (przerywam) Ale ja nie mieszkam w Warszawie. Nie wiem, skąd to założenie.

[T] jak to?

[J] tak to.

[T] ale ja mam w systemie (!) że Pani mieszka w Warszawie.

[J] nie interesuje mnie co ma Pani w systemie, to Pani system.

[T] a to gdzie ja się dodzwoniłam?

[J] na telefon komórkowy proszę Pani, a nie stacjonarny.

[T] no tak, ale do jakiego miasta?

[J] no chyba Pani żartuje, że podam Pani moją lokalizację, może jeszcze adres?

[T] a dlaczego nie może Pani podać?

[J] bo Pani nie znam. Poza tym, nie ma Pani tego w systemie?

Pani telemarketerka rozłączyła się.

Śmieszy mnie to trochę, a trochę martwi. Bo ilość tych telefonów dochodzi nawet do kilku dziennie :(

Przestrzegam, jeśli ktoś chce Wam za darmo wysłać zaproszenia np. na pokaz garnków, to te zaproszenia faktycznie mogą być niezobowiązujące, jak i sam pokaz. Ale adres już podajecie :/

call_center

by sotalajlatan

Pracuję w pewnej firmie jako osoba odpowiedzialna za kontakt z klientem oraz papierkową robotę. Mamy też pracowników, którzy wykonują zlecenia u naszych klientów, jednak wcześniej termin takiej usługi musi być przeze mnie ustalony. Mam listę kontrahentów, z zaznaczeniem przy ich nazwisku rodzaju usługi oraz podanym numerem kontaktowym (czasem jest ich kilka).

Tyle tytułem wstępu, czas na piekielności:
zawsze staram się opracować trasę dla naszych pracowników możliwie jak najlepiej logistycznie. W tym celu dzwonię do klientów z odpowiednim wyprzedzeniem, aby uprzedzić ich o planowanym terminie oraz godzinie wykonania usługi.

Piekielność nr 1:
- dzwonię kilkukrotnie pod podane numery telefonów, oczywiście nikt nie odbiera. Wysyłam sms-a z prośbą o kontakt- cisza. Uznaję więc, że klient się rozmyślił i na jego miejsce umawiam kogoś innego. Po kilku godzinach lub na drugi dzień dostaję telefon od klienta z którym próbowałam skontaktować się jako pierwszym. Kiedy dowiaduje się, że niestety na jego miejsce jest już ktoś wpisany zaczyna się awantura i jest zdziwienie, że jak to, przecież powinnam poczekać aż on oddzwoni, bo on ma pierwszeństwo (?). Jasne, a ja na ustalenie 2-tygodniowej trasy mam wieczność...

Piekielność nr 2:
- podczas przyjmowania zgłoszenia i wstępnej rozmowy z klientem, dostaję zapewnienie, że on się do nas dopasuje! Że jemu bardzo zależy na wykonaniu usługi i obojętne kiedy do niego zadzwonimy i jaki termin zaproponujemy, on będzie w gotowości! Dzwonię 2 tygodnie wcześniej, że moglibyśmy być wtedy i wtedy. Odpowiedź klienta? Pani, to niemożliwe! Trzeba było dzwonić 2 tygodnie temu, on ma już poumawianych ludzi na zabiegi/ będzie na konferencji/sympozjum/wyjeździe służbowym/wakacjach (niepotrzebne skreślić).

Piekielność nr 3:
- dzwonię do klienta- zajęte. Próbuję za pół godziny, dalej zajęte. Próbuję w innych godzinach- znowu to samo. Podejmuję ostatnią próbę- jest sygnał. Nikt nie odbiera. Wysyłam sms-a z prośbą o kontakt, mija godzina i oczywiście nikt nie oddzwania. W internecie udaje mi się wygrzebać numer, który nie był podany przez klienta. Dzwonię. Odbiera na ogół pani z recepcji i mówi, że postara się coś ustalić, i że oddzwoni. Przeważnie na tym się kończy. Potem sama muszę dobijać się jeszcze do firmy kilkukrotnie, żeby uzyskać jakiekolwiek informacje. W 98% przypadków okazuje się, że klient zrezygnował z wykonania usługi i złożone przez niego zlecenie jest już nieaktualne. Serio tak ciężko jest zadzwonić do mnie i po prostu o tym poinformować?

Nie wiem, czasem mi się wydaje, że niektórzy ludzie tylko wymagają i uważają że im się należy, a nie potrafią niczego dać od siebie.

klienci usługi

by underground
Następna strona