piekielni.pl

Pokaż menu
Szukaj

Poczekalnia

Coś we mnie pękło i postanowiłam wam opowiedzieć o mojej siostrze i podwójnych standardach w rodzicielstwie.
Ja rozumiem, że każde dziecko jest inne i należy je traktować indywidualnie ale to co się zadziało z Anetą (imię zmienione) to przegięcie.
1. Aneta nie poszła na studia dzienne. Nie chciała, uznała że będzie pracować i jednocześnie studiować. Ok, nie mam nic do tego, sama tak zrobiłam. Na zajęcia chodziła, ale jak się okazało kasy z pracy nie starczyło na imprezy i czesne. Zaczęli pomagać rodzice, mimo, że sami mieli z kasą krucho. Aneta pozaliczała wszystko, ale... Jak przyszło co do pisania pracy licencjackiej, zaczęły się wymówki. A to nie miała czasu, a to coś tam. Ojciec jeździł z nią po 30 km na spotkania z promotorem, nie wiem po co, bo Aneta nie napisała nawet rozdziału pracy. Obronił się jej rocznik, ona stwierdziła że weźmie drugi termin. Pracy nie napisała. Pojawiły się sugestie, żebym jej "pomogła". Za dobrze jednak znam moją siostrę i postanowiłam- ok, pomogę. Pójdę z nią do biblioteki, podpowowiem co i jak. Nie, nie pasuje. Bo ona chciała, bym jej ta
tą pracę napisała.
Ostatecznie dostała list z uczelni o skreśleniu z listy studentów. Nie odwołała się, pracy nie napisała, kasa z 3 lat w błoto. W tym ta, którą płacili rodzice.
2. Aneta szukała pracy. Żeby właśnie, móc pracować i studiować. Kiedy jednak pytaliśmy ile i gdzie wysłała CV, pojawiał się majestatyczny foch. Dostała w końcu pracę, na kompletną śmieciówkę. Po powrocie z pierwszego dnia zaczęła płakać, że ona tak nie będzie pracować, że musi dojechać taki szmat drogi (15 km) i że to nie dla niej. Rodzice, oczywiście, akcept.
Ostatecznie znalazła pracę w markecie. Nie żeby coś było w tym złego, ale to raczej słaby szczyt marzeń jak na młodą osobę. Pracy zmieniać nie chce, tak dla jasności bo "się przyzwyczaiła".
3. Główne hobby Anety to oglądanie filmików na YouTube. Nic w tym złego, powiadacie? Może i tak, ale te filmiki dotyczą teorii spiskowych albo porad makijażowych. Często na przykładzie mężczyzn. Do tego potrafi włączyć to na tv w salonie, podczas kiedy ktoś rozmawia i mieć pretensje że się jej przeszkadza, podgłasza teatralnie.
4. Największe idolki Anety to Kardashianki. Na ten temat nawet nie będę się rozwijać.
5. Aneta w domu nie pomaga nic. Mieszka z rodzicami i w związku z pracą w markecie ma pracę po 12 godzin. Wiąże się to z dniami wolnymi często w ciągu tygodnia. Ale nie, Aneta nic nie zrobi bo "jest zmęczona". I to niezależnie od tego czy wolny ma jeden dzień czy trzy pod rząd. Ona PRACUJE i nic nie wolno jej powiedzieć. Jeśli będzie inaczej kończy się fochem i zamknięciem w pokoju przy akompaniamencie filmików YouTube.
6. Aneta robi zakupy, bo zabrakło jej czegoś z rzeczy spożywczych. Pomyśli, że trzeba kupić cokolwiek bo rodziców nie było przez tydzień a następny dzień to niedziela bez handlu? Nie. Kupuje to co potrzebowała i bajobongo.
Nie ma osobnej lodówki ani półki. Jak rodzice coś kupują, to może spokojnie jeść.
7. Czepia się wszystkiego i wszystkich. Ostatnio zrobiła mamie awanturę, że ta nie odpowiedziała w sklepie 'dzień dobry'. Awanturę. Skończyło się fochem na trzy dni.
8. Rodzice wyjeżdżają, trzeba ich zawieźć na lotnisko. Co w takim razie robi Aneta? Idzie wieczór wcześniej do koleżanki na wino. Nie wraca do domu, więc rodziców musi zawieźć sąsiad. (Ja nie mogłam, mieszkam o wiele km za daleko a rodzice do końca liczyli na Anetę.)
9. Aneta nie robi sobie prania. Liczy na to, że mama np. Zmieni jej pościel.
10. Kiedy coś jest nie po myśli Anety, następuje foch. Ale nie taki po prostu, jest to foch teatralny. Wiadomo wtedy, że przez najbliższe godziny jeśli nie dni, nie ma sensu się do niej odzywać bo zabije wzrokiem i nie odpowie.
Foch może być na wszystko. Nawet na to, że nie chce się z nią w upale iść na długi spacer.
11. Mama poprosiła mnie w obecności Anety żebym jej załatwiła inną pracę. Mam takie możliwości więc pytam co by ją interesowało itp. Aneta przy mamie odpowiadała niechętnie. Później na osobności wyznała że nie chce pracować u mnie w pracy bo za daleko, nie jej zakres zainteresowań... Bo w markecie zainteresowania rozwija maksymalnie.

Powoli zaczyna mnie to irytować. Irytuje mnie to, że rodzice pozwalają jej na takie zachowania. Ja rozumiem, jest dorosła. Ale mimo wszystko, jakieś granice są. Kiedy próbuję z nimi o tym rozmawiać to kończy się na podsumowaniu "Aneta to Aneta". Aż się odechciewa ich odwiedzać.

Rodzina ach rodzina

by Poziomeczka

Prywatna kontra publiczna służba zdrowia. Co może być piekielne?
Pacjent najprawdopodobniej.

Wizyta w tym konkretnie prywatnym ośrodku kardiologii zabiegowej wymaga wcześniejszej rejestracji. Wyznaczają ci datę i godzinę. Oczywiście lepiej przyjechać nieco wcześniej, aby pan z rejestracji dokonał pomiaru ciśnienia i wypełnioną wstępnie kartę zaniósł do gabinetu.

Sama długość wizyty u lekarza jest zależna od etapu leczenia. Może trwać 5 minut jak i 15. Wszystko w atmosferze spokoju, miłej rozmowy, itp.

Z tego powodu często się zdarza, że można wskoczyć w takie okienko i szybciej mieć wizytę.

Ponieważ jest to ośrodek zabiegowy, pan z rejestracji (tak, tam też oszczędzają na personelu) w określonych godzinach i dniach wykonuje np. echo serca, itp.

I pewnego dnia trafiłam tam na awanturującą się kobietę i jej męża. Pani krzyczała z pokoju zabiegowego, że ona chce już natychmiast badania, a pan z rejestracji zdążył przyjąć trzech pacjentów i już kolejnego wpisuje. Mąż groził, że ich nogi ostatni raz w tym przybytku stały.

Pan uspokajał, tłumaczył, że musi zarejestrować planowych pacjentów w tym na zabieg koronarografii. Rozjuszyło to babę jeszcze bardziej, bo ona tu siedzi od pół godziny.

Chyba rejestratorowi ciśnienie wreszcie podskoczyło, bo zapytał ma którą godzinę pani ma wizytę umówioną.

"A co to pana obchodzi?! Mam na którą mam, a pana obowiązkiem jest mnie zbadać a nie przyjmować pacjentów!"
Mąż zagroził złożeniem skargi i wreszcie poszli do lekarza.

Pytałam potem doktora o wrzeszczącą babę. A jakże, skargę złożyła. Skarga została przyjęta i konsekwencje wobec rejestratora miały zostać wyciągnięte. Po czym nastąpiło znaczące mrugnięcie okiem.

Prawda była taka, że kobieta wymyśliła sobie wizytę o półtorej godziny wcześniej, bo chyba jej tak pasowało.
Cóż, w tym przypadku nie można się dziwić, że rejestrator przyjmował planowych pacjentów a kobieta musiała czekać na badanie.

słuzba_zdrowia

by luska

Często pojawia się temat służby zdrowia w roli głównej, więc i ja dodam swoje 3 grosze.

Podczas ferii zimowych byłam na wsi u siostry. W pewien dzień rano zaczął bolec mnie brzuch. Znałam ten ból doskonale, bo miałam drobne kamyki w woreczku żółciowym i takie bóle zdarzyły się już kilkakrotnie. Lecz przyznam, lekko mnie to zaskoczyło, ponieważ rano jak i poprzedniego dnia jadłam jedynie chleb z twarogiem. Nic tłustego.
Wzięłam leki przeciwbólowe i poszłam z dziećmi na sanki. Była to godzina 11 w niedziele.

Gdy wracałam czułam, że ból jest silniejszy. Akurat miałam wracać z mężem do miasta, więc stwierdziłam, że od wypadku przyspieszę swoją podróż.

Jechałam 2,5 godziny w bólach. Już silniejszych. Wiedziałam, że może to trwać kilka godzin, więc nastawiałam się na to. W domu kolejna dawka leków, które nic nie pomogły. Po tym jak zaczęłam wyć z bólu, mąż zadzwonił na pogotowie. Karetka przyjechała szybko. Pomacali, zmierzyli ciśnienie (200/100) oraz cukier (200) dali leki na nadciśnienie oraz kazali wykupić ketonal, coś jeszcze i pojechali. Do 30 minut ból powinien ustąpić. Nie ustąpił. Po 2 godzinach po rozmowie męża z dyspozytorką ta znów wysłała karetkę. Przyjechała większa ekipa, lepiej wyposażona. Byli w szoku jak usłyszeli „zalecenia” swoich kolegów po fachu oraz faktu, że nie dostałam od nich leków (których jak usłyszałam, gdy rozmawiali między sobą, nie mieli).

Zabrali się do roboty, wenflon, leki dożylne. Poczekali aż ból zacznie słabnąć i pojechali. Była to 1 w nocy. Ból zelżał, lecz nadal go czułam, ale poszłam spać. Pospalam... 30 minut. Ból nawrócił, bardzo silny. Pojechałam na SOR taksówką, innej możliwości nie było. Mąż musiał zostać z dziećmi w domu, a nie mieliśmy nikogo do pomocy. Jak już trafiłam na SOR to miałam szczęście, bo okazało się, że przede mną nikogo nie ma. Wzięli mnie od razu.

Kroplówki, badania, już nie wiedziałam co się wokół mnie dzieje. Kroplówki w końcu dały ulgę, badania wyszły ok i o 7 w poniedziałek wróciłam do domu. W zaleceniach było napisane, że mam wrócić na SOR w trybie natychmiastowym, jeśli zaczną mi między innymi żółknąc oczy.

Koło 10 napiłam się łyk wody, pojawił się przeszywający ból. Ale minął po kilku minutach. Byłam tak słaba, że cały dzień spałam. Bolało mnie ciągle, ale mówili, że podrażniony woreczek może bolec, więc nie narzekałam. Bolało w nadbrzuszu, w centralnej części. Przy każdym kroku, oddechu. Wieczorem myślałam już, że to żołądek. W końcu nie jadłam nic już od ponad 30 godzin.

Ugryzłam wiec wafla ryżowego i napiłam się łyka wody. Po 10 minutach dostałam bardzo silnego bólu, silniejszego niż wcześniej. Wzięłam leki i spróbowałam iść spać, byłam ciągle osłabiona. Przysypiałam, lecz co jakiś czas budził mnie ból. Około 2 w nocy chciałam już umrzeć i pobiegłam wymiotować. Niestety nie było czym. Synek też wymiotował, więc byłam pewna, że dodatkowo złapaliśmy wirusa. Po tym epizodzie przeszło i mogłam iść spać dalej. Rano obudziłam się z lekko żółtymi oczami na samym dole. Zastanawiałam się co robić, ale około 11 we wtorek, pojechałam jednak na SOR myśląc, że będę zawracać jedynie tyłek.

Dużo się nie pomyliłam, Pani w okienku marudziła, że trzeba operację zrobić i będzie spokój, że przecież nic mi nie jest. Według niej oczy mogą być żółte po ataku. Nie chciała słuchać, że boli, że ledwo chodzę już, bo jestem tak słaba, że mam dość.
W końcu po moim uporze stwierdziła - dobra, zbadamy.
Moja kolej nadeszła po około godzinie. Kroplówki, badania, chcą zrobić usg. Ok, róbcie cokolwiek, byleby mi ulżyć.
W usg wyszło, że mam poszerzone drogi żółciowe i coś jeszcze. Po 10 minutach przyszły wyniki badań z krwi.

Nagle słyszę „o ku**a”.
Podsłuchuję, że rozmawiają o czyiś wynikach badań - duży poziom bilirubiny i tragicznie wysoki poziom amylazy trzustkowej. Szybko telefon na oddział i tekst „nie wychodź, przywozimy do Was na chirurgię pacjentkę. Młodziutka. 24 lata.” Wtedy już wiedziałam, że to o mnie mowa. Okazało się, że jeden z kamyczków poszedł sobie na wędrówkę w drogi żółciowe i doszło do ostrego zapalenia trzustki. W dodatku byłam już maksymalnie odwodniona.
Dowiedziałam się, że gdybym z tym poczekała jeszcze kilka godzin, może dzień, to osierociłabym dzieci.

Spędziłam tam tydzień. Doszłam do siebie. I tu pojawia się kolejna piekielność. Trzeba wyznaczyć termin zabiegu usunięcia woreczka. Umawiają mnie za 2/3 tygodnie do poradni chirurgicznej. Zaznaczają, że pilne, trują mi, że muszę jak najszybciej usunąć, że to się może powtórzyć.

Ok, nadszedł termin, był to początek marca. W poradni spędziłam kilka godzin (byłam umówiona na godzinę), by dowiedzieć się, że muszę jeszcze odbyć konsultacje z anestezjologiem. Więc pani przyjdzie do nas 10 maja... opadło mi wszystko. Mam już, teraz, natychmiast usunąć, ale termin na kolejną konsultacje jest za 2 miesiące?! Czyli mam się zoperować sama czy jak?

Na drugi dzień dzwonię do szpitala i chce umówić się do anestezjologia prywatnie. Mówię jaka sprawa i wtedy miła pani mówi STOP. Skoro zabieg ma być na NFZ, to muszę iść do anestezjologa na NFZ. Nie powiem, wkurzyłam się.
Poszłam prywatnie do chirurga, z innego szpitala. Od ręki wystawił mi termin za 2 miesiące, bo do zrobienia sterta badań (mam planowaną jeszcze znacznie poważniejszą operacje, też u niego).

W chwili obecnej jestem po zabiegu, wszystko poszło super, a ja mogę normalnie funkcjonować bez obawy, że coś się stanie.

Szpital Kraków

by nie_idealna_mama

Jestem w odwiedzinach u rodziców po kilku latach za granica. Rodzice mieszkają na osiedlu wieżowców. Nie mogę wprost uwierzyć, jak tutaj ludzie sie nawzajem nie szanują - co drugi wczesny poranek budzą mnie czyjeś wrzaski zza okna! A to podchmielony pan z psem, a to drugi delikwent wydzierający sie o 6:15 rano tuż pod moim oknem... Wlasnie wezwałam policję na sąsiadów z gornego piętra, którzy obudzili mnie głośna impreza o 4:10 nad ranem (noc z niedzieli na poniedziałek, ludzie wstają rano do pracy).

Krzykacze nie szokują mnie tak bardzo, jak kompletny brak reakcji osiedla. Tylko w tym bloku jest ponad 300 mieszkań - wyobraźcie sobie, jaki byłby spokój, gdyby chociaż połowa pogoniła takich raz i drugi. A ludzie - nic!
„Uroki życia w bloku” - to znaczy, ze już nie ma sie prawa do wypoczynku?

Rozumiem, ze po 6:00 rano nawet Policja nie pomoże, bo to podobno koniec ciszy nocnej, ale ze do tej pory żaden sąsiad nie wystawił o takiej porze głowy za okno i nie zrugał przeszkadzajacego (skoro już pół bloku i tak nie śpi...), to jest dla mnie kompletny szok.

I teraz - magia! Krzyki właśnie ucichły. Ja jestem tu na wakacjach, wiec wracam do łóżka spac i do 10:00, ale co z setkami ludzi dokoła, którzy wstają rano do pracy i czeka ich ciężki dzień? Kto sie zatroszczy o ich prawo do spokoju, jeśli nie oni sami?

Bielsko-Biała

by ~Odwiedzajaca

Piekielne PKP InterCity

Kup kilka dni przed wyjazdem bilet na TLK z miejscówką na trasie Gdynia-Poznań. Dowiadujesz się po wejściu do wagonu, że twoje miejsce siedzące nie istnieje, np. masz nr 78a miesca w sąsiwdznich przedziałach to 71- 76 oraz 81- 86. Problem nie dotyczy tylko jednej osoby a kilkudziesięciu. Konduktorzy nie reagują na problem, nie chcą dać poświadczenia o braku miejsc.

by ~Snajpera

O tym jaką złą mamą jestem.
Pracowałam kiedyś w firmie wynajmującej apartamenty- na dzień, dwa, dłużej. Praca wypadała też w weekendy, ale płacili podwójnie więc kazdy sie garnął. Czasem byłam na recepcji, czasem sprzatałam nasze apartamentyi. Mój mąż jest kierowca cieżarówki, czasem w weekendy niestety go nie ma. Ale szefostwo i ekipa kochana, wiec bez problemu na te 4-5 godz brałam mojego 9-cio latka ze soba do pracy.O ile gdy byłam na recepcji to po prostu czytał koło mnie, grał/ zwiedzał internet, inaczej było gdy szłam sprzatać mieszkania.
Zawarliśmy układ na mocy którego moje dziecię: opróżniało kosze na śmieci, ściagało pościel, zakładało poduszki, wymieniało ręczniki na świeże i donosiło kosmetyki i zestawy do parzenia kawy lub herbaty.
Całość zajmowała mu max 15 min potem siedział na sofie czekając aż skończę. Za swoją pomoc dostawał 5 zł od mieszkania- więc na godzinę miał niezłą stawkę:)
Opowiadam wałaśnie o tym w nowej pracy, gdyż moje dziecko żałuje ,że teraz nie może ze mną chodzić i parę złotych przydłubać.
I co się dowiedziałam? Jestem podłą matką wykorzystującą małoletnie dziecko. Jak mogę zabierać mu dziecińswo(?). I kilka podobnych zdań z ust matki , której 12 latka nie umie zrobić sobie kanapek bo nie obsługuje noża....my własnie uczymy się gotować zupy a kanpaki młody robi sobie sam od chyba 2 lat.

Naprawdę to żle, że mój syn zdaje sobie sprawę,ze pieniążki nie rodzi bankomat i trzeba je zarobić?
Źle,że moje dziecko nauczyło się i pomagać w domu?

Naprawdę nie ogarniam co robię źle.

hotelarstwo

by ~Keiko

Witam Piekielnych
Będzie raczej krótko, bo chce tylko się wygadać. Maż dostał wezwanie do zapłaty za DPS na ojca, który nigdy nim się nie zajmował, nie płacił alimentów i miał w poważaniu co się z dzieckiem dzieje. 37 lat żył, chlał, nie pracował ,robił co chciał, aż się zachlał do tego stopnia, że trafił na OIOM, a potem do DPS. Żyjemy od pierwszego do pierwszego, za 1700 zł jakoś sobie radząc i opiekując się moją mamą, nie mamy luksusów, ale na jedzenie i życie nam starcza. A teraz w oczach prawa mamy chyba popaść w nędze, aby darmozjada utrzymać.

by ~TimeLady

Czytając historie o znajomych proszących o przenocowanie, a wpadających ze znajomymi, przypomniałam sobie moją własną.
Parę lat temu moi rodzice stwierdzili, że mają dość życia w mieście i wyruszają w świat. Wspólny dom sprzedali, a z pieniędzy za niego dołożyli się do mieszkań mojego i siostry.
Tak więc mam ja niewielkie mieszkanko, w którym spokojnie zawsze znajduje się miejsce, gdy któryś ze znajomych potrzebuje przenocowania. Do tej pory nie było problemów - znajomi wpadali, spędzaliśmy miło czas, zwykle nawet odpłacali się śniadaniem, czy czekoladą.
Do czasu.
Niecały rok temu zadzwonił do mnie mój dobry [P]rzyjaciel, z którym kumplujemy się od gimnazjum. Powiedział, że chciałby wbić do Warszawki i czy może zostać kilka dni. Naturalnie się zgodziłam, bo miałam akurat wolną kanapę dla gości, a też chętnie spędzałam z nim czas.
Tutaj muszę wspomnieć o jednej rzeczy - kumpel jest naprawdę super, ale zawsze wybiera sobie fatalne dziewczyny, które w dodatku zwykle za mną nie przepadają. Może to moja wina, bo P z problemami w związku zwykle zwracał się do mnie i jeżeli któraś z jego dziewczyn dorwała się do jego SMSów czy wiadomości na fb, to od razu było, że podpuszczam P i chcę mu zepsuć związek(Wiem, że to chore, że dziewczyny zaglądały mu do telefonu). Innym powodem też może być, że z P jesteśmy bardzo blisko. Traktuję go jednak jak starszego brata, niż materiał na chłopaka i wszyscy o tym doskonale wiedzą. Rozumiałabym niechęć do mnie, gdyby nie jedna, istotna informacja - od lat jestem zadeklarowanym aseksem i nie czuję żadnego pociągu seksualnego, do nikogo. To jednak widocznie za mało, bo niemalże każda dziewczyna P widziała we mnie rywalkę.
Po tym przydługim wstępie, przejdę do historii właściwej.
Nadszedł dzień przyjazdu P. Ogarnęłam mniej więcej mieszkanie, kupiłam coś do żarcia, a w razie czego wyposażyłam się w numery do pobliskich pizzeri.
Nadeszła godzina zero, usłyszałam pukanie do drzwi. Ucieszona, że zobaczę kumpla, idę otworzyć.
Pewnie się spodziewacie, co potem się stało.
Za drzwiami oprócz P oczywiście stała jego [D]ziewczyna, widocznie niezadowolona, patrząca na mnie chłodno. W pewnym szoku wpuściłam ich do domu, ale od razu wzięłam P na stronę.
J: Ej P, co jest grane? Nie wspominałeś, że zabierzesz tu swoją dziewczynę.
P: No wiem, ale jak D się dowiedziała, że jadę, to się uparła, że ona też musi jechać
J: I nie uznałeś za stosowne mnie o tym poinformować? I zapytać, czy mam miejsce i ochotę na kolejną osobę?
P: Nie przesadzaj, przecież nie mogłem jej zostawić samej. Wiesz, że by się obraziła. No i wiesz, to w końcu moja dziewczyna, to chyba naturalne, że jak gdzieś jadę, to z nią.
J: Słuchaj, jak chcesz, to możesz sobie ją zabierać wszędzie, ale póki przyjeżdżasz do kogoś w gości, to wypadałoby, żebyś zapytał, czy możesz kogoś zabrać. Teraz co, przez kilka dni mam znosić, jak D nie odzywa się do mnie słowem, wścieka się, gdy się do ciebie odezwę i nie odstępuje cię na krok?
P: Jak zwykle przesadzasz. Przecież nie będzie się tak zachowywać(bzdura, D nie potrafi, albo nie chce ze mną gadać, a ja nie mam jakoś ochoty się do niej zbliżać. W ciągu 3 lat, jak chodziła z P zamieniłyśmy może z 10 zdań).
J: Wiem, że będzie. Poza tym, zachowałeś się cholernie nie fair, zapraszając ją tutaj bez mojej zgody. Nie jestem hotelem i nie możesz mnie tak traktować.
Po dłuższej dyskusji, P poszedł porozmawiać z D, która jak się okazało, słyszała wszystko. Po dość głośnej dyskusji, przytłumionej niestety przez zamknięte drzwi, P przyszedł do mnie i powiedział, że teraz D się źle czuje i nie zostaną tutaj(na szczęście).
Wynajęli sobie hotel i do końca wyjazdu P się ze mną nie skontaktował. Na szczęście z P dalej mamy kontakt i dobrze się dogadujemy. Do tamtej sytuacji nie wróciliśmy, ale do dzisiaj, jak P chce wpaść do mnie, dopytuję, czy tym razem wpadnie bez żadnej niespodzianki.

by ~April741

Moja rodzina ma chyba bzika na punkcie wczesnego stawania na ślubnym kobiercu bowiem odkąd skończyłam 20 lat na każdej uroczystości rodzinnej byłam wypytywana o datę zaręczyn i ślubu no bo w końcu "tyle już razem jesteście" (2,5 roku razem, mój luby rok ode mnie młodszy). Ciężko docierały argumenty "ślub i wesele kosztuje, trzeba odłożyć a studia chcemy skończyć" chociaż oczywiście każdy wujek i ciocia "ale byśmy się pobawili na weselu!", człowiek miał dość chodzenia na wszelkie spotkania i zloty chociaż rodzin lubił.

W końcu nadszedł dzień, w którym usłyszałam to wspaniałe pytanie i zaczęliśmy planować imprezę. Padła decyzja "małe wesele, najbliższa rodzina i przyjaciele". Szał przygotowań, kto miał ten wie, wyznaczyliśmy sobie tour de Familia na 4 miesiące przed ślubem coby każdy mógł wziąć wolne... okazało się, że nie wiadomo czy chociaż połowa przyjdzie. Tłumaczenia?

"Wtedy? No kurcze, ja nie wiem bo tydzień później są urodziny X a my zawsze wtedy gdzieś jeździmy... nie możecie przełożyć?"
"Nie przyjdziemy bo wtedy wujek będzie jeszcze w żałobie"
"Nie przyjdą. Nie mówili czemu" - przekazane przez wujka od kuzynki.
"Bo za miesiąc wesele mojej koleżanki z pracy, ja nie wiem czy dojdę do siebie w tym szale weselnym"
"Nie idę na żadne wesele, ja już wesel nie lubię!"
"Nie mam z kim iść więc nie będę wstydu robić"
"Nie mam z kim zostawić dziecka!" (hit o tyle, że to bliska rodzina, dziecko będzie miało dwa lata i mieszkają na tej samej ulicy, co ich teściowie. Dla odmiany moja przyjaciółka z mężem z Holandii przyjeżdża z 5. miesięcznym synkiem i nie widzi problemu choć mogłaby go rodzicom po drodze podrzućić)

Z rodziną to niby dobrze tylko na zdjęciu a ja chyba nawet na zdjęciu nie będę z nimi.

wesele rodzina zaproszenia

by ~Cochise

W tym roku biorę ślub, więc jest to dla mnie mega ważny rok. Wszystko super pięknie, ale nie moja Mama stwierdziła że jest nieszczęśliwa z moim Tatą i znalazła kogoś innego ale na drugim końcu Polski i się wyprowadziła, jestem na nią wściekła ale to co Tata wyprawia to zasługuje na historię tutaj.
Rozumiem że zdradzonego faceta najbardziej boli duma ale to co robi mój Ojciec to przegięcie może w punktach będzie łatwiej :

1. łazi po całej rodzinie i narzeka jak to on nie jest zraniony, zdradzony itd. potrafi po 5 razy podejść do domownika i mówić mu w kółko to samo ( czyli jak bardzo jest załamany, nikt go nie wspiera ( co jest bzdurą my stajemy na rzęsach żeby go odciągnąć od siedzenia w łóżku cały dzień, zabieramy do kina, spacer, obiad ) oraz oczekuje że my czyli ich dzieci najdziemy cudowny sposób żeby mama wróciła do domu i wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

Jak domownicy przestali mu przytakiwać z nadzieją że się odczepi co działało przez chwilę potem wymuszał żebyśmy znaleźli sposób na to żeby mama wróciła mimo że to bez sensu bo Mama nie chce wrócić a my nie chcemy wysłuchiwać ciągłych awantur, następnie chodził po reszcie rodziny i narzekał że nie ma wsparcia a my jesteśmy murem za Mamą ( co oczywiście jest bzdurą nie jesteśmy za nikim ).

Każdy pomysł z naszej strony czy chociaż wytłumaczenie jak wygląda sytuacja spotykało się ze ścianą bo Ojciec wyłapywał tylko co chciał czyli znowu że my jesteśmy za Matką i że on jest wszystkiemu winien ( i tak w kółko i w kółko ) Potem od rodziny dowiadywałam się że ja marzę o tym żeby jeździć co chwila odwiedzać mamę i w ogóle to mam nowego Tatusia ( mimo że wie że nienawidzę nowego Faceta Mamy )

2. Wracając do ślubu no to mimo wszystko chcę żeby odbyło się bez przypałów ale Tata po pierwsze odmówił nie picia alkoholu a jak wiemy alkohol dodaje odwagi do narzekania i robienia przypału bo jeszcze podpity wujek go poprze i będzie dramat. A po drugie to on przecież nie stanie koło Mamy jak będzie podziękowanie dla Rodziców bo go zdradziła i koniec. Do tego robi sceny że on się nie pojawi na ślubie bo Matka tam będzie a zaraz potem przychodzi i mnie przeprasza, by po chwili kazać mi nie zapraszać Mamy na ślub bo albo On albo Ona.

Nie dociera do niego że nie robi Mamie na złość tylko mi robi przykrość i cała rodzina ma dość tej sytuacji a do niego nie dociera i sama nie wiem co robić czy nie zapraszać rodziców na wesele czy zaprosić i modlić się o brak awantur, sama nie wiem co zrobić.
Z Mamą też długa historia ale to jest mniej ważne bo aktualnie boli najbardziej zachowanie Ojca.

by Kociara123
Następna strona