piekielni.pl

Pokaż menu
Szukaj

Poczekalnia

Historia jakich wiele.

Miałem kiedyś przyjaciela, miał swoje wady, ale łączyła nas pasja do samochodów. Kiedyś poznał moją koleżankę, która żyła od dziesięciu lat na emigracji.
Pokochali się i zamieszkali u jej rodziców, a po roku i bardzo niewielu kontaktach z moim wówczas najlepszym kumplem otrzymałem od niego wiadomość z propozycją pracy za minimalną stawkę z ubezpieczeniem i zapewnionym mieszkaniem. Dogadaliśmy szczegóły, mieliśmy rozwinąć kiedyś założony warsztat samochodowy w nowym miejscu. Wszystko było jego zdaniem dopięte na ostatni guzik więc zorganizowałem sobie przeprowadzkę, wziąłem tysiąc euro oszczędności i poleciałem. W tym momencie kończy się sielanka, ponieważ na miejscu okazało się, że drogi przyjaciel z torbą podstawowych narzędzi i pieniędzmi na czynsz za pierwszy tydzień otworzył rzeczywiście warsztat na wiosce gdzie jest kilku innych mechaników. Oczywiście o legalizacji miejsca nie było mowy, żadnej umowy. Zaufałem i to był błąd powinienem był brać nogi za pas. Jak można się łatwo domyślić jak szybko się to zaczęło tak szybko się skończyło. Z racji, że łatwo się nie poddajemy i zwaliliśmy winę na brak klientów - zaczęliśmy wspólnie pracować na budowie. Oboje zarabialiśmy tyle samo, oddał mi połowę długu. Drugą połowę obiecał oddać po ślubie ze swoją kobietą. Nie jest to jakaś zawrotna kwota, ale ślub cywilny się już odbył, a gdy upmniałem się o oddanie długu zostałem zwyzywany i próbowano wmówić mi, że to ja im wiszę pieniądze, a nie oni mi za pracę. O ile on może i jest w stanie dotrzymać słowa tak ona napewno go od tego odciągna.

Wątpię, żeby to przeczytali (on nie bardzo potrafi czytać), a ona jest studentką pewnego elytarnego (błąd umyślny) kierunku, przez który poczucie wyższości zaburza całkowicie moralność. Trudno, w rodzimym mieście wszyscy znajomi już wiedzą, a połowa jego rodziny się już odwróciła i to bez mojego wypływu. Widocznie Karma wraca.

Emigracja przyjaciele oszust

by KaszkaDziwaczka

Historia sprzed niecałej godziny. Potuptałam sobie grzecznie do kościółka, taką mam potrzebę, tak wiara nakazuje, etc. Specyfika miejsca, w którym się znajduje jest dla historii dość ważna.

Otóż wejść można od strony ulicy równoległej do dużej, głównej. Uczęszczana zwykle nie jest, ale przed i po mszy ruch się zagęszcza, bo ludzie, którzy przyjechali, a nie przyszli, jakoś się stamtąd muszą wydostać. A że parafia wcale nie mała, to cóż, siłą rzeczy trochę ich nadciąga. Przejście dla pieszych znajduje się w odległości parunastu metrów od kościoła, dochodzi się do niego, naturalnie, chodnikiem.

Pozdrawiam kierowcę firmy Dawniej Handel Ludźmi, który stanął sobie na tym chodniku tak, że żeby przejść należało, albo zejść na ulicę z zagęszczonym ruchem, albo na nieco rozmiękły trawnik.

I spoko, mogłabym spróbować to zrozumieć, gdyby zatrzymał się tam na chwilkę. Ale nie, kiedy wracałam, a msza trwa przecież koło pięćdziesięciu minut, van (czy też minivan, na samochodach znam się, niestety, jak świnia na gwiazdach) nadal wesoło zajmował miejsce na chodniku. A ruch zagęścił się jeszcze bardziej.

kurierzy

by ~Ropuszysko

Łącznie z żoną zaadoptowaliśmy jak dotąd 3 koty na stałe i są dla nas źródłem szczęścia i radości. Nie jakieś rasowe ale zwykłe dachowce, wszystkie 3 mamy z jednej fundacji pomagającej bezdomnym kotom. Ponieważ w tym roku mieli ogromne problemy z jednym z kotów i groziło mu ciągłe bycie w klatce zaoferowaliśmy że możemy mu dać miejsce u siebie z tym że na maksymalnie 2 miesiące tylko, nie dłużej jako że dla nas 3 koty to liczba jak najbardziej optymalna i nie chcemy na stałe większej ilości.

No i ok, fundacja zadowolona, zgodzili się, kot przyszedł do nas i od 2 miesięcy prawie już u nas siedzi. Oczywiście fundacja na plus, w tym czasie pisze posty, stara się znaleźć dom stały, mają świadomość że pod koniec miesiąca niestety ale muszą go od nas zabrać i widzimy że starają się mocno żeby znaleźć kogoś na stałe. Wszystko byłoby ok i nie byłoby piekielności gdyby nie jeden fakt.

Na grupie FB fundacji zaczęły się pojawiać głosy że nie mamy serca, że powinniśmy zostawić kota na stałe, że przecież ktoś ma 7 kotów i żyje to czemu nie my, że skoro jest już u nas to niech jest, itp. Starałem się wytłumaczyć że był to dom tymczasowy, że i dla naszych kotów (które nie akceptują nowego, syczą, prychają) i dla nas samych niestety jest już tłok. Oczywiście okazało się że jesteśmy niewrażliwi i nie powinniśmy być domem tymczasowym.

I tak się zastanawiam jaki w tym wszystkim jest sens? Każdy kto myśli żeby być "tymczasem" po przeczytaniu tego uzna że pomaganie nie ma sensu skoro ma być krytykowany. My i tak tego kota nie zatrzymamy więc jemu to też nie pomogło. W przyszłym roku po takiej przygodzie już nie będziemy chcieli być "tymczasem". Wszystko po to żeby osoby, które najwyraźniej czują się niedowartościowane mogły połechtać swoje ego. A ja po raz kolejny się przekonałem "miej wy****ne a będzie Ci dane". Najlepsze jest to że przeczytałem na piekielnych tyle historii o tym że lepiej nie pomagać bo jeszcze się za to zbierze baty a jednak jak ostatni głupek musiałem sam tego doświadczyć.

fundacja

by ~AnoZwro

Jak na własne życzenie dokonać ostracyzmu rodzinnego.

Pewna moja [C]iotka oraz [W]uj swego czasu doznali problemów finansowych. W stracił pracę, C w domu z dwójką małych dzieci, które jak wiadomo kosztują. Do tego ich rozrzutność na zakup zbędnych sprzętów nie miała granic, szybko więc zaczęli mieć kłopoty. Szybka decyzja - na wieczne pożyczki po znajomych/rodzinie nie ma co liczyć, zatem głowa rodziny wyrusza po chleb za wschodnią granicę. Mogłoby się wydawać, że to (przynajmniej za jakiś czas) zażegna problem z pustym kontem bankowym. Jednak C, mimo iż W pracę w końcu znalazł nie ustawała w pożyczaniu po bliskich gotówki. Niedługo okazało się, że pożyczała również bez wiedzy samych zainteresowanych...

Mieszkaliśmy w sąsiadujących miejscowościach. C, wpadła na weekendowe odwiedziny do naszego miasta z dwójką dzieciaków. Kiedy zrobiło się późno C pod pretekstem ukołysania do snu młodszego dziecka zaszyła się w sypialni gospodarzy. Nikt jej przy tym nie towarzyszył - wiadomo, układa do snu niemowlaka, nie ma co przeszkadzać. Wszystko fajnie, dziecięta śpią, dorośli biesiadują jeszcze chwilę. C następnego dnia odwiedziła jeszcze innych członków rodziny, po czym wróciła do siebie.

Minął jakiś czas (może kilka tygodni?), kiedy gospodyni goszcząca C podczas porządków spostrzegła się, że zniknęła jej spora suma pieniędzy i biżuteria. Burzliwa, rodzinna narada, szukanie wyjaśnienia, aż w końcu, bam! - wniosek nasunął się sam. Szybko też okazało się, że druga rodzina odwiedzana wtedy przez C też zarejestrowała zniknięcie gotówki, ale zwalono to na karb domowego zamieszania. Połączono te oraz inne, drobniejsze fakty z przeszłości, a wysnuty wniosek był oczywisty...

C wyparła się wszystkiego, nawet kiedy postawiono ją pod ścianą. Wyuczyła także starsze dziecko by pyskowało i wykrzykiwało obronne hasła na temat matki (kilkuletnie dziecko...). W po zapoznaniu się ze sprawą zawierzył żonie. Tym samym odcięli się skutecznie od całej rodziny. Nie przyznali się do winy nawet wtedy, kiedy C podczas innej wizyty u znajomych została złapana na gorącym uczynku.

I tylko dzieci szkoda.

rodzina

by moomoo

Jak pisałem, miałem do wydania trochę drewna, za nieduże pieniądze. Dziś zadzwonił do mnie koleś, że się zdecydował, i był bardzo zniesmaczony tym iż drewna nie ma.
Ale może wpierw opiszę w skrócie jego rozmowę na OLX.

Moje ogłoszenie " Drewno świerk około 3m3 cena 200zł BEZ DOWOZU" plus zdjęcie.

Jego zapytania:
Jaka cena?
Gdzie do odbioru?
Ile tego jest?
Kiedy cięte?
Czy sezonowane?
Nie da rady Pan transportu?
On musi przemyśleć sprawę.

Wydzwania od rana bo on zdecydował się kupić to drewno i dlaczego nie czekałem, przecież skoro on się zastanawia to czekaj człowieku.

olx

by bayhydur

O odpowiedzialności zbiorowej i dlaczego jest tak podła.

Mój Ojciec, lat 70. Oficer MO i Policji, gdzie dosłużył się stopnia inspektora. Kryminalny, z wieloma odznaczeniami, który całe swoje życie służył Polsce i Polakom, polując na najgorszych sukinsynów, jacy podnosili rękę na współobywateli. Medale, nagrody, pochwały. Naprawdę wspaniała kariera.

I teraz okazuje się, że państwo, któremu całe swoje życie służył, dla którego nadstawiał własną głowę, napluło mu w twarz i odbiera środki do życia, pozbawiając go wysłużonej emerytury, rzucając w zamian ochłap, w postaci nieco więcej, niż dwa tysiące złotych brutto.

Dlaczego? Czy był esbekiem, sługą czerwonych kacyków? Nie - skończył sławne Legionowo, najlepszą w Polsce uczelnię, która obok wszelkiej maści esbeków, szkoliła oficerów MO - kryminalnych, kryminologów, taktyków.

I teraz zadajmy sobie proste pytanie - czy żołnierze, policjanci, którzy obecnie służą Polsce, mogą być pewni swego dalszego losu? Tego, że jakaś kolejna władza nie uzna ich za niegodnych i pozbawi tego, na co z państwem się umówili, wkładając mundur?

Czy jakaś władza, nie uzna, że Monoślad, który służył zbrodniczym reżimom Kwaśniewskiego i Komorowskiego, ciemiężył narody, biorąc udział w misjach, także jest ostatnim parszywcem, niegodnym emerytury?

Czy to jest zachęta dla ludzi, którzy myślą o mundurze?

Osobiście wątpię...

PS. Ojciec podsumował: "Jeden Kaczyński dał mi medal, drugi zabiera emeryturę, dziwna rodzina"

Edytka: Poczytałem komentarze i dochodzę do wniosku, iż źle wyłuszczyłem sedno problemu, skupiając się na jednostkowym przypadku jednej z najbliższych mi osób.

Zmierzam do czegoś innego.

Do tego, iż nie wolno wrzucać wszystkich do jednego wora, bo świat nie jest czarnobiały, a pełen szarości. Umieszczanie funkcjonariusza, który polował na morderców, gwałcicieli i podobnych (Staruszek siedział w WZ właśnie) w jednej szufladzie z ludźmi, którzy ubili Popiełuszkę, to cholernie grube nieporozumienie.

To jedna kwestia. Druga, to złamanie umowy, którą, gdy my, mundurowi, zawieramy z naszym państwem, przysięgając służyć mu swoim życiem i z tego obowiązku się wywiązujemy, to oczekujemy, by i państwo ze swej części umowy się wywiązało.

Co do wysokości emerytur mundurowych, napiszę tak. Przesłużyłem (wliczając oczywiście SO), dwadzieścia sześć lat. Jako misjonarz, spędziłem na wojnie łącznie pięć lat. Udało mi się nie zapłacić krwią, natomiast mojemu krajowi oddałem małżeństwo i życie osobiste. Dlatego też właśnie oczekuję, by mimo szacunku dla codziennego trudu ludzi we fabrykach itp, otrzymać jednak zaopatrzenie znacząco wyższe.

A jeśli ktoś twierdzi, że nie zasługujemy, to zapraszam na wycieczkę choćby do Syrii czy Afgana.

I uprzedzam teksty "sam się prosiłeś na misje" - polecam określenie: "być wyznaczonym na ochotnika".

Polska. Niestety...

by Monoslad

Historia znajomego.
Mierzył kamienicę i wylądował w mieszkaniu... no, nie żula, ale starszego gościa który miał problem z ogarnianiem domu.
Zapach podobno wyciskał łzy z oczu. W mieszkaniu mnóstwo gratów i trzy koty.
Obmiary robi się dalmierzem laserowym. Wiadomo jak koty reagują na laser i czerwona kropkę.
Więc kolega poprosił gościa, żeby gdzieś zamknął te koty.
Na koniec jeszcze Pan zażądał policzenia, ile ma metrów w mieszkaniu- bo wie ile ma ale jak kolega policzy więcej i podniosą mu czynsz to on go pozwie, administrację pozwie i wszystkich pozwie.
Rozkukuryczł się facet, więc kolega wyjął komórkę i mu tam pi razy drzwi policzył. Chwile to trwało.
Wychodząc kolega tak z głupia frant pyta się "a gdzie pan zamknął koty"- bo wszystkie drzwi otwarte a kotów nie ma.
Facet zniknął w łazience i kolega usłyszał tylko "urfa".
Gość zamknął koty w pralce. Jeden jeszcze trochę się ruszał. Reszta się podusiła.

by takatamtala

Po godzinach dorabiam sobie czasem zleceniami, jeśli tylko mam czas i moce przerobowe.

Trafiło się jedno fajne, termin krótki, ale do zrobienia, dobra stawka za ekspres. Pech chciał, że z 5 dni, które na to miałam, wypadły mi z powodów rodzinnych dwa (ot, trochę podbramkowa niespodzianka), a zleceniodawca nie chciał słyszeć o przedłużeniu terminu. Trudno, zaczęłam szukać na gwałt pomocy, oczywiście odpłatnej.

Część znajomych, co do których wiedziałam, że robią podobne chałturki czy też byliby w stanie temat udźwignąć, z miejsca stwierdziła, że nie ma czasu - ok, jasne, znienacka nie każdy wynajdzie sobie kilka wolnych godzin.

Odezwałam się też do dwójki znajomych, którzy poruszają się w branży pokrewnej. Akurat oboje są bezrobotni, z rozmów wiem, że finansowo u nich kiepsko, szukają pracy, siedzą w domu, więc dodatkowy grosz by im się przydał. Chętnie zgodzili się wspomóc, na początek wysłałam im po niewielkiej części zlecenia, żeby zobaczyli, jak im idzie (jak mówiłam, branża pokrewna, ale nie ta sama co moja) - na zasadzie po 20 rekordów z docelowych 150, z opcją większej liczby jeśli zechcą, bo ja chętnie się odciążę. Zajęłam się swoją dłubaniną.

Po 7h zerkam do pliku, w którym wrzucałam efekty swojej pracy i w którym oni także mieli zamieszczać wyniki. Zarówno w przypadku znajomej, jak i znajomego w sumie zero postępów. Wtf?

Znajoma przekleiła dane techniczne, które jej podesłałam jako przykładowe wraz z moim tekstem i tabelkami - i zniknęła. Nie odzywała się, nie odpisywała na wiadomości, nie odebrała telefonu.

Znajomy zrobił przez 7h jeden rekord (kiedy ja w tym czasie mogę zrobić ~40, a osoba niezaznajomiona z tematem przynajmniej 20 - trudne to nie jest, wymaga tylko trochę pomyślunku), a na moje pytanie, czy trzeba mu coś pomóc, o co chodzi odpisał, że w sumie to ma depresję i nie będzie robił tego więcej, po czym przestał się odzywać.

No nic, zarwałam nockę, drugą, skończyłam sama. Oboje państwo bezrobotni nadal się nie odezwali żeby chociaż zapytać, czy znalazłam kogoś do pomocy/poradziłam sobie. Widocznie jednak nie potrzebują pieniędzy tak, jak twierdzą.

PS - koledze wysłałam już "zapłatę" za ten jeden rekord - uczciwie według umowy. 10 zł.

by ZaZuZa

Znów leczę całodniowo jako lekarz domowy w wielkim ośrodku tylko uciekinierów/uchodźców/ubiegających się w Niemczech o azyl. Dostają tu ponad 100 Euro miesięcznie kieszonkowego! Piekielna jest tu n.p. rodzina czarnoafrykańska, w której córki prostytuują się w tym centrum zamieszkania regularnie, łapiąc i rozpostrzeniając choroby weneryczne, a parokrotnie usuwając ciąże na koszta podatnika (w tym wypadku rządu danego landu), a matka ich - nałogowo paląca, chora na cukrzycę, COPD i różne inne historie i dostająca już kupę drogich przepisywanych jej regularnie lekarstw za fryko, nie chce ograniczyć/odstawić palenia fajek ani odrobinkę, tylko wymaga/żąda ultymatywnie przepisywania darmowo medykamentów na ból głowy/kaszel (typu paracetamol/ibuprofen400/ACC), twierdząc, że nie posiada na to pieniędzy (mimo niziutkiej łącznej ceny mniejszej niż 10 Euro).
Potem pyskuje i wydziwia, że przepisy nie przewidują przejęcia takowych kosztów i na to m.in. powinna przeznaczać kieszonkowe. Inni, z uzębieniem, zepsutym w niesłychanym stopniu, przeżartym parodontozą, albo chronicznymi stanami, wymagającymi operacji (n.p. stanami po złamaniach przed dłuższym czasem z jakimś metalem do wyjęcia, czy przepukliną), dziwią się niesłychanie, że ich podania o przejęcie (ogromnych) kosztów operacji (wielotysięcznych w Euro) są negatywnie rozpatrywane, zanim ewentualnie przyzna im się prawo azylu. Liczą często chyba na to, że (niezależnie na wielkość szans na otrzymanie zezwolenia na stały pobyt w Europie) pożyją sobie nieźle za fryko z wiktem i opierunkiem i wyleczą darmowo karygodnie zaniedbane zdrowie na koszta głupiego tubylca, zanim ich wywalą z powrotem do ojczyzny.
A tu jednak nie i opada im szczęka, że w krainie mlekiem i miodem płynącej, nie wszystko jest za darmo dla biednych przybyszów zza morza. Potem czasem są nawet agresywni i głośno bezczelni, ale przeważnie akceptują argumentację, może dziwią się w duszy, że i tak tyle dostają bez jakiejkolwiek rekompensaty i tylko próbują, jak daleko mogą posunąć swoje żądania? Pożyjemy - zobaczymy, co z tego jeszcze wyniknie.

by ZaglobaOnufry

Dużo jest historii o "piekielnych sprzedawcach".
Moja koleżanka pracuje w handlu, jako ekspedientka. Teraz jest zatrudniona w małym, prywatnym sklepiku z konfekcją skórzaną i nie narzeka, ale był czas, że pracowała w sklepie z garniturami. I tam wytyczne szefostwa były m.in. takie:

- zakaz siadania. w sklepie nie było żadnego krzesła, a ekspedientki były pouczone, że za siadanie uważa się także opieranie o ladę z kasą bądź o takie stoisko na środku z krawatami, skarpetkami itp., przysiadanie na pufie w przymierzalni... stanie przez 8, 10 lub 12 godzin...

- podchodzenie do klienta - miały "nie dać się spławić". czyli na początek standard - po wejściu klienta "dzień dobry, czy mogę w czymś pomóc, doradzić?". Jeśli klient nie życzył sobie pomocy, miały spis zdań/rozmówek, którymi mają go zaczepić, w stylu:

-- <przymierza koszulę>: do twarzy panu w tym kolorze!

--<ogląda garnitur>: to nowa kolekcja, wykonana z najlepszej jakości wełny (whatever), świetnie się nosi lub mamy dopasowane kolorystycznie koszule i krawaty, gdyby pan był zainteresowany kompletem

-- <ogląda krawat>: to najnowszy krzyk mody, badania psychologiczne wykazały, że osoby noszące dodatki w tej kolorystyce postrzegane są jako profesjonaliści

itd., podobno kilka stron a4 miały z różnymi wersjami "zaczepek". w sklepie na zmianie przeważnie było ich dwie, i był też nakaz, że jeśli trzykrotna zaczepka od pierwszej nie skutkuje, to ma podejść ta druga.

dla nich to było wybitnie piekielne, przypuszczam, że dla klientów również. chociaż koleżanka twierdzi, że jeśli chodzi o klientów, to było pół na pół - średnio od połowy dostawały opiernicz, że się narzucają, ale połowa gładko się łapała na te gadki z kartek.

tak czy siak, koleżanka tam wytrwała tylko 2 miesiące...

piekielni_klienci piekielni_sprzedawcy sklep

by marcelka
Następna strona