piekielni.pl

Pokaż menu
Szukaj

Na temat tego jak działa "wymiar" sprawiedliwości.

Jestem (jeszcze) biegłym sądowym z jakiej dziedziny nie istotne dla meritum sprawy.
Telefon z sądu - potrzebna opinia, bo laboratorium kryminalne ma terminy na 6 miesięcy do przodu, a chcą zwrócić już "rekwizyty" prawowitym właścicielom.

Opinia zrobiona - rachunek na 200 zł załączony w tym 20 zł za koszt wysyłki paczki.
I.. wg sądu ta opinia jest warta 100 zł, bo czasu na sporządzenie opinii się nie wlicza, czasu analizy się nie wlicza etc..
Można złożyć zażalenie na decyzję sądu - ale jest ono odpłatne 40 zł.

Pytanie - kiedy 100zł zapłacą - mój rekord 300zł po 3 latach od sporządzenia opinii - bo (podobno) Sądy Okręgowe płacą po zakończonych sprawach... jak nietrudno zgadnąć bez żadnych odsetek.

Wynagrodzenie biegłego to max 30 zł/h, gdzie spokojnie biorę 150zł/h za zlecenia wykonywane prywatnie.

Do końca grudnia jestem na liście biegłych - potem środkowym palcem dziękuję za taką "współpracę".
I jak w takim kraju wykonawcy mają walczyć przed sądami o swoje wynagrodzenia skoro same sądy okręgowe dymają swoich "podwykonawców"?

PS. Obrońca z urzędu za powiedzenie jednego zdania w sądzie bierze 300zł.
PS 2.
Przedstawione sytuacje nie dotyczą generalnie Sądów Rejonowych - te o dziwo płacą w przeciągu 2 tygodni od dostarczenia opinii.

sądy biegli sądowi

by Gienek

Jestem nauczycielką przedszkolną, uczę angielskiego wszystkie grupy wiekowe (czyli dzieci od 3 do 6 lat). Poza tym jestem wychowawczynią jednej ze starszych grup. Lubię swoją pracę: dzieciaki chętnie uczestniczą w moich zajęciach, dyrekcja i inne nauczycielki są w porządku, w przedszkolu panuje przyjazna atmosfera. Ale gdyby było tak idealnie, nie byłoby tu tego wpisu.

Piekielnością są, oczywiście, rodzice. Przez pierwszy miesiąc pracy miałam ze wszystkimi raczej dobry kontakt, ale od pewnego czasu coraz częściej dochodzi do konfliktów. Opiszę kilka niemiłych sytuacji.

1. Niektórzy rodzice mają pretensje, że ich dzieci nie potrafią biegle mówić po angielsku. Przypominam: przedział wiekowy 3-6 lat. Słyszałam skargi, że nie uczę gramatyki, ale hitem był tatuś, który burzył się, że jego pięcioletnia córka nie potrafi mu przetłumaczyć z angielskiego na polski jakiegoś zwiastuna filmu z youtube'a.

2. Sytuacja odwrotna: zatroskani rodzice skarżą się, że ich dzieci są przytłoczone ogromem informacji. Bo jak wracają do domu, to opowiadają, że na angielskim śpiewają piosenki, uczą się słów i wypowiadania krótkich zdań. I chociaż dziecko wydaje się być zadowolone, rodzic twierdzi, że je męczę. W salach mamy telewizory i dostęp do internetu - kilkoro rodziców powiedziało, że najlepiej by było, gdybym po prostu puszczała im bajki, bo to są tylko dzieci, na naukę mają jeszcze czas.

3. I jedna z ciekawszych historii: pod koniec pracy siedziałam z kilkorgiem dzieci przy stoliku i kończyliśmy pracę plastyczną. Po jedno dziecko przyszła mama, wstałam od stolika, poszłam się przywitać i chwilę porozmawiać. Kilka dni później mamusia przyszła na skargę do dyrekcji, że w czasie pracy siedzę na tyłku zamiast stać przy drzwiach i witać się z rodzicami.

Historii mam jeszcze więcej, ale może opiszę je już innym razem.

przedszkole dzieci rodzice

by reksai

Ostatnio naczytałam się tu sporo historii związanych z bierzmowaniem i przypomniała mi się sytuacja sprzed około 2 lat.

Rzecz działa się w polskim kościele w Anglii. Razem z narzeczonym przyszliśmy na mszę i usiedliśmy jak zwykle w ławce na samym końcu kościoła, tuż przy wyjściu. Jakiś czas po rozpoczęciu mszy zaczęła się schodzić młodzież (głównie dziewczyny), na oko 16-letnia, czyli zapewne do bierzmowania. Jednak zamiast brać udział we mszy, dziewczyny rozsiadły się wygodnie na klęczniku i tak przegadały całą godzinę. Kompletnie ignorowały wszystko co się wokół nich działo - nie powiedziały żadnej wspólnej modlitwy, ani razu nie uklękły, a ich głośne rozmowy przeszkadzały wszystkim dookoła.

Ponieważ nie chcieliśmy robić zamieszania w trakcie mszy, po wszystkim poszliśmy do księdza, aby mu o tym powiedzieć.
W kancelarii zastaliśmy już kobietę z nastoletnią córką, która przyszła porozmawiać z księdzem w podobnej sprawie. Okazało się, że 'koleżanki' z grupy do bierzmowania dręczyły jej córkę do tego stopnia, że ta nie chciała już dłużej brać udziału w zajęciach. Kobieta nie chciała jednak podać żadnych nazwisk, z obawy przed zemstą na córce, więc ksiądz nie mógł wyciągnąć konsekwencji wobec konkretnych osób.

W następną niedzielę jedynie ogłosił, że od tej pory młodzież do bierzmowania ma siedzieć w pierwszych ławkach.
Przeraża mnie to, że taką młodzież dopuszcza się do bierzmowania...

kościół

by Nagareboshi18

Dziś przed południem jechałem samochodem. W miejscu gdzie nie ma podstaw do tego ruch pojazdów mocno spowolnił. Jak się okazało winna temu była kobieta, która próbowała wstać z ulicy.
Minąłem kobietę i zatrzymałem się tuż za nią, włączyłem awaryjne.

Kobitka nie była pijana, rozbita głowa i szok, a także mocno podeszły wiek nie ułatwiał jej pozbierania się. W oczekiwaniu na karetkę, tak do 10 minut nikt się zbytnio nie przejął sytuacją, oprócz kierowcy, który zaoferował pomoc, że może być świadkiem i że widział jak mi nagle wyskoczyła przed maskę.
Panią karetka zabrała do szpitala.

Boli znieczulica, boli "oferta" świadkowania.

ulica

by krzychum4

Na posesji obok stoi spory dom, w którym mieszkają dwie rodziny. Mają osobne wejścia, a dom jest podzielony na dwa mieszkania. Jedna rodzina to młode małżeństwo z dzieciaczkiem, a druga to państwo około pięćdziesiątki. Młodsza rodzina jest bardzo w porządku, wymiana uprzejmości i pogawędki przez płot to standard. Starsi państwo są dość pochmurni, ledwie coś mrukną pod nosem na "dzień dobry". Z tego powodu z młodszą rodziną udało się zaprzyjaźnić, a starszych państwa nie udało się nawet poznać – do czasu.

Pewnego piątku starsze małżeństwo miało jakąś rodzinną imprezę. Młodszą rodzinę "zza ściany" i mnie "zza płotu" nawet poinformowali o tym, że może być nieco głośniej niż zwykle. Miło z ich strony. W dniu imprezy zjechali się do nich ludzie autami. Parking przed tamtym domem ma cztery miejsca, ale jak się upchnie kolanem to i sześć aut wejdzie – i wlazło. Auto pana młodszego sąsiada się do nich nie zaliczało. Goście natomiast zjeżdżali nadal i finalnie na ulicy stały jeszcze cztery auta.

Tego popołudnia pan młodszy sąsiad wrócił z pracy o zwykłej porze i wobec zaistniałej sytuacji uderzył do mnie prośbą. Jak wytłumaczył, wpierw udał się do sąsiadów okupujących parking, ale nic nie wskórał – nie przestawią aut, ponieważ już sobie wypili, a po alkoholu kategorycznie nie wolno prowadzić. Wtedy skierował swe kroki do mnie: czy nie przechowam mu auta dopóki nie zwolni się ich mini–parking. Dla mnie sprawa jasna – zaoferowałem nawet miejsce w garażu, pod dachem. Grzecznie odmówił i zaparkował sobie pod drzewkiem. Na wszelki wypadek dał mi kluczyki, gdyby trzeba było przestawić.

Póki co piekielności tyle, że zajęli cały parking "jak swój" i zastawili chodnik. Pod wieczór było już słychać odgłosy potężnej libacji. Ruszyło mnie jakieś przeczucie i wstawiłem sąsiadowóz do swojego garażu. Swoim wozem pojechałem po niewielkie zakupy. Tu zaznaczę – wyjeżdżając, bramę zamknąłem w taki sposób, że kłódkę przerzuciłem przez oczka bramy, ale nie "zapiąłem" jej. Ponadto na bramie jak wół wiszą tabliczki: "Uwaga! Groźny pies!" i zaraz obok "Teren prywatny. Osobom nieupoważnionym wstęp wzbroniony".

Dwadzieścia minut później wróciłem i mym oczom ukazał się taki kuriozalny widok: brama otwarta na oścież, samochód "od sąsiadów" (wcześniej stojący na chodniku) na mojej posesji i mój pies zajadle warczący i pieniący się na samochód. A napruty kierowca przez uchylone okno drze się o pomoc do równie nawalonych biesiadników, którzy zdążyli się zebrać za ogrodzeniem. Podszedłem zobaczyć o co w ogóle chodzi i czemu do ciężkiej cholery pan się wpuścił na moją posesję. Argument: Bo sąsiad mógł. No cóż, na taki argument najwidoczniej nie ma mocnych.

Nawalony pan w aucie chyba trochę przetrzeźwiał od tego przerażenia i prosił, żebym nie wzywał policji i "wziął to bydle" – podobnie jak cały chór zapijaczonych gąb zza płotu. Przekupstwa, prośby, groźby i cała litania "zakrętów". A mnie zastanawiało jedno – skoro pan "ja też mogę" wjechał na moją posesję, to czemu z niej nie może teraz wyjechać? Zbyt pijany, żeby prowadzić? Otóż nie. Gdy z głębi podwórka wybiegł piesek, pan się przeraził i upuścił kluczyki podczas ucieczki do auta.

Po policję jednak zadzwoniłem. Pana z auta zgarnęli, jego auto odjechało lawetą, a ja stałem się wrogiem numer jeden państwa imprezowiczów – sądząc po ilości butelek jakie znalazłem rano na swojej posesji. Było ich niemal dwieście.

by E4y

Bohater: piekielna (niedoszła) klientka [a może piekielna ja?]
Miejsce akcji: sklep z owadem w kropki w nazwie.

Godzina popołudniowa, kolejki jak zwykle - czyli jak "stąd do wieczności". Stoję sobie spokojnie, przede mną już tylko dwie osoby (jedna już "kasowana", druga ma produkty wyłożone, czeka sobie, podobnie jak ja). Za mną z siedem osób, większość koszyki/wózki wyładowane po brzegi.

Nagle czuję trącenie od tyłu. Oglądam się, sunie pani X. niczym taran jakiś. Pani X. - zadbana kobieta w wieku na oko 50+. Widzę, że nie ma koszyka ani żadnych artykułów, więc myślę, że pewnie chce tylko przejść do wyjścia. Mogła powiedzieć "przepraszam", a nie tak sunąć bezceremonialnie, no ale...

Tymczasem pani X. stoi sobie. Wciśnięta między mnie, barierkę i klientkę przede mną, która tymczasem zaczęła być już obsługiwana przez kasjera.

Może nie chce się przepychać między tą klientką i jej wózkiem - pomyślałam. O ja naiwna!

Klientka przede mną skasowana, odbiera resztę, zbiera zakupy, kasjer już sięga po moje rzeczy, ale pani X. rzuca "marlboro lighty".

Miałam kilkanaście rzeczy na taśmie, ona chciała ewidentnie kupić tylko jeden artykuł - więc gdyby się zapytała, czy ją przepuszczę, zgodziłabym się. Ale na takie coś pozwalać nie zamierzałam, więc powiedziałam kasjerowi, że ja jestem następna w kolejce, a do pani X. zwróciłam się, że kulturalnie byłoby poprosić o przepuszczenie.

Pani X. poczerwieniała, zapowietrzyła się, wypaliła, że "jakaś małolata jej kultury uczyć nie będzie" i do kasjera "no dawaj te papierosy, śpieszę się!".

Ale kasjer chyba widział wcześniej, jak pani X. się przepychała, a ludzie w kolejce za mną potwierdzili, że ta pani tu nie stała, więc zasugerował jej zajęcie miejsca na końcu "ogonka". To oczywiście nie spodobało się pani X., która pomrukując coś pod nosem prawie wybiegła ze sklepu.

Btw. małolatą od dawna już nie jestem, ale w tamtym dniu zupełny brak makijażu + sportowy strój mógł wprowadzać w błąd. Tak czy siak nie rozumiem, co ma wiek (młodociany, dorosły, podeszły - jakikolwiek) do kultury lub usprawiedliwiania jej braku.

A słowa "przepraszam" czy "dziękuję" naprawdę nie gryzą w język.

piekielna_klientka sklep kolejka_do_kasy

by marcelka

Moja córka uczy się tańca. Zajęcia ma dwa razy w tygodniu, w środę po południu i w sobotę rano. Drugi rok chodzi na zajęcia z koleżanką, nazwijmy ją K.

Umówiłam się z mamą K, że będziemy dziewczyny wozić na zmianę (szkoła tańca jest w innej miejscowości) - ja w środy (mama K pracuje na zmiany, w tygodniu po południu jest albo w pracy, albo po ciężkiej dniówce; ja mam czas), ona w soboty. System działał prawie bez zgrzytów. Prawie, bo kilkukrotnie rodzice K zapominali o zajęciach w środę, jadąc po ich córkę próbowałam się dodzwonić, ale akurat nie mieli czasu na rozmawianie ze mną. Kończyło się dzwonieniem domofonem, ubieraniem dziecka w dzikim pędzie i później, czasem, jakimiś niezgrabnymi przeprosinami nad pomidorami w markecie.

Spoko, nie przejmowałam się. Ale dziś! Dziś szlag mnie trafił, krew nagła zalała i wuj wie co strzeliło! Jest sobota, zajęcia zaczynają się o dziesiątej. Młoda ubrana, poczesana i spakowana czeka na transport. Już za piętnaście, najwyższy czas (tamci mają problem z punktualnością, zawsze zawożą dziewczyny na styk albo i nie). Dzwonię do matki K - nie raczy odebrać. Córka dzwoni do K - wyłączony telefon. Udało się dodzwonić do brata K, P. I co się okazuje? Nie jadą! K rozbolała nóżka! (jej odwieczna wymówka, kiedy nie chce się jej ruszyć z domu, o czym sama czasem opowiada mojej młodej). Za dwanaście dziesiąta! Młoda w płacz: Jak to, K boli noga, a ja nie będę tańczyć?! To niesprawiedliwe! Zgadzam się z nią w stu procentach.

Jak stoję tak w piżamie rzucam się do garażu. Po drodze obmyślam plan - zadzwonić do mamy, mieszkającej obok, żeby przeszła zająć się moim drugim, młodszym dzieckiem. Wpadam do garażu, a tam pusto - mąż wyjątkowo wziął auto do pracy! Młoda płacze, ja się miotam, dzwonię do P - może uda mi się skłonić któreś z jego rodziców, żeby jednak wywiązało się z umowy! (kiedy młoda była chora planowałam wieźć samą K, co z tego, że nie moja - słowo to słowo, a umowa to umowa! Młoda poczuła się lepiej, więc nie zrobiłam tego, ale ZROBIŁABYM, bo tak nakazuje elementarna ludzka przyzwoitość! A jak już się ma w nosie umowy, to chyba należałoby, nie wiem - zadzwonić? Uprzedzić? "Ej, Tris, mam w nosie umowę, jestem niesłownym draniem, zorganizuj młodej jakiś transport, ok?").

Zatem dzwonię. Proszę P, żeby dał mi tatę albo mamę do telefonu. "Ale śpią". No szlag by cię. Mówię: "To ich obudź, to ważna sprawa". PIIIP PIIIP PIIIP. Rozłączył się! Dzwonię jeszcze raz. Odrzuca połączenie. Jeszcze raz. Wspominałam, że wszystkie dzieci tych państwa są niesamowicie dobrze wychowane? Cóż, przykład idzie z góry.

Skończyło się tak, że zawiózł nas mój ojciec, mama przyszła do młodego, choć mieli oboje (rodzice) inne plany (ale czego nie robi się dla płaczącej wnusi). Młoda spóźniła się prawie dwadzieścia minut, ale dojechała.

A ja wciąż nie dodzwoniłam się do państwa "mam cię w nosie". Może i dobrze, bo poleciałby soczysty bluzg. Chyba zerwę tę umowę. Może jestem dziwna i niedzisiejsza, ale uważam, że dotrzymywanie umów i słowa jest ważne.

by TrisMoszfajka

Znajomy ma firmę (w uproszczeniu). Wiadomo, w firmie potrzebny jest telefon. Wybór padł na pomarańczowego operatora. Z czasem firma znajomego się rozrosła - zatem i zapotrzebowanie na telefony było większe.

Prolog:
Przez pomyłkę (nie wiadomo do końca czyją) pierwszy telefon firmowy był na innym koncie abonenckim, niż pozostałe trzy dokupione później. Nie było to piekielne. Ot, dwie faktury od pomarańczowych zamiast jednej. "Uprzejma" Pani z BOK-u stwierdziła, że nie da się ich połączyć.

Historia właściwa:
Forma dostarczania faktur została zmieniona na elektroniczną (znajomy dostał za to rabat na wszystkie numery). Ale wróć... przecież coś musi być piekielne...

Pewnego miesiąca przyszła tylko jedna faktura (za te 3 późniejsze numery). Telefon do BOK-u - mają jakiś problem techniczny - nie martwić się, doślą.
Następny miesiąc - znowu brak faktury za pierwszy numer. Telefon na BOK, zgłoszenie mailowe - nie martwić się, wyślą obie - tym razem pocztą tradycyjną. Chyba się domyślacie, że nie wysłali. Zatem znowu telefony, maile do BOK. Odpowiedź: tak, znają problem, nie da się wygenerować tych faktur, dział techniczny się już tym zajmuje.
Miesiąc trzeci - to samo jak wyżej, przy czym ilość wykonanych telefonów do BOK-u oscyluje w granicach 20, wysłanych maili podobnie. Odpowiedzi cały czas takie same: oni nic nie mogą zrobić, bo to dział techniczny nie może sobie poradzić (nie, nie mogą przełączyć do technicznego; nie, nie można porozmawiać z przełożonym), ale proszą, aby się nie martwić, problem jest znany i na pewno numer nie zostanie zablokowany.

2-3 dni później niespodzianka - numer został zablokowany z powodu nieopłaconych faktur. Kolejny telefon do BOK-u - oni już wyłączają, system automatycznie zablokował.
Kilka dni później - powtórka z rozrywki - numer zablokowany.
Finał: po grubo ponad 3 miesiącach, dziesiątkach telefonów i maili, znajomy otrzymał faktury.

Ale... Znajomy cierpliwy z natury nie jest i w międzyczasie wkurzony przeniósł wszystkie numery do fioletowego operatora (umowy na 3 późniejsze numery właśnie się kończyły, więc właściwie zerwał przed terminem tylko jedną umowę). Parafrazując jego słowa: "nie zapłacę pomarańczowym męskim narządom kary umownej - to ich wina!".
Nastąpiły miesiące przepychanek pisemnych z wyjaśnieniami dlaczego znajomy uważa, że rozwiązał umowę z winy pomarańczowych (uprzedzając pytania: raczej nie miał racji - w skrócie: opierał się na tym, że obowiązkiem operatora jest poprawne wystawienie faktury, a oni się z tego nie wywiązywali). Ostatnie pismo zawierało informację o sprzedaży długu (nieco ponad 4000 zł) firmie windykacyjnej.

Epilog:
Firma windykacyjna złożyła wniosek do e-sądu, szybki wyrok, finalnie nakaz zapłaty pełnej kwoty + odsetki.
Znajomy się odwołał od wyroku, wyjaśniając powody wcześniejszego rozwiązania umowy (przedstawiając również około 100 stron wydrukowanych maili do i od pomarańczowych). Przypuszczalnie by przegrał, gdyby nie fakt, iż firma windykacyjna nie dotrzymała jakiegoś tam terminu (czy czegoś innego - nie znam się, nie jestem prawnikiem), zatem finalnie znajomy przez przypadek "wygrał".

Do tej pory, jak znajomy odbiera telefon z jakąś fantastyczną pomarańczową ofertą, każe im sobie ją wsadzić w ... (no wiecie gdzie).

by fury

Temat niesprawiedliwego podejścia do studentów ze względu na płeć, zwłaszcza na kierunkach ścisłych był już poruszany, ale chyba nigdy z tej strony.

Zdarzyło mi się studiować dość "męski" kierunek jakim jest informatyka. Zajęcia obejmują też takie przedmioty jak fizyka, matematyka w kilku wersjach, trochę elektroniki się tez trafiło. A że kierunek dopiero od stosunkowo niedawna zaczęły studiować również Panie, to kadra wykładowcza mocno jeszcze męska, a i często starsza. Oczywiście każdy słyszał o studentach ocenianych niżej niż koledzy mimo takiej samej, a czasami nawet większej wiedzy. Osobiście słyszałam od pewnego prowadzącego „Pani by się lepiej domem zajęła, męża znalazła. Kto babę będzie taką chciał co informatykę studiowała, bo pani tych studiów nie ukończy, ja zapewniam”.

Piekielność sama w sobie bezsprzeczna, ale wiecie co jeszcze mnie zaskoczyło? Reakcje ludzi, z którymi studiowałam, znajomych spoza uczelni, również kobiet. Najczęściej padało "No ale czego ty oczekujesz po facecie w tym wieku", "za jego czasów kobiety nie studiowały technicznych kierunków, nie ma się co dziwić" i najbardziej klasyczne i mnie osobiście najbardziej dołujące "przecież nikt z tym nic nie zrobi".

Toż kurczę tłucze się nam do głów, że kobiety powinno się traktować z takim samym szacunkiem jak mężczyzn. Właśnie nie większym, jak to niektóre osobistości robiące feminizmowi złą opinie twierdzą tylko równym. Oczekujemy, że pan Mietek z Wólki Dolnej, który całe swoje młode życie był przekonany, że kobieta ma w garach siedzieć dozna nagle olśnienia, że to było złe i kiedy jego córka zechce zostać lekarzem czy inżynierem będzie ją w tym wspierał. Ale kiedy mówimy o człowieku z wyższym wykształceniem, które automatycznie kojarzy nam się z większą otwartością umysłu, nagle znajdujemy tysiąc usprawiedliwień dla tego człowieka. I od razu zakładamy, że tak po prostu musi być.

Nie chcę tu nad wyraz dramatyzować, ale przecież taka właśnie bierność pozwalała wiele razy w historii robić złe rzeczy. Bo nadal znajdą się mniej odporne psychicznie jednostki, które po takim potraktowaniu przez wykładowcę, czyli autorytet, rzeczywiście odpuści karierę w tym kierunku. Kierunku, w którym być może byłaby dobra, rewelacyjna nawet. Która mogła by wnieść coś naprawdę wartościowego pod każdym względem łącznie z naukowym. I niestety dopóty dopóki kadra wykładowcza będzie tak podchodzić do studentów, a studenci nie będą z tym nic robić, bo to tylko gadanie jakiegoś starucha to lepiej moi drodzy nie będzie.

by ~BylaStudentka

Po urodzeniu (a może i wydobyciu, jak kto woli) córeczki, musiałyśmy zostać dłużej w szpitalu.
Krótkie piekielności w czasie naszego pobytu tam:

Część I -> Kochany Personel.

1. Podejście położnych/lekarza do tematu.
Córcia moja owinęła się pępowiną, więc cesarka była tu konieczna. Po USG które to pokazało, kazano mi się spokojnie spakować na porodówkę. No to dobrze pakuje się spokojnie, a tu jak nie wpadnie położna z rykiem:
- Pani Rossołkowaaaa! No co pani robi?! Za 15 minut cesarska! Szyyyyybciej!!!!

Tak. Bardzo to pomogło.
Matką jestem młodą, pierwsze dziecko, a tu taki numer, wiadomo strach. Łezki poleciały. Dzwonię do partnera i proszę by przyjechał. I znowu urocza położna:
- Cyrki robić przestanie. Nic się nie dzieje. Nie trza dzwonić.

Szczerze mówiąc to obchodzono się ze mną jak z kłodą.
Później lekarz wesolutko oznajmił mi, że były komplikacje. Na pytanie jakie, uzyskałam prostą odpowiedź:
- No poważne. Ale co ja będę mówił. Pani się nie zna. Do widzenia.

2. Smoczek.
Jako, że dziecko moje było troszkę niespokojne, a i ja wypoczęta nie byłam, postanowiłam wypróbować niezawodny uspokajacz niemowlęcia - smoczek. Chciałoby się rzec, moje dziecko, moja decyzja. Otóż nie.
"Pani to wyjmie, toć to małej zaszkodzi!"
"Kto to widział to podawać dziecku! Zgryz sobie skrzywi i szczerbata będzie!"
"Młoda jesteś to ty nie wiesz. Od smoczka to będzie problem z gryzieniem pokarmów!"

No i hit nad hitami.

"Oooo smoczek. Ja widzę, że pani chce żeby dziecko żółtaczki dostało. Bo od smoczków dostają.

Tak. Córa faktycznie żółtaczki dostała, ale litości, od smoczka?
Gdybyście tylko widzieli radość tej pielęgniarki, jak ta żółtaczka się pojawiła...

3. Kradzieże.
Wiadomo, kobieta chce wyglądać ładnie niezależnie od sytuacji.
Specjalnie do szpitala kupiłam szlafrok i koszulę nocną, które....
Wyparowały w trakcie przenoszenia na inną salę.
Pytałam ja - nigdzie nie ma.
Pytał partner - odczep się pan, nie ma.
Pytali rodzice - nie ma, nie ma, nie ma i nie będzie.
W końcu trafiła mi się naprawdę świetna pielęgniarka, która załatwiła sprawę w 10 minut.
Tak więc co się stało z rzeczami?
W trakcie ich przenoszenia, któraś z położnych uznała że to rzeczy bezpańskie. No a że ładne, to sobie wzięła, no bo czemu nie?

Na koniec dopowiem tyle. Na 7 dni pobytu na oddziale noworodkowym trafiłam może na 5 czy 6 naprawdę fajnych położnych/pielęgniarek. Reszta zachowywała się tak jakby im pacjentki połowę rodziny zamordowały.

Ciąg dalszy nastąpi...

Szpitalne historie I

by Rossolek
Następna strona