piekielni.pl

Pokaż menu
Szukaj

Wczoraj zadzwonił do biura facet, który "właśnie przypadkiem zrobił przelew na 100 funtów na nasze (firmowe) konto.

No nic, koleżanka (która odebrała telefon) sprawdziła konto... oczywiście taka wpłata nie została odnotowana.

Dzwoniący stwierdził, że pewnie jeszcze nie zaksięgowano... No ale on na już potrzebuje te pieniądze z powrotem.

Koleżanka przytomnie spytała, skąd w ogóle facet wziął nasze dane, na co ten odpowiedział, że kiedyś złożyli zamówienie w naszym sklepie. Oczywiście nasz system nie znalazł tego klienta (koleś podał swoje (albo i nie) nazwisko, nazwę firmy i kod pocztowy - żadna z tych informacji nie okazała się pomocna).

Gdy zorientował się, że nic nie ugra, zaczął kręcić "to firma XYZ, tak?" (choć już na dzień dobry koleżanka powiedziała, że to firma ABC), po usłyszeniu przeczącej odpowiedzi stwierdził, że musiał pomylić numery i się rozłączył.

Pierwszy raz spotkałam się z takim krętactwem. Smutna jest myśl, jak naiwni muszą być niektórzy ludzie, żeby nabrać się na takie sztuczki oszustów.

by Pattwor

Będzie bardzo krótko.
Dałem do lokalnego Sztabu WOŚP Voucher na sesję foto - nie wiem za ile poszedł na aukcji, nie chce tego wiedzieć ...dla mnie ważne, że się sprzedało i kasa poszła gdzie trzeba.
Do dziś dostałem dwa maile i jeden telefon od osób, które rzekomo wylicytowały voucher i chcą umówić się na termin sesji. Gdy poprosiłem o przesłanie potwierdzenia w postaci zdjęcia vouchera, to już nie odpisali (wzór Vouchera został specjalnie zrobiony na tą licytację, więc nie ma drugiego takiego samego).

Co się dzieje z ludźmi? - czy serio wszyscy myślą, że tak da się kogoś oszukać i dostać coś za darmo?
Paranoja.

by zet48

Z pamiętnika pielęgniarki.
Narzekałam tu niejednokrotnie na ludzi, którzy nie potrafią wstrzymać się sekundę z wyłuszczaniem swojej sprawy. I nie mam na myśli: "poczeka, nie widzi, że kawę piję?", ale sytuacje, kiedy naprawdę przez chwilę nie mogę wysłuchać, bo np właśnie dawkuję dla kogoś lek, albo uzupełniam dane innego pacjenta. Do lwiej części ludzi nie docierają informacje typu: siedem... osiem... chwileczkę, liczę krople... dziewięć... Będą gadać dalej, po co przyszli.
Dzisiaj jednak już mnie trafiło.

Siedzę za biurkiem, przychodzi pacjentka prosząc o wydanie wyniku. Ok, nie ma sprawy. Wstaję, chcąc podejść do regału, ups... Mroczki przed oczyma. Nie zdarza mi się, ale cóż.
Mówię kobiecie "Oj, chwilka, bo mi się w głowie zakręciło". Siadłam z powrotem i czerep nisko między kolana.
Siedziałam lekko zamulona, cały czas słysząc nawijanie kobiety: że wyskoczyła z domu po zakupy, przy okazji odbierze wyniki, a potem coś tam, coś tam. Generalnie rzeczy nieistotne.
Nie oczekiwałam wachlowania tekturką od kalendarza, ani poklepywania po rączce, ale na pozostawienie takiego padniętego człowieka na kilka sekund w spokoju chyba już można by liczyć?

by ejcia

Dzisiaj mijają równo 3 miesiące od momentu założenia przeze mnie kancelarii adwokackiej. Czas na podsumowanie drobnych piekielności związanych z tą branżą.

1. "Bo ja mam tylko jedno pytanie" - czyli próba wyłudzenia bezpłatnej porady prawnej przez telefon.
Czasami dzwoni telefon. Odbieram, mój rozmówca (lub rozmówczyni- dalej R) nawet się nie przedstawia, a po głosie wiem, że nie jest to żaden z moich klientów.
R: Dzień dobry. Bo wie pani, ja mam jedno takie pytanie.
I w tym momencie następuje kilkuminutowy opis stanu faktycznego, czasami bardzo skomplikowanego, innym razem wymagający sięgnięcia do przepisów albo np. rozrysowania "drzewka" kto po kim dziedziczy. Po tym opisie pada prośba: no niech mi pani mecenas powie, co ja mam z tym teraz zrobić.
Ja: Przykro mi, ale nie udzielam porad przez telefon. Zapraszam do kancelarii w takich i takich godzinach.
R: A nie, to ja nie mam czasu.
I się rozłącza.

Dlaczego nie udzielam porad przez telefon? Owszem, z jednej strony kwestie finansowe. Nikt mi nie płaci za odbieranie telefonów, a mój zawód w dużej mierze polega na korzystaniu z wiedzy, którą zdobywałam przez długie lata nauki (5 lat studiów i aplikacja, która oficjalnie trwa 3 lata, ale najpierw czekając na jej rozpoczęcie, a potem na egzamin i ślubowanie po jej zakończeniu wychodzą tak naprawdę 4 lata). Równie ważne jest to, że bardzo często udzielenie porady wymaga zapoznania się z dokumentami, które dzwoniący próbuje mi opisać. Tymczasem praktyka wskazuje, że jak ktoś mówi, że przegrał sprawę cywilną może mieć na myśli faktycznie, że ją przegrał, jak również że sąd umorzył postępowanie lub odrzucił pozew (bo przykładowo strona nie uiściła opłaty za pozew i nie wniosła o zwolnienie). I jeszcze ważna kwestia - ja biorę odpowiedzialność z udzieloną przeze mnie poradę. Dlatego tak istotne jest dla mnie spotkanie się z klientem, wypytanie o wszelkie szczegóły, zajrzenie do przepisów, komentarzy i orzecznictwa, a rozmowa przez telefon tego nie ułatwia.

2. "A może pani poleci jakąś kancelarię" - czyli mam pomóc w znalezieniu innego adwokata.
Przychodzi pani i od progu podejrzliwie na mnie patrzy. No cóż, mam 28 lat, ale wyglądam młodziej, co na pierwszy rzut oka może nie wzbudzać zaufania i rodzić podejrzenia o brak doświadczenia (tak, jakby 3 lata aplikacji nie stanowiły żadnego doświadczenia...). Pani wyłuszcza mi swój problem, opisuje i na koniec pyta: no, i może pani zna kogoś, kto się takimi sprawami zajmuje. Mówię, że identycznej nie miałam, ale miałam kilka bardzo podobnych i mogę poprowadzić sprawę.
Pani: Nie, ja to wolę kogoś innego, kto miał identyczną sprawę, i myślałam, że pani mi powie, do kogo pójść.
Nie poleciłam nikogo, bo nie wiem kto prowadzi dokładnie takie sprawy.
Swoją drogą Szanowni Czytelnicy: czy zdarzyło się Wam pójść do fryzjera, żeby dowiedzieć się, który inny zrobi najlepsze ombre, albo do stolarza, żeby zapytać kto z jego konkurencji zrobi najlepiej meble do kuchni?

3. "Może tak po koleżeńsku mi pomożesz..." - czyli klasyka w każdym zawodzie. A gdzie zaczyna się biznes, tam często kończy się koleżeństwo.
Ogólnie nie mam obiekcji, żeby pomagać dobrym znajomym - napisać im pismo, podpowiedzieć gdzie i co załatwić itp. W przypadku dobrych znajomych wiem, że mogę liczyć na jakąś wzajemność z ich strony, kiedy ja będę czegoś potrzebowała, a jeśli nawet nie będę nic chciała od nich, to często razem wspólnie się bawimy, jeździmy na wspólne wyjazdy, dobrze się dogadujemy i przyjaźnimy.

Trochę inaczej sytuacja przedstawia się w przypadku dalekich znajomych, którzy nagle sobie przypominają, że może warto o coś spytać prawnika. I tutaj sytuacja z dnia wczorajszego, która była bezpośrednią przyczyną napisania całej historii.

Godz. 22, leżę już w łóżku i czytam książkę. Słyszę charakterystyczny dźwięk messengera. Patrzę, a tam wiadomość od znajomego (nazwijmy go Krzysiek), który średnio raz na miesiąc ma problem prawny, przy czym dotyczą one dziedziny, której kompletnie nie znam (fundacje, stowarzyszenia). I chociaż ze 2-3 razy mu podpowiedziałam co i jak (wczytując się wcześniej w przepisy i komentarze), do tej pory nie zaoferował nawet kawy czy piwa w zamian.
Krzysiek: Hej. Mogę mieć pytanko prawne?
Ja: Ale ja już jestem po godzinach pracy :) (liczyłam, że załapie aluzję).
Krzysiek: Wiem. To Ci napiszę o co chodzi, a Ty mi odpiszesz jak będziesz w kancelarii.
Dłuuuugi opis stanu faktycznego, przy czym mocno poplątany. Chodziło o jakiś statut fundacji. Cóż, dzisiaj grzecznie odpisałam, że nie zajmuję się tym, owszem, mogłabym się tym zająć, ale to wymaga ode mnie zaczerpnięcia wiedzy, być może spędzenia trochę czasu w bibliotece, a ja za to biorę pieniądze.
Krzysiek: Ojej, a myślałem że tak po koleżeńsku mi pomożesz.

4. I absolutny hit "pani mecenas, bo to jest bardzo pilne"
Wigilia. 23.30. Zbieram się na pasterkę, a nagle dzwoni telefon. Odruchowo odbieram. Rozmówca się nie przedstawia, na 100% to nie jest mój klient.
Rozmówca (bełkocząc jak pijany): Dzień dobry, bo wie pani, bo mam pani numer z Internetu. I ja wczoraj dostałem takie pismo z Sądu i ja mam 14 dni, żeby na nie odpowiedzieć. Bo to o spadek chodzi. Pomoże pani?
Ja: Czy pan sobie zdaje sprawę z tego, że jest Wigilia, dochodzi północ, a ja nie pracuję już.
Rozmówca: No ale ja muszę odpowiedzieć!
Ja: W porządku, rozumiem, ale są Święta. Proszę skontaktować się po Świętach.
Gość jeszcze coś nabluzgał i rozłączył się, a później nie dzwonił. Do tej pory nie wiem, czy był tylko wstawiony, czy postanowił sobie stroić żarty. Od tego momentu jednak sprawdzam, czy wyłączyłam telefon firmowy na noc.

I póki co byłoby tyle.

kancelaria_adwokacka

by astor

Odkąd pamiętam miałam telefon od pomarańczowych. Najpierw na kartę, potem mix, w końcu abonament.

Tak się złożyło w moim życiu, że znalazłam się za granicą, na dłużej, możliwe że na stałe. Razem ze mną telefon na abonament. No i jak to bywa, nie opłacało mi się, ani nie stać mnie było na zerwanie abonamentu. Pozostało płacić i korzystać podczas pobytów w Polsce. Nie chciałam oddać komuś numeru, bo jednak wszyscy go mieli, po za tym też był podany w bankach itp.

Jak już zostało mi kilka miesięcy do końca abonamentu akurat byłam w Polsce. Pomagałam mamie przy przedłużeniu jej umowy oraz pomagałam wybrać telefon. U pomarańczowych. I od słowa do słowa, Pan poznał moją sytuację i dopytywał czy nie chciałabym zerwać umowy itp. Dowiedziałam się ile na dzień dzisiejszy wyniesie mnie zerwanie i w sumie tyle. Po przyjeździe do domu przeliczyłam sobie ile mnie wyniesie płacenie do końca abonamentu. Po za tym nie wiedziałam też czy będę w Polsce w tym czasie, żebym mogła złożyć wypowiedzenie umowy. Okazało się, że opłaca mi się jednak zerwać tę umowę. Na tamten dzień, ta kwota już tak nie bolała.

Pojechałam do salonu nr 1. Odczekałam swoje. Powiedziałam do Pana z czym przychodzę, że chcę zerwać umowę na abonament z zachowaniem numeru i przejściem na kartę.
Pan w salonie odparł, że jest to niemożliwe. Skoro wypowiadam umowę to tracę numer.

Było dla mnie to dziwne, bo sama kiedyś pracowałam na infolinii pomarańczowych i wiedziałam, że się da.

Zadzwoniłam na infolinię. Na co zdziwiony Pan potwierdził, że jest taka możliwość, ale niestety muszę to zrobić w salonie. Poradził, żebym udała się do głównego salonu w moim mieście.

Pojechałam do salonu nr 2. Odczekałam swoje. A tam znowu to samo. Że jest to niemożliwe. Powiedziałam to co Pan na infolinii. Pani w salonie stwierdziła, że nie wie z kim rozmawiałam, ale tego nie da się zrobić. Powiedziałam, że kiedyś pracowała w tej firmie i że wiem że da się. Stwierdziła, że może kiedyś tak było i jedyne co mi poradziła, to zerwanie umowy przez innego operatora. Tak, Pani w salonie poradziła mi przejście do konkurencji.

Wróciłam do salonu początkowego, ale tam to samo.

Co było robić, posłuchałam rady Pani z salonu i przeszłam do konkurencji :)

Na koniec jeszcze czekałam na rachunek ileż to mam zapłacić tej kary za zerwanie umowy. I tu też było zabawnie, bo nic nie dostałam pocztą, nie mogłam sprawdzić faktury na moim koncie bo mi je usunęli. Pozostało zadzwonić na infolinię, a jako że byłam już z powrotem za granicą, dzwoniłam z zagranicznego numeru. I Pan na infolinii nie umiał tego ogarnąć. Podawałam mój stary numer, ale Pan najpierw się upierał, że nie jest w stanie sprawdzić bo nie mają w bazie. Na szczęście w końcu załapał. Też mnie poinformował, że powinnam dostać maila z fakturą, którego nie dostałam.

No i niesmak pozostał, bo jednak byłam x lat związana z pomarańczowymi, a ani razu nikt nie zapytał dlaczego chcę zerwać umowę, a potem dlaczego przechodzę do innego operatora.

telefonia komórkowa

by Khira

Pralka wyświetliła mi komunikat „E20”, czyli „zapchana”.

Niestety po wyczyszczeniu problem nie znikał. Jeżeli czegokolwiek nauczyły mnie moje studia na politechnice, to tego, że jeżeli sprzęt coś sygnalizuje, to znaczy, że faktycznie coś tam się popsuło. Zamówiłam reklamację.

O dziwo po dwóch dniach przyszedł pan. Posłuchał. Rozkręcił zaworek, o którym nie miałam pojęcia i wyrzucił z niego sprężynkę i koreczek. Oczywiście zapchane. I kazał wyrzucić.

Po czym, gdy po 4 min. zbierał się do wyjścia, stwierdził, że „chyba gdyby nie ten koreczek, toby pracy nie miał”.

Mieszkanie

by ~Zjemczekolade

O tym, jak wpaść z deszczu pod rynnę. Historia prawie roczna, ale przypomniało mi się dziś, gdy spotkałam się z ciotką, która szuka mieszkania dla syna studenciaka - oczywiście syn również szuka.

Zdecydowaliśmy się z narzeczonym wynająć coś razem, aby przetestować się przed ślubem. W końcu jak się z kimś nie zamieszka, to znamy tylko jego jedną stronę. ;)

Znaleźliśmy supermieszkanie za przyzwoitą cenę. Jednak gdy je dogłębnie obejrzeliśmy, zobaczyliśmy, że na ścianie w kuchni za lodówką jest siedzisko grzyba. Właściciel obiecał, że ma już firmę najętą i usunie go ona jeszcze przed naszym wprowadzeniem się. Nasz najem zaczynał się od września, a formalności załatwiliśmy już pod koniec lipca.

Jednak gdy wprowadziliśmy się, grzyb nadal był. Właściciel powiedział, że firma go wystawiła do wiatru, ale załatwił już nową. I tak załatwiał aż do listopada. Grzyb się rozrósł, a my wkurzeni powiedzieliśmy jasno, że albo coś z nim robi, albo się wynosimy. I wynieśliśmy się w ciągu tygodnia.

Mieszkanie szukane pilnie. Znalazła się oferta, gdzie do wynajęcia były dwa pokoje, a w trzecim właścicielka miała mieć rzeczy i wpadać średnio raz w miesiącu. Cena mniejsza, niż normalnie zapłacilibyśmy za ten metraż i w dodatku wszystko w cenie poza netem. Właścicielką była starsza kobieta - mogła mieć z 50-60 lat, wielbiąca garsonki. Uwierzyliśmy.

W umowie zapis o udostępnianiu mieszkania i pokoju w razie potrzeb właścicielki. Dajmy na to Pani Zosi, aby ułatwiło to pisanie dalej.

Otóż P. Zosia nie pojawiała się raz w miesiącu, tylko co weekend. Przyjeżdżała w czwartek, wyjeżdżała w poniedziałek rano. Przeprosiła nas, że tak wyszło, bo praca. Przebaczyliśmy. I zaczęły się jazdy.

Raz upomniała nas o śmieciach, które wywalały się z kubła. I tak było, ale z ważnego powodu - segregacji. Pod zlewem nie było tyle miejsca, aby zmieścić jeszcze dodatkowe śmietniki, więc uporaliśmy się z problemem siatkami. Jedna na plastik, druga na papier i kosz na różne inne odpadki. I to były właśnie te walające się śmieci.

Wracamy kiedyś po weekendzie. W mieszkaniu zimno. Chcemy zajrzeć do termostatu i zonk - zamknięty w skrzynce. Na kłódkę. Dzwonimy do właścicielki. Przyznała się, że założyła kłódkę, bo zapomniała, że wynajmuje (WTF!) i ustawiła temperaturę na 15*C. Miała naprawić to jak wróci na kolejny weekend. Tak bawić się nie będziemy. Szczególnie że mam długie włosy i nie suszę ich suszarką, bo miałabym afro godne murzyńskiego króla. Z łaską przyjechała i udostępniła nam kluczyk. Akcja powtórzyła się jeszcze 2 razy, ale tym razem klucz już mieliśmy. :D

Opieprzyła nas również, że nabijamy jej duże rachunki, bo podłączyliśmy do prądu komputer i telewizor. Nakazała zdemontować albo jedno, albo drugie. Nie zrobiliśmy tego, ale założyliśmy zamek, aby więcej nam się do pseudosalonu nie władowała. Wcześniej mieliśmy tylko na sypialce. Potem przyszła pretensja o kąpiele. Mój facet pracuje fizycznie. I uwierzcie, nie ma opcji, aby nie przeszedł się opłukać po robocie, bo inaczej trudno wytrzymać. Facet mój brał dwa krótkie prysznice dziennie, a ona krzyczała, jakbyśmy puszczali wodę i szli sobie po hot doga na Orlen do sąsiedniego województwa.

Przeginka nastąpiła w momencie, kiedy byłam sama w mieszkaniu, bo luby pojechał na pogrzeb. Ja nie dostałam wolnego. W smutku i tęsknocie za facetem postanowiłam zrobić sobie babski wieczór i zrobić się na bóstwo. Co na to właścicielka? Zakręciła mi wodę, bo za długo siedziałam w łazience. Ostrzegłam ją, że idę na dłużej i jak chce skorzystać wcześniej, to niech idzie teraz. I wyłączyła wodę, gdy miałam na sobie krem do depilacji, odżywkę we włosach.

Stwierdziliśmy, że koniec. Próbowaliśmy rozmawiać. Jak grochem o ścianę, a ściana by może szybciej zrozumiała. Znaleźliśmy nowe mieszkanie i wymówiliśmy umowę, powołując się na jej niezgodność ze stanem faktycznym. Właścicielka była zdziwiona, ale nie zrobiła większych problemów.

wynajem

by ~pechowa30

Bohaterka: Piekielna Pani w Ciąży.

Miejsce akcji: placówka poczty.

Przedpołudnie, mimo to kolejka na poczcie długa - ja stałam jako czwarta, za mną jeszcze z 4-5 osób + dwie osoby obsługiwane przy stanowiskach.

Weszła pani w widocznej ciąży. Przepchnęła się pomiędzy stojącymi obok drzwi w kolejce ludźmi bez żadnego przepraszam, prychnęła kilka razy (dosłownie: zrobiła takie "prfff", "prfff").

Podeszła do pierwszego stanowiska, znów prychnęła, przeszła do drugiego stanowiska, zawisając na chwilę nad ramieniem obsługiwanej aktualnie pani - nadal bez słowa, nie licząc tych prychnięć.

Po chwili przeszła na środek placówki, pokręciła się przez chwilę, sapnęła ze dwa razy i... w krzyk!

"Zupełny brak kultury, brak zrozumienia! Przecież widać, że jestem w ciąży! Ja tu czekać nie będę!”.

Po czym prawie wybiegła z poczty, oczywiście przepychając się ponownie bez żadnego "przepraszam" pomiędzy totalnie zaskoczonymi ludźmi.

Dodam, że w tym czasie cały czas obsługiwane były te same dwie osoby i nikt nowy do stanowiska nie podchodził.

poczta kobieta_w_ciąży roszczeniowość

by marcelka

Pracuję w sklepie internetowym sprzedającym produkty o dość "niewygodnych" rozmiarach do transportu dla kurierów, przez co firm chętnych do dostarczania jest niewiele. Piekielność dotyczy nie tylko samych kurierów, ale również klientów.

1. Alledrogo
Z uwagi na wspomniany "niewygodny" rozmiar, cena dostawy przy niektórych produktach wynosi nawet 1/3 wartości samego produktu. Jak to bywa na pewnym serwisie aukcyjnym, większość szuka głównie niskich cen. Częstą praktyką jest, iż niską cenę produktu rekompensuje się wysokim kosztem dostawy. W naszym przypadku podajemy rzeczywistą wartość dostawy.
W teorii: kupując produkt, godzisz się na podaną wartość transportu.
W praktyce: po zakupie produktu w niskiej cenie, często otrzymujemy niskie oceny za dostawę. WTF? Skoro kupujesz produkt i wiesz, że dostawa to 1/3 wartości, to skąd te pretensje?

2. Kurierzy
Kurierzy to temat rzeka... Począwszy od dostarczania uszkodzonych przesyłek z odbitym śladem beczki, po chamskie teksty typu: "dziś panu nie przywiozę, bo jestem zmęczony".

BARDZO WAŻNA KWESTIA: zgodnie z obowiązującym prawem, w twoim interesie jest sprawdzenie przesyłki przed odbiorem. Jeżeli opakowanie jest uszkodzone - masz prawo odmówić przyjęcia takiej przesyłki. W takim wypadku kurier w twojej obecności winien wypełnić tzw. protokół szkody/protokół odchyleń, w którym należy opisać uszkodzenia. Dlaczego?
Z reguły przesyłki są ubezpieczone, ALE w regulaminach firm kurierskich jest zapis, iż do uzyskania odszkodowania z tytułu zniszczenia przesyłki potrzebny jest między innymi powyższy protokół.

JESZCZE WAŻNIEJSZE: teoretycznie na spisanie protokołu kurier ma 7 dni, w praktyce: jeśli nie załatwisz tego od razu, szansa na uzyskanie odszkodowania maleje… Sorry, taki mamy klimat. Zawsze może paść argument: "zostało zniszczone po odbiorze".

Z reguły w takich sytuacjach idziemy na rękę klientom i wymieniamy produkt, jednak potrafimy być również piekielni. Kiedy okazuje się, że klient dzwoni po 3 dniach od odbioru i informuje, że przesyłka uszkodzona, mamy ręce związane.

Jeżeli nie wiesz, jak zachować się w danej sytuacji - skontaktuj się ze sklepem, w którym zakupiłeś produkt - obsługa na pewno poinstruuje, co zrobić.

Do kurierów: wiem, że macie g***ne stawki, wyśrubowane czasy dostawy, a chwilami wręcz nierealne. Pracujecie w trudnych warunkach, stresie i niejednokrotnie z agresywnymi i roszczeniowymi odbiorcami. Sam jeździłem z przesyłkami i wiem, jak bywa ekstremalnie...

Ale nie ma sensu rżnąć głupa: "nie mam protokołu, przyjadę jutro”, bo i tak nie wracacie, a straty w skali roku idą w dziesiątki tysięcy złotych, których nie pokryje żadne ubezpieczenie.

sklepy_internetowe

by Infidel

Stoję w korku. Przede mną pasy, za pasami skrzyżowanie gdzie można jechać tylko w prawo lub lewo. Grzecznie czekam na swoją kolej, bo w sumie jadę tylko na zakupy, więc nie spieszy mi się aż tak bardzo. Między pasami, a skrzyżowaniem stoi bus, więc zasłania większość widoku.

Z mojej strony na przejście wchodzi dziewczyna (swoją drogą całkiem ładna). Dochodzi do środka jezdni, zatrzymuje się i spogląda zza busa czy może dalej iść. Po upewnieniu się że tak, rusza dalej. Zrobiła może dwa kroki, gdy uderza ją samochód z naprzeciwka, który nagle zjechał z krzyżówki z dosyć dużą prędkością. Awaryjne w ruch i ruszam jej na pomoc jak to zawsze mnie uczono. Po chwilowej rozmowie okazuje się, że nic jej nie jest. Kierowca auta, które ją uderzyło nawet nie wysiadł tylko otworzył szybę i zaczął ją wyzywać od wszystkich najgorszych. Dziewczyna stwierdziła, że może iść dalej i zeszła na chodnik, a ja w tym czasie chciałem wezwać karetkę. Kierowca w tonie wrzasków, postanowił odjechać z miejsca wypadku.

A gdzie piekielność? Piekielna była karma, która wróciła prawie natychmiast. W tym samym korku parę samochodów dalej stał radiowóz, który wszystko widział i gdy kierowca ruszył zablokowali mu drogę. To jak próbował zwalić winę na dziewczynę, to już historia na inną piekielność.

P.S. Cała ta sytuacja trwała może z 10-15 sekund.

wypadek

by vonavi
Następna strona