piekielni.pl

Pokaż menu
Szukaj

Wystawiłam za darmo na OLX biurko. Po kilku telefonach umówiłam się z zainteresowanym panem. Kilkukrotnie uprzedzałam go, że biurko jest ciężkie i masywne i aby wziął ze sobą kogoś do pomocy. Ja nie mogę dźwigać, a jedna osoba nie zniesie mebla po schodach.

Pan kilkukrotnie nie przychodził na umawiane spotkania. W końcu się zjawił. Sam. Gdy zobaczył biurko stwierdził, że przecież on sam to nie da rady! Pomogłam mu wypchnąć biurko z mieszkania na korytarz i kategorycznie uznałam, że moja rola się kończy.

No, ale jak to? Jak on teraz ma to biurko znieść? Przecież muszę mu pomóc. To tylko jedno półpiętro, a on sam przecież nie da rady. Co to dla mnie! Tu złapię, tam podniosę, hop siup i już! Był bardzo wzbudzony, że nie chcę mu pomóc.

W końcu zrozumiał i poszedł po jakiegoś okolicznego menelika. Na odchodne, zamiast podziękowania, usłyszałam, że miało być za darmo, a on musiał gościowi kilka złotych dać na piwo.

by Morticia

Czytałem już kilka historii o problemach z egzekwowaniem praw jakie przysługują Zasłużonym Honorowym Dawcom Krwi, więc dodam i swoją.

Niestety dotknęła mnie choroba cywilizacyjna nazwana: zespołem cieśni nadgarstka (w obu rękach), więc udałem się do lekarza pierwszego kontaktu, ten wystawił bezproblemowo skierowanie, a nawet i 2 (do neurologa i neurochirurga - gdzie będzie krótsza kolejka).

I tu zaczynają się schody, ale nie jest jeszcze bardzo źle. Otóż do neurologa pomimo uprawnień, czas oczekiwania miesiąc (dla niewtajemniczonych maksymalnie powinienem czekać 7 dni), ale (o dzięki ci stwórco) w przyszpitalnej poradni neurochirurgicznej usłyszałem, że przyjmą od ręki (co się rzadko zdarza).
Pan doktor młody i miły wykonał szybki test i potwierdził podejrzenia lecz żeby sprawdzić czy jestem na etapie, że trzeba "ciąć" dał mi skierowanie na badanie EMG.

Z karteczką raźno udałem się pod gabinet gdzie rejestrują do tego badania, a tu psikus, bowiem są wyznaczone konkretne dni i godziny kiedy się to odbywa (oczywiści przeciętny Kowalski jest wtedy w pracy), więc "pstryk" zdjęcie i średnio zadowolony maszeruję do domu, aby za kilka dni (bo zbliżał się weekend) wykonać telefon.
W poniedziałek dzwonię, pani pielęgniarka (PP) odbiera:

ja- Dzień dobry, chciałbym zarejestrować się na badanie EMG.
PP- W tym roku już nie mamy funduszy, mogę umówić dopiero na styczeń (był dopiero czerwiec).
ja- Rozumiem, lecz jestem zasłużonym dawcą krwi.
PP- Ja nie mogę podjąć takiej decyzji, musi pan rozmawiać z lekarzem, proszę dzwonić na końcówkę XXX.

Oczywiście lekarz nie odebrał. Dzwonię ponownie w kolejnym dniu rejestracji (środa), sytuacja z pielęgniarką się powtarza, ale w gabinecie lekarza tym razem ktoś odebrał. Naświetliłem sprawę, że chcę się zarejestrować i jestem ZHDK, na co pani powiedziała, że oczywiście tylko prosi o telefon później, bo aktualnie wykonuje badanie i nie ma jak ustalić terminu. O ja głupi się zgodziłem i zadzwoniłem około 14:30 ponownie i tym razem żeby było zabawniej nikt nie odbiera. Ponowiłem więc telefon do pielęgniarki, ta mi dała inny numer lekarza, ale pani Doktor jak tylko usłyszała z czym dzwonię, bezczelnie odłożyła słuchawkę. Znów telefon do pielęgniarki (myślę, że już zaczęła mnie uwielbiać). Powiedziałem jej jaka jest sytuacja z umówieniem się na badanie i że zaczynam mieć tego powyżej uszu, a że przysługuje mi takie prawo zgodnie z ustawą, więc zaczynam liczyć 7 dni od pierwszego telefonu i będę składał skargę w NFZ. PP w drodze załagodzenia chyba sytuacji dała mi numer do działu organizacji pracy szpitala (w którym działo się to wszystko), tam też od nowa wszystko wyjaśniłem i Pani Rozgarnięta (PR) stanęła na wysokości zadania, powiedziała, że taka sytuacja nie może mieć miejsca i ona to załatwi i prosi mnie o numer telefonu oraz, że za kilka dni się odezwie.

Po dwóch dniach dzwoni, że niestety ma złą wiadomość, bo ani prywatny gabinet w moim mieście nie chce tego badania zrobić, a w mieście wojewódzkim nie chcą wystawić na to badanie faktury, ale prosi żebym dał jeszcze jeden dzień. W następnym telefonie słyszę, że jednak lekarz w szpitalu zgodził się wykonać to badanie w terminie 4 dni od rozmowy.
Badanie to było o tyle ważne, że bez niego nie było wiadome czy mam mieć umawiany zabieg chirurgiczny czy nie. Jest to jeden z wielu przypadków kiedy nie honoruje się praw dawców, a ciągle banki krwi apelują, że potrzebni są nowi.

W dzisiejszych czasach nic się nie dostaje za darmo, więc szczególnie służba zdrowia powinna wiedzieć ile dawcy dają innym.

słuzba_zdrowia

by ~DrKaboom

Mam ci ja matkę.
Jest to kobieta bardzo skrzywdzona. Przez życie, mojego ojca, własnych rodziców... Długa historia.
Ale nie o tym dziś.
Lata temu... Osiem chyba, wyszła ponownie za mąż. Po ponad 20 latach bycia rozwódką. Jej sprawa. Do wesela dołożyłem, szczęścia życzyłem. Wszystko było okej. Na pierwszy rzut oka. Na drugi zapytacie? Już nie.

Zacznijmy od tego że jej nowy ślubny to Ukrainiec. Nie mam nic do narodu. Ba! Nawet w moim garażowym zespole jest Ukrainka.
Ale... No właśnie ale! To banderowiec. Nie, nie ten z Wołynia. Tylko pseudo narodowiec.
Jak to, zapytacie... Otóż tak. Gość mnie nienawidzi. Dlaczego? Bo jestem Polakiem. Dlaczego ożenił się z Polką? Bo wiza się kończyła, a w kraju sytuacja niepewna.
Mej matce nie wolno posiadać Facebooka, bo go zdradza. Ona musi za*** coby dom utrzymać. On? Pracuje dwa dni w tygodniu. Resztę spędza do góry brzuchem z piwem.
Żona się skarży? To pach! W twarz.
Tak. Potrafi ją uderzyć. Jej reakcja? Bo tak u nich jest. I koniec.
Raz byłem świadkiem jak próbował. Jak myślicie? Jak długo go zasłaniała?

A co do bycia banderowcem jak wspomniałem? Wszem i wobec wygłasza hasła, że Polska to nie Polska... A Ukraina. Tylko jeszcze o tym nie wiemy. Generalnie pan na włościach. A mi tylko mamy szkoda. Bo to dobra kobieta. Ale syndrom sztokholmski jest silny. Nawet służby nie pomagają.
Mi pozostaje tylko widywać się z nią jak go nie ma (bo u kumpli na wódeczce), albo próbować łapać na mieście.

Nie mam już siły. Następne wpisy będą chyba z ciupy.

by IblisAlucardo

Takie wspomnienie piekielności szkoły.
Ostatni wpis pana Tomasza ze strony "Nauka to lubię" o przeciążonych uczniach, konkretnie fragment o kładzeniu się na podłodze po powrocie ze szkoły do domu, przypomniał mi własne doświadczenia z tym związane.

Od 1 klasy podstawówki chodziłam do szkoły pieszo nieco ponad kilometr. W klasach 1-3 były "zestawy podręczników". Grube tomiszcza, z równie grubymi "ćwiczeniami" i trzeba to było dźwigać codziennie, niezależnie od lekcji, bo były do wszystkiego.
Do dzisiaj pamiętam, jak po przyjściu ze szkoły sama leżałam czasem po pół godziny na twardej podłodze, żeby poczuć trochę ulgi, bo ból górnej części kręgosłupa był straszny. Niekiedy będąc w 2/3 drogi do domu musiałam zdjąć plecak i się wyprostować chwilę (przy tym obciążeniu musiałam chodzić zgarbiona jak Tofik, żeby nie polecieć na cztery litery). I często już łzy z bólu ciekły.

W późniejszych klasach ciężar już zależał od lekcji w danym dniu, poza tym w okresie wiosennym i jesiennym dojeżdżałam rowerem, więc plecak na bagażnik i nie ma problemu. Jednak zimą często dostawałam "minusy" za brak ogromnego podręcznika dajmy na to historii, kiedy musiałam mieć ze sobą jeszcze 4 inne równie grube od matematyki, polskiego czy przyrody. Zwyczajnie wiedziałam, że nie dam rady ich wszystkich przetransportować na plecach w jedną i drugą stronę, zwłaszcza jak jeszcze leżał śnieg, albo było ślisko.

Nie wiem, czy to była reguła, bo szkoły nie mają identycznych podręczników, ale te nasze naprawdę były pokaźne, bo były całoroczne, a nie na jeden semestr.

Pamiętam też, że na badaniach w 1 klasie miałam idealnie prosty kręgosłup, a po badaniach gdzieś w połowie zaczęła mi się kreować skolioza.
Mówiło się wtedy, że dzieciaki dostają skrzywień od siedzenia przy komputerach. Ja komputer w domu miałam dopiero gdzieś pod sam koniec podstawówki, a styczność z komputerem ciotki po godzinkę - dwie raz na kilka dni. Za to spędzałam większość wolnego czasu na dworze. Obalam teorię.

szkoła

by Carima

Na fali historii o WF-ie opowiem swoją.
Na początku muszę opowiedzieć coś o sobie i o swoich problemach ze sportem, ruchem itp.

Po pierwsze, coś jest nie tak z moją koordynacją ruchową. Nie wiem czemu, zawsze tak było. Mam duże problemy z "dostosowaniem" się do innych, np. podczas wspólnych tańców czy ćwiczeń. Nawet teraz, w dorosłym życiu, się to objawia w różnych momentach. Np. idę sobie na koncert, na jakiejś piosence wszyscy podnoszą ręce do góry i machają w lewo, w prawo, w lewo... A ja nie nadążam, i gdy wszyscy już mają ręce po prawej, to ja jeszcze po lewej i na odwrót.

Po drugie, nigdy nie byłam za bardzo wygimnastykowana, rozciągnięta itp. itd. Jako dziecko/nastolatka byłam dosyć ruchliwa, miałam dobrą kondycję np. do biegania czy jazdy na rowerze, nie miałam nadwagi. Ale zawsze byłam... mało gibka, po prostu. Nie radziłam sobie z ćwiczeniami typu "dotknij palcami stóp, nie zginając kolan".

Po trzecie, zawsze byłam też słaba. Miałam zupełnie niewyćwiczone ramiona, nie umiałam mocno rzucić piłką, nie radziłam sobie w ćwiczeniach typu podciąganie się na drążku.

Po czwarte, z różnych powodów, których wypisywać nie będę (to materiał na osobną, długą historię) byłam nielubiana. Przez 12 lat, 4 różne szkoły (zmieniałam podstawówkę) byłam czarną owcą, która w najlepszym przypadku była przez większość ludzi ignorowana, a w najgorszym wyśmiewana, cokolwiek by nie zrobiła. Nawet gdy już ktoś mnie lubił, na tyle, by ze mną gadać, to nie na tyle, żeby się za mną "wstawiać" i bronić mnie przed innymi.

Biorąc pod uwagę wszystkie te czynniki, WF dla mnie to był absolutny koszmar. Nauczyciele (a przewinęło mi się ich w sumie sześciu różnych) w ogóle nie brali pod uwagę predyspozycji uczniów do danych dyscyplin. Nie ze wszystkiego byłam słaba, bo np. miałam bardzo dobre oceny z różnego rodzaju biegów, a także z niektórych, bardziej indywidualnych ćwiczeń z piłką (np. wspomniane zaliczenie na zrobienie dwutaktu), umiałam dobrze jeździć na łyżwach (w liceum czasem chodziliśmy na lodowisko). Ale z wieloma rzeczami bardzo sobie nie radziłam. ŻADEN nauczyciel nie próbował mi pomóc, zachęcić jakoś do tego, bym w domu ćwiczyła dane partie, żeby potem lepiej radzić sobie na lekcjach. ŻADEN nie próbował mi pomóc, pokazać jak poprawnie wykonać ćwiczenie, poprawić, gdy coś robiłam nie tak - nie umiesz? Dwója (na szczęście za samo próbowanie były dwóje, jedynki dostawali tylko ci, którzy w ogóle nie podchodzili do zaliczeń).

Wspomniane w poprzedniej historii gry zespołowe to był koszmar. Jeszcze jako-tako radziłam sobie z siatkówką (chociaż też w ogóle nie wychodziła mi zagrywka), ale koszykówka, piłka nożna, ręczna czy hokej to była tragedia. Nie miałam szans poprawić się w tych sportach, bo - jak wspominałam - większość ludzi mnie nie lubiła i celowo do mnie nie podawała. A jak już ktoś do mnie podał, albo sama przejęłam piłkę, i coś mi nie wyszło to byłam strasznie gnojona. To sprawiało, że brakowało mi pewności siebie i szło mi coraz gorzej, ze stresu. Lubiłam, gdy mieliśmy czasem zajęcia z ping-ponga albo tenisa - tam, nawet gdy popełniłam błąd, to liczył się on tylko na moje konto i nikt nie miał do mnie pretensji.

Rozgrzewki... w gimnazjum i liceum rozgrzewki prowadzili uczniowie, głównie ci, którzy się sami zgłosili, ale każdy w semestrze miał mieć co najmniej jedną ocenę z prowadzenia rozgrzewki, więc i mnie to nie ominęło. To też była tragedia. Gdy tylko musiałam poprowadzić rozgrzewkę to natychmiast zapominałam jakie są ćwiczenia, oprócz skłonów i pajacyków. Nigdy nie byłam typem "lidera" i sama myśl o tym, że mam wybierać jakie ćwiczenia robić, niezwykle mnie stresowała, a fakt bycia nielubianą - nie pomagał.

W komentarzach pod tamtą historią parę osób napisało, że WF to przedmiot jak każdy inny i jeśli człowiek sobie z nim nie radzi, to powinien ćwiczyć w domu. Problem był jednak taki, że WF skutecznie zniechęcał mnie do ćwiczeń, sportu itp. W wolnym czasie czasem jeździłam na rowerze czy rolkach, bo to lubiłam i nie traktowałam jako sportu, tylko hobby. Ale robienie jakichkolwiek innych ćwiczeń, np. po to, żeby poprawić swoją siłę fizyczną? Nie, nie, nie, wszystko tylko nie ćwiczenia, kojarzące się z WF-em! Nienawidziłam tego przedmiotu najbardziej ze wszystkich.

Jakaś forma przymuszenia uczniów do ruchu w szkole jest całkiem dobrym pomysłem, bo ruch jest potrzebny. Ale nauczyciele powinni bardziej indywidualnie traktować predyspozycje uczniów oraz bardziej im pomagać, gdy sobie nie radzą.

Aha, dodam jeszcze jedno. Ktoś w komentarzu napisał, że takie gry zespołowe są potrzebne, żeby nabyć umiejętności współpracy. A gdzie tam. U mnie przymuszanie do "współpracy" z innymi uczniami sprawiało tylko, że jeszcze bardziej popadałam w lęki społeczne, z których musiałam się potem leczyć. A współpracy nauczyłam się sama, w pracy, gdy miałam normalnych ludzi i gdy do tej współpracy nikt mnie nie zmuszał, a sama uznawałam ją za korzystniejszą niż robienie czegoś samej.

Szkoła WF

by ~Skarpetkaaa

Popełniłam życiowy błąd i spędziłam weekend, udzielając awaryjnych i ekspresowych korków z chemii ogólnej, biochemii, farmakologii i fizjologii studentce pewnej stołecznej uczelni medycznej. Takie kombo, do pełni szczęścia zabrakło tylko anatomii i etyki w postępowaniu medycznym.

W życiu bym się nie ugięła, gdyby nie to, że Bardzo Była Uczennica to kuzynka dobrej przyjaciółki, której wisiałam od dawien dawna ogromną przysługę i w ten sposób przyszło mi spłacić dług. Dziewczyna ma jakieś warunki, jakieś poprawki, sesję mocno przedłużoną, średnio mnie to zresztą interesowało, ważne było dla niej, że potrzebuje pomocy na już, teraz, natychmiast, a dla mnie - co w zasadzie mam jej tłumaczyć.

Okazało się, że wszystko...
I niech mi stawy zaczną wyginać się w drugą stronę, jeżeli przesadzam. Wszystko. Zaczęłam z grubej rury - kazałam jej zaznaczyć na listach zagadnień wszystko, co już umie, żebym wiedziała, z czym się mierzymy. Dziewczynka po minucie czy dwóch gapienia się tępo w przestrzeń wyjąkała "No... ale ja nic jeszcze nie umiem. Dlatego korków potrzebuję, nie?".

Po bardzo niedługim czasie okazało się, że "nic" to bardzo trafne określenie. Podręczników i skryptów dziewczyna nie czyta, bo ich nie rozumie (i - w większości - ich nie posiada). Na zajęciach "trochę byłam, no wiesz, hehe, bo sprawdzali obecność, ale średnio ogarniałam". Dlaczego nie odpaliła choć Wikipedii, żeby tam sobie przeczytać absolutne minimum? Nie potrafiła powiedzieć.

Zdusiłam w sobie ubolewanie, szok, gorycz i resztę operetkowych odruchów i przeszłam do tłuczenia bazy pytań, bo nie streszczę jej kilkuset godzin wykładów i nauki własnej w 2 dni, może przynajmniej prawidłowe odpowiedzi zapamięta. Rozmowy o pytaniach wyglądały przeważnie tak:
- Ale ja nie rozumiem, o co chodzi w tym pytaniu.
- Którego słowa nie rozumiesz?
- Wszystkich...

Skracając przydługą opowieść - po raz pierwszy w życiu zdarzyło mi się spotkać studentkę IV roku, która planuje mieć napisane na dyplomie "lekarz-dentysta", a której trzeba było wyjaśniać, czym są - z chemicznego punktu widzenia - białka. Tak, białka. Jak trzynastolatkowi w gimnazjum. Przy aminokwasach jej twarz się rozjaśniła i zachwycona wystękała "aaaaa... TO BYŁO!...". Na całe szczęście, bo chyba bym udusiła dla dobra ludzkiej puli genetycznej.

Pod koniec drugiego dnia poinformowałam ją z mocą i przekonaniem, że nie ma najmniejszych szans zdać żadnego z egzaminów i zapytałam, jak zdała maturę z biologii i chemii.

Ściągała.
Najciekawsza była jej reakcja na moją złowrogą wróżbę - wzruszyła ramionami i stwierdziła, że "tatuś zadzwoni, zapłaci i dadzą jej zdawać znowu, w następnej sesji".
Zaciekawiłam się, kim jest tatuś.
Tatuś jest profesorem kardiochirurgiem. Nawet kiedyś byłam na jego wykładzie, tylko nazwiska nie skojarzyłam.
Zastanawiam się, dlaczego sam nie uzupełnia braków w wykształceniu córeczki. Może przejdę się na jego dyżur i zapytam.

niestety moja kuchnia

by Ursueal

Odkryłem Piekielnych stosunkowo niedawno, więc sporo czytam i przypominam sobie przy poszczególnych historiach piekielności, których sam byłem uczestnikiem.

Mam kuzynkę, którą ze względu na bliski stopień pokrewieństwa i fakt, że sporą część życia mieszkaliśmy drzwi w drzwi nazywam siostrą. Otóż siostra parę lat temu nabyła auto osobowe, nówkę sztukę prosto z salonu. Ja wtedy chwilowo nie byłem zmotoryzowany, a miałem parę spraw do ogarnięcia daleko od domu więc mówię:
- Słuchaj siostra, jak masz czas i chęć to może pojechalibyśmy w weekend do Andrzeja (stary kumpel mieszkający na wsi). Oddam ci za paliwo, pogonisz auto 300 kilometrów w obie strony po świetnej drodze, nałykasz się świeżego powietrza, dzieciaki pojeżdżą na kucyku, pobawią się ze swoimi rówieśnikami, utytłają w błocie, zobaczą jak wygląda schabowy, gdy jeszcze mieszka w chlewiku i że mleko nie jest z kartonu tylko od krowy. Adam (siostry mąż) pomoże mi wieczorem przy butelce. Krótko mówiąc połączymy przyjemne z pożytecznym.

Siostra się zgodziła, pojechaliśmy, zrealizowaliśmy plan. Po powrocie do rodzinnego miasta podjechaliśmy na stację benzynową, zatankowałem pod korek, tak jak było auto zatankowane w momencie wyjazdu. I wtedy siostra mówi
- Wiesz brat, jeszcze 36,50 jesteś mi winny.
- No super, ale może coś bliżej, za co na przykład?
- Taka podróż to nie tylko koszt benzyny. Przecież olej się zużywa, opony, nabite kilometry obniżają wartość rynkową. No wiesz, taka amortyzacja.

Wynalazła jakieś wskaźniki zużycia i wyliczyła z góry ile auto według nich straci na wartości. Zawsze była poukładana, zorganizowana i oszczędna ciut ponad miarę, ale żeby coś takiego? No zamurowało mnie prawdę powiedziawszy. Pomijam fakt, że od Andrzeja nie wyjeżdża się z pustymi rękoma, więc pół bagażnika miała wyładowane konfiturami, sokami, przetworami i nalewkami. Ale to sprawa miedzy nią a Andrzejem.

Natomiast między mną a nią sprawa była taka, że parę tygodni wcześniej przez dwa dni tyrałem z jej mężem przy budowie drewnianego tarasu. Za dziękuję. Moimi narzędziami. I przez myśl mi głupiemu nie przyszło, żeby domagać się pieniędzy za stępione brzeszczoty do wyrzynarki, zużycie frezarki, czy kilkanaście roboczogodzin. W końcu pomagam dla rodziny, tak?

Choć cisnęły mi się na usta różne cięte (bardzo) riposty, wyjąłem z portfela bez słowa dwie dwudziestki, nie będę robił kwasu za durne 4 dychy. Jeszcze przyjdzie koza do woza , pomyślałem. Na głos powiedziałem tylko:
- Pewnie jak zwykle nie masz drobnych, więc zrób mi przelew na te 3,50.

by Majezon

Los spłatał mi figla... Zaszłam w 3 ciążę. Niby nie tragedia, no ale żeby nie było za różowo to oczywiście coś się stać musiało. Ze względu na 2 poprzednie ciąże, które były jednym wielkim pasmem komplikacji zdecydowałam się na jednego z najlepszych w okolicy lekarzy, żeby zminimalizować jakiekolwiek ryzyko, ewentualnie, żeby szczerze mi powiedział co się dzieje i żeby niczego nie przeoczył.

No i początek świetnie, zero mdłości, ogólne samopoczucie świetne, do pracy chodzę, jestem pełna energii. I tak minęło 2 miesiące sielanki :) Zaczyna się 4 miesiąc i do akcji wkraczają komplikacje, najpierw delikatnie: za wysoki cukier (jakoś się unormowało, cukrzycy nie ma więc sukces), infekcja dróg moczowych, anemia, jakieś niedobory witamin... No nic, życie. W ciąży się zdarza. No ale znając moje szczęście (jeśli coś się może wydarzyć to na pewno spotka to mnie) to był dopiero początek. No i 2 tygodnie temu rozeszło mi się spojenie łonowe, co wiąże się z leżeniem plackiem. Ze względu na mój uraz kręgosłupa nie mogę nosić pasa ściągającego. I tak leżę.

Przy każdej zmianie pozycji wyję z bólu jak wilk do księżyca, wstaję tylko po to, żeby chłopaków wyszykować do szkoły i żłobka, bo wozi ich dobroduszna sąsiadka(w poniedziałek zaczęły się ferie, więc chłopcy cały dzień w piżamach). Lekarz sugeruje szpital, jednak zgodzić się nie mogę bo jednak w domu 2 dzieci, mąż dopiero zmienił pracę, więc wolnego nie dostanie, a nawet jeśli by dostał, to nie przedłużą mu umowy, która obowiązuje do końca lutego. I tak drugi tydzień leżę, przeczytałam cały internet, obejrzałam całą telewizje.

No ale tego też było mało. Dzwoni kuzynka, że jest w ciąży i bierze szybki ślub cywilny za 2 tygodnie puki jeszcze nie widać.
Prosi mnie o świadkowanie, bo mama zabroniła poprosić koleżanki, wszyscy gdzieś po świecie rozjechani, a ona to w sumie mnie najbardziej lubi. Grzecznie pogratulowałam, pożyczyłam szczęścia i zdrowia, ale świadkowania odmówiłam, no bo po 1 nie chodzę (jakby to nie zabrzmiało jeśli uda mi się wstać to poruszam się o balkoniku), po 2 musiałabym przejechać 300 km w rodzinne strony, a to jest dla mnie nie do przeskoczenia, po 3 ciąża ze względu na mój stan w sumie dość konkretnie zagrożona i wolałabym jednak nie ryzykować. Kuzynka trochę powzdychała, coś ponarzekała i rozmowa się skończyła.

Nie minęły 2 godziny i dzwoni moja mama i zaczyna się tyrada (tu wymienię od myślników zarzuty):
- odcinasz się od rodziny,
- nie szanujesz innych, jesteś egoistką,
- wymyślasz, na pewno twój stan nie jest tak poważny,
- co to za wyczyn postać 20 minut w urzędzie (na 3 piętrze, bez windy z balkonikiem :)),
- trzeba było w ciążę nie zachodzić jak wiedziałaś, że tak będzie,
- będziesz szukała chrzestnych, to żebyś nie była zdziwiona jak ci poodmawiają...

Ja się nie przejęłam zbytnio, odpowiadałam raczej zdawkowo w stylu NO, MASZ RACJĘ, NO WIEM.
W sumie najbardziej mnie tknęło to, że kiedy zaczęły się problemy mąż, mimo mojego sprzeciwu, zadzwonił do mojej matki i poprosił, żeby przyjechała w ferie pomóc przy dzieciach, bo jednak mój stan jest dość poważny i w każdej chwili mogę trafić do szpitala, to ta powiedziała, że nie da rad,y bo pies sam w domu nie będzie siedział do powrotu ojca z pracy.

KURTYNA

by bajkowa92

Janusz Byznesu.

Z uwagi na posiadanie linii produkcyjnych pozwalających na produkcję różnych typów artykułów spożywczych, to często mamy do czynienia z owymi Januszami. Chciał on zamówić partię puszek 400g pasztetu. Omówione warunki dotyczące minimalnej ilości zamówienia i dochodzimy do składu i...

Weźcie na 1k g produktu łyżkę najtańszego mięsa oddzielanego mechanicznie, łyżka najtańszego smalcu, wsypcie 600 g najtańszej mąki i dolejcie wody i najtańszych przypraw i innych poprawiaczy. I macie niejadalną breję czytajcie pasztet.
Mówimy mu iż to jest niejadalne i koniec, owszem możemy wykonać, ale wszelkie reklamacje z powodu G... jakości z automatu odrzucimy.


A teraz najlepsze... Owy Byznes jest dostawcą jedzenia do kilku przedszkoli.

Janus Biznesu

by bayhydur

Dzwonek do drzwi. Kuriera się nie spodziewam, więc lekka konsternacja, o co może chodzić.

Tym razem domokrążcy z organizacji 'EKO'.

Już dokładnie nie pamiętam, czy pierwsze było "Dzień dobry", czy "Nie chcemy od Pana żadnych pieniędzy", ale kolejne było czy chcę żeby delfiny, rysie tudzież pandy z Ugandy wyginęły.

Ciekawa socjotechnika swoją drogą, tak zadać pytanie, żeby rozmówcy było głupio cię spławić. Oczywiście mogę nie chcieć pomagać, ale w tej wersji pytania jest to jednoznaczne z życzeniem tym stworzeniom śmierci.

Zostawiając tą dygresję, sednem rozmowy było, że nie chcąc ode mnie pieniędzy, Pan/Pani domokrążca zachęca do ustawienia w banku zlecenia stałego, które im te pieniądze będzie przelewać co miesiąc.

Nóż się w kieszeni nie otwiera, piekielne płomienie nie pojawiają mi się w oczach, jest to jedynie irytujące.

Natomiast za piekielnie głupią uważam tą nową, choć już nie tak nową, strategię eko-domokrążców. To już więcej by dostali prosząc o piątaka. Jak ktoś jest na tyle zakręcony, żeby ustawiać zlecenia stałe w banku, to i tak już podobną organizację wspiera. Reszta zamknie drzwi i szybko zapomni.

dom domokrążcy ekologia

by razzk
Następna strona