piekielni.pl

Pokaż menu
Szukaj

Poczekalnia

Dzieci na weselach- temat powielany tu wielokrotnie. W mojej historii piekielni są ich rodzice.
W minioną sobotę byłem na weselu u kuzyna. Zespół ogłasza, że już za chwilę pierwszy taniec państwa młodych. Wodzirej prosi gości, aby przyszli na parkiet i utworzyli duży krąg, możliwie jak największy, gdyż układ taneczny, który mają przygotowany państwo młodzi, wymaga miejsca. Do tańca został przygotowany sztuczny dym, chyba konkretnie to się nazywa "ciężki dym", który unosił się na ok. 20-30 cm nad ziemią. Wzbudził on sensację wśród najmłodszych gości wesela- momentalnie zaczęło się nim bawić beztrosko czworo dzieci, kiedy młodzi zaczęli już swój taniec.
Jedną dziewczynkę jej mama złapała i przyciągnęła na sekundę przed stratowaniem przez kręcącą się dość energicznie wokół własnej osi pannę młodą. Innego brzdąca państwo młodzi zauważyli w ostatniej chwili i wyhamowali, tym samym gubiąc rytm, i przez dobrych parę chwil próbowali wpasować się w muzykę z odpowiednim elementem układu. Co najlepsze- dziecko zabrał z parkietu jakiś obcy facet, i dopiero od niego odebrała je matka, która wcześniej nie ruszyła czterech liter o krok. Po zakończonym tańcu wszyscy oczywiście żywiołowo klaskali, a państwo młodzi uśmiechali się, ale w oczach panny młodej widziałem kręcące się łzy (z resztą nie tylko ja- jak potem rozmawiałem z ludźmi, to inni tez to zauważyli). Przez jakąś nieodpowiedzialną matkę piękny układ, na naukę którego zapewne młodzi poświęcili sporo swojego czasu, poszedł się... Wiadomo- każda panna młoda marzy o tym, aby tego dnia wszystko było idealnie, a tu jeden z najważniejszych jego elementów został popsuty przez cudzą głupotę. Został tak uwieczniony na nagraniu, bo przecież pierwszy taniec tańczy się tylko raz.
A wiecie co jest dodatkowo piekielne- kobieta, która jak mówiłem swoje dziecko złapała na chwilę przed stratowaniem, to rodzona siostra panny młodej. Jeśli nie była w stanie sama ogarnąć dwójki dzieciaków miała na sali do pomocy męża, rodziców, teściową, babcię oraz cały szereg ciotek, wujków, kuzynów, kuzynek i bliższych i dalszych znajomych. A tak o mały włos nie popsuła własnej siostrze wesela, bo przecież gdyby panna młoda wpadła na małą, to nie wiadomo czy by się nie wywaliła i np. nie złamała ręki.
Tak więc drodzy rodzice, apel do Was: rozumiem, że kochacie swoje pociechy nad życie, ale niech ta miłość nie odbiera Wam zdolności logicznego myślenia. Nie pozwalajcie swoim dzieciom na wszystko, na co tylko w danej chwili mają ochotę. A jak tak robicie- to potem nie miejcie pretensji, że ktoś na swoim weselu nie chce obecności dzieci.

wesele

by ~Michuuu

Typowo: Z rodziną najlepiej na zdjęciu.
Moja babcia jest prawie 90-letnią staruszką. Do niedawna była całkiem sprawna - chodziła i dość dobrze funkcjonowała pomimo dokuczających problemów zdrowotnych. Niestety, zdarzył się wypadek; babcia złamała biodro. Wymaga więc całodobowej opieki. Ma ona kilkoro dzieci, dlatego oni zmieniają się co dzień, by się nią zająć. Jest jednak haczyk: 20 lat temu wujek dał słowną obietnicę dożywotniej opieki nad babcią w zamian za jej dom (wykupił go - mowa o kilku tysiącach - i przepisał na siebie). Jednak teraz nie poczuwa się do opieki nad babcią, a dom jest jego. Wymyślił, by pobierać comiesięczną określoną kwotę od rodzeństwa na opiekunkę dla babci. Kto jest piekielny? Oceńcie sami.

by MalinaTruskawkowa

Dzień z życia likwidatora szkód:

Konsultant: Poproszę numer polisy
Ubezpieczony: A gdzie on jest?
K: Na samej górze polisy ubezpieczeniowej
U: A gdzie ja ją mam?

Konsultant: Dzień dobry, Jan Piekielny, w czym mogę pomóc?
Ubezpieczona : Potrzebuję pieczątki na dowodzie montażu kuchenki gazowej
K: Bardzo mi przykro, ale ubezpieczyciel nie zajmuje się montażem. Powinna pani poprosić o to montera, który instalował pani kuchenkę.
U: To po co ja do pana dzwonię???

Konsultant: Dzień dobry, Krzysztof Piekielny, w czym mogę pomóc?
Ubezpieczony : Bo ja już spłaciłem w całości ten kredyt na sprzęt..
K: Rozumiem, ale ubezpieczyciel to nie jest bank,z którym zawarł pan umowę kredytową, nie ma nic wspólnego z pana kredytem
U: Ale ja...
K: Taaak?
U: Ale ja... ja chciałem zapytać, czy jak ja już spłaciłem ten kredyt to czy mogę już rozpakować ten sprzęt?

„Idąc po schodach telefon wyślizgnął się z ręki (…)”

„upadek był nie wortunny ponieważ podczas upadku telefonu u dołu ekranu pękł ekran”

„Pokrętło odpowiedzialne za załączenie piekarnika przestało reagować na obroty użytkownika”


„Idąc chodnikiem i rozmawiając przez telefon wpadł na mnie rowerzysta”

Konsultant: Dzień dobry, Marek Piekielny, w czym mogę pomóc
Ubezpieczony: Dzień dobry (zapada cisza)
U: Halo?
K: W czym mogę pomóc?
U: Bo ja mam swój samochód i ja go ubezpieczyłem w autocasco…

„W związku z powyższym proszę o naprawę lub kosztu zakupu zwrot i polubowne załatwienie mojego odwołania abym nie musiała odwoływać się z moją sprawą do konsumenta praw klienta”.

Konsultant: Proszę opisać, jak doszło do tego uszkodzenia telewizora
Ubezpieczona: No wie pan, jak to jest w domu, dzieci biegali, koty skakali…

Konsultant: Proszę opisać, jak doszło do zalania telefonu?
Ubezpieczony: Bo ja tak szłem z tem szklankiem i tak mnie się noga lewa omskła i się potkłem i ona się tak, wie pani, wypier... (..) się na ten stół..

by KatzenKratzen

Sama w sumie nie lubię czytać historii o kurierach, ale DPD bardzo zaszło mi za skórę.

W trakcie majówki zamówiłam sobie oprawki od okularów z Muscat. Do samej dostawy zażaleń mieć nie mogę, bo zamówienie złożyłam 2 maja, a 4 były już u mnie. Za to próba oddania ich z powrotem to żart (dla mnie już niezwykle nieśmieszny) - na przymiarkę ma się pięć dni, ja już tak naprawdę drugiego czy trzeciego wiedziałam które chce, więc przez stronę sklepu zamówiłam kuriera na 7 maja żeby paczkę ode mnie odebrał*.
Jak możecie się domyślić 7 nikogo u mnie nie było (a mój chłopak cały dzień był w domu). Podobnie 11 gdy odezwałam się do sklepu, że oddanie oprawek może się przedłużyć, ale nie z mojej winy, a dzięki DPD, więc zamówili następnego kuriera dla mnie. To samo 17 kiedy wkurzona zadzwoniłam na infolinię i konsultantka obiecywała, że pośpieszy łódzki oddział i na pewno ktoś po godzinie siedemnastej do mnie przyjedzie. Ale nie przyjechał i nie przyjechał też 18, kiedy to Muscat ponowił kuriera. Dali mi też do niego numer, jednak ani na telefony, ani na smsa nie odpowiedział.
W między czasie złożyłam skargę przez formularz na stronie internetowej, ale zastrzegają sobie, jak w przypadku reklamacji, trzydzieści dni na odpowiedź (choć w tym tempie odbioru pewnie paczka wciąż będzie leżała u mnie na szafce).

I żeby to była pierwsza taka sytuacja - dwa lata temu moja siostra oddawała coś do H&M, zamówionego ze sklepu internetowego. Też kilka razy kurier bez słowa postanowił się nie pojawić i dopiero skarga przez stronę pomogła (jej przynajmniej odpowiedzieli tego samego dnia).

Macie pomysł jak to rozwiązać? Muscat też próbuje się z nimi kontaktować jak widać, ale nic z tego nie wychodzi, bo mówiąc kolokwialnie - i mnie, i ich mają w dupie. Myślałam o tym, żeby zrobić trochę syfu i napisać na ich fanpage'u na Facebooku, jednak go nie posiadają (co, patrząc na ich poziom obsługi klienta i fanpage pt. "anty - DPD" i "poszkodowani przez DPD", mnie nie dziwi).

* Zwrot opłacony jest z góry przez Muscat, a do paczki dołączają odpowiednią foliową kopertę i naklejkę ze wszystkimi danymi.

DPD Polska

by ~nielubiedpd

Z okazji setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości Urząd Miasta zorganizował rajd rowerowy, planowane tempo piknikowe. Rejestracja udziału na 3 sposoby, internet, pocztą lub złożenie formularza w wydziale promocji. Wydawanie pakietów od godziny 8:30.
Piekielności: początek wydawania wielu uczestników napiera na punkt wydawania pakietów jednocześnie, awantura, bo niektórzy nie wiedzieli o rejestracji i nie dostają pakietów (informacja widoczna na plakatach). Sam rajd organizacyjnie dobrze wypadł, gorzej z uczestnikami, dzieci jeżdżą jak chcą, niektóre chyba dopiero uczył się jeździć, polecenia porządkowych spływają po niektórych jak... Bezpieczeństwo? No porządkowi mają dbać o ich bezpieczeństwo.
Dwa planowane postoje- prośba organizatora o nieśmiecenie, zapewniony kontener na odpady, ale co tam niektórzy wiedzą lepiej.
Na koniec "walka" o darmowe kiełbaski do ogniska, pierwszeństwo osoby z pakietami, ale nie, on też przejechał trasę z dziećmi więc ma dostać chleb i kiełbasy, bo głodni są, piwa nie ma? No jak to? Ognisko bez alkoholu?
Urząd Miasta postarał się, chociaż może jakby pakiety był płatne to podejście byłoby inne, ale że darmowy udział to i chyba kultura została gdzieś daleko.
Pakiety startowe: koszulka, woda, breloczek w barwach narodowych, długopis i kubek z logiem miasta. Ach i kiełbasa na końcu trasy i sok owocowy na regenerację sił.

Rajd rowerowy

by krzychum4

Co do kobiet w ciąży...
Zaznaczę, że nie wrzucam do kotła wszystkich Pań, ale ułamek pracuje na opinie pozostałych.

1. W mojej firmie. Zatrudniłem do pomocy dla handlowców dziewczynę. Lekka robota papierkowa, jak np: sprawdzenie pod względem poprawności umowy z klientem i czy jest wszystko NIP, REGON telefon itd, lub kserowanie papierów dla handlowców czytaj wkłada ryzę papieru i kopiuj 500x.
Dziewczę lat 22, jej druga praca po jakimś stażu.
I tak okres próbny umowa o pracę 3 miesiące mija i kolejna 12 miesięcy, dopiero po tej na czas nieokreślony.
No i mijają 4 dni jak jest na tej na 12 miesięcy, a przynosi L4 bo jest w ciąży. Cóż życie, ale zapytałem czy czasowo nie może zostać aż kogoś znajdę. Nie lekarz zakazał jej pracować.
Dwa tygodnie potem widzę jak na festynie skacze tuż pod sceną.
Wnioski zostawię Wam.

2. Firma kolegi. Zatrudnił dziewczynę do biura. Umowa o pracę na 12 miesięcy, potem nieokreślony. I w około 9 miesiącu dziewczę hmm zaczyna nosić coraz luźniejsze ciuchy i jest jakby z większym brzuszkiem.
Kolega podejrzewał, ale wprost zapytać nie mógł, a nieoficjalnie dziewczę zapierało się iż to tylko złe jedzenie.
Kolega zaufał jednak przeczuciu czy "mocy" jak modnie teraz i po umowie na 12 miesięcy jej nie przedłużył, ale dał 1 miesięczną odprawę
I tak! Dziewczyna była w ciąży i ukrywała ten fakt, bo liczyła, że zaraz po nowej umowie L4=>Macierzyński=>matka karmiąca.
Potem w całym mieście rozpowiadała jaki to zły człowiek, bo wiedział, że jest w ciąży i umowy nie przedłużył.

L4 roszczeniowe

by szembor

Moja sąsiadka uczy w liceum, które postanowiło zostać przedsionkiem politechniki - nacisk kładzie się tam na fizykę, matematykę, chemię i informatykę, a pozostałe przedmioty, zwłaszcza humanistyczne, realizuje się co prawda od początku do końca podstawy programowej, ale na każdym kroku można wyczuć, co (i kto) jest dla wszystkich ważniejsze.
Sąsiadka mówi, że trochę to boli, kiedy słyszy przy układaniu planu "bo oni MUSZĄ mieć tyle godzin polskiego, bo to WYMYSŁ ministerstwa, a tyle WAŻNYCH rzeczy można by zrobić w tym czasie", boli bardzo, kiedy okazuje się, że uczniowie zainteresowani np. olimpiadą historyczną są przez szkołę usilnie namawiani, żeby przestali marnować siły i skupili się na kolejnym konkursie fizycznym, a boli nie do zniesienia, kiedy usiłuje się wymuszać na nauczycielach zdawalność matur wewnętrznych.

W mijającym tygodniu sąsiadka egzaminowała z polskiego. Na szczęście nie ma już "przygotowywanych cały rok" prezentacji, tylko losuje się temat do omówienia kilkanaście minut przed egzaminem, ale usłyszałam od niej (i sama zobaczyłam na przykładowych pytaniach), że zdanie tego to formalność, a nie wysiłek intelektualny.

Sąsiadka oblała dwie osoby. Pierwsza postanowiła cwaniakować i zaczęła wymuszać na komisji zaliczenie bez przeprowadzania egzaminu - "bo przecież to wszystko bez sensu". Cóż, sens sensem, egzaminatorzy mają swoje obowiązki i protokołują przebieg matur, więc do protokołu wpisano, że zdający nie podjął się realizacji zadania maturalnego. Osoba numer dwa podłożyła się w inny sposób - wylosowała temat o tym, w jaki sposób artyści przedstawiają rodzinę i jakiś obraz tematyczny do omówienia jako punkt wyjścia. Nie powiedziała absolutnie nic, nie była w stanie nawet opisać, co przedstawia reprodukcja, którą miała na kartce. Zapytana, czy zna jakiś film albo powieść, w której występują dzieci powiedziała, że nie i umilkła.
Komisja nie miała innego wyjścia, jak ją oblać.

Przypadek osoby pierwszej pozostał bez komentarza ze strony szkoły, ale osoba numer dwa powróciła jako wiadro pomyj wylane na głowę sąsiadki - to był jakiś olimpijczyk z matematyki, wygrane zawody programistyczne, murowana kariera, geniusz ścisłowiec. Sąsiadka dowiedziała się, że to jej wina, że nie pójdzie na studia (z oblanym ustnym polskim ma się niezdaną całą maturę) mimo wygranych indeksów, bo nie starała się dość mocno, żeby go na tej maturze wyciągnąć na 30% i teraz będzie musiała przeprosić jego rodziców za zmarnowaną przyszłość dziecka. I że na pewno będą podważać ważność egzaminu w okręgowej komisji egzaminacyjnej, bo nie może być tak, żeby taka pierdoła przekreślała wszystko.

Zapytałam, dlaczego dopuszczono go do tej matury. Bo to olimpijczyk i "na pewno sobie poradzi".

Mam wrażenie, że od moich czasów tak zwana "wychowawcza" funkcja szkoły i świecenie przykładem odpowiednich wartości w życiu mocno zmieniły oblicze.

by Ursueal

Absurd sprzed chwili.
Straciłam stały meldunek (nieistotne z jakiej przyczyny, co i po co). Otrzymałam pismo, że mam się wymeldować ze "starego" adresu, ponieważ inaczej grozi mi kurator, areszt i nie wiadomo co jeszcze i że jestem "poszukiwana" (ojciec prawie dostał zawału). Wymeldowałam się i jednocześnie otrzymałam informację, że nie muszę nikogo informować o swoim pobycie aktualnym (to poszukiwana czy nie?) i nie muszę zmieniać dowodu na nowy (gdzie nie ma miejsca na żaden adres ani meldunkowy ani pobytu). Przed chwilą otrzymałam telefon od zatroskanego Pana z banku, że nie mogę zmienić danych adresowych (żeby listy nie przychodziły na stary - logiczne), ponieważ muszę mieć stały meldunek. Brak meldunku również oznacza niemożność załatwienia jakiejkolwiek sprawy bankowej wymagającej wglądu w mój dowód osobisty. Nawet jeśli będę się posługiwać obecnym dowodem lub zmienię na nowy, to i tak muszę nosić ze sobą zaświadczenie o meldunku.
Przy wymeldowaniu się pytałam kilka razy kilku róznych urzędników, czy jest obowiązek meldunku - "NIE, NIE MA".
Od Pana z banku otrzymałam informację o aktualizacji ustawy, że od 1 stycznia tego roku jednak jest obowiązek.
Ktoś rozumie co się tu wyczynia?
Jestem skołowana i uważam sprawy urzędowe w Polsce za PIEKIELNE!

meldunek urzędy

by KatiCafe

Jestem młodą mężatką mam półtorarocznego synka. Z mężem dogaduje się bez większych problemów, o ile problemem nie jest teściowa. Mamusia mojego męża jest kobietą bardzo nadgorliwą, uwielbia wtrącać się w nasze życie, oraz organizować wszem i wobec różnego rodzaju uroczystości, za nie swoje pieniądze.Wracając do historii. Mój mąż, a jej syn pracuje za granicą. W domu pojawia się co miesiąc. W tym samym czasie kiedy go nie ma, teściowa magicznie *znika. Tak więc kiedy mąż wraca, teściowa również. Matka mojego męża jest osobą emerytowaną, jednakże bardzo sprawną jak na swój wiek. Pomimo jej sprawności nigdy nie mogłam liczyć na jej pomoc. Parę dni temu nasz synek miał mieć imieninki. Niestety dzień szybciej bardzo źle się poczuł. Nie przeszkodziło to jednak mojej teściowej, aby przyjechać i przedstawić nas przed faktem dokonanym jakim była wiadomość o tym, że zdąrzyła już wszystkich zaprosić na zorganizowaną przez nią imprezę imieninową. Oczywiście wszystkich tych, którzy to jej odpowiadali. (Moja rodzina została pominięta) Ważne tutaj jest również to, że teściowa nie dzwoniła i nie odwiedzała wnuka od paru tygodni. Teraz proszę wyobraźcie siebie, o trzeciej nad ranem mąż musiał wracać do pracy, w domu wymiotujace dziecko, a na zajutrz organizacja imprezy bo mamusi się zachciało. Jak można się domyślić, całe jedzenie miałam zorganizować sama. (Owszem planowałam małą kawkę z ciastkiem, ale tylko dla dziadków i tylko wtedy na ile bedzie pozwalalo na to zdrowie synka.) Późnym wieczorem synek poczuł się bardzo źle, postanowiliśmy z mężem, że jedziemy do szpitala. Wkrótce i mąż musiał nas zostawić i jechać do pracy. Przedtem jednak zadzwonił, i przedstawił całą sytuację matce. Jakie było moje zdziwienie gdy na zajutrz dostałam telefon od męża, jak bardzo złą i niewdzieczną synową jestem. Teściowa zarzuciła mi, że w jej mniemaniu mam fanaberie, że dziecko na pewno nie jest tak obłożnie chore, (mąż sam był przy wymiotach), że na pewno wymyślam. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie w krótkim czasie i telefon od niej do mnie. Teściowa pytała się mnie jak czuje się nasze maleństwo, że wszystko rozumie, że bardzo się martwi, że życzy nam dużo zdrówka. Po czym dodała, wraz ze swoim jadem, że jej syn, a mój mąż w życiu nie miał tyle stresu co teraz!
Mąż pojechał i teściowa już wiecej razy też nie zadzwoniła.(nawet przez te parę dni jak leżałam z dzieckiem w szpitalu) Wróciłam ze szpitala z dzieckiem i zastanawiam się tylko jak tak można i co mogłabym z tym zrobić?

by ~Xxx93

Ostatnio wpadłam na parę opowieści z wynajmu i naszły mnie wspomnienia, których nie brakuje z uwagi na to, że najemcą pokojów jestem od kilkunastu lat. Nie brakowało mniejszych i większych piekielności, ale jakoś najbardziej wryła mi się w pamięć Piekielna Agniesia.
Jakiś czas temu zdarzyło mi się, że trzeba się było wyprowadzić, albowiem pan właściciel mieszkanie nasze sprzedał (swoją drogą koleś też trochę piekielny, co może kiedyś opiszę). Znalazło się wyjątkowo szybko mieszkanko w moim zakresie cenowym i w odpowiadającej mi lokalizacji, choć koszmarnie zaniedbane. Do najbardziej piekielnych opisów z tego portalu brakowało mu chyba tylko dziury w podłodze i koegzystującego z lokatorami żywego inwentarza. Niemniej jednak, na moje oko, było to wszystko w miarę do odkopania. Gdy oglądałam mieszkanie akurat wprowadzała się nowa lokatorka. Wymieniłyśmy się naszymi oczekiwaniami tyczącymi się współżycia mieszkaniowego i wielcem się uradowała, bo dziewczyna stwierdziła, że szuka osoby spokojnej, pracującej i sprzątającej. Czyli dokładnie tego, czego i ja szukam.
Wprowadziłam się zatem niedługo po niej; dziewczyna - powiedzmy, że Agnieszka – dzielnie odgruzowała mieszkanie jeszcze zanim się tam zjawiłam (ku mojej uldze i współczuciu dla niej), mi zostały tylko w sumie żaluzje, okna i pralka do powalczenia (swoją drogą pralki nie udało się "odratować", wyglądała, jakby ostatni rok spędziła podłączona do ścieków zamiast do czystej wody przy praniu).
Agnieszka okazała się bardzo sympatyczna; jedyne dwie piekielności, jakie się od początku objawiły to po pierwsze fakt, że straszliwie wręcz obgadywała wszystkich i narzekała na wszystko – a to jej znajoma z pracy kupuje gotowe obiady dla siebie i swojego faceta, no jak tak można?? Zamiast swojemu mężczyźnie zrobić domowy obiad to jakieś gotowce kupuje? Aga nawet jej specjalnie przepisy proste znalazła, a ta dalej nic? I co to za facet, że sobie tak pozwala? A znowu ten koleś z pracy, to sobie grę kupił za 200 złotych, rozumiesz? Dorosły facet, 200 złotych na grę wydał, wiesz?! Ja nie grałam w nic od podstawówki! A ta Kaśka to by chciała umowę o pracę, wiesz? Wszyscy pracują na zleceniu, a jej się umowy o pracę zachciewa, śmieszna jest! A ten... i tak cały czas. Drugi minus to jej non stop narzekanie, na to jak w jej życiu jest cały czas pod górkę... wcześniejsi współlokatorzy – straszni syfiarze, wcześniejszy właściciel – okradł ją, jej menedżerka ją źle traktuje, w serwisie ją oszukali, policja się przyczepiła itp itd niemniej opowiadała z takim przejęciem i ogólnie była na tyle miłą i pomocną osobą, że byłam skłonna jej uwierzyć – w końcu nie wydawało mi się prawdopodobne, by tak w sumie sympatyczna (poza obgadywaniem ludzi ;)) osoba rzeczywiście była winna tych wszystkich rzeczy, które jej się przytrafiały... Pewnie dziewczyna ma pecha do ludzi, zdarza się (tak, tak, naiwna jestem, w końcu "jeśli masz problem z wszystkimi...")
Tak więc początkowo żyło się miło i spokojnie. W zasadzie jedynym problemem był nasz trzeci współlokator, pozostałość po wcześniejszej ekipie, która zaniedbała mieszkanie, bowiem w ogóle nie sprzątał po sobie. A tu jakaś plama na podłodze zostawiona, a tu znowu syf na kuchence zrobiony, a to jakaś podpaska zużyta w łazience... zaraz, zaraz. Dziewczyny współlokator nie sprowadzał, to co za podpaska? I w tym momencie zrobiłam się podejrzliwa. O ile na początku z automatu przypisałam tzw. syfienie współlokatorowi, pamiętając o tym, w jakim stanie opłakanym było mieszkanie za jego czasów, o tyle teraz zaczęłam przykładać baczniejszą uwagę do sytuacji. Oczywiście, jak się łatwo domyślić, okazało się, że to Agniesia nie sprząta po sobie (i jej chłopak, spędzający tu większość czasu), bo jednak jeśli współlokatora nie ma dwa tygodnie, to raczej na pewno nie on. Jako człowiek niekonfliktowy przymknęłam na to oczy, zwłaszcza że Aga, gdy już robiła sprzątanie generalne, sprzątała na błysk błysków.
...jak się domyślacie, do czasu. Do czasu, gdy Aga zaczęła wyjeżdżać – wyjeżdżała tak na 3, 4 dni, przyjeżdżała znowu na 3, 4 dni, ponownie wyjeżdżała i tak dalej, w ten deseń. W tym momencie przełączyła się w tryb "nie ma mnie, nie sprzątam". Jeszcze pół biedy, gdyby nie robiła wokół siebie syfu, ale wraz z przyjazdami zaczęła robić koszmarne wiadomo co, gorsze niż dotychczas. A raczej zaczęli, bo jej chłopak zawsze był na mieszkaniu, gdy i ona była. Nie sprzątali po sobie, nie sprzątali w ogóle, potrafili w dwa dni po moim sprzątaniu zrobić taki gnój, jakby mieszkanie nie widziało sprzątania od tygodnia. Śmieci zaczęli swoje trzymać osobno (na środku kuchni), co nie zmieniało faktu, że mieli problem z ich wynoszeniem (wyjeżdżamy na 3 dni? Niech sobie śmieci poleżą), a i tak dorzucali też do naszych. Chodzenie w butach po wykładzinie, którą olernie ciężko doczyścić? Nie ma problemu. Zostawianie jedzenia na wierzchu, by się zepsuło i niewyrzucanie go, nawet gdy zaczynało nowe życie? Ok. Zostawianie połowy obiadu na kuchence, obok palników rozlanej i rozsypanej? Może komuś się przyda.
Dodatkowo, mimo że pół czasu jej nie było, chomikowała koszmarne ilości jedzenia w lodówce. Sprawiedliwie wypadało mniej więcej po dwie półki na lokatora + jedna szuflada w zamrażarce. Aga zajmowała trzy, w porywach do czterech, a gdy skończyło się jej miejsce w szufladzie, potrafiła wyrzucić rzeczy z szuflady naszego współlokatora do mojej (wersja z dwojga złego lepsza) albo mu je wrzucić do pokoju na łóżko, by tam się rozmroziły (wersja gorsza), "bo te kiełbasy tam tak długo leżą, na pewno ich nie zje, a ja potrzebuję miejsce".
Tak czy siak pewnego dnia (tak jakoś po półtora miesiąca mojego sprzątania po wszystkich, bo i współlokator chyba wziął wzór z Agusi i stwierdził, że "jego przecież prawie nie ma" – rzeczywiście przychodził tylko na nocki, ale przecież korzystał normalnie z kuchni i łazienki, obiady robił o 22ej wieczór, tyle że przynajmniej nie syfił tyle, co Agniesia) skończyła się moja cierpliwość. Stety lub niestety pedantką i estetką nie jestem i potrafię się zaciąć i powiedzieć "pass, przestaję sprzątać". I przestałam. A jako że byłam jedyną osobą, która sprzątała, to i się zaczęło robić strasznie ;). Po prawie trzech tygodniach mojego protestu mieszkanie wyglądało, jakby nikt go nie sprzątał z kwartał. W końcu jednak Agę ruszył ten cały syf i ze swoim facetem go posprzątali. Ja byłam zadowolona, że wreszcie ją sumienie ruszyło... do momentu, gdy omal się nie zabiłam na workach ze śmieciami (swoimi), które mi postawili pod moim drzwiami. Bo to moje przecież. Aha. No, dobra, wyrzuciłam, no niech im. Parę godzin później spotykam Agę i co? Ano kazanie. Ja. Dostaję. JAK JA MOGŁAM DOPROWADZIĆ MIESZKANIE DO TAKIEGO STANU ! (ja?) JEJ CHŁOPAK MUSIAŁ JEJ POMAGAĆ SPRZĄTAĆ (o, wow, praktycznie mieszka, to i posprzątał, niesamowite) NIE, JEJ CHŁOPAK WCALE TU NIE MIESZKA, PRZYJEŻDŻA RAZ, DWA RAZY W TYGODNIU (ta i siedzi po cztery dni pod rząd), JEJ CHŁOPAK MUSIAŁ KIBEL MYĆ!! (o, sory, że po Twoim facecie nie umyłam kibla, może jeszcze maluszka mam mu myć?) I w ogóle milion wyrzutów skierowanych do mnie w tym takie jak, że to strasznie straszne, że ja zostawiam zużyte zapałki na kuchence (ok, przyznaję, że zostawiam, ale jej chłoptaś też zostawia i jakoś jej to nie przeszkadza) i zamykam okna (no, sory, że zamykam, gdy wychodzę z domu i gdy jest mi zimno; Agusia potrafiła otworzyć wszystkie możliwe okna w trakcie wichury i wyjść z domu - raz lekko wypaczyła przez to jedno z okien – na szczęście trzeba przyznać, że co zepsuła, to naprawiła). Tak więc dowiedziałam się, że to ja jestem ta zła. Cóż, żyłka skoczyła lekko, ale dobra. Jedno co było niepokojące, to było przekonanie, z jakim mówiła niektóre kłamstwa, typu że przecież ona tydzień temu sprzątała! (nie sprzątała dwa miesiące) albo że jej chłopak tu nie mieszka. Rozumiem, gdyby to było mówione przy kimś, ale rozmawiałyśmy w cztery oczy, a ona mówiła to z takim przekonaniem, jakby serio w to wierzyła. Trochę mnie to zmartwiło, zwłaszcza że przypomniało mi się wówczas jeszcze jedno – któregoś dnia mój facet, nasz wspólny znajomy, opowiadał mi, że Aga płacze wszem i wobec, że jej chłopak w ogóle nie ma dla niej czasu. O tyle mnie to zaskoczyło, że wiedziałam, że jej chłopak w zasadzie, poza pobytem w pracy, spędza z nią 80% czasu, praktycznie cały czas u nas nocuje i całe popołudnia tu siedzi. No cóż, to jest "nie ma czasu"? Tak więc te jej kłamstwa mówione z pełnym przekonaniem były podejrzane, jak dla mnie.
Tak czy siak Aga sięgnęła po dalej idące rozwiązania i wypisała kartkę z listą obowiązków i zasad współżycia na mieszkaniu. W sumie dobrze (choć lepiej byłoby, gdyby ją skonsultowała z kimkolwiek), w końcu wreszcie biało na czarnym będzie, co ma być robione, żeby było dobrze. I, jak się domyślacie, była jedyną osobą, która wymagań wypisanych na kartce nie przestrzegała. Kolejna żyłka mi drgnęła.
Ostatecznie żyłka mi poszła, gdy dowiedziałam się, jak to Agusia mnie obsmarowuje wszem i wobec, jaki to ze mnie syfiarz, jak to w ogóle po sobie nie sprzątam (i w ogóle nie sprzątam), a ona biedna się zarzyna wraz z jej nie mieszkającym tu przecież chłopakiem. Wypisz wymaluj moja historia na Piekielnych, tylko że to niby ja jestem tą Piekielną Agusią. Było to szczególnie niemiłe z tego względu, że mój facet to nasz wspólny znajomy, który ją zna dłużej i lubi, więc nie chcę wiedzieć, jaką wizję mnie musiała mu wyrobić. Ale teraz przynajmniej wiedziałam, że te jej opowieści o tych wszystkich złych rzeczach, które ją dotykały były zmyśleniem :). A ludzie oczywiście jej wierzyli, bo to taka sympatyczna dziewczyna, co ma pecha do ludzi w życiu, a wszystkie te swoje kłamstwa opowiada z niesamowitym przekonaniem budzącym żywe współczucie.
Jak się domyślacie w końcu wyprowadziłam się, lecz oczywiście nie bez małych fajerwerków z Agi strony. Pierwsze hocki klocki sie zrobiły, gdy się wyprowadzałam. Większość rzeczy wywieźliśmy jednego dnia, ja jeszcze wróciłam parę razy po jakieś resztki – co ważne, mając do tego pełne prawo, gdyż miałam tam mieszkać teoretycznie jeszcze przez miesiąc i miałam klucze, no i miałam tam jeszcze swoje rzeczy. Od Agusi dowiedziałam się (i znajomi dookoła też się dowiedzieli), że się "zakradam do mieszkania specjalnie wtedy, gdy nikogo nie ma". No, sory, miałam pytać, czy mogę łaskawie przyjechać do własnego pokoju po własne rzeczy i dostosowywać się do jej grafiku? Zwłaszcza gdy ona często pracuje na dwójki, a ja na jedynki?
Tak nie będziemy się bawić – ja na pewno na rękę jej iść nie będę w takiej sytuacji. Złożyło się, że z właścicielką układ miałam taki, że jak się wyprowadzę wcześniej i wcześniej kogoś znajdę na miejsce, to nie będę musiała płacić za miesiąc wypowiedzeniowy. Tak więc w moim interesie było znaleźć kogoś jak najszybciej, gdyż mieszkanie już inne miałam zaklepane i zapłacone, no i tam już mieszkałam. Gdyby z Agą było miło, to bym poszukała razem z nią nowej osoby na moje miejsce. A jako że było, jak było, a spodziewałam się też, że będzie mi robić pod górkę i specjalnie odrzucać wszystkie kandydatury, wzięłam pierwszą chętną, w miarę normalnie wyglądającą osobę, skonsultowałam z właścicielką, właścicielka pogadała z nowym lokatorem, zatwierdziła i kazała przekazać klucze, przekazałam owe, finito. Ale nie dla Agusi. Agusia palnęła mi kazanie smsowe, że jak ja śmiem sprowadzać obce osoby do mieszkania! Że ona przychodzi, a tam jakiś obcy facet chodzi po mieszkaniu! Że przecież on by mógł pokraść jej rzeczy! (sory, Agusiu, że właścicielka też Cię tak miała dość, że stwierdziła, że nie będzie Cię informować o nowym lokatorze). To nic, że facet ma do tego prawo, bo kasę zapłacił, klucze ma, właścicielka ma jego dane i w ogóle wiadomo było, że jak ja się wyprowadzę, to się ktoś inny wprowadzi (swoją drogą na większości mieszkań też nikt ze mną nowych lokatorów nie konsultował, mało to miłe, ale zwykle tak właśnie jest, niestety). Odpisałam jej mało miło, że raczej trudno, żeby jej coś ukradł, bo wszystko trzymała u siebie, w zawsze, nawet gdy była w środku, zamkniętym na klucz pokoju, nawet jakieś sprzęty kuchenne, żeby przypadkiem ktoś nie skorzystał. Ona oczywiście korzystała ze sprzętów innych; o ironio, pamiątkowy kubeczek po mojej siostrze właśnie w jej pokoju zaginął na wieki ;).
Takiej zniewagi (że jej odpyskowałam) chyba Agusia nie mogłą znieść, bo dowiedziałam się jeszcze (i moi znajomi), że jestem złodziejką, bo powynosiłam rzeczy należące do mieszkania i że ona to zgłosi właścicielce. Podejrzewam, że chodziło pewnie o moje rzeczy, które kupiłam na to mieszkanie do wspólnego korzystania (typu czajnik, zestaw mopowy czy miska), jako że ja nie zamykam tego typu rzeczy w pokoju na klucz, jeśli wszyscy mogą skorzystać. Właścicielka oczywiście potwierdziła, że nic jej z mieszkania nie zginęło.
Ostatnie info, o jakim wiem, było takie, że właścicielka zastanawiała się, czy nie wypowiedzieć umowy Agusi, bo z nią się nie da żyć.
I najbardziej piekielne w tej historii jest to, że ja szczerze podejrzewam u niej jakieś zaburzenie psychiczne. Ta jej wiara w jej własne kłamstwa, to widzenie wszędzie piekielności, jej koszmarna nerwowość i strach przed byciem okradzionym, kompletne niewidzenie swoich błędów... to wszystko było dość wyraźnie widoczne po jakimś czasie. I co na to jej rodzina? Co na to jej facet? Jak się jest z kimś blisko, trzeba delikatnie próbować komuś pomóc w zdecydowaniu się na jakąś terapię. No i piekielne też jest to, że jakby Agusia pierwsza wrzuciła swoją historyjkę, to ja byłabym tą zła tutaj ;).

współlokatorzy

by szafa
Następna strona