piekielni.pl

Pokaż menu
Szukaj

Poczekalnia

Sytuacja sprzed około miesięca
18 lat nie mam już od ponad pół dekady, choć podobno nadal tak wyglądam (co może okazać się powodem zaistaniałej sytuacji).
Otóż mam ja sobie samochód. Nie jakiś złom, lecz porsche to to nie jest. Jak to w przypadku samochodów czasem się zdarzy - któregoś razu na trasie zgasł i nie chce odpalić. Cóż zrobić, samochód zholowany do miejsca zamieszkania i zaczyna się poszukiwanie odpowiedniego mechanika, co by naprawił szybko, dobrze i niedrogo. Zasugerowałem się opiniami w internecie (o ja naiwny) i zdecydowałem się zaprowadzić samochód do mechanika w okolice politechniki (speccar, gliwice - podaję z premedytacją).
Telefonicznie wszystko dogadane - przyprowadzić, posprawdzają i oddzwonią. No właśnie, oddzwonią... Termin umówionego sprawdzenia przeciągnięty o dwa dni, więc zdecydowałem się zadzwonić. Usłyszałem, że jeszcze nie mieli czasu, ale dzisiaj na pewno sprawdzą. Po kolejnych dwóch dniach musiałem ponownie zadzwonić, jednak nikt nie odbierał (dzwoniłem kilkukrotnie na przestrzeni dwóch godzin), więc zdecydowałem się wybrać tam osobiście. Tym razem, jak się okazało, zapomnieli do mnie oddzwonić. Dowiedziałem się, że podczas wciągania na lawetę coś się urwało przy lewym przednim kole i ciężko było go wciągnąć, a samochód zgasł ponieważ na rozrządzie musiało przeskoczyć, tłoki się spotkały nie tam gdzie trzeba, nie ma co zbierać (wybaczcie, żaden ze mnie mechanik). Od słowa do słowa wyszło, że trzeba kupić silnik, oni się tym zajmą, posprawdzają i zadzwonią.
Po weekendzie znów musiałem zadzwonić gdyż ponownie nie było żadnego odzewu. Podobna historia. Musiałem dzwonić dwa razy zanim odpowiedni silnik został znaleziony (trwało to ponad tydzień). Sam silnik (bez „bebechów” – gdzie moja wiedza ogranicza się do wtrysków) miał kosztować w granicach trzech tysięcy. W trakcie tego tygodnia dowiedziałem się, że wtryski mogą być również uszkodzone. Gdzie cena wtrysków byłaby odrobinę wyższa od ceny silnika. Dodatkowo przy wymianie silnika należy wymienić sprzęgło dwumasowe i coś tam jeszcze, co daje kolejne ponad trzy tysiące. Jak nie trudno podliczyć owa naprawa miałaby, przy odrobinie nieszczęścia, kosztować ponad dziesięć tysięcy, co jest niemalże ceną samochodu.
Od momentu znalezienia silnika znów minęło około tygodnia. Zadzwoniłem by się dowiedzieć czy silnik został już zakupiony oraz o ewentualne postępy w naprawie. W odpowiedzi usłyszałem, że najpierw trzeba przynieść pieniądze na silnik, bo oni nie wykładają takich pieniędzy, o czym nie zostałem wcześniej poinformowany.
W takiej sytuacji zdecydowałem się zabrać samochód i zawieźć do polecanego przez rodzinę mechanika, sporo dalej. Tym razem, ze względu na to „coś urwane przy lewym przednim kole” zdecydowałem się wynająć lawetę. Zadzwoniłem poinformować, że będę po samochód z lawetą. Po przyjeździe okazalo się, że jednak nic się nie urwało. Panowie bez problemu wypchnęli samochód by łatwiej wciągnąć go na lawetę.
W środę wieczorem samochód trafił do drugiego mechanika. W czwartek telefon – silnik sprawny, jednakże nie dostaje prądu. Wstępna diagnoza wskazuje na czujnik walu korbowego. W sobotę otrzymałem informacje, że samochód naprawiony i przygotowany do odbioru.
Powodem było przepalenie wiązki kabli. Koszt naprawy 700 zł, ze względu na problemy ze znalezieniem usterki. Przy okazji dowiedziałem się, że rozrząd jest jak nowy :).

mechanik speccar

by Fenios

Byłam dzisiaj matulę odwiedzić. Wchodzę do domu.

Słyszę zza ściany (od sąsiadów) wszelkie ku*wy, c*uje, sz*aty, dzi*wki... Dziecięcym głosem.
Sąsiadka wprowadziła się z mężem niedawno. Mają dwóch synów, jeden 6 a drugi chyba teraz będzie miał 9.

Dzieciak "zwracał" się tak do matki, z tego co zrozumiałam z wrzasków, bo nie chce chodzić do szkoły.
Gdy mama spotkała sąsiadkę na korytarzu, zwróciła się do niej czymś w stylu, że takie małe dziecko nie powinno używać takich słów, a tym bardziej do rodzica. Reakcja:
"Oj tam, przecież to tylko dziecko, on zaraz z tego wyrośnie!"
:D
Tak, sam wyrośnie. Chyba nawet nie współczuję sąsiadce... .

Odkąd się wprowadzili, dwa potworki są ustawiane "do pionu" przez sąsiadów (zwracają się do starszych na "ty", nie mówią dzień dobry, zostawiają zabawki i rowery na podjeździe dla aut). Matka nie zwraca im jakiejkolwiek uwagi. No, chyba że któryś z sąsiadów (np. mój tato) wyrzuci zabawkę na ich ogródek pod oknami. Wtedy zwraca uwagę. Ale mojemu tacie. Który ma to w d... .

dzieci rodzice

by mabmalkin

Opowiem krótko o dwóch piekielnych wymysłach brytyjskich* planistów miejskich. Nie jest to oczywiście jakaś straszna piekielność, ale gdy człowiek codziennie idąc do pracy natrafia na takie durne rozwiązania, które nic nie wnoszą poza niepotrzebnymi utrudnieniami i spadkiem bezpieczeństwa, to jest to mocno irytujące.

1) Przejścia w literę Z. Polega to na tym, że żeby przejść przez dwujezdniową ulicę, musisz najpierw przejść przez jedną jezdnię, następnie przejść spory kawałek w bok na wysepce, i dopiero wtedy możesz przejść przez drugą jezdnię. Najczęściej przejście na wprost uniemożliwiają wysokie barierki.

Zapewne w zamyśle geniusza, który to wymyślił, ma to spowodować, że ludzie będą przechodzić przez ulicę na dwie tury i zwiększy się bezpieczeństwo. Tymczasem faktyczny efekt jest taki, że tam gdzie nie ma dużego ruchu ludzie przechodzą na czerwonym, a tam gdzie jest, kto może, ten przebiega. Czyli spadek bezpieczeństwa. A ci nieliczni, którzy nie są w stanie przebiec... cóż, mieszkam przy bardzo ruchliwej ulicy, gdzie na zielone czeka się niemal 2 minuty, a trwa ono 10 sekund**. Czyli ktoś mniej sprawnie ruchowo potrzebuje prawie 10 minut tylko po to, żeby przejść na drugą stronę ulicy do sklepu i z powrotem.

Przypomniało mi się, jak w Krakowie ludzie robili problem, bo przez Plac Inwalidów nie dało się przejść na zielonym jednym rzutem. Tylko, że na Placu inwalidów dystans do pokonania dla pieszych to 48 metrów. Na skrzyżowaniu, o którym mowa dystans w prostej linii to jedynie 28 metrów, no i nie jeżdżą tramwaje*** ani nic takiego. Więc nie ma żadnego powodu, dla którego nie dałoby się wydłużyć zielonego do 15 sekund. Ba, nawet w te 10 sekund by się dało normalnie przejść, gdyby nikt nie wpadł na świetny pomysł, by to ludziom utrudnić!

2) Sygnalizacja świetlna przed przejściem dla pieszych tylko dla samochodów. Nie wiem, co za geniusz wpadł na to, żeby w ten sposób zaoszczędzić miastu trochę pieniędzy. Dochodzę do przejścia, przed którym stoją samochody i nie mam pojęcia, kiedy zapali im się zielone. Kilka razy miałem sytuację, że właśnie robiłem krok na przejście, gdy kierowcy włączyło się zielone i postanowił ruszyć nie patrząc na mnie - bo przecież on ma zielone!

Gdy na przejściu w ogóle nie ma świateł, wiesz, że kierowca patrzy, czy nie idą piesi i powinien ustąpić im pierwszeństwa. Tymczasem gdy tylko kierowca ma światła, to mając w pamięci zasadę ograniczonego zaufania wiem, że może się zdarzyć tak, że będzie miał zielone i albo się zagapi, więc nie spojrzy, czy idę, albo pomyśli, że powinienem wiedzieć, że on ma zielone i przecież nie wejdę na pasy.

A co jeśli dochodzę do przejścia i w tym samym momencie dojeżdża do niego samochód? Ma czerwone i się zatrzyma? Czy ma zielone i będzie jechać? Dla mnie to jest loteria, bo ktoś postanowił trochę zaoszczędzić.

Zresztą, nie jeżdżę samochodem, ale podejrzewam, że dla kierowców też to rodzi problemy, jeśli nie mają pewności, że piesi będą zachowywać się przewidywalnie, bo nie wiedzą, jaka jest sytuacja na przejściu...


* Spotkałem się z nimi tylko w UK, ale oczywiście może to nie być jedyne takie miejsce.

** Kiedyś czekałem na jedzenie z baru i mi się nudziło, to zmierzyłem stoperem.

*** Oficjalnym wytłumaczeniem, dla którego na Placu Inwalidów światła palą się zbyt krótko, żeby dało się przejść przez ulicę jednym rzutem było to, że jeździ tam dużo tramwajów i robiłyby się korki.

Miasto ulica

by Issander

Roszczeniowość ludzi i sam nie wiem jak to nazwać, zaczyna przekraczać wszelkie granice.
W czasie tych Sierpniowych wichur, poleciały mi na działce dwa duże drzewa. Szkoda bo piękne i zdrowe były, ale cóż...Wola Boska.
Jako iż piły nie miałem, a i firmy zbytnio brać mi się nie chciało. Dałem więc na OLX ogłoszenie brzmiące " Dwa drzewa do pocięcia w zamian można zabrać całe drewno"
Miałem czego się spodziewałem tylko jedną odpowiedź, ale treść mnie rozwaliła. Otóż: Witam. Za 300zł oferuję pocięcie drzew, oczywiście drewno zabieram.
Musiałem więc pożyczyć piłę i 4 dni z życia na uprzątnięcie działki. Ale pozostała ładna kupka tak ze 3 m3 drewna.
Na nic mi tyle drewna to popatrzyłem i wystawiłem na OLX cena 200zł i BEZ DOWOZU.
Odpowiedzi:
1-Biorę ale za 50zł
2-Biorę proszę dowieść tutaj.
3-Jestem samotną matką, chętnie wezmę drewno proszę dowieść.
4-Panie daj Pan 20 zł to przyjadę i zabiorę to drewno.
5-Jestem biedny/a chyba 30 zapytań bo za darmo.
Przyjechał jeden chłopak, zadowolony cena okazyjna. Dał 200zł i od siebie dorzucił flaszkę. Sam stwierdził lekka zima to ma 2 miesiące palenia.

sklepy_internetowe

by bayhydur

Szukałam ostatnio mieszkania na olx. W związku z tym dzwoniłam pod około 10 numerów podanych w ogłoszeniach. Kilka dni później zaczęłam dostawać po kilka SMSów dziennie z różnych numerów z ogłoszeniami typu "tani internet, w (nazwa mojego miasta)", "bezpłatne badania słuchu w (nazwa mojego miasta)", "szukasz partnera? Zarejestruj się na www.nazwastrony.pl", itd. Robi się to coraz bardziej uciążliwe.

Serdecznie środkowym palcem pozdrawiam osobę, która wykorzystuje ogłoszenia do stworzenia bazy numerów. Mam nadzieję, że się nią udławisz.

reklamy ogłoszenie

by CzasamiPiekielna

Hisotria Arthosisa- #80119. Sprawiła, że spadła na mnie lawina wydarzeń z wcale nie tak odległej przeszłości. Całą historię postaram się opisać w miarę klarownie; w czasie tych wydarzeń nie byłam jeszcze dojrzałą osobą i nie wszystko byłam w stanie zrozumieć (no, teraz ze swoją 20-tką też się tak nie czuję, ale wiem więcej i myślę inaczej ;) ).

Mieszkałam od dziecka na wsi. Przeprowadziliśmy się z rodzicami gdy miałam 8 lat do miasta obok. Miałam (i nadal mam) dwie najlepsze przyjaciółki, powiedzmy- Monikę i Agę. Nasi rodzice dobrze się znali. Jednak w historii skupimy się na Agnieszce.

Pochodziła z bardzo chrześcijańskiej rodziny, miała dwie starsze siostry. Z naszej "trójcy" ona zawsze była najrozsądniejsza i najbardziej poważna. Małżeństwo jej rodziców uznawane było za jedno z "najlepszych we wsi".
Do czasu. Ojciec pracował za granicą, wciągnął się w hazard, tracił na tym wszystkie pieniądze; jednak publicznie nadal zgrywali małżeństwo idealne. Mama Agi była chora, jak się później okazało- białaczka. Niewiele więcej wiem, wiem, że długo z tym walczyła. W końcu podjęła decyzję o rozwodzie (popchnięta do tego przez matkę Moni i moją). Nie chciała żyć pod jednym dachem z mężczyzną, którego kochanką stało się kasyno.

W kwietniu wyjechałyśmy w trójkę na dwutygodniową wycieczkę ze szkoły, miałyśmy wtedy po 17 lat.
Wróciłyśmy początkiem maja. Do rozwodu nie doszło- Agi mama była w stanie ciężkim w szpitalu; przez telefon, w czasie wyjazdu, nikt bliski- siostry, babcia, ojciec- nie informowali jej o tym, bo nie chcieli jej martwić. Dwa dni później mama Agi zmarła. Czułam się jakby to moja matula była. I od tego czasu nastało pasmo nieszczęść i absurdów.

1. Spadek. Starsze siostry w tym czasie były już pełnoletnie, jedna ("średnia") miała już narzeczonego. Spadek został podzielony między trzy siostry i TYLKO między nie. Aga była niepełnoletnia, pieczę nad jej częścią sprawowała najstarsza siostra. Wypłacała jej na podstawowe rzeczy typu podręczniki szkolne. Poza tym- ciuch czy wyjście do kina raz na miesiąc? Nie. Ogólnie jej siostry zmieniły się nie do poznania, a znałam je odkąd pamiętam.
Nadszedł czas 18-tych urodzin Agi. Pieniądze dostała i... wyprowadziła się z domu, bo starsza siostra zrobiła sobie z niej zwykłą służbę domową, nieustannie się kłóciły. Druga siostra też Agę olała.

2."Wsparcie rodziny i CHŁOPAKA". Od śmierci mamy Agi, NIKT- babcie, ciotki, wujkowie itp. (a rodzina duuuża). Nawet nie odwiedzili ich w domu by wesprzeć dziewczyny, już niekoniecznie finansowo, ale chociażby psychicznie. Przyszli tylko na odczytanie testamentu i wyszli oburzeni, że jakimś "gówniarom" matka przepisała FORTUNĘ.
Chłopak zerwał z nią w dniu śmierci jej matki, bo znalazł sobie inną dziewoję. Aga się bardzo załamała (zawsze traktowała związki bardzo poważnie, a była z nim ponad dwa lata). Aga nocowała albo u Moniki, albo u mnie. Nasi rodzice traktowali ją jak własną córkę i starali się wspierać jak tylko mogli. Jednak wstydziła się tego. Z siostrami zerwała kontakt.

3.Tatuś. Zniknął za granicą w czeluściach hazardu. Nie wiem dokładnie jak to działa, ale pozwał Agę O ALIMENTY (tak, pozwał o alimenty swoją 18-letnią córkę, która nie pracowała, mieszkała u jego byłych już znajomych i właśnie miała pisać maturę). Zadłużył się na kilkaset tysięcy. Od pogrzebu żony nie kontaktował się z córkami ani razu. Wyrzec się ojca raczej nie można; nie wiem do końca jak to działa (nie linczujcie!;)) ale chyba wystarczy zrzec się spadku dopiero po śmierci ojca (?). W każdym razie ze sprawy udało się wybrnąć.


Nie będę już Wam mącić w głowach, więc na szybkości- Aga nie zdołała zdać matury, mimo, że nasi rodzice opłacali jej wizyty u psychologa, korepetycje itp. Poznała wspaniałego chłopaka, wyjechali razem za granicę. Obecnie ma 20 lat i pracuje w jakiejś fabryce, mieszka z narzeczonym u jego rodziców. Mimo wszystko szanuję chłopaka za to, że pomógł jej wyjść z dołka. I podziwiam ją, bo ja mając 17 lat i taką "cudowną" atmosferę w rodzinie, nie potrafiłabym raczej tego wszystkiego znieść.

A i gwoli wyjaśnienia- rodzice moi i Moniki nigdy nie chcieli od rodziny Agi jakichkolwiek pieniędzy za jej utrzymanie przez prawie dwa lata, nawet nie zamierzali prosić. Po prostu uznali, że tak trzeba zrobić i są zdania, że dziś zrobiliby to samo, mimo, że nigdy u nas się nie przelewało. Podziękowania też nigdy nie otrzymali.

rodzina spadek

by mabmalkin

Przyjechał do mnie w odwiedziny wujek ze Śląska. Opowiedział kilka piekielnych historii. Oto jedna z nich.
Wujkowi zepsuł się odkurzacz, wiec zaszedł do sklepu z żółtym kolorem w logo, aby wybrać nową maszynę. Wybrał, kupił, zaniósł do domu. Otwiera... i tu mu szczęka opadła.
W pudle z odkurzaczem znalazł paragon z naprawy. Wkur**ł się niesamowicie, bo nie dość, że odkurzacz używany i naprawiany, to jeszcze nikt nie raczył tej naprawy wbić w kartę gwarancyjną. Do tego odkurzacz był sprzedany jako NOWY.
Spakował to tak jak było, paragon w rękę i wio do sklepu robić raban.
Dopadł najpierw sprzedawcę, który sprzedał mu sprzęt. On udawał zdziwionego, więc wujkowi ciśnienie skoczyło o kilka poziomów w górę i kazał zawołać kierowniczkę. Ta przyszła, na szybko przeprosiła wujka, oddała pieniądze i wujek wybrał inny odkurzacz, oczywiście sprawdzając czy jest nowy.
Ciekawi nas tylko czy odkurzacz trafił znowu na wystawę do sprzedaży, bo kierowniczce ani brewka nie drgnęła podczas całego zamieszania. A znając wujka temperament, akcję zrobił tam potężną.

sklepy

by wifi

Jak wielu przede mną, wcześniej czytelnikiem,dzisiaj zaś narratorem.

Uczę języka angielskiego w formie korepetycji - małe grupy, sam na sam, za to uczniowie każdego wieku i poziomu. Lubię tę pracę i z większością uczniów mam dobry kontakt. Za to dzisiejsza historia... zasługuje w pełni na kategorię "Piekielny klient".

Dostaję zlecenie ze szkoły językowej (tak jest łatwiej,szybciej,opłacalniej) - dziewczynka, 2ga klasa gimnazjum.
Wizyta pierwsza.
Zostaję przywitany,dwa psiaki szczekają, wchodzę do pokoju,siadam i zamiast zacząć sprawdzenie na jakim poziomie jest ta (D)ziewczyna, zapala mi się lampka ostrzegawcza. Otóż matka bez żadnego pytania siedzi i czeka, Bóg wie na co... ("A bo może się czegoś naucze, he he")
Jakby rodzic zapytał się czy może posłuchać,zobaczyć jak zajęcia są prowadzone,jasne nie mam z tym kłopotu.
Później okazało się że D jest nieśmiała i posmakowałem tego w 15 minucie lekcji,kiedy spytałem się czemu patrzy przez okno,przez cały czas, wybiegła z pokoju z płaczem. Moja pierwsza myśl - "Co tu się do cholery dzieje?". Przez całą lekcję wpatrywała się w okno (to nie autyzm) i żadnym sposobem nie mogłem nawet zacząć jakiejś współpracy.
Moja ocena po pierwszych zajęciach - to nie z angielskim D ma problem,a z hormonami i emocjami, więc nie korepetytor, a psycholog dziecięcy ma tu robotę. Ale nic to - let's take this challenge!
Wizyta druga. Dzisiaj.
Może coś się zmieni. A gdzie tam,panie!
(J)a - Czemu patrzysz przez okno? Mogłabyś spojrzeć na mnie?
(D) - Ale o co Panu chodzi?
(J) - A o to że podczas rozmowy uprzejmym jest patrzeć na rozmówcę.
(D) - Inni nauczyciele nie ŻĄDAJĄ (Co?) abym na nich patrzyła (współczuję im...).
Jedyne co uzyskałem,to to że zaczęła gapić się w biurko. Na moje pytanie "czy chce się uczyć" odpowiedziała twierdząco...twierdząc,że no przecież ma to w szkole. Czyli musi,a nie chce,to ja męczyć się nie będę za 30 ziko za godzinę mordęgi.
(J) - To w takim razie dziękuję za lekcję. Powodzenia życzę.
I na koniec wpada (P)iekielna Matka,która była dla mnie tylko tłem,do teraz...
(P) - Przychodzi Pan jak fleja, gbur, cham, tyle negatywnej energii ze sobą przynosi... (1.5 minuty obelg później) niech się pan wynosi! (nie chodzę na korki w garniturze, ale bez przesady...)
10 minut lekcji i rodzic każe mi się wynosić za próbę nawiązania kontaktu z uczniem. Życzyłem miłego dnia,z pięknym uśmiechem i wyszedłem. Tylko tych piesków szkoda...

uslugi korepetycje angielski rodzice madka

by Cellar

Tak sobie czytałem historie, w których ktoś postronny "wie lepiej" od osoby bezpośrednio zaangażowanej w sprawę i mi się przypomniało.

Mój Brat jest księdzem zakonnym. W klasztorze, w którym rezyduje jest pies - suka owczarek niemiecki - duży silny pies. Ponieważ u nas w domu od zawsze był pies to i mój Brat wziął na siebie obowiązki związane z tym zwierzakiem. Karmi, wyczesuje, bierze na spacery do pobliskiego parku. Z uwagi na przepisy - na spacerze pies zawsze jest w kagańcu i na smyczy. Na terenie ogrodzonym klasztoru czasem pies może przemieszczać się sam, jednak zazwyczaj tylko w nocy, gdyż w dzień często ktoś na teren przyjeżdża przez zdalnie otwieraną bramę. Aby pies nie uciekł (młoda i bardzo ruchliwa suczka) jest w ciągu dnia zamknięty w małej zagrodzie, gdzie ma budę - nie na łańcuchu.

Tu wkraczają piekielne kucharki klasztorne. Panie kucharki przyjeżdżają do klasztoru tylko w porze obiadowej ugotować dla zakonników i jadą do domu. Nic innego do ich obowiązków nie należy. Niestety uznały one, że zrobią coś więcej. Zaczęły więc wypuszczać psa z zagrody. Gdy w między czasie ktoś przyjeżdżał - suka uciekała. Pierwsze kilka razy mój Brat - nie chcąc robić afery - to niespotykanie spokojny człowiek - szedł do parku, odnajdywał psa i wracał z nim do zagrody.
W końcu jednak nie wytrzymał i skonfrontował kucharki z problemem. A na to stwierdziły one (mniej więcej):
[K]ucharki - Wy (zakonnicy) męczycie zwierze i niech sobie pobiega po terenie.
[B]rat - Ale ucieka do parku!
[K] - To co, tam sobie pobiega.
[B] - Ale ja muszę po nią chodzić i ją łapać.
[K] - i co?
[B] - A jak kogoś pogryzie? To duże i silne zwierze, jak zrobi komuś krzywdę to wezmą panie odpowiedzialność?
[K] - ... męczycie psa i trzeba to zgłosić do związku kynologicznego i wam go odbiorą.

Dalszego biegu rozmowy opisywał nie będę. Stanęło na tym, że Brat zagroził, że rozwiążą z nimi umowę jak to się nie zmieni... i kucharki dały za wygraną.

Chyba nie udało mi się w pełni oddać tej sytuacji, ale jak ktoś Ci się wtrąca w sprawy Twojego psa, naraża tego psa i ewentualnie innych ludzi? To co masz zrobić? ech

klasztor ksieza opieka nad zwierzętami

by broneq

Jakoś w roku 2002, może 2003 moi rodzice zapragnęli kupić działkę rekreacyjną w okolicach Warszawy. Taka inwestycja łączy sie niestety z wątpliwym procederem jeżdżenia i oglądania. Niestety, czasami rodzice nie mogli oboje gdzieś pojechać, więc ja i siostra musiałyśmy wtedy przejmować "obowiązki" za jedno z nich.

Któregoś razu pojechałam z tatą obejrzeć działkę należącą do pewnej starszej pani, która nie miała już siły się nią zajmować i oddawała ją za "bezcen". Przy rozmowie telefonicznej i umawianiu się na spotkanie, oznajmiła, że bardzo przeprasza, ale niestety nie jest zmotoryzowana i już nie da rady jechać PKS, ani, że nie ma jej kto zawieść, gdyż dzieci pracują w innych miastach. Zapytała, czy moglibyśmy ją odebrać spod domu i pojechać razem. Ojciec oczywiście się zgodził, umówił na konkretny termin i wział wolne.

Gdy dojechaliśmy na miejsce, entuzjazm taty nieco opadł, ponieważ działka była naprawdę w złym stanie. Niemniej jednak pani nas oprowadziła, odkręciła wodę, pokazała co i jak, zasugerowała nam, żebyśmy przeszli się do pobliskiego miasteczka i je sobie obejrzeli. Gdy wróciliśmy do domku, starsza pani zapytała, jak nam się podoba. Gdy tata kurtuazyjnie powiedział, że jest w porządku, zastanowimy się i że chyba już czas wracać do Warszawy, pani oznajmiła:

- Syn do mnie dzwonił przed chwilką i akurat będzie przejeżdżał w okolicy, powiedział, że dziś wieczorem mnie odwiezie, więc nie ma problemu, mogą państwo jechać beze mnie.

Tata wtedy westchnął, bo w tamtym momencie zrozumiał, że pani wcale nie była zainteresowana sprzedaża działki. Nic jednak nie powiedział, tylko pożegnał się i pojechaliśmy.

Dwa dni później mój ojciec poprosił kolegę z pracy, aby zadzwonił ze swojego numeru do obrotnej pani i spróbował się umówić na oglądanie.

- Wie pan co - powiedziała starsza pani przez telefon. - Ja akurat jestem na tej działce, zapraszam dziś, jutro, może być też weekend. Tylko mam taką maleńką prośbę, ponieważ córka mnie miała odebrać, ale wnuczek zachorował, a ja już nie mam siły jeździć PKS, czy w pana samochodzie znalazłoby się jedno miejsce, żeby z powrotem zabrać mnie do Warszawy...?

sprobuj_cos_kupic

by jukatan
Następna strona