piekielni.pl

Pokaż menu
Szukaj

Poczekalnia

We wcześniejszej historii opisałam moją ulubioną siostrzyczkę Ankę. I znów o niej będzie.
Anka nie jest taka aspołeczna całkiem, ma przyjeciela na czterech łapach. Atosa, Tosieńka, Misiaczka. Niezdarnego, wesoło merdającego ogonkiem biszkoptowego labradora z lekką nadwagą. Idylla prawda? Otóż nie. Dlaczego?

1.Szkody
Atos od początku demolował mieszkanie w trakcie tych nielicznych sytuacji, kiedy zostawał sam. Niby norma, dosyć charakterystyczna rzecz dla tej rasy, ale Anka w niczym nie rekompensowała strat. I mieszkanie mamy (w tym czasie pracującej za granicą), z raczej skromnego acz schludnego, zmieniło się w melinę, do której wstyd zaprosić kogokolwiek. Wykładziny w strzępach, dziury w podłogach i ścianach, o uszkodzonych meblach i sprzętach nie wspominając.
Buty też zjadał. Wyciągał je z szafki, potrafił też ukraść buta z mojej ręki, kiedy akurat go zakładałam. Na szpilki, które już i tak zdążyłam zniszczyć, machnęłam ręką, ale ulubionych 'najków' do gry w piłkę nie odpuściłam. Po wielu kłótniach i interwencjach u mamy Anka rzuciła mi stówę. A gdzie wina siostry? Umowa była taka, że jak pańci nie ma w domu, pies jest w kagańcu. A ona przecież 'była w kościele i to się nie liczy'.

2. Zachowanie
Atos nie jest nauczony posłuszeństwa. Znaczy podaje łapę jak widzi smakołyk albo zabawkę, ale to wszystko. Mój kot też tak umie;). Tosiek podczas wizyty mojej przyjaciółki tak się ucieszyl, że dziewczyna ratowała się ucieczką na krzesło. Wyobraźcie sobie pojedynek filigranowej nastolatki z dużym, ciężkim i silnym psem. Co z tego, że to radość? Nie powinien skakać na ludzi i już. Anka oczywiście pomogła mi odciągnąć psa. Zaraz po tym jak nakręciła film komórką.

3. Agresja
Zaczęło się niewinnie. Pies przez kilka miesięcy nigdy nie zostawał sam w domu, ale po jakimś czasie pańcia poszła do pracy, ja do szkoły i pies zostawał sam z kotem. Niby było w porządku, ale raz zostałam w domu i pies czekając na panią warował przy drzwiach od toalety (nie pytajcie czemu) i przy każdej mojej próbie skorzystania z niej, Atos jeżył sie, warczał i kłapał zębami. Musiałam go przekupić. Od tego czasu dostawał kaganiec. Mógł przez niego jeść i pić, ale nie mógł gryźć. Szkoda, że traktował go jako coś w rodzaju broni.

Czarę goryczy przelała Anka po ataku Atosa na moją Mamę. Pies na początku ją tolerował. Warczał, ale nie atakował, więc godziła się na to, żeby był bez kagańca. Pewnego pięknego dnia zaatakował bez wyraźnego powodu. Ugryzienie paskudne , krew sie lała, a ja jakimś cudem psa zamknęłam w pokoju Anki. Jej reakcja? 'Zniszył mi kwiatka i pogryzł bluzke, idiotko'.

4. Podejście Anki
'Labradory to łagodne psy z natury', więc nie trzeba ich niczego uczyć. Profesjonalne szkolenie to głupota. Lepiej agresywnego psa wiązać (na szczęście tylko latem) przy komórce. Tej zimy jest zamykany w jej pokoju, bo już nie niszczy.
Ja stanowczo odmawiam zajmowania się agresywnym psem i demonstracyjnie noszę gaz pieprzowy w mieszkaniu.

Wspominałam, że na siostrę też warczy? I szkoda psa, bo to momentami fajny zwierz, ktory trafił na g*wnianą panią.
Nie znam się na psach. Atos nie jest bity, wydaje mi sie, że po prostu nie wie jakie zachowania są dobre, a jakie nie. Świetnie się dogaduje z kotem, z ludźmi niekoniecznie.

Ps: pies został przyniesiony z pseudohodowli bez powiadomienia innych domowników. Siostra uznała, że skoro w tamtym czasie w mieszkaniu na stałe była tylko ona (mama pracowała za granicą, ojczym bywal tylko z mamą tam, a ja się uczyłam w innym mieście) to psa może mieć. Ja wprowadziłam się kilka tygodni po psie przy czym byłam w domu w każdy weekend i zajmowałam się nim.

Home sweet home

by Iksowate

W jednym z dyskontów jakiś czas temu była promocja, która w atrakcyjnej cenie oferowała zakup modeli samolotów z II Wojny Światowej. Modele te normalnie są o wiele droższe, a te jeszcze były z farbkami, pędzelkiem i klejem w zestawie.

Scorpion to fanatyk modelarstwa. Pół mieszkania zarąbane samolotami najgorsze. Średnio raz w miesiącu ktoś wdepnie w leżący na ziemi karabin w skali 1:35 i w szpitalu trzeba wyjmować, bo mają bagnety na końcach.
Nie dziwi więc fakt, że nasz zuch powędrował chyżo do marketu.

Stanąłem przed półką z modelami i zacząłem płakać.
Modele połamane, z pudełek powyjmowane farby i klej, pędzelka nie uświadczysz.
Podchodzę do kas, wzywam [K]ierowniczkę.
[K]-Słucham?
[J]-Jest taki problem... bo te modele, to one są połamane, porozkradzione.
[K]-No i co z tego(sic!)?
[J]-No to z tego, że może jakiś rabat na uszkodzony towar...
[K]-Nie ma żadnych rabatów. Kupuje albo nie.
[J]-To może ja zbiorę zestaw z tych części co tu leżą...
[K]*wyszarpując mi farbki i klej z ręki*NIE! NIE MA ZDEKOMPLETOWYWANIA TOWARU!
[J]-On już jest zdekompletowany.
[K]-Ale nie wolno. Panie Stasiu!*wołając ochroniarza* Ten pan wychodzi!

I wyprowadzili mnie jak złodzieja.

W innych dyskontach to samo, wybrakowane, rozkradzione modele. Koniec końców, nie kupiłem, bo nie zamierzam wydawać na coś, co jest zepsute.
Napisałem za to skargę, gdzie wyraźnie opisałem sprawę, zachowanie kierowniczki i moje przemyślenia dotyczące przechowywania towaru. Dziś dostałem odpowiedź:

"Szanowny Kliencie,
Dbamy o to, byś w sklepie XXXXXX zawsze miło wspominał zakupy.(ta jasne) Bardzo nam przykro z zaistniałej sytuacji. Niestety, sklep nie odpowiada za stan towaru po jego wyłożeniu(A KTO KUR*A? ŚWIĘTY MIKOŁAJ?)i nie jesteśmy w stanie nic poradzić na uszkodzenia mechaniczne spowodowane przekładaniem towarów(to po co macie obsługę?) przez klientów(oni tego towaru nie przekładali, oni po chamsku wynosili farby, kleje i pędzle pod nosem waszego ochroniarza).
Zachowanie kierownika sklepu było zgodne z naszymi standardami(a to zaje*iste standardy macie). Ma on prawo poprosić ochronę o wyprowadzenie klienta, który według subiektywnej opinii obsługi, stanowi zagrożenie(Ja stanowię?!)."

I teraz po tym grzecznym "spier*alaj frajerze, nie czepiaj się nas" nachodzi mnie tylko jedna myśl.
Dla dyskontów człowiek który się czepia, który wymaga, jest niepożądanym bydłem. Ma być wiernym osiołkiem, który przyjdzie, zakupi i jeszcze klaśnie kopytkami, jak zostanie oje*any na te parę groszy przy kasie(zaniżanie cen na regałach, nie wydawanie całej reszty i inne rzeczy opisywane już na tym portalu).
Ale jakiś chytry janusz co wyniesie pół sklepu i potem pochwali się "Pacz somsiad, mam kleju i farby bo wynieślim z synkiem hie hie"? Nie ma sprawy! Takich ochrona nie wyprasza.

dyskont

by Scorpion

OSP w naszym mieście, jeździ starym Krazem, który nawet malowanie ma z lat dawnej świetności, tj. lat 60-70-ych.
Wściekły pomarańcz odznacza jak i starodawne syreny ten wehikuł lat poprzednich, a kopci tyle, jakby sam się palił.

Powstała szybko petycja o nowy wóz dla naszych chłopaków, do prezydenta miasta. Państwowcy jeżdżą już na nowych Mercedesach i Renault, może coś naszym chłopakom skapnie?
Podpisało się pół dzielnicy-bo i pleban na kazaniu napraszał i chłopaki po domach latali, i każdy nie wiadomo jak się natężał.

Prezydent się zgodził!
Co za radość panowała wśród ogniowojów.
Do czasu przekazania. Okazało się że...
Ale po kolei.
Przyjechał Waszmość prezydent, zdjęć porobiono bez liku, dłoni uściśnięto tysiące, gazety opisały jakby on sam jedyny to auto z własnej kieszeni sfinansował...

Dostali Stara. Starego Stara, służącego niegdyś w PSP. Samochód ruina, odmalowany na masce, pod maską cały rudy. Rozrząd do roboty, opony do wymiany, oporządzenia pojazdu prawie brak, zbiornik na wodę przecieka...

Prezydent problemu nie widzi, bo przecież samochód przekazał. Lokalne gazety siedzą pod miotłą prezydenta, nawet o tym nie pisną.
A chłopaki? Dalej tyrają Krazem, a Star w garażu dogorywa...

OSP

by Scorpion

Zima zaskoczyła... kierowców.

Od kilku dni temperatury na poziomie 3-4 stopni na plusie. Rano 0 albo ciut ponad, więc to chyba najwyższa pora, żeby zmienić opony. Po dzisiejszym dniu, stwierdzam, że nie dla wszystkich.

W nocy popadało, chwycił mróz. Więc rano po drodze jeździło się jak po lodowisku. A na letnich, to już w ogóle samobójstwo. Na odcinku 10 km naliczyłem 8 aut w rowie. Tutaj nie oceniam. Może kogoś ściągnęło z drogi, zarzuciło, nie wiem, nie wnikam. Chociaż obstawiam, że część pewnie jeszcze nie zdążyła opon zmienić.

Ale szlag mnie chciał trafić, jak widziałem geniusza na letniakach, próbującego wjechać na wzniesienie. Oczywiście bez rezultatu. Sznurek samochodów za nim, korek z każdą minutą coraz dłuższy, ale on dalej walczy, pali opony na tym lodzie.

W końcu kilku kierowców przede mną się wkurzyło, podeszli do niego, zaproponowali, że zepchną samochód na pobocze, żeby ruch udrożnić. Co na to sam zainteresowany? Chyba duma nie pozwoliła mu na przyjęcie propozycji. Członki i panie lekkich obyczajów sypały się jak z rękawa. Narzekanie na drogowców(fakt, droga mogłaby być lepiej odśnieżona), innych uczestników ruchu, pogodę, cholera wie co jeszcze, bo nie do końca usłyszałem.

Koniec końców faceta postraszyli policją, ktoś tam, wydawało mi się, że chyba nawet dzwonił albo udawał i samochód po 15 minutach udało się zepchnąć i ruch odblokować.

PS. Skąd wiem, że facet jechał na letnich? Bo mijając jego auto widziałem doskonale piękny łysy bieżnik jego gum. Dla mnie strach byłoby latem na takich jeździć, a co dopiero w zimę...

by PluszaQ

Apropos historii o Heniu "Przydasię"...

Moja matka. Skąpa jako tako nie jest, ale występuje u niej coś co można nazwać chorobliwą oszczędnością. Dotyczy to głównie produktów spożywczych.

Terminy ważności? Na co to komu. Coś spleśniało? Pleśń odkroić, reszta się nada... Koszmar - cichaczem wywala się często niektóre rzeczy, które leżą od nie wiadomo kiedy...

Czasami jednak matka potrafi przebić samą siebie.
Mamy w piwnicy DUŻĄ zamrażarkę. Zdarza się, że żeby coś konkretnego wydłubać, trzeba coś innego wyjąć - i tak się kiedyś przydarzyło z paczką surowego schabu - taki kawał pakowany próżniowo. Sęk w tym, że schab sturlał się w kąt i został zapomniany...

Paczuszka byłą szczelna, więc nie było czuć, że coś się rozkłada. Gdy schabik został odnaleziony był ni mniej, ni więcej - czarny.

Prawidłową reakcją, byłoby tu wywalenie tego, bez odpakowania. Ale nie. Schabiku szkoda. Może trochę zepsuty, ale dla psów się nada! Matka odpakowała, odkroiła co czerniejsze fragmenty, a resztę ugotowała... Smród w domu panował przez dwa tygodnie. Przez pierwsze kilka dni do swojego pokoju wchodziłam na wdechu, bo inaczej groziło to pawiem - a wąchałam już niejedną obrzydliwą rzecz.

Koniec końców psy smacznego papu z kilkutygodniową padliną nie dostały. Cichaczem - jak zwykle, zostało wszyściutko wylane do szamba.

Bo szkoda mięska... TFU!

by Iras

Historia bardziej śmieszna jak piekielna, chociaż trochę podpada pod znęcanie fizyczne nad bezbronnym sprzętem elektronicznym.

We wrześniu sprzedałem człowiekowi laptopa. Sprzęt fajny, zadbany i dodatkowo z wlutowanym nowym układem graficznym więc będzie służył jeszcze parę lat. Człowiek zadowolony, ja również, mogłoby się wydawać sprawa zamknięta. W ostatnim tygodniu października dzwoni obcy numer, odbieram i okazuje się, że to kupiec od tegoż laptopa z września. Wypadek przy pracy z komputerem mu się zdarzył i zbił matrycę. Szybki rzut oka na stan magazynowy matryc i mam dwie sztuki takich 17 calowych ekranów więc mówię, że może podrzucić na wymianę. Przywiózł komputer w sobotę około 12 godziny a odebrał tego samego dnia o 18. W tym momencie sprawa powinna być już zamknięta, ale nie mija 24h od wymiany dzwoni ponownie z pytaniem czy mam jeszcze jedną taką matrycę. Na początku myślałem, że może jego znajomy ma też komputer na wymianę ekranu, ale nie w 24h zbili nowy ekran. No dobra jedna jeszcze jest, przywiózł w niedzielę o 19, komputer zabrał w poniedziałek o 18. Sprawa zamknięta, o ja naiwny. Dwa dni później w czwartek rano dzwoni, że znowu zbili matrycę... Przywiózł tego nieszczęsnego laptopa, jednak ze względu na to, że wyczerpał mój zapas matryc 17 cali naprawa odłożona do czasu aż przyjdą zamówione dwie sztuki. Po weekendzie przyszły matryce, wymieniłem i okazało się, że w wyniku bicia matryc (roztrzaskana każda jakby młotkiem były uderzane) padł również dysk twardy. Szybki telefon i kazał klient wymieniać. Zabrał sprzęt w poniedziałek około godziny 20. Przychodzi czwartek godzina 11 a na telefonie znowu znajomy numer, już mi się słabo robi jak od gościa odbieram. Tym razem komputer zalali, wylała im się herbata w okolicy dysku twardego. Próbowali suszyć na kaloryferze, chodził przez godzinę i umarł. Herbatka wlała się w elektronikę dysku twardego i ten tej próby nie przetrwał. Do wymiany kolejny dysk twardy. Laptopa zabrał na następny dzień około 11.

Jak narazie odkąd zabrał sprzęt po raz ostatni minął tydzień czasu, a ja się zastanawiam czy to był już ostatni raz, w sumie jeszcze tyle można zepsuć w nim. W ciągu około 2 tygodni na naprawy facet zostawił 560zł, komputer kupił we wrześniu za 400zł :)

EDIT: po tygodniu spokoju przed chwilą dzwonił, ponoć tym razem go tak rozp... rozwalili, że nie ma co składać, zwłoki ma dostarczyć do odkupienia na części :)

serwis

by jaydeex

Proboszcz jest już pewną ,,legendą" w parafii. Znany z długich ogłoszeń (rekordowe trwały pół godziny) i pragnienia kasy. Jako, że idę do bierzmowania*, to byłem z mamą na spotkaniu. Trwało godzinę, a nie powiedzieli ani kiedy jest, ani innej żadnej konkretnej informacji. Ale to nie jest piekielność, o której chcę napisać.
Z racji komunii, są składki. Przez dłuższy czas narzekał, że rodzice tak bardzo dbają o zewnętrzną otoczkę całego wydarzenia, zaznaczając, że najważniejsze są wartości duchowe. Jednocześnie mówił, że trzeba płacić. Taka hipokryzja. Ale najpodlejsze było to, co powiedział o pewnym małżeństwie. Dziś jest dzień ubogich, o czym wspomniał proboszcz. Jednak nie przeszkadzało mu oszkalować ubogich. Otóż to małżeństwo jest biedne i nie miało pieniędzy na składkę. Kilka minut narzekał. Posłużyło mu jako przykład tego, jak pieniądze przysłaniają Boga. Czyli pieniądze nie są ważne, ale muszą być. Jak widać, na Boga trzeba cię stać...

ksieza

by esdeath

Kiedy byłam w szóstej lub piątej klasie podstawówki, pojechałam na swój pierwszy 4-dniowy biwak harcerski. Plecaki wypakowane, nastroje pozytywne, łono natury przyjazne... Cóż więcej chcieć?
Spaliśmy drużynami w dużych namiotach, tzw.: "beczkach" (chłopcy po jednej stronie, dziewczęta po drugiej).
Pierwszego poranka oboźna obudziła nas tradycyjnym: "Pobudka, pobudka, wstać! Czas na przygotowanie do zaprawy - 3 minuty!". Nikt nie marudził, wszyscy pędem wstaliśmy i rozpoczęliśmy ubieranie się. Prawie wszyscy.
Kiedy minęły wyznaczone 3 minuty, oboźna rozpoczęła odliczanie do 10, podczas którego mieliśmy ustawić się w dwuszeregu.
Okazało się wtedy, że jesteśmy wszyscy z wyjątkiem jednej zastępowej (Oli), której nie chciało się wstawać, pomimo naszych próśb.
Oboźna po raz kolejny rozpoczęła odliczanie: 10. 20. 30 i tak dalej. Ola od razu rozpoczęła szybkie ubieranie się i dołączyła do nas w momencie, kiedy oboźna doszła z odliczaniem do 300. Wszyscy wiedzieliśmy, co to oznacza.

Czwartego dnia, kiedy byliśmy już zebrani i przygotowani do powrotu, oboźna przypomniała, że cała drużyna musi odbyć karę za Olę (jeden za wszystkich...). Karą były przysiady. Dokładnie 300 przysiadów. Z bagażem na plecach. W temperaturze około 30 st. Bez żadnej rozgrzewki. Dodatkowo trzeba było przysiąść bardzo nisko, prawie dotykając pupą ziemi, a ręce musieliśmy mieć wyciągnięte przed siebie.
Nie powiem, była to okropna męczarnia; nie byłam dzieckiem bardzo aktywnym fizycznie, od wf-u wolałam matematykę. Kilkukrotnie plecak przeważył i wywróciłam się na plecy. Za co była kolejna kara (tym razem personalna): dodatkowe 50 przysiadów.

Po powrocie do domu nie potrafiłam chodzić przez kilka dni, a ze schodów musiałam schodzić na siedząco. Pomimo tego, że minęło prawie 10 lat, do tej pory mam problemy z więzadłami i rzepką, męczy mnie również okropny ból kolan.

Ze strachu przed podobnymi karami nie pojechałam już na żaden biwak i obóz.

zhp

by ejbisidii

Na horyzoncie mikołajki. Lata temu w szkole podstawowej wychowawca zaproponował by za symboliczne 15-20 zł kupić prezent osobie wylosowanej z klasy.
Jedna dziewczynka powiedziała, że nie chce brać w tym udziału, a za te pieniądze woli kupić sobie chleb, albo słodycze rodzeństwu. Wychowawczyni nie zmuszała jej do zabawy.
W dniu rozdawania prezentów, okazało się, że jest dla niej też prezent w torbie.
Prezent ten wywołał łzy, ale nie radości. Co było w torbie? Czwórka czy piątka chłopaków kupiła jej chleba za te 20 złotych.
Chłopaki oprócz przeproszenia koleżanki musieli zjeść ten chleb.

szkoła

by krzychum4

"Daj palec a wezmą całą rękę"
Moja babcia mieszka z nami w jednym domu. Ma swoją paczkę znajomych, a wśród nich małżeństwo z mieszkające w naszej wiosce- Henię i Henia. Henio ma u nas wśród domowników ksywę Przydasię. Jak większość się już zapewne domyśla wzięła się stąd, że Heniowi wszystko się przyda. Henio-jak to moja babcia mówi- "lubi mieć". I faktycznie, nie można mu zarzucić, że nie dba o swój dom i podwórko. Lecz Henio jest jednocześnie chytry, a jego żona chyba jeszcze bardziej. Skutkuje to tym, że Henio owszem, lubi mieć, ale za darmo. Aby tylko zobaczył u kogoś coś, co wygląda na nie potrzebne, to zaraz by to zabrał, bo akurat to by mu się przydało, np. zobaczył kiedyś u nas w garażu jakiś stary dywan "A nie potrzebny Wam już? Bo mi by się przydał do przedpokoju, akurat wymiar chyba będzie nawet dobry (wiedział to, chociaż dywan leżał zwinięty ;) ) Jego najlepszy numer to chyba był jak babcia pochwaliła się, że zmieniliśmy sedes, i Henio zaraz przyleciał zobaczyć ten nasz stary, bo może lepszy jak jego i on by wziął. Tak- używany kibel. Raz wniknęła między mną a babcią mała awantura, kiedy w którąś sobotę odkryłem, że nie ma pewnych części hydraulicznych, które miałem już przyszykowane i były mi pilnie potrzebne do pewnej naprawy. Okazało się, że babcia oddała je Heniowi, bo ją zapewniał, że one na pewno tak leżą do wywalenia na złom, bo to już stare, i że on je może zabrać bo... Tak, zgadliście- przydadzą mu się ;). Powiedziałem, że skoro taka mądra była i oddała moje rzeczy bez pytania, to niech teraz idzie i je odzyska, bo mi są w tej chwili potrzebne. Głupio jej było iść do Henia i upomnieć się o zwrot, więc dała mi pieniądze, żebym sobie je odkupił. Dostała jednak ostrą reprymendę, aby na przyszłość nie rządziła się cudzymi rzeczami, i dopóki nie leżą w lub koło śmietnika, to ich nie oddawała bez wcześniejszych konsultacji. Pomogło.
Podczas ostatniej wizyty Henia i Heni babcia prezentowała im nasz nowy dach. W pewnym momencie Henio zauważył leżące pod jedną ze ścian 3 plastikowe rury kanalizacyjne o średnicy 150 mm i długości 3 metrów (używane były do wentylacji, a nie do kanalizacji, żeby nie było ;) ). I zaraz oczywiście litania, że jemu akurat takie są potrzebne i on je weźmie. Babcia mu jednak odparowała, że najpierw musi się dogadać, czy one nie są potrzebne nam. Henio na to, że na pewno nie są, że jakby były to by tak nie leżały, że one tak tu do wywalenia leżą, i już zaczął się do nich dobierać. Babcia kazała mu zostawić je w spokoju, i powtórzyła, że musi się dogadać z nami, czy może je zabrać. Henio niepocieszony odłożył je i zapytał, kiedy będzie w domu ktoś z rodziców albo rodzeństwa. Babcia powiedziała, że pewnie tak 16:30-17:00.
Jak wróciłem o 16:25 to już był i aż nóżkami przebierał.
- Cześć Plant! Słuchaj, tam leżą takie rury plastikowe, widzę że Wam już nie potrzebne, to ja je wezmę, dobra?
- Zaraz, chwileczkę. Jakie rury?
Po zobaczeniu, o które rury chodzi powiedziałem:
- Niestety, ale będą nam one potrzebne. Tzn. 2 z nich, jedną Pan może sobie wziąć.
- Aaa nie, bo mi 3 potrzebne.
- No to trudno, niestety nie pomogę.
- No ale ja bym chciał od rynny takie odprowadzenie zrobić, bo mi się kałuża pod domem robi, i mi potrzebne...
- Hehe, to tak się składa, że podobnie jak u nas. Tylko my będziemy robić pod garażem, bo się bajoro robi, potem się to samochodem rozjeżdża, i bagno się tworzy.
- Eee jak pod garażem to po co, to niepotrzebne. U mnie pod domem, to pilniejsze.
W tym momencie się już zdenerwowałem, bo nie będzie mi tu opowiadał, że jego jest pilniejsze, aby wydębić ode mnie te rury, ale jakoś się opanowałem.
- Tak jak powiedziałem, jedną Panu mogę dać, 2 sobie Pan dokupi.
- Ale ja nie mam jak przywieźć.. Ale słuchaj, Ty i tak robisz w mieście, masz samochód, w drodze powrotnej możesz kupić. To ja te sobie wezmę, a Ty sobie nowe kupisz. O!- wydał z siebie odgłos zadowolenia, że na taki genialny pomysł wpadł. Tu już się zagotowałem.
- Panie Heniu, Pan to jakby mógł, to by człowiekowi z karku ostatnią koszulę zdjął i powiedział, że Panu bardziej potrzebna, bo Panu bardziej zimno. Czy ja mam "frajer" na czole napisane? Co Pan myśli, że oddam Panu dobry towar, a sam polecę kasę wydawać?
Heniu coś pomruczał pod nosem, obrażony wsiadł na rower i pojechał do domu.
Żeby nie było wątpliwości- gdyby Henio i Henia byli na prawdę biedni, to zrobiłbym dobry uczynek i faktycznie oddałbym te rury i pojechał kupił sobie drugie, w końcu to nie majątek, ale wiem od babci, że nie mają głodowych emerytur. Po prostu tak jak mówiłem są chytrzy, i w dodatku chyba wyznają zasadę "Za darmo to i ocet słodki".

podwóko

by ~Plant
Następna strona