Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

piekielni.pl

Pokaż menu
Szukaj

Top

"Dzień po ślubie. Dzień sądu." Opowiem Wam jedną z wielu historii z…

"Dzień po ślubie. Dzień sądu."

Opowiem Wam jedną z wielu historii z moją byłą żoną.
Był piękny wrześniowy dzień – pogoda idealna, kościół jak z bajki, wesele takie, że każdemu nogi bolały do dziś. Impreza trwała do białego rana, a ja – jak przystało na gospodarza – spałem może ze dwie godziny, bo trzeba było ogarniać śniadanie, gości, jedzenie, rozliczenia i całą tę po weselną logistykę.

Wynająłem wielki, piękny dom w górach dla gości i rodziny, gdzieś musieli spać i tam też był drugi dzień wesela tylko dla najbliższych. Jacuzzi, lodówka pełna, widoki jak z pocztówki, wieczorem dmuchańce dla dzieci. Byłem dumny. Wszystko grało. No prawie wszystko.

Tu właśnie zaczyna się moje małe, prywatne piekiełko.
Zapomniałem, że ożeniłem się z osobą, która sama nic nie potrafi zrobić, a jej sposób radzenia sobie z rzeczywistością to histeria.

Siedzimy sobie z rodziną (moją i jej), szwedzki stół, atmosfera luźna, domowa. Muzyka gra, ludzie rozmawiają. Sielanka. No ale nie dla wszystkich.

Gdy impreza zaczęła się powoli wygaszać, część osób – w tym moja siostra i ja – zabraliśmy się za sprzątanie. Trzeba było spakować dmuchańce, rozdać jedzenie, zmyć naczynia. Klasyka.

I nagle woła mnie siostra. Drży ze złości. Czemu? Bo mojej świeżo poślubionej tfu tfu żonie, trzęsą się ręce z nerwów przy myciu naczyń. Przyszedłem, ona poszła do pokoju, zamknęła się, kazała mi „wypie***ć”, odpaliła płacz, histerię, focha 10. stopnia. A dlaczego? Nikt nie wie. Do dziś.

A ja, naiwny, myślałem że to normalne. Że tak wygląda małżeństwo. Przynajmniej tak wyglądała relacja z nią normalnie, dzień jak co dzień. Dopiero później – po terapii, lekach i kilku kubełkach zimnej wody – zrozumiałem, że to nie „miłość z problemami”, tylko czyste emocjonalne piekło.

Wieczorem część gości jeszcze siedziała – podgrzaliśmy jacuzzi, siedzimy, rozmawiamy. No i znowu – nie po jej myśli. Bo jak to tak – ona cierpi, zamknięta w pokoju (z nieznanych powodów), a my się jeszcze bawimy?! Na własnym weselu?! Skandal.

Obwieściła, że zabiera auto (wypożyczone, którym nawet nie potrafiła jechać – też oczywiście moja wina), wsiadła i pojechała. Impreza dla mnie się skończyła.
Rano – pytania: gdzie panna młoda? Ja: „Pojechała do domu coś załatwić.” Ludzie kupili wersję, pożegnali się, chcieli jeszcze się z nią zobaczyć, więc jedziemy do jej rodzinnego domu.
Moi znajomi i rodzina wyszli do ogrodu, robią kawę, rozmowy, śmiechy… A ja wchodzę do środka i co widzę? Żona przy stole, ryczy. Pytam: „Co się stało, słońce?”

I tutaj zaczyna się moje piekło, piekło którego nie życzę wrogowi, które w najczarniejszych snach mi się nie śniło.
Wtedy wchodzi ona – piekielna matka panny młodej. Zaczyna jazdę: że zostawiłem żonę, że jak mogłem, że jak można było się bawić, gdy ona tak cierpi.

Dlaczego? Bo – trzymajcie się – nie nosiłem talerzyków i nie siedziałem przy niej cały czas. Serio. Tyle.
Byłem gospodarzem. Siedziałem z różnymi gośćmi, ogarniałem, sprzątałem, pomagałem. Ale nie – miałem siedzieć przy jej boku i zabawiać ją i jej gości, bo ona sama nie potrafi nawet rozmowy zacząć z własnymi znajomymi.

Sytuacja eskaluje. Moja siostra staje w mojej obronie, ale to nic nie daje. Teściowa rozgania towarzystwo – jak oni mogą się śmiać, kiedy tu taka tragedia?!

(Przypominam: tragedia = nie siedziałem przy żonie i nie przynosiłem talerzyków gościom i nie byłem prywatnym błaznem mojej tfu tfu księżniczki- żony)

Rodzina się zbiera, wyjeżdża. Ja zostaję sam. Teściowa oczywiście nie pomoże. Wszystkie resztki jedzenia do kosza. Ja jadę ogarniać domek, musiałem czymś się zająć. Bo moja tfu tfu żona też zebrała się i pojechała gdzieś w cholerę.

Siedzę w domku, sprzątam po gościach. Wtedy zjawia się ona. Rzuca mi obrączką, krzyczy, że żałuje, że dała się omotać, że po co jej to wszystko było. (Serio? Po DWÓCH dniach małżeństwa?!)
Krzyki, histerie, wyzwiska, ja czułem się winny, bo doskonale przez tyle czasu wykształciła we mnie mechanizm w którym się obwiniałem.

Potem pojechała do domku, ochłonęła. Zaczęła rozmawiać ze mną normalnie, sama czuła się, że odwaliła niezły numer i wstyd. Pogodziliśmy się – w cudzysłowie. Ale przez miesiące jeszcze słyszałem, „jak ją potraktowałem”.

A więc reasumując – po długich rozmowach z rodziną, terapeutą i przyjaciółmi: to wszystko wydarzyło się, bo nie siedziałem przy niej na imprezie. Nie spełniłem roli nadwornego błazna, nie zabawiałem jej znajomych, nie nosiłem talerzyków.
Jak do tego doszło, że wziąłem z nią ślub? Długie lata mojej naiwności, trudnego dzieciństwa, braku granic i wiary, że „tak trzeba”. Dziś już wiem, że nie trzeba. Dziś jestem innym człowiekiem, w innym miejscu – szczęśliwym, spokojnym, wolnym od emocjonalnego terroru.

Ale są tego plusy, już nigdy więcej nie pozwolę komukolwiek wejść mi do mojej głowy i ustawiać w niej co i jak chce. A do tego bardzo zacieśniły się moje więzi rodzinne i przyjacielskie. Jestem im wszystkim wdzięczny po grób i nigdy nie zapomnę im tego wsparcia, tej całej drogi, której ta historia to dopiero początek.

Jeśli chcecie wiedzieć, jak wyglądał rozwód i co wyprawia moja eks – dajcie znać. To dopiero jazda.

wesele

by UbiMan

Moja matka jest bardzo specyficznym człowiekiem. Nie pracuje od 1980 roku, czyli…

Moja matka jest bardzo specyficznym człowiekiem. Nie pracuje od 1980 roku, czyli odkąd urodził się mój młodszy brat. Mieszka u mojej siostry, nie płacąc ani rachunków, ani za jedzenie, a mój starszy brat robi za szofera 24/7. Mimo to, mamusia uważa się za bohaterkę życia – samotnie wychowała czwórkę dzieci, stawiała czoła wszystkim przeciwnościom i „dała radę jakoś tam”. Lubi to zresztą bardzo często wypominać.

Prawda? No cóż. Moja matka średnio nas „wychowywała”. Kiedy jej się o tym mówi, odpowiada zawsze: „A tam, wilki was wychowały”.
I faktycznie – trochę tak było. Zawsze była jakaś ciocia, sąsiadka albo koleżanka, która przynosiła nam kolację i pilnowała nas, kiedy mama „szukała pracy” po barach.

Każdy jej partner to była patologia. Do dziś pamiętam Mirka – wprowadził się do nas po TYGODNIU znajomości z matką, a wyprowadził po czterech tygodniach, zabierając toster, zegarek mamy i – nie wiedzieć czemu – drewnianego konika mojego brata.

Moja biedna siostra to cień człowieka. Matka wmówiła jej poczucie winy tak głęboko, że całe życie obraca się wokół niej.
Zamiast rozwijać swój talent muzyczny, dała się stłamsić i teraz nie ma nic – ani męża, ani dzieci, ani hobby. Tylko praca i matka. Setki razy prosiłem, żeby wprowadziła się do mnie, ale nie dociera.

Ja sam mam do matki stosunek dziwny – unikam jej, ale odwiedzam z poczucia winy, że jestem „złym synem”.

Mój starszy brat ma rodzinę i dziecko, trzymają się z daleka od matki. Do wnuczka jest sama słodycz, ale potrafi tak pojechać po szwagierce, że brat zrywa kontakt na dwa-trzy lata. I nie mam mu tego za złe. Niestety izoluje się wtedy od nas wszystkich.

Młodszy brat mieszka sam, ale partnerki mieć nie może – bo żadna się mamie nie podoba. Zaczyna się zawsze od drobiazgów, a kończy na kompletnie zmyślonych historiach, które mają przedstawić dziewczynę w złym świetle. Jednocześnie mama narzeka, że ma tylko jednego wnuczusia i widzi go tak rzadko. Na to moja siostra zwykle odpowiada: „Po co więcej nieszczęśliwych ludzi?”. No właśnie – po co.

Ale spróbuj tylko coś powiedzieć – żeby przepracować sytuację, żeby wyrazić swoje uczucia – od razu jesteśmy niewdzięczni. Słyszymy wtedy, że „wykrwawiała się za nas”, że „mogła nas wcale nie rodzić” i mój ulubiony tekst: „No i niech wam będzie, to jestem złą matką, potworem, prawda? POTWOREM! Jak umrę, to będziecie mieli mnie z głowy!”. I tym jednym zdaniem zamyka każdą dyskusję, po czym siedzi cicho i czeka na przeprosiny.

Wczoraj siostra dzwoni do mnie z płaczem:
– „Chyba mama ma zawał, ja nie wiem co robić, bo ona zabrania dzwonić po karetkę!”.
We mnie coś pękło. Pytam, co się stało.
Okazało się, że nasz najmłodszy brat od roku ma dziewczynę. Nie mówił nikomu, a teraz się oświadczył. No i mama umiera.
Słyszałem ją w tle. Faktycznie powtarzała co chwila: „Umieram, słabo mi”, ale ani nie słabła, ani nie umierała. Trochę się wkurzyłem.

Bobek, nasz najmłodszy, nigdy nie był przesadnie charakterny, ale tym razem chyba zauważył, w którym momencie rozpadają się jego związki – wtedy, gdy przedstawia je matce – i sprytnie wyeliminował przyczynę.

Pytam więc siostrę, czy to według niej normalna reakcja na zaręczyny i czy nie powinna raczej cieszyć się, że brat wreszcie układa sobie życie. Na to słyszę, jak matka drze się w tle: „On mnie zostawi! Sama będę! A kto mi zakupy zrobi?! Kto mnie do lekarza zawiezie?! Kto mi kwiatki z marketu przywiezie?!”.
Poprosiłem, żeby mi dała matkę do telefonu. Ale zanim zaczęła swoją litanię, wydarłem się głośniej niż ona:
– „A po co?! Ty przecież właśnie umierasz!!!”
Cisza.
No to mówię:
– „Dzwonię na karetkę”.
Na to mama:
– „Żadnej karetki nie chcę!”.
Więc pytam:
– „To co, umierasz czy nie?”.
– „No nie, jeszcze nie!”.
Siostra się totalnie posypała nerwowo, więc pojechałem do nich, zapakowałem ją do auta i zostawiliśmy mamę samą na popołudnie- a to przedłużyło się do teraz.

Teraz rozmawiamy o terapii. Bobek meldował, że mama już obarcza jego narzeczoną winą za sianie niezgody w rodzinie. Ale powiedział jasno, że ma dość i jak trzeba, to zrobi jak nasz starszy brat – urwie kontakt.
Powiedzieliśmy mu z siostrą: „Myśl teraz o ślubie, nie o mamie. Telefonów od niej nie odbieraj, bo trzeba w końcu poustawiać granice – bo zanim mama naprawdę umrze, to nas wszystkich wykończy”.

Jutro spotykamy się we troje, a może i we czworo, jeśli narzeczona też przyjedzie.
Czas na zmiany.

Mamusia Granice Rodzina

by ~PCc

Czasem w internecie pojawiają się filmiki czy historie, jak kobieta po porzuceniu…

Czasem w internecie pojawiają się filmiki czy historie, jak kobieta po porzuceniu przez partnera nagle zaczyna o siebie dbać, chudnie itd. i ludzie zazwyczaj pytają, dlaczego nie zadbała o siebie tak, jak była z facetem. Ja też tego nie rozumiałam, dopóki nie stałam się jedną z takich kobiet.
Mam nadzieję, że nie wyjdzie za długo, opiszę wszystko dość skrótowo.

Byłam z facetem 7 lat, postanowiliśmy postarać się o dziecko. Zawsze byłam dość zadbaną kobietą, fakt, że miałam z 5-10kg nadwagi, ale byłam dość wysportowana, lubiłam się pomalować, ładnie ubrać, regularnie chodziłam do fryzjera. Oczywiście, przed ciążą dużo rozmawialiśmy o tym, jak miało by wyglądać wychowanie, opieka nad dzieckiem i wydawało mi się, że mój były, Michał, jest idealnym kandydatem na ojca.

W czasie ciąży i karmienia tyłam praktycznie cały czas. Będąc na macierzyńskim starałam się zrzucić pociążowe kilogramy. Wychodziłam na długie spacery, liczyłam kalorie... ale byłam wiecznie głodna i zmęczona. Lekarz doradził mi po prostu jeść zdrowo, chodzić na spacery i nie katować się restrykcyjnymi dietami, zwłaszcza w czasie karmienia piersią. Zaczęłam więc od zakupów - eliminacja słodyczy, niezdrowych przekąsek. Zaczęłam zdrowo gotować. Ponieważ słyszałam od Michała wiele uszczypliwych uwag na temat mojej wagi, myślałam, że temu przyklaśnie. On jednak spodziewał się, że ja będę jadła zdrowo, ale jemu mam gotować nadal tłuste i kaloryczne posiłki, kupować chipsy, paluszki itd.

Prosiłam go, aby wsparł mnie i jeśli musi jeść takie rzeczy, to nie w mojej obecności, bo mnie nadal do tego ciągnie, a nie chcę już tyć, tylko chudnąć. Odpowiadał niefrasobliwie, że to nie on jest na diecie, tylko ja. Obrażał się, że nie ma schabowego, tylko grillowana pierś z kurczaka, cały czas oskarżał mnie, że karzę go za jego uwagi odnośnie mojej wagi. Ostatecznie byłam tak skołowana niewyspaniem, ciągłym kontrolowaniem wagi, sprzeczkami z Michałem, że kompletnie się poddałam, a wręcz zaczęłam uciekać w obżarstwo. Tak, obżarstwo stało się moim nałogiem, w który uciekałam z powodu mojego smutku, frustracji i wiecznego zdenerwowania. Zachowywałam się jak alkoholik, objadałam się w ukryciu, chowałam słodycze po kątach. Do tego Michał robił mi przykrości, takie jak na przykład to, że gdy oglądaliśmy film, przynosił michę chipsów, a gdy chciałam się poczęstować, zabierał mi ją i mówił, że to nie dla mnie.

Potem wróciłam do pracy, słyszałam ciągle, że strasznie przytyłam, miałam ponad 30kg nadwagi. Czułam się fatalnie pod każdym względem. Michał ostentacyjnie komentował przy mnie wygląd innych kobiet, czasem rzucając uwagą typu "Kiedyś też taką laską byłaś". Patrzyłam w lustro i czułam się jak potwór. Gdy usiłowałam okazać Michałowi jakąś czułość, natychmiast ode mnie się odsuwał. O sypialni nawet nie wspomnę, bo nie ma o czym. Byłam ciągle zmęczona, już nawet odechciało mi się malować czy ładnie ubierać, bo po co, czułam się jak potwór, a jakiekolwiek dbanie o siebie byłoby pudrowaniem trupa. Nie chodziłam brudna czy śmierdząca, ale stawiałam na workowate ciuchy i starałam się po prostu nie rzucać w oczy. Co jakiś czas podejmowałam próby czy to pójścia na siłownię czy odchudzania się, ale zawsze słyszałam od Michała "Taaa, jasne, jak zwykle tylko gadasz" i cały zapał mi przechodził.

Tak minęły 3 lata. Niejednokrotnie oprócz zmartwień o mój wygląd i zdrowie, czułam, że utknęłam w tym związku i zastanawiałam się, czy mam się pogodzić z tym, że tak to teraz wygląda. Czułam się niekochana, pogardzana. Uwagi Michała mnie raniły, ale starałam się udawać, że mnie to nie rusza - ani złośliwości, ani brak czułości ani brak zainteresowania spędzaniem ze mną czasu. On uciekał w swoje zajęcia, ja w swoje. Sądziłam, że nigdy nie znajdę w sobie siły, aby cokolwiek zmienić, że akceptuję tę rzeczywistość.

Pewnego dnia zdarzyło się coś absolutnie niespodziewanego. Otóż Michał generalnie większość obowiązków związanych z wychowaniem dziecka zwalał na mnie. Każda próba skłonienia go do zajęcia się dzieckiem, wykazania jakiegoś zainteresowania kończyła się wzdychaniem, jęczeniem, marudzeniem. Wymusiłam na nim, aby chociaż raz w tygodniu woził dziecka do przedszkola. Ja pracowałam hybrydowo i prosiłam, aby wtedy kiedy ja jestem na HO, przejął ode mnie ten obowiązek. Robił to bardzo niechętnie. Gdy rano po tym, jak on poprzedniego dnia zawiózł dziecko do przedszkola, zeszłam rano do auta i odkryłam, że zostawił w aucie jakiś otwarty kefir czy jogurt - nie dość, że zalał mi podłogę w samochodzie, to z powodu upału, smród był potworny. Zadzwoniłam do niego z pretensjami, może zbyt impulsywnie. Po południu Michał oznajmił, że ma mnie dość, bo nie dość, że za mnie wozi dziecko do przedszkola, to jeszcze robię mu awantury.

Tego samego dnia wyprowadził się i oznajmił, że to koniec. Oczywiście, przeżyłam to potwornie, przepłakałam wiele dni, czułam, że to nie może się dziać naprawdę. Ale po kilku dniach zaczęłam się godzić z rzeczywistością. Oczywiście, nadal mocno to przeżywałam, ale starałam się jako tako wrócić do normalnego życia. Nieoczekiwanie Michał wrócił i powiedział, że po co się boczyć na siebie i gniewać i komplikować wszystko. Ucieszyłam się, ale gdy wieczorem po rozmowie chciałam go przytulić usłyszałam, żebyśmy teraz nie zgrywali szczęśliwej parki, bo wiadomo dziecko, wspólne mieszkanie i nic poza tym. To było zdecydowanie najgorsze, co od niego usłyszałam. Nie wiem, skąd wzięłam siłę, może zadział po prostu impuls - powiedziałam, że jeśli mnie nie kocha i ma być ze mną tylko z wygody, to niech się wynosi.

Michał obrażony wrócił do rodziców. Umówiliśmy się na opiekę naprzemienną - akurat dziecko z jego rodzicami ma bardzo dobry kontakt, więc wiedziałam, że pod ich okiem będzie wszystko ok, nawet jeśli Michał nie dowiezie. Po tym jak poukładałam sobie tę sytuację w głowie, stwierdziłam, że najlepsze co mogę zrobić to skupić się na sobie. Gdy miałam wolne od opieki nad dzieckiem, dużo trenowałam. Na dobre wprowadziłam zdrowe jedzenie do mojego jadłospisu. Nadrabiałam dawno odkładane plany, pomysły. Rozwinęłam się zawodowo. Po roku od rozstania zgubiłam już całą nadwagę, znowu zaczęłam się malować, dbać o siebie. I tak, odczułam satysfakcję, gdy raz, gdy odbierałam dziecko od teściów, to Michał wgapiał się we mnie, po czym powiedział, że wyglądam lepiej niż 10 lat temu. Ale nie zrobiłam tego dla tego momentu - tylko dla siebie.

Nie wiem, jak to jest u innych kobiet, ale ja schudłam dopiero po zakończeniu związku, bo wcześniej czułam się jak nic nie warta kupa, a żarcie było moim jedynym pocieszeniem. Czułam, że jestem nic nie warta i jestem z facetem, który mnie nie kocha, choć gdzieś tam głęboko w sercu miałam nadzieję, że tak nie jest, ale nigdy nie usłyszałam od niego tego, co byłoby dla mnie motywację - tego, że kocha mnie nawet grubą i że jestem warta tego, aby zawalczyć o swoje zdrowie i wygląd i będzie mnie w tym wspierał.

związek wygląd

by ~jedzenioholiczka

Kochani, mam dylemat. Mieszkam w sporym mieszkanku z ogromnym balkonem. O ten…

Kochani, mam dylemat.
Mieszkam w sporym mieszkanku z ogromnym balkonem. O ten balkon dbam i pilnuję, żeby się odpowiednio prezentował. Ponieważ moje zdolności ogrodnicze kończą się na odróżnieniu kaktusa od krokusa, a od marca trzy razy zabiłem paprotkę, ozdobiłem całą ścianę plastikowymi winogronami i sztucznymi kwiatami. Wszystko z plastiku, ale wygląda to bardzo uroczo.

No i tydzień temu, kiedy wnosiłem na górę ogromną torbę z zakupami, zatrzymał mnie Gustaw.
Gustaw to starszy pan o twarzy jak z reklamy polskiego proszku do zębów z lat 70., który ma tu mieszkanie wakacyjne, ale uważa się za lokalnego gubernatora, proboszcza i kontrolera elewacji w jednym.
Mieszka dwa piętra niżej, tylko sezonowo, ale z intensywnością, jakby sam osobiście kładł fundamenty tego budynku w '83.
Wszyscy mamy wrażenie, że ma podsłuch w ścianach i urządzenie do wykrywania naruszeń regulaminu wspólnoty.

Gustaw nie chodzi — Gustaw czyha. Tego dnia czyhał na schodach.
Już z daleka coś mówił, więc obróciłem się w jego stronę. Po chwili dosapał się do mnie, bo schody są trochę strome, nie przestając mówić ani na chwilę:

— …usunąć te winorośle! Przez to zapleśnieje ściana, a korzenie rozsadzą budynek!!!

— Gustaw! Też miło cię widzieć. O co chodzi?

Nadchodził, marszcząc brwi (a było co marszczyć!), które układały się w coś podobnego do dwóch znaków zapytania. Złowieszczy powiew środka do czyszczenia protez dodał powagi sytuacji.

— Winorośle na twoim balkonie rujnują budynek! — powiedział, uderzając pięścią o dłoń i oddychając ciężko pomiędzy każdym słowem. — To jest wspaniała budowla, stoi od 1983 roku, a ty ją psujesz.

— Gustaw, te winorośle są z plastiku.

— Korzenie wejdą pod wierzchnią warstwę i zrujnują elewację! Ja się znam! Ja miałem działkę! Winorośl nie pyta o pozwolenie — ona idzie, gdzie chce. Jak ją zostawisz, to za dwa miesiące będzie na dachu!

— Plastik, plastik, p-l-a-s-t-i-k! — Szkoda, że flagi nie miałem albo pomponików, żeby jeszcze bardziej to podkreślić.

Zacząłem się tyłem wspinać po schodach, ale Gustaw nie odpuszczał.

— Wszystko spleśnieje! Będzie robactwo i wszystko spleśnieje! Korzenie wejdą pod elewację, a później wszystko spleśnieje! Elewacji nie wolno polewać wodą! No bo wszystko…

— …spleśnieje. Wiem, już mówiłeś. Ale to nadal nie jest prawdziwa winorośl. Jak to zapuści korzenie, to przysięgam, że zacznę chodzić do kościoła.

Gustaw… trochę chciało mi się śmiać, a trochę się zaczynałem martwić, bo brwi tak mu latały, jakby chciały opuścić szkarłatne wyspy jego twarzy, razem z wąsem, który przeżywał właśnie przypływ zalewowy.
Gustaw – nawet mówiąc normalnie – pluł jak fontanna, a to nie była rozmowa normalna.

— Czyli przyznajesz rację, że mają korzenie?

— Gustaw… Korzenie… z plastiku?

— Nie kpiłbym tak. Są rzeczy, których nie widać od razu. Ściana zacznie oddychać w złą stronę — i gotowe.

Chciałem go zostawić z tym filozoficznym bon motem o oddychającej ścianie, ale nie dało się przejść obok.

— Gustaw, z całym szacunkiem. Ja muszę to wnieść na górę — uciąłem kolejny, nadchodzący potok słów Gustawa. — O ile nie chcesz pomóc, to porozmawiamy o tym kiedy indziej.

Gustaw dalej coś tam mamrotał, ale ja pospieszyłem do domu. Trochę się pośmiałem jeszcze, ale na wszelki wypadek dałem Danielowi, synowi Gustawa, znać, żeby zajrzał, co tam u taty, bo mu się szuflada pod czaszką chyba nie domyka.
Daniel, zmęczony życiem jak zwykle, polecił mi zignorować ojca, bo odkąd zmarła jego papuga, a artretyzm uniemożliwił składanie modelu czołgu z 1944 roku, to teraz "broni elewacji".

— A co mam zrobić? — zapytałem.

— Nic. Zignoruj. On musi mieć jakiś cel. Jak mu nie dasz paliwa, znajdzie inny obiekt. Może windę. Może listwy przy podłodze. Błagam. Tylko nie rozmawiaj z nim dłużej niż musisz.

A dwa dni później…
Wracam do domu i widzę Gustawa.
Stoi pod moim balkonem. Ma na sobie kapelusz z szerokim rondem i okulary przeciwsłoneczne jak agent FBI na emeryturze albo tropiciel UFO.

Wyciąga telefon z klapką.
Mało kto jeszcze takie posiada — ale jego wygląda na używany jako narzędzie w śledztwach. Widać, że telefon przeżył wiele.
Usiadłem z piwkiem na balkonie, urozmaicając czas narracją wydarzeń, szepcząc:

— Zdjęcie nr 1 – północna krawędź liściowa.
— Zdjęcie nr 2 – potencjalne ognisko pleśni.
— Zdjęcie nr 3 – poranny cień, który tworzy mikroklimat sprzyjający fermentacji ściany.

Stoi, pstryka zdjęcia. Kręci się w prawo, w lewo. Przykłada telefon do oka, jakby miał lunetę. Naciska klawisze z siłą, jakby wyobrażał sobie wyrywanie tych winorośli.

Dzisiaj w skrzynce znalazłem list od prawdziwego zarządu, nakazujący usunąć szkodliwą dla budynku winorośl — razem z opisem, jak to korzenie widocznie uszkodziły już elewację i będzie trzeba ocenić szkody i koszty naprawy.

List nie był długi, ale długo patrzyłem się w ścianę po przeczytaniu bardzo szczegółowych opisów, jak to moje agresywne winorośle atakują i próbują przejąć budynek.

No i mam dylemat.
Zdjąć winorośle i pozwolić im zobaczyć ścianę – nieskazitelną, idealną, nieporuszoną?
Zadzwonić do zarządu i zaprosić ich na oficjalne dotknięcie plastiku?
Odwiedzić Gustawa i zataszczyć go przed winorośl, żeby sobie pomacał?
Czy napisać do producenta plastikowych roślinek, że jego produkty są tak realistyczne, że wywołały masową paranoję i sąsiadom wydaje się, że zapuszczają korzenie?

Chyba zamontuję karteczkę na balkonie:
„Uwaga! Roślina udaje tylko, że żyje. Nie dokarmiać. Nie podlewać. Nie zgłaszać!”

Balkon Schody Plastikowe Korzenie

by ~Baldus211

Brat pojechał do Zakopanego. Opłata za pokój to 130 złotych za dobę.…

Brat pojechał do Zakopanego. Opłata za pokój to 130 złotych za dobę. Na miejscu okazuje się, że trzeba dopłacić 50 złotych za parkowanie na posesji.

Edit.
W opisie darmowy parking dostępny na terenie posesji i ilości na 2 samochody tzn. właścicieli. Owszem można stanąć, ale na drugiej części posesji, ale tam już opłata. Na ulicy oczywiście zakaz. Booking o dziwo szybko sprawę zweryfikował i nakazał umożliwienie darmowego parkowania pod groźbą kar umownych. Górale są chytrzy na dutki.

Gorole

by Canarinios

W 2019 urodziłam syna w renomowanym szpitalu przy ulicy słynnego pisarza i…

W 2019 urodziłam syna w renomowanym szpitalu przy ulicy słynnego pisarza i polityka z okresu Księstwa Warszawskiego o inicjałach S.S., w mieście wojewódzkim na wschodzie kraju.

Chciałam naturalnie. Niestety przechodziłam termin o tydzień, więc lekarze zdecydowali, że poród trzeba wywołać. Podwójne niestety, bo wypadło to w weekend. Dostałam pompę z oksytocyną, bolało tak bardzo, że mój umysł się wyłączał, nie rejestrowałam niczego, co działo się pomiędzy skurczami. Tak, krzyczałam, bo takiego bólu nigdy w życiu nie czułam, a mam tak wysoki próg bólu, że leczę zęby bez znieczulenia. Naturalnie poziom oksytocyny podnosi się powoli, ja dostałam 7 jednostek od razu. Co jakiś czas położna sprawdzała rozwarcie i mówiła, że idzie powoli, ale dobrze.

Po kilku godzinach młody lekarz przyszedł zapytać o ruchy dziecka. Powiedziałam, że jest ich dużo mniej niż wcześniej, słabo je czuję. Na co pan doktor z wyższością w głosie powiedział "niech się pani nie obrazi, ale pani jest gruba, a grube kobiety gorzej odczuwają ruchy dziecka." Położna, która mi pomagała, jedynie spuściła głowę. Pan doktor rzucił jeszcze ironicznie, że cięcia nie będzie i sobie poszedł.

Riposta przyszła mi do głowy niestety za późno, cham już zakończył obchód. Niech pan doktor się też nie obrazi, ale ja nie przytyłam w jeden dzień. Wczoraj byłam tak samo gruba, a ruchów czułam dwa razy więcej.

Znowu podłączyli mi oksytocynę, znów odleciałam. Jakiś czas później wszyscy spanikowani zaczęli koło mnie latać. Okazało się, że ktg pokazuje spadki tętna do 40 (powinno być 180-200). Położne wzięły mnie pod ręce i zaprowadziły na salę operacyjną. Podwinęła mi się koszula szpitalna, szłam półprzytomna ze strachu o dziecko, świecąc gołą pi**, a korytarz pełen był matek z noworodkami oraz ludzi, którzy ich odwiedzali. Lekarz cham już na stole operacyjnym kazał mi podpisywać zgodę. Anestezjolog go opier*, że nie ma czasu. Dostałam pełne znieczulenie. Bliznę mam krzywą, widać "dochturowi" ręka zadrżała dość mocno.

Syn- wrodzone zapalenie płuc. Znajoma położna powiedziała mi nieoficjalnie, że nic na sali nie było przygotowane, dziecko powinno od razu trafić do takiego łóżeczka z lampą, która by go ogrzała, a tymczasem dopiero kompletowali sprzęt i szukali neonatologa. Syn był owinięty dwa razy pępowiną, miał węzeł prawdziwy. Naturalnego porodu by nie przeżył.

Wszystko skończyło się dobrze, syn nie wykazuje jak dotąd objawów niedotlenienia, rośnie i rozwija się dobrze. Tylko we mnie jest żal, jak można traktować kogoś tak bardzo "z góry". Ja naprawdę nie marzyłam o cięciu i bliźnie. Przed ciążą ważyłam 72 kg przy wzroście 161 cm. Nosiłam rozmiar 40. W ciąży przytyłam 13,5 kg. Tak wiem, że BMI za duże, że we wszystkich podręcznikach ginekologicznych piszą, że kobiety otyłe słabiej czują ruchy dziecka, ale ja naprawdę nie mam pojęcia jak czują inne osoby. Mogę jedynie porównywać siebie do siebie, to co czułam wczoraj czy tydzień temu do tego, co czuje dziś.

Minęło pięć i pół roku, a ilekroć sobie przypomnę tamtą sytuację, odczuwam żal i dyskomfort. Wtedy, gdy byłam najbardziej bezbronna i najbardziej potrzebowałam wsparcia i dobrego słowa, dostałam drwiny i poniżanie, bo nie wyglądałam jak modelka i ośmieliłam się krzyczeć z bólu. No i nie było "mojego" ginekologa prowadzącego ciążę. Czy gdybym była chuda, lekarz nie zignorowałby informacji o słabych ruchach dziecka? Czy może po prostu był zły, że inni mają długi weekend, a on musi być w pracy i sobie odreagował? Ne mam pojęcia. Ale dla mnie to była jedna z najbardziej piekielnych sytuacji w życiu.

szpital

by ~maddka

Żona mojego kolegi Jacka, kupiła przez internet antyczną komodę. W związku z…

Żona mojego kolegi Jacka, kupiła przez internet antyczną komodę. W związku z tym zakupem, Jacek dostał tzw. bojowe zadanie odebrania komody od sprzedawcy i uiszczenia należności. Jacek jeździ passatem kombi, więc niejako na pewniaka udał się po odbiór wspomnianej komody. Na miejscu okazało się, że mebel jest na tyle duży, iż nawet w „passeratti” kombi się nie zmieści i Jacek będzie musiał wykombinować jakiś transport.

Wychodząc z domu sprzedawcy komody, Jacek natknął się na Pawła, swojego kolegę ze studiów, którego nie widział już kilkanaście lat. Panowie serdecznie się przywitali i po tradycyjnej wymianie zdań typu „kopa lat”, „co u Ciebie słychać”, Paweł zapytał się Jacka co go sprowadza w te rejony wielkiego miasta. Jacek wyjaśnił, że przyjechał po komodę, ale niestety ta się nie zmieści w jego samochodzie i teraz musi kombinować jakiś transport lub po prostu zamówić taksówkę bagażową. Paweł zapewnił Jacka, że nie musi się już martwić o transport, gdyż on w sobotę pożycza od kumpla dostawczaka, bo ma do zabrania parę gratów ze starego mieszkania, położonego rzut beretem od miejsca, w którym rozmawiali. Zabiorą więc tych kilka gratów, a i komoda Jacka się zmieści. Dodatkowo okazało się, że Paweł kupił mieszkanie w dzielnicy, w której mieszkał Jacek, więc nie będą musieli krążyć po całym mieście. No po prostu bajka! Paweł spadł z nieba Jackowi!

W sobotę Paweł przyjechał po Jacka i ruszyli zabrać wspomniane parę gratów ze starego mieszkania Pawła. Te kilka gratów okazało się być… przeprowadzką niemal całego dwupokojowego mieszkania. Niemal, gdyż szafy wnękowe i zabudowa kuchni pozostawały. Za pierwszym kursem zabrali rzeczy spakowane w kartony. Za drugim i trzecim meble plus komodę Jacka. Na dodatek wspomniane mieszkanie znajdowało się w bloku bez windy. Na całe szczęście w nowym mieszkaniu Pawła winda już była. Nie zmienia to faktu, że Jacek stracił całą sobotę na przeprowadzkę kolegi, o totalnym zmęczeniu nie wspominając. Oczywiście w tym momencie zapytałem się Jacka, dlaczego po prostu nie obrócił się na pięcie i „nie podziękował” koledze. Okazało się, że kiedy Jacek wspomniał, że miało być do przewiezienia parę rzeczy, a jest full przeprowadzka, Paweł zapewnił go, że już za chwileczkę, już za momencik na miejscu zjawi się jego szwagier wraz z bratem i to oni będą wszystko nosić, a Jacek będzie sobie mógł pójść na piwko do pobliskiego pubu. Co jakiś czas Paweł „dzwonił” do szwagra, czy tam brata i zapewniał, że za chwilę będą. Przy drugim kursie wiadomo było, że to zwykła ściema, ale Jacek machnął już na to ręką.

Najlepsze miało jednak dopiero nadejść! Po zakończeniu przeprowadzki, panowie dotarli wreszcie do domu Jacka i wnieśli komodę. Kiedy Jacek chciał się już oschle pożegnać z Pawłem, usłyszał od niego, że teraz muszą się rozliczyć! Mocno zdziwiony zapytał się o jakie rozliczenie chodzi. W odpowiedzi usłyszał, że kumplowi za pożyczenie dostawczaka obiecał dobrego łyskacza, a dodatkowo zrobili sporo kilometrów jeżdżąc z jednego końca miasta na drugi, a benzyna przecież kosztuje. Swój wywód zakończył żądaniem 100 zł. Jacka to zszokowało, ale szybko się opanował i stwierdził, że wprawdzie nie zna panujących na rynku stawek dla pracowników robiących przeprowadzki, ale biorąc pod uwagę, że to ciężka fizyczna harówka i to, że spędził na tej pracy cały dzień, 300 zł będzie odpowiednią gratyfikacją. Po odjęciu żądanych 100 zł, Jacek zażyczył sobie od Pawła 200 zł. Wywód ten okrasił oczywiście szeregiem nienadających się do cytowania słów i poprosił (eufemizm) Pawła o opuszczenie swojej posesji.

znajomy przeprowadzka

by DonDiego

Dzisiaj będzie o aspirujących do miana celebryty czy influencera czy jak to…

Dzisiaj będzie o aspirujących do miana celebryty czy influencera czy jak to tam się pisze.

Mam w rodzinie Anię, bardzo ładną dziewczynę która tam aspiruje do grona influencerskiego. Ma tam ileś tysięcy obserwujących na socjalach, tańczyła w jakiś teledyskach, jakieś pokazy czy tam sesje zdjęciowe.

Podczas świąt spotkaliśmy się przy stole także z Anią i od słowa do słowa wyszło, że znowu wyjeżdżam na serwisy za granicę, a dokładnie do Francji. Jak tylko aspirująca celebrytka to usłyszała, oczy jej się zaświeciły i już zaczęła mnie urabiać, czy może ze mną jechać. W sumie nie widziałem przeciwwskazań, dla mnie to też raźniej, zawsze jest do kogo się odezwać. Dodatkowo, już raz ze mną wyjechała i żadnych piekielności nie było. Zaśmiałem się tylko żeby zapytała moją żonę czy się zgadza i tak temat się zakończył.

Kilka dni przed wyjazdem poinformowałem ją, że wyjeżdżamy tego i tego i mniej więcej będziemy 6-7 dni, bo mamy prawie każde większe miasto we Francji do objechania. Poinformowałem ją także jak ta moja praca wygląda i że to ona ma się dostosować, bo ja jestem w pracy, a nie na wakacjach. Oczywiście na wszystko się zgodziła.

Dodatkowo umówiliśmy się na regularne dawanie znać co i jak u niej, w celach bezpieczeństwa. Wiadomo ładna dziewczyna.

Gwoli wyjaśnienia, moja trasówka zaczyna się od Calais później Lille, Reims, Paryż, zachodnie wybrzeże że tak się wyrażę południe i powrót przez Lyon i Metz. Ogólnie zwiedzam 15 punktów i w niektórych spędzam tylko 2-3h i uciekam dalej żeby zrobić to jak najszybciej.

Wyjechaliśmy w sobotę wieczorem, żeby dojechać do Calais jeszcze w sensownych godzinach w niedzielę. Pozwiedzaliśmy, porobiłem jej sporo fotek w celach dokumentalnych. W niedzielę wieczorem poinformowałem ją, że ja na obiekcie muszę być już o 7, ona może spokojnie spać i po 9 przyjadę po nią na Hotel i ruszymy dalej.

W poniedziałek dzwonię do niej że już wyjeżdżam i niech zaraz schodzi bo będę za 10 minut. Cóż, ona dopiero wstała ona musi się umalować, coś zjeść. Mówię żeby szybko szła coś zjeść, a umaluje się w aucie, bo czas goni. Obsuwa ponad pół godziny. Pojechaliśmy dalej. W Lille wysadziłem ją bliżej centrum, poinstruowałem żeby na siebie uważała i jak coś się dzieje dawała znać bo Francja to trochę niebezpieczny kraj obecnie. Umówiliśmy się że jak będę kończył robotę zadzwonię i ona powie gdzie jest bądź podjedzie Boltem czy Uberem żeby było szybciej.

Dzwonię po około 2 godzinach, że w sumie zaraz kończę i możemy jechać dalej. Na to celebrytka, że ona dopiero na kawkę weszła do fancy kafeterii i muszę jej dać z 20 minut. Wkurzyłem się i mówię: daj adres ja podjadę i jedziemy dalej. Kolejna obsuwa też pół godziny. W miedzy czasie jakiś wypadek na autostradzie i mój plan zaczyna się sypać z powodu braku czasu. Zrobiliśmy Reims i ruszyliśmy w stronę Paryża. Podczas jazdy do Paryża informuję Annę, że śpimy około 20km od Paryża bo w stolicy Francji hotel kosztuje sporo. Wkurzyła się, bo chciała pokazać widok z okna na Paryż swoim obserwującym. "Jak nie śpimy w Paryżu to chociaż pojedzmy wieczorem połazić". Pojechaliśmy, jednak to już była noc a nie wieczór, zrobiłem jej zdjęcie pod wieżą Eiffla, ze dwie uliczki też obfotografowała i zaczęły przy nas kręcić się jakieś nieprzyjemne typki o hebanowym kolorze skóry. Cóż wziąłem blondwłosą istotę i zabrałem do Hotelu.

We wtorek budzę się, a dziewczę już się maluje, bo jedzie ze mną bo ona musi Paryż za dnia zobaczyć. Myślałem, że będę musiał księżniczkę budzić, jednak sama dała radę wstać. Umówiliśmy się że ją podrzucę do centrum, ale później musi dojechać we wskazane miejsce jak dam znać, bo ja w godzinach szczytu nie chce się przebijać do centrum. Generalnie w Paryżu mam dwie lokalizacje, po dwóch różnych stronach miasta. Podrzuciłem ją do centrum, poinformowałem żeby tylko na siebie uważała bo wczoraj już mieliśmy przygody. Po około 7-8 godzinach dzwonię do niej żeby już się zbierała tu i tu bo ja kończę robotę, protokół napisać i jedziemy dalej. Zaczęła jęczeć, żeby po nią przyjechać. Wkurzyłem się i ją obsztorcowałem, że nie tak się umawialiśmy i jak nie przyjedzie sam jadę dalej. Przyjechała i to nawet na czas. W samochodzie poinformowałem ją, że ja tu pracuje i nie tak się umawialiśmy. Zgodziła się i pojechaliśmy dalej. Wpadliśmy jeszcze na chwile do Cean, tutaj akurat mój punkt do serwisu jest w ścisłym centrum to była że tak powiem na miejscu.

W środę i czwartek zwiedziliśmy zachodnie wybrzeże oraz południe Francji przy granicy z Hiszpanią i tego dnia obyło się bez piekielności z powodu mniejszych miast. W sumie była jedna, codziennie chciała wychodzić wieczorem po pracy na miasto w którym nocowaliśmy w celu lepszych fotek, bo jak ktoś inny robi to lepiej wychodzą. Ja wiek bliżej 40 niż dalej ona 21 lat. Ja pracujący, ona zwiedzająca. Tutaj zaoponowałem, chciałem odpocząć. Obraziła się.

Na piątek miałem zaplanowaną większą akcję serwisową w Marsylii. Poinformowałem Anię, że tutaj ma na bank około 8h zwiedzania a może być i tak, że będziemy tutaj i tak nocować. Zeszło mi nawet więcej niż planowałem i dzwonię do celebrytki pytając gdzie jest, bo w sumie ja już bym uderzył do hotelu i jutro dwa ostatnie punkty i będziemy wracać. Na co Anna informuje mnie, że w Marsylii nie było co robić, zwiedziła do południa prawie wszystko i ona pojechała do Cannes. Zamurowało mnie. "No wzięłam sobie pociąg ogarnęłam i jestem już z 2 godziny w Cannes, jest pięknie". Tutaj to już się WKUR*ŁEM. Bo to teraz ja będę musiał gnać do Cannes i ją odbierać. Jadąc zadzwoniłem do jej ojca, osoby której ona słucha i do żony, bo to druga osoba której Anna słucha. Jak dojechałem już była pełna skruchy. Jednak złość mi tak szybko nie przechodzi. Ostatnie dwa dni wyjazdu były takie jak powinny być od początku.

Kurczę jak ktoś Ci robi że tak się wyrażę "Dobrze" i zabiera Cię na wyjazd a ty w sumie opłacasz sobie tylko ten czas co sama sobie go ogarniasz to powinnaś się chyba dostosować co?

Wyjazdy służbowo rodzinne

by Nyord

Historia z przed kilku lat, dziś przez post na fb sobie o…

Historia z przed kilku lat, dziś przez post na fb sobie o niej przypomniałam.

Razem z mężem zdecydowaliśmy, że weźmiemy psa ze schroniska. Mamy dom, mamy ogród i codziennie chodzimy na długie spacery, więc pies miałby z nami dobrze. Wybraliśmy młodego psa, 2 letniego, bardzo przyjaznego.

Wszystko załatwione, piesek trafił do naszego domu. Ja wzięłam tydzień urlopu by jakoś małemu pomóc ze zmianą miejsca. Trzeciego dnia byłam z psem w ogrodzie, brama zamknięta na zasuwę, więc piesek mógł szaleć. W pewnym momencie musiałam iść do WC, nie było mnie może 3min, wracam a psa nie ma. Przeszukałam najpierw ogród, potem dom, nic, jak kamień w wodę. Wzięłam smycz i pobiegałam go szukać po okolicy, bo może nie zauważyłam gdzieś dziury w płocie i piesek uciekł?

Biegając tak po okolicy, spotkałam sąsiadkę i pytam czy nie widziała psa ze zdjęcia. A ona na to, że tak i nawet go wypuściła z naszego ogrodu, bo myślała, że to jakaś przybłęda nam wlazła do ogrodu. Do dziś się do mnie nie odzywa, bo jak sama stwierdziła nie rozumie czemu byłam zła i nie miałam prawa krzyczeć na nią, bo ona jest 40 lat starsza. A tak poza tym nie uprzedziliśmy jej o naszych planach to skąd miała wiedzieć?

Piesek znalazł się następnego dnia w sąsiedniej wsi.

Ps. By otworzyć bramę sąsiadka musiała przełożyć rękę nad ogrodzeniem i odblokować takie zabezpieczenie, którego pies by nie był w stanie odbezpieczyć.

pies sąsiad

by ~Pomocnla

Chyba próbowali mnie wrobić w kradzież w sklepie. Otóż wychodzę sobie ze…

Chyba próbowali mnie wrobić w kradzież w sklepie.

Otóż wychodzę sobie ze sklepu z zakupami, a tu podchodzi do mnie dwóch ochroniarzy i zapraszają, żebym poszedł z nimi. Pytam, dokąd mam z nimi iść i dlaczego, a oni że na przeszukanie, bo mają podejrzenie, że coś ukradłem. No to ja już wiem o co chodzi, znana praktyka.

Biorą przypadkowego człowieka ze sklepu, zabierają do pomieszczenia bez kamer, podrzucają mu coś, a potem wzywają policję i mówią, że ukradł. No i juhu, bohaterska ochrona złapała złodzieja, można iść do kierownika po premię. Myślałem, że takie zabawy się skończyły jakieś dwie dekady temu. Tym razem niestety fajfusy trafiły nie niewłaściwego człowieka.

- Jeśli panowie podejrzewacie, że coś ukradłem, to wezwijcie policję i wtedy, w obecności policjantów, poddam się przeszukaniu.
- Ale to tylko podejrzenie, po co od razu policja? Sprawdzimy i będzie pan wolny.
- Wolny jestem cały czas, bo zatrzymać mnie nie macie prawa. Wzywacie czy nie? Jeśli nie, to wychodzę.
- Dobra, idź pan.

Strach pomyśleć co by było, gdyby trafiło na kogoś mniej stanowczego.

sklep ochrona

by ~mhggvhjvbk