Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

piekielni.pl

Pokaż menu
Szukaj

Top

Dzisiaj będzie o aspirujących do miana celebryty czy influencera czy jak to…

Dzisiaj będzie o aspirujących do miana celebryty czy influencera czy jak to tam się pisze.

Mam w rodzinie Anię, bardzo ładną dziewczynę która tam aspiruje do grona influencerskiego. Ma tam ileś tysięcy obserwujących na socjalach, tańczyła w jakiś teledyskach, jakieś pokazy czy tam sesje zdjęciowe.

Podczas świąt spotkaliśmy się przy stole także z Anią i od słowa do słowa wyszło, że znowu wyjeżdżam na serwisy za granicę, a dokładnie do Francji. Jak tylko aspirująca celebrytka to usłyszała, oczy jej się zaświeciły i już zaczęła mnie urabiać, czy może ze mną jechać. W sumie nie widziałem przeciwwskazań, dla mnie to też raźniej, zawsze jest do kogo się odezwać. Dodatkowo, już raz ze mną wyjechała i żadnych piekielności nie było. Zaśmiałem się tylko żeby zapytała moją żonę czy się zgadza i tak temat się zakończył.

Kilka dni przed wyjazdem poinformowałem ją, że wyjeżdżamy tego i tego i mniej więcej będziemy 6-7 dni, bo mamy prawie każde większe miasto we Francji do objechania. Poinformowałem ją także jak ta moja praca wygląda i że to ona ma się dostosować, bo ja jestem w pracy, a nie na wakacjach. Oczywiście na wszystko się zgodziła.

Dodatkowo umówiliśmy się na regularne dawanie znać co i jak u niej, w celach bezpieczeństwa. Wiadomo ładna dziewczyna.

Gwoli wyjaśnienia, moja trasówka zaczyna się od Calais później Lille, Reims, Paryż, zachodnie wybrzeże że tak się wyrażę południe i powrót przez Lyon i Metz. Ogólnie zwiedzam 15 punktów i w niektórych spędzam tylko 2-3h i uciekam dalej żeby zrobić to jak najszybciej.

Wyjechaliśmy w sobotę wieczorem, żeby dojechać do Calais jeszcze w sensownych godzinach w niedzielę. Pozwiedzaliśmy, porobiłem jej sporo fotek w celach dokumentalnych. W niedzielę wieczorem poinformowałem ją, że ja na obiekcie muszę być już o 7, ona może spokojnie spać i po 9 przyjadę po nią na Hotel i ruszymy dalej.

W poniedziałek dzwonię do niej że już wyjeżdżam i niech zaraz schodzi bo będę za 10 minut. Cóż, ona dopiero wstała ona musi się umalować, coś zjeść. Mówię żeby szybko szła coś zjeść, a umaluje się w aucie, bo czas goni. Obsuwa ponad pół godziny. Pojechaliśmy dalej. W Lille wysadziłem ją bliżej centrum, poinstruowałem żeby na siebie uważała i jak coś się dzieje dawała znać bo Francja to trochę niebezpieczny kraj obecnie. Umówiliśmy się że jak będę kończył robotę zadzwonię i ona powie gdzie jest bądź podjedzie Boltem czy Uberem żeby było szybciej.

Dzwonię po około 2 godzinach, że w sumie zaraz kończę i możemy jechać dalej. Na to celebrytka, że ona dopiero na kawkę weszła do fancy kafeterii i muszę jej dać z 20 minut. Wkurzyłem się i mówię: daj adres ja podjadę i jedziemy dalej. Kolejna obsuwa też pół godziny. W miedzy czasie jakiś wypadek na autostradzie i mój plan zaczyna się sypać z powodu braku czasu. Zrobiliśmy Reims i ruszyliśmy w stronę Paryża. Podczas jazdy do Paryża informuję Annę, że śpimy około 20km od Paryża bo w stolicy Francji hotel kosztuje sporo. Wkurzyła się, bo chciała pokazać widok z okna na Paryż swoim obserwującym. "Jak nie śpimy w Paryżu to chociaż pojedzmy wieczorem połazić". Pojechaliśmy, jednak to już była noc a nie wieczór, zrobiłem jej zdjęcie pod wieżą Eiffla, ze dwie uliczki też obfotografowała i zaczęły przy nas kręcić się jakieś nieprzyjemne typki o hebanowym kolorze skóry. Cóż wziąłem blondwłosą istotę i zabrałem do Hotelu.

We wtorek budzę się, a dziewczę już się maluje, bo jedzie ze mną bo ona musi Paryż za dnia zobaczyć. Myślałem, że będę musiał księżniczkę budzić, jednak sama dała radę wstać. Umówiliśmy się że ją podrzucę do centrum, ale później musi dojechać we wskazane miejsce jak dam znać, bo ja w godzinach szczytu nie chce się przebijać do centrum. Generalnie w Paryżu mam dwie lokalizacje, po dwóch różnych stronach miasta. Podrzuciłem ją do centrum, poinformowałem żeby tylko na siebie uważała bo wczoraj już mieliśmy przygody. Po około 7-8 godzinach dzwonię do niej żeby już się zbierała tu i tu bo ja kończę robotę, protokół napisać i jedziemy dalej. Zaczęła jęczeć, żeby po nią przyjechać. Wkurzyłem się i ją obsztorcowałem, że nie tak się umawialiśmy i jak nie przyjedzie sam jadę dalej. Przyjechała i to nawet na czas. W samochodzie poinformowałem ją, że ja tu pracuje i nie tak się umawialiśmy. Zgodziła się i pojechaliśmy dalej. Wpadliśmy jeszcze na chwile do Cean, tutaj akurat mój punkt do serwisu jest w ścisłym centrum to była że tak powiem na miejscu.

W środę i czwartek zwiedziliśmy zachodnie wybrzeże oraz południe Francji przy granicy z Hiszpanią i tego dnia obyło się bez piekielności z powodu mniejszych miast. W sumie była jedna, codziennie chciała wychodzić wieczorem po pracy na miasto w którym nocowaliśmy w celu lepszych fotek, bo jak ktoś inny robi to lepiej wychodzą. Ja wiek bliżej 40 niż dalej ona 21 lat. Ja pracujący, ona zwiedzająca. Tutaj zaoponowałem, chciałem odpocząć. Obraziła się.

Na piątek miałem zaplanowaną większą akcję serwisową w Marsylii. Poinformowałem Anię, że tutaj ma na bank około 8h zwiedzania a może być i tak, że będziemy tutaj i tak nocować. Zeszło mi nawet więcej niż planowałem i dzwonię do celebrytki pytając gdzie jest, bo w sumie ja już bym uderzył do hotelu i jutro dwa ostatnie punkty i będziemy wracać. Na co Anna informuje mnie, że w Marsylii nie było co robić, zwiedziła do południa prawie wszystko i ona pojechała do Cannes. Zamurowało mnie. "No wzięłam sobie pociąg ogarnęłam i jestem już z 2 godziny w Cannes, jest pięknie". Tutaj to już się WKUR*ŁEM. Bo to teraz ja będę musiał gnać do Cannes i ją odbierać. Jadąc zadzwoniłem do jej ojca, osoby której ona słucha i do żony, bo to druga osoba której Anna słucha. Jak dojechałem już była pełna skruchy. Jednak złość mi tak szybko nie przechodzi. Ostatnie dwa dni wyjazdu były takie jak powinny być od początku.

Kurczę jak ktoś Ci robi że tak się wyrażę "Dobrze" i zabiera Cię na wyjazd a ty w sumie opłacasz sobie tylko ten czas co sama sobie go ogarniasz to powinnaś się chyba dostosować co?

Wyjazdy służbowo rodzinne

by Nyord

O piekielnej mamusi i synku tuż przed trzydziestką, który nie potrafił przeciąć…

O piekielnej mamusi i synku tuż przed trzydziestką, który nie potrafił przeciąć pępowiny. Oraz o naiwnej mnie, która myślała, że w tym wieku facet zaczyna myśleć o samodzielnym życiu.
Spoiler: nie zaczyna, jeśli mamusia trzyma pępowinę jak smycz dla psa.

Dopóki żyliśmy „na luzie”, byłam w jej oczach cudowna. Wychwalana, akceptowana, przedstawiana wszystkim jako "przyszła synowa".

Ale wystarczyło, że w końcu obejrzeliśmy pierwsze mieszkanie na wspólny wynajem.

I wtedy mamusi odpalił się tryb histerii.

Nagle dowiedziałam się, że:
– nasz ślub w przyszłości to będzie grzech, bo nie wierzę w to samo co ona,
– jak się syn wyprowadzi, to straci wsparcie i wszystko zapiszą komuś innemu,
– na pewno poluję na jego pieniądze (fakt, że to ja płaciłam za wszystko i załatwiłam mu lepszą pracę nagle jej umknął),
– dowiedziałam się od osoby, której wygadała moje problemy zdrowotne, że zrobiła łzawy teatr jak to "nie po to dom z ogrodem kupowała, żeby w nim wnuki nie biegały bo dziewczyna syna może nie zajść w ciążę".

Kiedy próbowaliśmy rozmawiać logicznie i przegrała z rozsądnymi argumentami, wysłała przeciwko nam... samego szatana.
Posądziła mnie o opętanie, konszachty z diabłem, bycie wysłanniczką piekieł która przybyła "pożreć duszę jej jedynego dziecka". Nawet ksiądz, z którym rozmawialiśmy jak sobie z tymi oskarżeniami poradzić tylko przewrócił oczami i powiedział, że dorosły facet powinien sam decydować o związkach, a nie konsultować życie z mamusią.

Potem doszedł klasyczny numer jak z telenoweli, czyli dramatyczne telefony do syna kiedy był u mnie i panika, że czuje się tak źle, że chyba musi jechać do szpitala. A potem cudowne ozdrowienie po jego szybkim powrocie do domu.

Powiedziałam w końcu, że wysiadam z tego cyrku. Po pół roku takich i podobnych akcji byłam już zmęczona psychicznie i zrezygnowana. Mój były zamiast postawić się jej raz a dobrze i ukrócić gierki nadskakiwał jej bez końca. Do mieszkania przeprowadziłam się sama, bo ostatnia nasza kłótnia była o moje niezadowolenie, że jaśnie pani mamusia miałaby wpadać do nas co chwilę bez zapowiedzi i mieć klucze, bo to w końcu jego mama. Chłopie...

I czasem myślę, że to najgorszy układ dla wszystkich: rodzice, którzy mylą kontrolę z miłością, dorosłe dzieci, którym nie pozwala się dorosnąć i związki, które przegrywają z pępowiną zaciśniętą na szyi jak obroża.

u toksycznej mamusi

by louie

Historia z głównej o piekielnej matce, która nie chciała zaakceptować, że syn…

Historia z głównej o piekielnej matce, która nie chciała zaakceptować, że syn ma kobietę, przypomniała mi o moim byłym - dajmy na to Jarku. Tylko w moim przypadku nie lubili mnie zarówno teściowie, jak i siostra Jarka.

Jarka poznałam na studiach. Wszystko potoczyło się dość szybko i po 2 miesiącach chodzenia, znałam już jego rodziców, siostrę oraz dziadków. Do dzisiaj z tymi ostatnimi mam sporadyczny kontakt i wysyłam im życzenia na dzień babci i dziadka, czy urodziny - oni również do mnie na dzień dziecka i moje urodziny.

Na początku wszystko wydawało się okej. Potem jednak zaczęły się małe szpileczki. Mam alergię na żółtko, potwierdzoną testami z krwi. Mam ją od maleńkości, kiedy jeszcze jajka mieliśmy od mojej babci. Według ex-teściowej to była zmyślona alergia (dla kontrastu jej alergia na roszponke była poważna!). Za każdym razem pytałam się czy użyto jajek, gdy miałam coś zjeść. Dwa razy zostałam okłamana, na co Jarek rzucił, że "mama jest zakręcona i na pewno nie zrobiła tego celowo". Tylko to potem ja miałam wieczór na toalecie i pokrzywkę na rękach.

Dla teścia byłam solą w oku, bo Jarek zamiast pomagać mu przy samochodach (teść nie był profesjonalnym mechanikiem, tylko dorabiał sobie na samochodach znajomych) spędzał weekendy ze mną. Zaczął mówić, że taka baba jak ja, to zawsze chłopa zniewoli. Dowodem zniewolenia miało być to, że akurat potrzebował pomocy zawsze wtedy, gdy zaplanowaliśmy sobie jakąś aktywność np. kino, wyjazd, teatr. Dodatkowo wcześniej Jarek o tym im mówił. Teściu doskonale wiedział, że Jarek będzie musiał wybierać, bo mieszkali 150 km od miejsca, gdzie studiowaliśmy.

Tak minął prawie rok. Siostra Jarka zaszła w ciążę i tu pojawiły się naciski teściów, że my też powinniśmy zrobić sobie dziecko, żeby kuzynostwo miało ze sobą kontakt. W pewnym momencie pokłóciłam się o to z Jarkiem, bo zaczął popierać plany. Oczywiście padł koronny argument, że my nie robimy się młodsi i szczególnie u kobiet będzie to powodowało problemy z zajściem w ciążę. Spytałam się więc gdzie ma pieniądze na mieszkanie i ślub, bo nie mam zamiaru mieć dziecka na 20 M2 mieszkania (wynajęliśmy mikro kawalerkę jak to się teraz ładnie mówi) i bez żadnej gwarancji prawnej. Padło, że teściowie są chętni do sfinansowania ślubu. Dadzą nam na ten cel aż 10 tysięcy. Wiem, że nie musieliby nam nic dawać, ale powiedziałam im wprost, że to jest za mało, aby chociaż wynająć większą salę w restauracji. Powiedzieli, że przecież siostra miała wesele w lokalnej sali i wszyscy coś ugotowali i było okej. Lokalna sala to była po PGRowska salka. Siostra miała tam wesele ze względu na to, że na teście wyszły jej dwie kreski, a zarówno ona jak i jej mąż, są wierzący i w ciągu miesiąca (bo tyle czekali na dokumenty z urzędu) organizowali imprezę.

Po tym jak powiedziałam, że wolę najpierw kupić mieszkanie, skończyć studia i znaleźć dobrą pracę, a dopiero potem myśleć o ślubie i dzieciach, zaczęła się równia pochyła. Przestałam w pewnym momencie do nich przyjeżdżać, bo wszystko robiłam źle.

Przykład - teściowa prosiła mnie o przyniesienie z kuchni chleba do obiadu. Stały dwa bochenki, w tym jeden na talerzu. Wzięłam go i dostałam miłą uwagę - Kamilko to ty nie widzisz, że ten chleb jest czerstwy na bułkę tartą? Chyba matka do kuchni to cię nie wypuszczała.
Albo mówię jej, że ja zrobię kluski śląskie na obiad (podchodziłam spod Częstochowy i moja babcia robiła je co chwilę, a oni z Wielkopolski). Z wielkim oporem pozwoliła mi je zrobić. Pytam się jej gdzie jest praska. Nie ma, mam zrobić tłuczkiem, bo ona sobie jakoś tak radzi. Wiec lecę tym tłuczkiem, a gdy Jarek wszedł do kuchni i zapytał dlaczego nie użyje praski, powiedziałam, że jego mama powiedziała, że nie ma. Jarek rzucił, że przecież niedawno kupili i jest w górnej szafce. Na co teściowa: Oj, zapomniałam o niej, rzeczywiście!

Rozmowa z teściem jakakolwiek kończyła się tym, że mało wiem o życiu i się jeszcze nauczę, a on ma rację. Rozmawialiśmy na temat tego, że moi rodzice robią remont łazienki przy okazji modernizacji przez spółdzielnię i będą im wymieniali rury na PCV, bo takie mają być w całym bloku. Teściu oczywiście miał swoją teorię, że jak rury to tylko metalowe i moi rodzice mają zażądać tego, żeby mieli metal, bo inaczej tylko zatankują i już im strzela. Powiedziałam że to jest na poziomie pionów, a decyzja została podjęta przy udziale ekspertów (spółdzielnia przedstawiła ekspertyzę i rekomendacje). Wniosek - chu*** ekspert, a nie ekspert, bo on ze szwagrem w 88 remont robił i dalej działa.

Siostra za to co chwilę robiła mi przytyki odnośnie mojego wyglądu. Miałam wtedy duże problemy zdrowotne - otarło się o podejrzenie nowotworu (o czym nie chciałam nikomu mówić poza Jarkiem i rodzicami). Schudłam o 5 kg i przy wzroście prawie 170 ważyłam niecałe 50 kg. Na obiadkach kazała mi sobie podejść, bo facet to nie pies i na kości nie poleci. Skwitowałam, że to problemy zdrowotne i dziękuję za troskę.

Po takim ostatnim rodzinnym obiadku powiedziałam dość. Kazałam Jarkowi pogadać z rodzicami, bo nie czuję się u nich w żaden sposób komfortowo, a on nie reaguje. Ani razu nie stanął w mojej obronie, a wręcz przeciwnie kładł uszy po sobie. Miałam dość i powiedziałam, że więcej do nich nie pojadę o ile nie zmienią swojego zachowania. Dochodziło do paradoksu gdzie jeszcze przez prawie rok naszego związku, częściej widziałam jego dziadków niż najbliższą rodzinę. A finalnie to ja zostałam tą która go chciała odciąć i byłam toksyczna.

Do zakończenia tego związku doszło, gdy kończyła nam się umowa najmu i właścicielka powiedziała, że nam jej nie przedłuży. Znaleźliśmy dwa fajne mieszkania i już na jedno z nich mieliśmy podpisać umowę (była wręcz kolejka chętnych - stosunkowo tanie, nowe i w dobrym standardzie). I nie podpisaliśmy z powodu, że nie podobało się zarówno teściowej jak i siostrze. Gdy mi Jarek to powiedział, zwątpiłam całkowicie. Spytałam, czy to on będzie mieszkał ze mną, czy jego matka i siostra? Co odpowiedział? Ale one będą przyjeżdżać w odwiedziny i też mają czuć się dobrze.

Czyli ja u nich byłam traktowana jak zło konieczne, a przy wynajmie mieszkania miałam uwzględnić to, że one przyjadą i mają decydować o tym jakie mieszkanie wynajmę z Jarkiem i za które SAMI zapłacimy.

Jak powiedziałam to koleżance, to wyśmiała tę sytuację i kazała mi wiać gdzie pieprz rośnie, tylko bardziej dosadnie. Dałam Jarkowi ostania szansę, pogadaliśmy i spytałam czy mamy zamiar coś z tym zrobić. Rodzina była dla niego ważniejsza, a ja nią dla niego nie byłam, więc stwierdziłam, że to nie to. I szkoda mi tylko nerwów i zmarnowanego czasu.

rodzina związek

by ~Botobylazlakobieta

Fragment przepisów dotyczących przewozu psów (nie będę wklejać, bo długie i nudno…

Fragment przepisów dotyczących przewozu psów (nie będę wklejać, bo długie i nudno napisane, to mój skrót) - pies w komunikacji miejskiej ma mieć kaganiec lub być z zamykanym transporterku, z którego nie wystaje głowa.

Jadę z Maleństwem autobusem. Wsiadłam, a kierowca się burzy "kaganiec!!!". Kurde, Maleństwo właśnie w transporterku, obrażona jak cholera, no ale przepisy to przepisy.

"Nie mam kagańca, jest zamknięta i głowa jej nie wystaje, może jechać". "Musi mieć kaganiec!". Grzecznie wygooglałam odpowiedni przepis i pokazuję panu kierowcy, no beton. "Musi mieć kaganiec!". Zgryźliwie zapytałam, czy mogę jej wstążeczkę na pyszczku zawiązać, pan kierowca się zapluł i zaczął na mnie drzeć. "Proszę wysiąść, nie pojedzie pani z psem bez kagańca!". Hmmm... To proszę wezwać Policje albo Straż Miejską, bo ja mam bilet, mam psa przewożonego zgodnie z przepisami i nie pozwolę się wyrzucić z komunikacji miejskiej.

Pan kierowca z wielkim fochem wyraził łaskawe pozwolenie na przewóz psa.

Zna ktoś fajną ofertę na kagańce dla "ciułałki"?

komunikacja_miejska

by Xynthia

Czuję, że będzie długo... Zacznijmy od tego, że mam starszą siostrę, która…

Czuję, że będzie długo...

Zacznijmy od tego, że mam starszą siostrę, która jest lepiej wykształcona, ładniejsza i bogatsza ode mnie. Jestem z tym już pogodzona. Tak, zazdroszczę jej, ale równocześnie ją kocham i nie mam wobec niej żadnych pretensji, wyrzutów, roszczeń itd.
Siostra ma córkę, obecnie 10-letnią, której jestem chrzestną, ja z kolei mam dwójkę synów, 11 i 13 lat. Oczywiście, także w tym względzie się różnimy, bo ja zaciążyłam przypadkiem na początku studiów, przez co je przerwałam, moja siostra z kolei córkę urodziła jako mężatka z bardzo dobrą pracą.

W każdym razie życie potoczyło się jak się potoczyło, ja wyszłam za mąż za ówczesnego chłopaka, który też przerwał studia, z pomocą jego rodziców weszliśmy znienacka w dorosłe życie, gdzie plany i marzenia odkładaliśmy na później, aby założyć rodzinę.

Siostra, choć rzadko mówi to wprost, chyba patrzy na mnie z góry, a wręcz lekko mną pogardza, ale może to moje kompleksy.
W każdym razie siostra i szwagier bardzo dbali o córeczkę, która była ich wizytówką. Dosłownie. Marcia zawsze miała ślicznie ułożone włoski, śliczne beżowe sukieneczki w klasycznych fasonach, zawsze była grzeczna, cichutka, uprzejma. Utrzymuję z siostrą i chrześnicą dość bliski kontakt i dziewczynka zawsze była uśmiechnięta i zadowolona, a o swoich rodzicach zawsze mówiła jak bardzo ciepło i z entuzjazmem. I tak, tego też jej zazdrościłam, bo ja często ledwo ogarniałam, kłóciłam się z mężem, z dziećmi, gdy moi synowie podrośli zaczęły się pierwsze problemu w szkole i zastanawianie się, jaka katastrofa zaskoczy mnie następnego dnia.

W każdym razie Marta chodzi obecnie do prywatnej szkoły i można zaobserwować pewne zmiany w jej charakterze, bo coraz częściej dochodzi do konfliktów z jej rodzicami, dziewczynka nie przykłada się do nauki, chciałaby malować paznokcie itd.
Ostatnimi czasy Marta często do mnie dzwoniła, pytała czy może przyjechać i skarżyła mi się na rodziców, którzy "na nic jej nie pozwalają". Oczywiście, rozmawiałam na ten temat z siostrą, ale ona ma swoją perspektywę, którą też rozumiem.

Jest tylko jeden problem. Otóż Marta prosi mnie usilnie, aby mogła ze mną zamieszkać. Póki co o tym siostrze jeszcze nie mówiłam, tłumacząc Marcie, że jest pod opieką swoich rodziców i to nie jest takie proste, zwłaszcza, że nie ma na to za bardzo warunków. Marta jest nieugięta w swoich prośbach.

I chyba piekielna jestem ja. O ile oczywiście, nie cieszy mnie, że dochodzi do tak ekstremalnej sytuacji między moją siostrą a jej dzieckiem. Ale jednocześnie odczuwam pewną satysfakcję z tego, że chociaż raz w czymś siostrę "pobiłam", bo jej dziecko woli mnie od niej. Wiem, że to głupie, małostkowe, ale odczuwam złośliwą satysfakcję, gdy przypomina mi się, jak siostra dawała mi złote rady wychowawcze, za wzór stawiając swoją córkę, w której wychowanie zaangażowana była, wedle jej słów, z całą mocą.

No i najgorsze, że Marta ostatnio wspominała, choć niby w żartach, o ucieczce z domu. I wiem, że teraz to już muszę o tym siostrze powiedzieć. Boję się jednak, że nie zapanuje nad tonem, zabrzmię złośliwe i wtedy siostra zamiast zrozumieć powagę problemu, pomyśli, że jestem po prostu złośliwa.

rodzina

by ~nyutui

Mam dzisiaj urodziny. I choć wiedziałam, że nie powinnam się spodziewać w…

Mam dzisiaj urodziny. I choć wiedziałam, że nie powinnam się spodziewać w tym dniu niczego, to i tak zrobiło mi się... zadziwiająco przykro.

Moja rodzina nigdy nie obchodziła urodzin. Nigdy nie obchodziła też za bardzo świąt, ani żadnego innego święta, które skupiało się na dawaniu prezentów. Jednym z głównych powodów zdecydowanie była bieda, gdzie moja matka samodzielnie utrzymywała całą rodzinę (ja, mój brat, mój ojciec i babka, matka ojca), a mój ojciec jest alkoholikiem i jeśli czasem pracował, to na czarno w dorywczych robotach.

Jako dziecko bardzo czułam ten problem. Oglądasz inne dzieci z twojej klasy, zapraszające się nawzajem na imprezy urodzinowe, chwalące się prezentami, wrzucające zdjęcia na fejsbuka/naszą klasę. Ba, oglądasz zdjęcia swojego starszego brata z jego urodzin, kiedy był jeszcze jedynym dzieckiem i dostawał dużo zabawek, miał tort, miał całe przyjęcie tylko dla niego. A potem patrzysz na siebie, gdzie nie pamiętasz, czy kiedykolwiek w ogóle miałaś tort, przyjęcia nie pamiętasz żadnego, jedyny prezent jaki dostałaś to maskotka konia na twoje drugie urodziny, bo miałaś obsesję na punkcie koni.

Jednocześnie twoi rodzice ustalają z resztą rodziny, że rozdawanie prezentów ogranicza się tylko do "swojej" rodziny (tj. rodzice dają prezenty tylko swoim dzieciom). I pewnie, rozumiesz czemu. Rozumiesz, że twoi rodzice chcą ograniczyć problem, że twoja ciotka kupi ci prezent, więc oni muszą wydać pieniądze, których nie mają, na twojego kuzyna.

Ale święta odbywają się w twoim domu, bo tam mieszka babcia. Wszystkie prezenty siedzą pod twoją choinką. I to ty musisz obserwować, jak twój kuzyn dostaje od Mikołaja nowy cyfrowy aparat, który go nawet nie interesuje, kiedy twój jedyny prezent to kupione dwa tygodnie temu koszulki, bo to jedyny czas kiedy możesz dostać jedną rzecz, która cię faktycznie interesuje (zawsze z bratem mieliśmy ograniczenie prezentu świątecznego do 100 zł).

Dzisiaj twoja matka rozwiodła się z twoim ojcem alkoholikiem. Nie jest bardzo bogata, ale nie jest biedna, jak lata temu. I wiesz, że na tym etapie życia jest bez sensu czekać, że dostaniesz cokolwiek. Ty co roku kupujesz prezenty dla niej na święta, na urodziny, na Dzień Matki. I co roku czujesz ogromną niesprawiedliwość, bo czemu *ty* masz wydawać swoje pieniądze na osobę, która nawet nie pamięta, żeby złożyć ci życzenia. Ale jednocześnie czujesz się źle przez te myśli, bo ona była jedyną osobą, która utrzymywała twoją rodzinę na swojej pensji. Nawet nie wiesz, w którym momencie twojego życia twoim marzeniem stał się tort.

Nie wiem czy ten post to wylewanie żali. Nie wiem, czy jest tu czarny charakter. Nie wiem, czy ma on sens, ale musiałam to gdzieś z siebie wyrzucić.

Wesołych urodzin dla mnie.

by Diuna

Kilka tygodni temu wywiało mnie na jeden z przystanków autobusowych na warszawskiej…

Kilka tygodni temu wywiało mnie na jeden z przystanków autobusowych na warszawskiej Pradze około godziny 03.00 w nocy.

Kiedy czekałem na mój środek transportu zauważyłem zmierzających w kierunku owego przystanku dwóch facetów i biegnącą za nimi dwójkę dzieci w wieku 5-6 lat, najpewniej bracia bo ubrani jednakowo tylko jeden mniejszy drugi trochę większy.

Panowie cały czas zagadywali chłopców i jak ci się ociągali to "chodźcie chłopaki".

Kiedy dotarli na przystanek jeden z nich podszedł do mnie i zapytał o godzinę. A ja poczułem zapach wódy. Obaj panowie byli mocno zrobieni. Chłopcy pytali mężczyzn się nazywają, gdzie mieszkają, gdzie teraz idą itp.

Jak od początku świeciły mi się czerwone lampki tak teraz alarm po prostu wył.

Odszedłem kawałek dalej tak żeby mnie nie słyszeli, zadzwoniłem na 112 i zdałem relacje operatorowi, opisałem mężczyzn i chłopców. W międzyczasie podjechał nocny do którego wsiadła całą czwórka więc podałem też numer linii, kierunek i numer boczny.

Co na to operator? "Mhm i jakie według pana jest tu zagrożenie?"

Zdębiałem. Wytłumaczyłem dokładnie co podejrzewam tj. w najgorszym wypadku porwanie w najlepszym podpici opiekunowie.

Nawet jeśli to byli krewni tych dzieciaków, a nie jakieś porwanie/uprowadzenie tak jak się bałem, to chyba nie powinni włóczyć się po nocach, pod wpływem i ciągnąć za sobą dzieci.

Operator 112

by BornToFeel

Wracając z pracy autem kupiłem sobie na drogę cukierki, w woreczku w…

Wracając z pracy autem kupiłem sobie na drogę cukierki, w woreczku w którym zostały już same papierki udało mi się wymacać ostatniego cukierka i złapać go kciukiem.

W międzyczasie, włączając się do ruchu pewna młoda kobieta mignęła mi światłami, abym mógł jechać, uradowany chciałem pokazać jej okejkę, ale że byłem po 9h pracy, kciuk miałem już zajęty, to niechcący pokazałem jej faka odjeżdżając z piskiem opon.

Jeśli któraś z was zobaczyła dzisiaj środkowy palec puszczając do ruchu czarnego Opla to przepraszam najmocniej.

droga

by ~PokornyKierowca

Mam wrażenie, że w Tauronie pracują jakieś bezrozumne orangutany. Pokrótce: kupiliśmy z…

Mam wrażenie, że w Tauronie pracują jakieś bezrozumne orangutany.

Pokrótce: kupiliśmy z mężem mieszkanie z rynku wtórnego. Poprzedni właściciel poszedł do Tauronu i rozwiązał z nimi umowę, przy czym jego agent nieruchomości polecił nam udać się do Tauronu najlepiej tego samego dnia, żeby odczytali sobie licznik, rozliczyli zaległość z byłym właścicielem i zostawili nam ten sam licznik, bo po co przepinać.

Udaliśmy się więc do punktu Tauronu, gdzie kilkukrotnie usłyszeliśmy jasno od konsultantki zawierającej z nami umowę, że taki scenariusz nie może mieć miejsca, oni i tak ściągną stary licznik i założą nowy. Instalacja licznika przy nowej umowie jest bezpłatna z tego co pamiętam, więc nie robiło nam to różnicy. Podpisaliśmy umowę w listopadzie. Rzecz w tym, że mieszkanie stoi na razie zupełnie puste, nie ma podłączonych żadnych sprzętów, czeka aż dojdziemy z architektem do ostatecznej wersji projektu, a potem wchodzimy z remontem.

Dostaliśmy rachunek z Tauronu na 600 zł. Otwieramy ich platformę, na fakturze "korekcja stanu licznika". Dzwonimy, składamy reklamacje i dowiadujemy się, że Tauron licznika wcale nie wymienił, odczytali stan teraz po miesiącu i wyszło im, że się 600 zł nie zgadza. Zareklamowalismy, bo jak mamy płacić za nierozliczony licznik poprzedniego wlasciciela? Odrzucili reklamację. Nie zdążyliśmy skontaktować się ponownie, teraz dostaliśmy kolejny rachunek... Na 1400 zł. Tauron uważa, że zużyliśmy 1200kWh w ciągu 3 miesięcy w pustym mieszkaniu, w którym spędziliśmy jedno popołudnie, w trakcie którego może dwa razy uruchomiliśmy czajnik (który przywieźliśmy ze sobą, wiec nawet biernie nie ciągnie prądu z gniazdka na co dzień) i nawet lodówka nie jest podłączona. Powiedziałabym, że nic z tego nie rozumiem, mimo że studiowałam energetykę, ale chyba wiem co zaszło. Ten rachunek wystawili na zasadzie prognozy i na początku opierają się po prostu na poprzednich rachunkach, więc pewnie założyli, że w tym miesiącu też wyjdzie 600 zł (te 1400 to za całe 3 miesiące). Tylko sami to opisali jako korektę stanu licznika, czyli co, prognosta zakłada, że co miesiąc będzie korekta licznika o 600 zł? Nie mówiąc o tym, że dalej nas próbują rozliczać za czyjąś starą umowę. Jutro jedziemy do punktu wyjaśniać całą tę sytuację, ale jak tak dalej pójdzie, to chyba skończy się w sądzie.

Zabawne, bo jak zawieraliśmy umowę, zapytałam o polecenie zapłaty i konsultantka powiedziała, że to już musimy załatwić w innym punkcie (chyba jakimś lokalnym, bliżej mieszkania czy coś, w każdym razie nie u niej). Dobrze się stało, bo po tych akcjach już bym się w życiu na to nie zdecydowała. Zaczyna mnie to męczyć, że każdą rozmowę z każdym konsultantem wypadałoby nagrywać, bo to, co opowiadają można najwyraźniej włożyć między bajki (nie mam pretensji do konsultantki, tylko do firmy, bo pewnie źle ich informują).

Tauron

by leksd

Historia o tym jak rodzina potrafi zatruć życie i rozwalić małżeństwo. Nie…

Historia o tym jak rodzina potrafi zatruć życie i rozwalić małżeństwo.
Nie mam już rodzeństwa jestem sam, rodzice odeszli zbyt szybko a z żoną zaraz się rozwodzę.

Historia będzie miała mocny nacisk na pasożytnictwo siostry mojej żony. (Uważam ją za pasożyta nieroba i zła kobietę)

Wszystko zaczęło się kiedy wyprowadziliśmy się z mieszkania po moich rodzicach do nowego domu (mieszkanie było moje jeszcze przed ślubem i nigdy nie była jego współwłaścicielem)

Zorganizowaliśmy parapetówkę na którą zaprosiliśmy znajomych rodziców mojej żony i jej siostrę z mężem (facet nieudacznik, w żadnej pracy nie utrzymał się dłużej niż pół roku. Dałem mu kiedyś pracę u mnie w autokomisie to nie przychodził) i od tego momentu zaczęły się JAJA.

Na parapetówce matka żony podeszła z jej siostrą i zaczęły wypytywać o stare mieszkanie.
-a to wasze stare mieszkanie to teraz puste stoi to może Dorotka (imię zmienione celowo) z mężem i dziećmi się tam wprowadzi ? Będzie im wygodniej a wam i tak nie potrzebne.
- yyy ..... (Byłem skołowany taka bezpośredniością) Niee ... Raczej nie... Mam inne plany na to mieszkanie
-Mhmmmm no to myślę że plany możesz zmienić ale to Twoja żona ci już wytłumaczy.
Ojciec żony też próbował mnie namówić żeby uwaga dać im tam mieszkać bo ja nie zbiednieje.... Serio ?
Ten temat poruszyła żona kiedy wieczorem byliśmy w łóżku. Próbowała mnie namówić i przekonać żeby wynająć jej siostrze mieszkanie za opłacanie czynszu .... Jednym słowem mieszkanie po rodzicach w którym się wychowywałem i jedyne co mi po nich zostało miałem tak po prostu oddać siostrze żony bo mają ciężko. Bo tam są 4 pokoje a oni mają tylko 2. Bo Dorotka nie ma pracy a nie będzie tyrać jak wół w fabryce przy taśmie albo innym sklepie. Dorotka zawsze była biedna i poszkodowana i zawsze trzeba było jej pomagać. Nie zgodziłem się i powiedziałem że moja decyzja jest ostateczna.
Jakiś czas później robiliśmy grill u nas w domu więc zaprosiliśmy rodzinę żony. Stoję przy grillu, podchodzi teściu i dalej co ja zrobię z tym mieszkaniem bo Dorotka bo dzieci bo ten jej to fleja i pracy nie może dobrej znaleźć bo co ja zrobię i po co mam czynsz płacić jak oni mogą opłacać i tam mieszkać. Powiedziałem mu po raz kolejny że nie będę tam nikogo wpuszczać i nikt mnie nie przekona bo to mieszkanie to moja polisa na przyszłość.... Oburzył się i poszedł. Kiedy skończyłem grillować usiadłem do stołu żeby zjeść i szwagier fleja uraczył mnie tekstem że coś za słabo kiełbasy przypiekam i cienko grilluje bo tak się nie powinno tego robić...
-To zaproś mnie na grilla do was to pokażesz mi jak to się robi.... Albo idź połóż sobie kiełbaskę na grillu i bardziej dopiecz. Atmosfera była sztywna bo Dorotka cały czas narzekała na ceny mieszkań i że nie ma nic większego i ciasno im na ich wynajmowanym mieszkaniu. Tak minął grill w sztywnej atmosferze.... Na koniec okazało się że samochód im się zepsuł i nie mieli jak wrócić do domu.... Z racji tego że mieli małe dziecko a ja skruszony odpowiednia dawka substancji wyskokowej dałem im kluczyki od samochodu z firmy (mam autokomis to jeżdżę ciągle czymś innym) a ich samochód wziąłem do naprawy. To zawsze oferowałem rodzinie że samochody naprawiałem za cenę części.

Pożałowałem tej decyzji kilka dni później kiedy to szwagier fleja wpakował się w tył dostawczaka prosto w rampę. Nie usłyszałem żadnego przepraszam ani nic jeszcze zwrócił mi uwagę że kto normalny zakłada opony wielosezonowe do takiego auta.
-Wrzucisz to sobie w koszta co ?

Wtedy się coś we mnie zagotowało wróciłem do domu żeby to powiedzieć żonie która powiedziała mi że to przecież nic wielkiego i że ważne że nic mu się nie stało, to tylko samochód
Postanowiłem wszystkim uciąć jakiekolwiek przysługi jakie ode mnie mieli.
Żona coraz bardziej naciskała żebym pozwolił im mieszkać w starym mieszkaniu więc powiedziałem po moim trupie i że są mi winni za rozwalony samochód. I tutaj żona się obraziła.
Tak mijały kolejne tygodnie i sytuację których wolę nie przytaczać bo to czysta patologia i kryminał, przestępstwa też były popełnione :) nie przeze mnie. I to doprowadziło do momentu kiedy żona postanowiła się ze mną rozwieść za namową swoich rodziców.
Jej rodzice oraz siostra wmówili jej że po rozwodzie dostanie moje stare mieszkanie połowę komisu oraz nasz dom. Byłem w szoku kiedy powiedziała o rozwodzie, była 100% pewna że go chce więc co miałem zrobić...... Zgodziłem się. Poszedłem do prawnika żeby się dowiedzieć na czym stoję i okazało się że mieszkanie i komis są moim majątkiem osobistym (nie wiedziałem o tym i o tych kruczkach prawnych)
Kiedy ta cała reszta się o tym dowiedziała to wpadli w absolutna furię a żona nie chciała się już rozwodzić. Ale skoro już sprawa poszła tak daleko to czekam na to co wydarzy się w sądzie. Bo ja rodzinnym sponsorem nie mam zamiaru być

Kuj-pom

by ~Pawelecky