Historia sprzed kilku dni. Piekielny jest (chyba…?) pewien producent samochodów… Albo może ogólna tendencja do tego, żeby wszystko było wyłącznie elektroniczne i cyfrowe.
Sąsiad mieszkający na sąsiedniej uliczce - gość dosyć zamożny - ma samochód klasy premium znanej marki. Auto naprawdę fajne, kupione bodaj dwa lata temu, czyli jak nowe.
Ale, jak wiadomo, nowym samochodom też się zdarzają awarie…
Poranek, zimno. Wracam ze spaceru z psem i widzę sąsiada, który siedzi w swoim pięknym aucie i rozpaczliwie macha do mnie rękami. Zdziwiłem się troche, podchodzę… Co się okazało?
Sąsiad właśnie ruszał swoim autem spod domu - był dosłownie kilka metrów od własnej bramy - kiedy nagle, kompletnie niespodziewanie, samochód zgasł. Pstryk - i już: silnik się wyłączył, zgasły wszystkie lampki, martwa cisza. Okazało się później, że urwał się (albo został przegryziony przez kunę…) jakiś pojedynczy przewód i sytuacja była taka, jakby akumulator został odłączony.
No OK, zdarza się, awaria, jak awaria, powiecie, co w tym piekielnego…?
No to posłuchajcie.
Sąsiad siedział w samochodzie pół godziny, czekając, aż ktoś będzie przechodził i mu pomoże. Dlaczego? Dlatego, że trzymał nogę na hamulcu, żeby auto się nie stoczyło (bo uliczka idzie pod górę - minimalnie, ale wystarczająco).
Samochód z automatyczną skrzynią biegów, więc nie było opcji "wrzuć bieg, to stanie". Co, że powinien przełączyć w tryb parkowania (czy jak to się tam fachowo w automatach nazywa)? No więc nie mógł, bo "akumulator był odłączony", a przełączanie położeń automatycznej skrzyni biegów w tym modelu jest wyłącznie elektroniczne (nie ma "wajchy", jest tylko taki cyfrowy przełącznik, który przy braku prądu oczywiście nie działał.
No to przecież hamulec ręczny, prawda? Otóż też nie: w tym samochodzie nie ma takiego hamulca ręcznego, jaki znamy z większości normalnych aut, czyli wajchy po prawej stronie kierowcy, która można mechanicznie "zaciągnąć". Jest wyłącznie przycisk, który uruchamia blokadę kół. Który, oczywiście, nie reaguje przy braku prądu.
Jedyne, co działało, to normalny, nożny hamulec, który (na szczęście) działał tradycyjnie - co prawda nie działało wspomaganie hamowania, ale dociśnięcie pedała z całej siły sprawiło, że samochód stał. I dobrze, bo inaczej sąsiad miałby do wyboru albo stoczyć się do tyłu po prostej, na samochody zaparkowane przy prostopadłej uliczce (skrzyżowanie T), albo skręcić i walnąć w murek własnej posesji.
Pod płotem stała sterta cegieł po jakimś remoncie, podłożyłem jedną pod tylne koło - i dopiero wtedy sąsiad, spocony jak mysz, wysiadł z auta, które następnie razem przepchnęliśmy na trawnik, a potem podstawiliśmy cegły pod wszystkie cztery koła.
Gdyby samochód "padł" kiedy stał, ze skrzynią biegów w trybie postojowym - to by po prostu stał. Ale że padł nagle, w czasie jazdy… No właśnie. Trochę to jednak paranoja - i nauczka, żeby nie kupować samochodów be mechanicznego hamulca ręcznego…
motoryzacja