Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

piekielni.pl

Pokaż menu
Szukaj

Top

Zainspirowana historią #89273 @xMiuSx przytoczę parę wspominek z dzieciństwa i wczesnej młodości,…

Zainspirowana historią #89273 @xMiuSx przytoczę parę wspominek z dzieciństwa i wczesnej młodości, kiedy jeszcze miałam ‘rodzinę’. To znaczy, część z nich jeszcze żyje, ale kontaktu nie utrzymuję żadnego, z powodów które kiedyś tutaj opiszę.

Ale dziś czas na wspominki.
Tło takie samo więc nie będę się powtarzać: zawsze są to imieniny któregoś z rodziców, ja mam na nich od około pięciu, do może 10 czy dwunastu lat. Typowa impreza lat osiemdziesiątych. Dorośli w jednym pokoju przy jedzeniu i alko (obydwa w dużych ilościach), dzieci w drugim pokoju, z boku stolik z jedzeniem i napojami (oczywiście bezalkoholowymi).

Sytuacja pierwsza:
Jakiś czas wcześniej dostałam od znajomej rodziców bęben. Piękny, z białej, prawdziwej skóry, z czerwonymi dodatkami i ozdobami. Po imprezie mama znajduje go pociętego nożem przez któregoś z moich kuzynów.

Sytuacja druga:
Miałam zwyczaj kamuflować słodycze, które dostawałam od znajomych czy rodziców w starej plastikowej formie do układania kompozycji kwiatowych (do właściwego celu nigdy używana nie była – chyba nieudany prezent dla któregoś z rodziców, z tych co to „nie wypada wyrzucić”). Nie wiem, jak znaleźli i po co w ogóle tam zaglądali – ale z cukierków nie zostało nic, jakby szarańcza przeszła, a miałam całkiem sporo, zwłaszcza moich ukochanych kasztanków. Od tamtej pory nie chomikuję – co dostaję zjadam od razu :-)

Sytuacja trzecia:
Mama wchodzi do pokoju, zastaje mnie zaryczaną w kącie, na podłodze talerzyki i filiżanki dla lalek, a po nich skaczą i jeżdżą rowerkiem moi kuzyni.

Sytuacja czwarta:
Młodsza kuzynka, M, zakłada wszystkie moje i moich lalek korale i naszyjniki i nie chce zdjąć, na próbę zabrania ich ryczy i wyje. Jej i moja mama tłumaczą: „-Pójdziemy do domu, tam M się uspokoi i zaśnie, to zdejmiemy i odłożymy na bok, jak do nas wpadniecie to oddamy, jesteś starsza, powinnaś zrozumieć.”
Jak można się domyśleć, mojej dziecięcej biżuterii nie zobaczyłam już nigdy – przy najbliższej wizycie w domu M, po zadaniu pytania o korale usłyszałam, że P i C (starsi bracia M) chcieli jej dokuczyć więc spalili wszystkie jej dziecięce ”precjoza”.

Dzisiaj myślę, że rzeczy te wcale nie uległy zniszczeniu, tylko G (matka wyżej wymienionej trójki) miała problem z oddawaniem. „Uszkodzeniu” lub „zagubieniu” i, idącym za tym nieoddaniu, uległo na przestrzeni lat z tego co pamiętam paręnaście kaset z filmami i książek, głównie lektur szkolnych, oraz Encyklopedia Wychowania Seksualnego dla Nastolatków, którą dostałam od kumpla na osiemnastkę (G była nauczycielką polskiego i Wychowania do Życia w Rodzinie, czy jak się to tam zwie). A nie pożyczyć się nie dało, żeby się rodzina nie obraziła (słowa mamy).

Było tego więcej, nie ma co roztrząsać – przecież nie wypomnę M – A bo czterdzieści lat temu zaiwaniłaś mi korale dla lalek, czy jej bratu, że mi pociął bębenek...

Wiecie co boli?
To, że moja mama nigdy nie stanęła po mojej stronie. Słyszałam jedynie teksty typu:
„Jesteś starsza, musisz zrozumieć”,
„Jesteś gospodarzem, a oni gośćmi, to im więcej wolno”,
„Już nie rób afery o głupią książkę, i tak już przeczytałaś, tylko miejsce zajmuje, tylko nas skłócisz z rodziną taty”

Przez lata nabierasz poczucia, że nic nie znaczysz i można się z tobą zupełnie nie liczyć, bo ktoś inny jest zawsze ważniejszy

rodzina

by GoshC

Adopcja psa... Cóż, bywa piekielnie. Ukochany pies moich rodziców zdechł kilka miesięcy…

Adopcja psa... Cóż, bywa piekielnie.

Ukochany pies moich rodziców zdechł kilka miesięcy temu. Rodzice mają jeszcze jedną suczkę, staruszkę. Sami rodzice są wczesnymi emerytami, mają duże mieszkanie i co ważne, choć oczywiście żadna organizacja nie musi wierzyć na słowo, mają ogromne serce do zwierząt. Całe życie mieliśmy psy w domu, a wszystkie były znajdami, które rodzice znajdowali w różnym stanie, wszystkie doprowadzali do zdrowia u weterynarza, nigdy nie żałowali pieniędzy i energii dbanie o zwierzęta, jedzenie, zabawki, akcesoria, lekarstwa. Zawsze poświęcali dużo czasu i energii na spacery i wpajali nam szacunek i miłość do zwierząt.

Rodzice postanowili adoptować kolejnego psa, aby do domu wprowadzić nieco nowej energii, gdyż nie tylko oni, ale i ich suczka byli bardzo przygnębieni po śmierci ukochanego towarzysza. Oczywiście, mają swoje wymagania. Przede wszystkim chcieli, aby był to pies młody, poniżej roku. A to dlatego, że obawiali się, że dojrzały pies mógłby od początku spróbować zdominować staruszkę i przestałaby się ona dobrze czuć we własnym domu. Oczywiście, wiedzieli, że siłą rzeczy młody pies kiedyś zdominuje starszego, ale chcieli, aby stało się to gdy psy już się ze sobą zżyją. Bali się też psa "z przeszłością", który mógłby być agresywny, bo często odwiedzamy ich z dziećmi lub zostawiamy u nich dzieci na kilka dni. No i właśnie z tego powodu musiał to być pies łagodnie nastawiony do dzieci.

Znaleźli ogłoszenie o młodej suczce przebywającej w domu tymczasowym w naszym mieście. Skontaktowali się z opiekunką i pierwsze spotkanie wypadło pozytywnie. Suczki się poznały i pozytywnie na siebie zareagowały, po rozmowie również opiekunka przyznała, że rodzice i piesek dobrze by do siebie pasowali.

Rodzice już wcześniej wypełniali ankietę na temat adopcji i doszło do rozmowy z koordynatorką z fundacji.
Kobieta rozmowę przez Skypa zaczęła nieprzyjemnym tonem, jakby robiła łaskę, że w ogóle dzwoni. W czasie rozmowy wyciągnęła następujące punkty:

- A dlaczego chcecie młodego psa? Starszym trudniej o adopcję, a lepiej by do was pasował jakiś staruszek.
- Młody pies potrzebuje domu z ogrodem, żeby się wybiegać - jasne, bo w domu z ogrodem psa się nie wyprowadza nigdzie dalej, tylko spędza z nim całe dnie w ogrodzie, żeby biegał pół dnia od ogrodzenia do ogrodzenia.
- Jesteście państwo starzy, jest duże prawdopodobieństwo, że osierocicie psa - okazuje się, że pani nie zadała sobie trudu przeczytania, że w ankiecie rodzice napisali, że w razie czegokolwiek zarówno ja jak i moja siostra deklarujemy przyjęcie psa do siebie i w razie potrzeby sporządzimy taką deklarację na piśmie.
- W domu, gdzie jest pies, nie ma miejsca dla dzieci - fakt, że u rodziców często przebywają wnuki był dla pani ogromnym minusem, zasugerowała, że rodzice powinni się zdecydować, albo pies albo wnuki.
- Nie powinniście adoptować teraz psa, bo dopiero co zdechł wam poprzedni pies. Będziecie nowego psa porównywać do starego psa i zrobicie mu krzywdę psychiczną.
- Nie karmicie swoich psów super-hiper-karmą za miliony tylko gotujecie sami dla nich jedzenie? Nic nie wiecie o żywieniu psa, karma od tego producenta to absolutny must have.
- nie możecie adoptować młodego psa, bo macie już starego psa, psy nie pasują do siebie i będą się gryźć. I uwaga! Pani usłyszawszy, że starsza suczka jest już w odpowiedniej do wieku kondycji fizycznej (ma 14 lat) zasugerowała, że rychłe uśpienie jej zwiększy szansę rodziców na adoptowanie młodego psa. Miłośniczka zwierząt, psia mać.

Podsumowując, chcecie adoptować młodego psa, kupcie sobie dom z ogrodem, nie wpuszczajcie wnuków do domu nim nie dorosną, odczekajcie kilka lat od śmierci poprzedniego psa, starego uśpijcie, kupujcie wyłącznie najdroższą karmę. A jak już spełnicie te wymagania to i tak dowiecie się, że jesteście za starzy.

Finał był tak, że oczywiście rodzicom nie pozwolono adoptować psa. Opiekunka z domu tymczasowego nie mogła go dłużej trzymać, więc suka przebywa od 2 miesięcy w schronisku w innym mieście.
A rodzicom serce pęka.

adopcja psa

by ~watdefak

Miałam tu nigdy nic nie dodać, jako iż życie toczy mi się…

Miałam tu nigdy nic nie dodać, jako iż życie toczy mi się raczej spokojnie. Ale dzisiejsza dawka debilizmu ludzkiego przegięła pałę goryczy, aż założyłam konto.

Robię sporadycznie zakupy na Vinted. I za każdym razem zastanawia mnie co mają w głowach ludzie, którzy robią syf w tej aplikacji (zwłaszcza świadomie). Rozumiem, że każdy chce aby to właśnie jego rzecz się sprzedała, ale w dzikim szale "walki o zasięgi" sprawiacie jedynie, że wasze rzeczy giną w odmętach bajzlu, który sami stworzyliście.

Szukałam butów. Wybrałam stan obuwia, rozmiar, cenę, no i oczywiście - kolor. Miśki moje drogie, jeśli wybieram biały kolor butów to interesuje mnie główny wierzchni materiał butów, a nie kurna podeszwy! W podkategorii butów 'białe' znajdują się wszystkie kolory tęczy tylko dlatego, że mają białą podeszwę. Czy jak idziecie kupować buty do sklepu i prosicie o białe buty sportowe to pani ekspedientka przynosi wam czarne adidasy z białą podeszwą? Albo jak chcecie szare to przynosi wam zielone ale z szarymi sznurówkami?

To samo z paskami do spodni. Szukałam czarnego. Oczywiście również wszystkie kolory tęczy tylko dlatego, że "lewa" strona paska była czarna. Nic mnie obchodzi żółty pasek z czarną podszewką, której w ogóle nie widać bo jest od środkowej strony i będzie przylegać do spodni. Jak interesuje mnie czarny to chcę żeby kolor był na wierzchu, tam gdzie będzie wyeksponowany.
Białe T-shirty wrzucone w czarne ze względu na jakiś średniej wielkości napis/logo. Chcę zobaczyć jak pierzecie taką białą koszulkę z czarnym praniem :)

Pierścionki to jest hit, te mierzone linijką pomijam od razu. Tu akurat rozmiarówka nie rozpieszcza, więc nie mam pretensji jeśli ktoś w rozmiar 16,5mm wrzuci pierścionek w rozmiarze 16,3mm i zaznaczy to w opisie, no inaczej wybrać się nie da. Ale do kufy nędzy, jak chcesz sprzedać wiele pierścionków to pomierz je już nawet tą linijką i wstaw osobno, albo rozpisz rozmiary w opisie dla każdej obrączki! Przeglądam oferty z interesującym mnie rozmiarem, widzę oferta z dużym wyborem pierścionków, zdjęcie opatrzone numerkami przy każdej obrączce, a w opisie "pierścionki różnych rozmiarów". Jeżu kolczasty, szczyt lenistwa. Tak, mogłabym napisać do osoby wystawiającej, ale moglibyśmy sobie zaoszczędzić czasu na odpisywanie gdyby oferta przedmiotu była wystawiona przynajmniej poprawnie. Można dopytać o jakieś szczegóły wystawionego przedmiotu (szerokość rękawa w konkretnym miejscu, szerokość nogawki, rodzaj materiału, sposób prania, szerokość obrączki, itp.) a nie o podstawowy parametr jak rozmiar! A rozmiar 16,5mm to nie jest "jakieś 17", zwłaszcza jeśli można wybrać rozmiar 16,9mm, pół milimetra w przypadku pierścionka to kolosalna różnica. Swoją drogą, jeśli nie macie w domu suwmiarki lub nie umiecie się nią posłużyć możecie pójść do jubilera, żeby wam te pierścionki pomierzył, mierzenie na oko linijką jest o kant dupy potłuc bo mierzycie często cięciwę a nie średnicę.

Z ciekawości weszłam w męską kategorię pasków zobaczyć na szybko czy to tylko w damskich kategoriach panuje taki chaos. Z całego serca wam współczuję panowie kupowania czegokolwiek na Vinted. Oferty? Połowę stanowią damskie paski wysadzane ćwieczkami, kamykami, koralikami, cekinami, niejednokrotnie zdjęcia kobiet pozujących w damskich paskach oczywiście. Drogie panie, jeśli jakiś mężczyzna będzie chciał kupić sobie damski pasek w kryształki to będzie wiedział w jakiej kategorii szukać ;) Natrafiłam też na opaski do włosów, buty, bluzę i książkę (przypominam, kategoria: męskie paski do spodni). Tym co sprawiło, że wyłączyłam aplikację w trybie natychmiastowym był (pisownia oryginalna): "Naczółek niebieski V rozmiar full". Gdyby ktoś się zastanawiał co to, to taki pasek...na głowę...dla konia. W męskich paskach do spodni...

sklepy_internetowe

by Endugu

Mała parafia w niedużym miasteczku. Proboszcz w kazaniu nawiązuje do sytuacji na…

Mała parafia w niedużym miasteczku.

Proboszcz w kazaniu nawiązuje do sytuacji na Ukrainie, do uchodźców wojennych. Pada stwierdzenie, że przecież oni to nie są nawet Katolikami (czytaj między wierszami - nie przyjdą i kasą nie sypną). Wypowiedź jednoznacznie miała antyimigracyjny charakter i w przekazie podprogowym miała na celu zniechęcić ludzi do pomagania. Bo inne wyznanie. I gdzie tu miłość bliźniego i uczynki miłosierdzia względem ciała? - zarezerwowane tylko dla "naszych".

Ręce opadają. I nie ma sensu zgłaszać tego wyżej, bo przecież tam jeszcze gorzej.

Kościół

by Tee_can_do_that

Dotychczas tylko czytałem piekielnych, ale ostatnie sytuacje zmusiły mnie do założenia konta.…

Dotychczas tylko czytałem piekielnych, ale ostatnie sytuacje zmusiły mnie do założenia konta. Na wstępie kilka słów ode mnie. Zawodowiec z krwi i kości, 10 lat stażu za kierownicą na C+E zarówno w ruchu krajowym jak i międzynarodowym. W obecnej firmie pracuję od 5 lat, z szefem jestem po imieniu i na mnie spadają obowiązki związane ze szkoleniem nowych kierowców na podwójnej obsadzie i o tym będzie mowa.

Od kilku lat zauważam coś takiego, co zwie się "gnojeniem" kierowców zawodowych głównie ze względu na zajeżdżanie drogi na drogach szybkiego ruchu. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego kierowcy stracili szacunek u innych? Niestety, ale prawda jest brutalna. Wina leży po stronie kierowców, którzy poszli w ten zawód nie z zamiłowania, a dla kasy i to są głównie kierowcy, którzy wcześniej posiadali tylko kat. B, a CE zrobili przez urząd pracy (oczywiście nie czyni do ich kierowcami niższej kategorii, ani czymś innym).

Szkoląc kierowców, każdemu zadaję identyczny zestaw pytań, ale również obserwuję ich zachowanie i oceniam umiejętności. Niestety, z przykrością stwierdzam, ze 75% kierowców u mnie oblewa szkolenie i nie dostaje zatrudnienia. Dlaczego? Przedstawię Wam 3 przykłady, ale jeśli będziecie chcieli, to opiszę więcej. W niektórych przypadkach można się mnie czepiać, że jestem taki drobiazgowy, ale one akurat z zatrudnieniem nie mają nic wspólnego:

1. Odstęp, odstęp i jeszcze raz odstęp.

Chłopaki prowadzą 40 tonowe kolosy, które nie staną w miejscu. Rygorystycznie podchodzę do przepisów o trzymaniu odstępu i 80% kandydatów na tym oblewa u mnie szkolenie. Jedziesz tyle samo, co zestaw przed Toba? Trzymaj min te 50 m od niego, a najlepiej co najmniej 70 i nie patrz w tej kwestii na spalanie. I tak się do niego nie zbliżymy, a jeśli to zrobimy przez zjazd z górki, to można się trochę oddalić, ale wyprzedzanie nie ma sensu. Jedziesz szybciej? Zbliż się, ale nie podjeżdżaj na więcej niż 20 m i kontroluj sytuację przed nim, wychylając się co kilkanaście sekund do osi jezdni. Osobowe będą trąbić, bo masz jeszcze 10 m, a już jesteś na lewym pasie? Olej je, miej je w czterech literach.*

2. Parkowanie

Nie wiem jak innych, ale wkurza mnie jak duże na MOPach parkują co 2 rajkę. Nosz kurna, zamiast pomyśleć i przytulić się do kogoś, to on zostawia wolną przestrzeń bóg wie na co. Potem przyjeżdża inny i musi się niepotrzebnie gimnastykować z łamaniem zestawu, bo ma rajki w kratkę. Zaparkowałby jeden obok drugiego i kolejni kierowcy mają 5 miejsc parkingowych obok siebie.

3. Cofanie pod rampę:

Tego na kursie nie uczą i widać ilu świeżaków ma problemy. I nie mam na myśli samego cofania, a dostosowania naczepy pod wysokość rampy. Wielu cofa, czuje "odbicie" rampy, zaciąga ręczny i gasi silnik. Nosz nie! Kierowca powinien wyjść, sprawdzić jak wysoko jest naczepa, a przede wszystkim nie przyklejać się do gum na rampie, bo jak będzie wjeżdżał widlak, to się one przy naczepie błyskawicznie pourywają.

4. Światła

Kij mnie strzela jak jest słabsza widoczność, bo pada deszcz lub jest mgła, a kandydat na kierowcę nie włączy świateł mijania. Owszem, nasze ciągniki mają fabryczne światła do jazdy dziennej, ale trzeba się jeszcze zagłębić, co przepisy mówią o korzystaniu z nich. Na to kładę duży nacisk, bo kilka lat temu w wypadku na DK 10 zabiłem kierowcę osobówki, bo stał ostatni w korku w dużej mgle. Policja nie dała mi żadnych zarzutów, bo zachowałem wszelką możliwą ostrożność (prędkość 50 km/h). Po prostu kierowca osobówki nie dał mi szansy. Wspomniałem już, że miał siwe auto?


*Często mamy sytuacje, ze osobowe na nas trąbią, bo zjeżdżamy na lewy (bez zajeżdżania drogi), żeby wyprzedzić mając do zestawu jeszcze 20-30 m. Bywa, ze jedziemy 1 km/h szybciej i często mamy próby wyhamowania nas. Szef w tej kwestii jest zgodny. Mamy nie hamować, a jak uderzymy, od razu dzwonić po policję. Wszystkie nasze ciągniki mają kamery z przodu więc udowodnienie winy nie jest problemem.

tir

by Pozytywnytirowiec

Urgon opisał jak bardzo satyryczny jest proces zakładania konta i logowania się…

Urgon opisał jak bardzo satyryczny jest proces zakładania konta i logowania się do PUE ZUS. Potwierdzam i podbijam stawkę.

Po przebrnięciu przez stworzenie konta i zalogowanie się musiałem zmienić numer konta bankowego do odbioru jednego świadczenia. Gąszcz nad gąszcze formularzy, pomoc czy podpowiedź systemu żenująca. W końcu wybrałem najwłaściwszy moim zdaniem, wypełniłem i wysłałem. Gitara?

No nie!

Kolejnego dnia telefon z ZUS, że wypełniłem niewłaściwy formularz. Akurat byłem w pobliżu tej mało szacownej placówki w mieście wojewódzkim więc ją odwiedziłem. Pobrałem numerek. Czekam i się rozglądam. Z 15 okienek 10 obsadzonych, przy 2 siedzą interesanci reszta pań ma sielankę. Luzik na maksa. Po 5 minutach otrzymałem zaproszenie do okienka nr 8 do pani Zenobii.

Wyjaśniłem pani o co chodzi i poprosiłem o pomoc w wybraniu odpowiedniego formularza oraz jego poprawnym wypełnieniu. Pani nie uwierzyła w moją historię. Stwierdziła, że przecież wszystko jest na stronie internetowej, jest takie proste i przejrzyste, że jej się nie mieści w głowie jak można tego nie rozumieć i nie wykonać samemu z domu. Mam iść i to sobie po prostu wypełnić. Poprosiłem ponownie. Powtórzyła swoje niedowierzanie. Dałem jej ostatnią szansę. Po wywróceniu oczu i głębokim westchnieniu podjęła się tej misji: przekierowała mnie do okienka nr 1 bo tylko tam są takie rzeczy robione ;-), a ona mi załatwi wejście bez kolejki!

Zbieram koparę z podłogi i idę za nią.

W okienku nr 1 mocno niezainteresowana pani Leokadia wysłuchała referatu pani Zenobii dokańczając bułkę przegryzaną pomidorem. Po zakończeniu referatu oraz konsumpcji kiwnęła głową i poczułem się jak w innym świecie. Pani Leokadia załatwiła sprawę szybko, sprawnie i z uśmiechem udzielając mi przy okazji kilku cennych rad na przyszłość.

Można? Można! Chce się? Chyba nie

zus

by kerownik

Mam problem, rozpieprzył się nam prysznic (przeciek), przyszedł jakiś magik z Fixly,…

Mam problem, rozpieprzył się nam prysznic (przeciek), przyszedł jakiś magik z Fixly, wziął 500 zł, był 3 razy i zasadniczo nie naprawił. Łazienka już dawno nie widziała remontu, problemy ze spłuczką, cała kabina miała już swoje problemy, szafeczka pod umywalką się rozpada bo już trochę przemokła.

Stwierdziliśmy ze zrobimy remont całej łazienki, zakręciłem dojście do prysznica, żeby nie ciekło. Myć się będziemy jakiś czas na siłowni. Mamy odłożonych parędziesiąt tysięcy, jakoś to będzie. Zaznaczę, że nie wiem nic na temat remontu i chciałem żeby ktoś po bożemu to ogarnął, drogo, z fakturą, z gwarancją.

Wybraliśmy się więc do Obi, spytaliśmy jak wygląda proces. Najpierw projektowanie, trzeba sobie zmierzyć łazienkę, umówić się na projektowanko, potem materiały się zamawia i dostaje się kontakt do monterów, którzy dostaną projekt i ogarną. Projektowanie poszło nieźle, jedna sesja 2h z projektantką, doradziła wszystko co i jak. Przesyła rendery i potem przyklepujemy zamówienie. Zamówienie do dwóch tygodni, przyszło, pownosiłem sobie to sam z kumplem na drugie piętro, dałem radę.

Czas na montera i tu się zaczyna mój dramat. Musiałem się upominać o montera, przy czym z Obi dostałem tylko i wyłącznie numer telefonu i nazwę firmy. Dzwonię, za którymś razem odebrał Pan zabiegany mówi, że wpadnie po Majówce z rana i poogląda. Po majówce zapomniał oczywiście, więc dzwonię znów i mówi że będzie ok 18:00 tego samego dnia, był randomowo ok 12:00, bo mu spasowało, no ok.

Okazuje się, że on nie wie nic o żadnym projekcie, te rendery to ja mu w zasadzie pokazałem, po czym powiedział, żeby tego nie brać bo to drogo. No problem w tym, że te wszystkie materiały już mam w drugim pokoju? Co on mi tu mówi. Wcześniej podał mi cenę 8-9 tysięcy za robociznę, a po zobaczeniu renderów zaczął żartować o 30 tys. W końcu nie wiem ile zapłacę.

Pierwszy dzień, przyszło dwóch typków, jeden stary robotnik co miał kuć kafelki i drugi, chyba jakby typek co rozlokowuje tychże robotników po obiektach. Robol złamał rurkę od zimnej wody, trzeba było zamknąć główny zawór, próbując ratować sytuację wyborował dziurę przebijając się do kuchni(sic!). Zostaliśmy bez wody i toalety w mieszkaniu za to z namiastką okienka z kuchni do łazienki. Wybraliśmy się na noc do hotelu, bo przecież trzeba jakoś żyć. Na odchodne typek wziął ode mnie stówę, żeby się rozliczyć z robotnikiem, a potem wrócił jeszcze po dwie, bo cofając przywalił w zderzak innego auta i potrzebował gotówki, żeby dać poszkodowanemu.

Czy to tylko moje odczucie, że jest to niezbyt profesjonalne? Czy ktoś kto też miał remont może powiedzieć czy tak się po prostu zdarza, a ja po prostu panikuję? A może to już na tyle czerwonych flag, że powinienem powiedzieć do widzenia tej ekipie i spróbować szczęścia gdzie indziej? Czemu wszelakie sprawy okołobudowlane muszą być aż tak szemrane?

Warszawa

by Wowo

Kiedyś żartowano sobie, że jednostką miary bałaganu jest ZUS, przy czym na…

Kiedyś żartowano sobie, że jednostką miary bałaganu jest ZUS, przy czym na co dzień używa się mikroZUSów albo najwyżej miliZUSów. Kiedyś w Teleexpressie skrót ZUS rozszyfrowano jako "Zakład Usług Satyrycznych". Niestety, to jednak nie są żarty, lecz smutna prawda. Przekonałem się o tym logując się do PUE.

Proces zakładania konta i logowania się do PUE ZUS jest bardziej skomplikowany i upierdliwy, niż logowanie się do którejkolwiek innej platformy rządowej. Nawet fiskus jest prostszy. Logowanie przez bankowość internetową i tak wymaga założenie zbędnego konta na PUE, przy czym jako login dostaje się wyniki totolotka sprzed dekady. I trza ten numerek zapamiętać, bo do zmiany hasła z jednorazowego login jest niezbędny. Mimo logowania się przez bank! To po kiego są profile zaufane i logowanie przez bankowość, skoro ZUS i tak ma własne konta i hasła?! Kto to projektował?! Jakiś czopek, co wcześniej robił portal fanklubu Sasina? Życia mi nie ułatwia ani szata graficzna, ani dobór kolorów czy czcionek - z powodu wady wzroku musiałem Lubą poprosić o pomoc. Ale to pikuś - w końcu kontrast i czytelność to pojęcia webdeveloperom praktycznie nieznane.

Do PUE zalogowałem się by sprawdzić, co z tym całym RKO, bo wypłaty przychodziły nieregularnie, i raz tysiąc, a raz pińćset. Czy się czegoś dowiedziałem? Oczywiście, że nie. Jedynym przeznaczeniem PUE jest składanie wniosków, przy czym łatwiej i przyjemniej jest złożyć te wnioski przez stronę mojego banku, niż przez PUE. Próbując znaleźć jakieś informacje trafiłem na kategorię Świadczeń, tam na podkategorie "emerytury i renty" oraz "zasiłki". Ze względu na niepełnosprawność jestem posiadaczem zarówno renty, jak i zasiłku czy dwóch. Czy na portalu PUE mogę sprawdzić, jaką mam rentę i które zasiłki? Oczywiście, że nie. Na PUE nie ma ŻADNYCH informacji na te istotne tematy. Gdyby były, to PUE byłoby przydatne, a zasadą ZUSu jest bezużyteczność...

W skrócie PUE ZUS jest najbardziej bezużytecznym portalem rządowym, nie udziela żadnych informacji, nie ułatwia życia wnioskodawcom, a zalogowanie się do niego to katorga. Najgorsze jednak jest to, że ten kawałek informatycznego kału kosztował 101 milionów złotych. Cui bono?!

by ~Urgon

Coraz częściej twierdzę, że na posiadanie psa też powinny być egzaminy. Jedziemy…

Coraz częściej twierdzę, że na posiadanie psa też powinny być egzaminy.

Jedziemy z partnerem przez pewne miasto wojewódzkie. Godziny szczytu, więc dużo aut, dużo pieszych i długie oczekiwanie na skrzyżowaniach z sygnalizacją świetlną.
I na jednym z takich skrzyżowań stoi paniusia z pieskiem (mały, biały, generalnie bym określiła, że z auta słabo widoczny) i gada z jakimś gościem, pieska mając daleko i głęboko. A w tym czasie pies będący na smyczy rozciąganej- najgorszy wybór smyczy, ale niestety dość popularny - przeszedł już przez połowę przejścia. Wtedy dopiero paniusia zorientowała się, że wypadałoby go mieć bliżej. Oczywiście zamaszyste szarpnięcie i piesek już przy nodze.

Piekielność pierwsza: spacer jest dla psa! I należy o tym pamiętać. Nie olewać, nie szarpać, traktować jak towarzysza. O tym paniusia najwyraźniej nie wiedziała.

Piekielność druga: pierwszym autem przy pasach była ciężarówka. Kierowca miał 100% prawo nie widzieć psa. Jakby został z pieska placek, to wtedy właścicielka by się przejęła?

Polska

by ~sivaVucica