Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

piekielni.pl

Pokaż menu
Szukaj

Top

Przedstawiam Wam dziś smutną historię trzech pokoleń pewnej rodziny. Na studiach miałam…

Przedstawiam Wam dziś smutną historię trzech pokoleń pewnej rodziny.

Na studiach miałam koleżankę, Alicję. Ogólnie sympatyczna dziewczyna, ale zniechęcała do siebie ludzi przez wysokie, wręcz chorobliwe ambicje i wymądrzanie się. Alicja była dość uzdolniona, ciężko jednak byłoby nazwać ją wybitną. A taka usiłowała być. Chodziła na wszelkie możliwe uczelniane kółka zainteresowań i zajęcia nieobowiązkowe. Ze wszystko chciała mieć 5, usiłowała zaskarbić sobie sympatię każdego wykładowcy. W grupie kolegów z roku często pouczała kolegów. Nigdy nie potrafiła przyjąć do wiadomości, że może nie mieć racji. O ile na pierwszym roku jeszcze radziła sobie bardzo dobrze i faktycznie z prawie wszystkiego miała piątki, tak później z powodu natłoku zajęć i do tego podjęcia kolejnego kierunku studiów, jej oceny zaczęły spadać.

Alicja potrafiła płakać po zdanym egzaminie, bo dostała tylko 4, a nie 5. Często wykłócała się z prowadzącymi domagając się zmiany oceny. Do tego zaczęła uchodzić za samolubną i egocentryczną. Przykładowo przez jakiś czas prowadziła taką wydziałową, czy raczej kierunkową gazetkę. Z początku robiła to z innym studentem ze starszego roku, ale chłopak zrezygnował, bo twierdził, że z Alicją nie da się dogadać. Alicja sobie z tym zadaniem nie radziła, teksty było często pisane po łebkach, nie stosowała się do wskazówek opiekunki gazetki i w końcu została poproszona o ustąpienie z funkcji. W zemście usiłowała doprowadzić do tego, aby gazetkę w ogóle przestano wydawać.
Innym razem zdawała egzamin ustny z koleżanką z grupy. Gdy koleżanka dostała lepszą ocenę niż ona domagała się powtórki egzaminu dla obydwu z nich, bo niby koleżanka zostawała łatwiejsze pytania.

Alicja nie miała zbyt wielu znajomych na uczelni, większość traktowała ją jak wyniosłą, ale niegroźną dziwaczkę. Wydaje mi się, że byłam chyba jej najbliższą koleżanką. Alicja też pochodziła z miasta, w którym studiowałyśmy i w przeciwieństwie do innych "tubylców" na uczelni nigdy nie wspominała i nie spotykała się z żadnymi znajomymi z liceum czy w ogóle poznanych poza studiami.

Kiedyś Alicja mi się zwierzyła, że wie, że jej ambicje są niezrozumiałe dla innych studentów, ale ona to wyniosła z domu rodzinnego. Autentycznie zrobiło mi się jej żal.
Rodzice Alicji, których notabene poznałam, mieli jeszcze drugie dziecko, które zmarło w wieku kilku miesięcy. Starali się jeszcze później o kolejne, ale nigdy się to nie udało. Została im więc jedna jedyna Alicja. Alicja od wieku żłobkowego chodziła do na dodatkowy angielski, a potem zajęć było tylko więcej i więcej. Z takich, które pamiętam - do czasu pójścia do szkoły zaliczyła już balet, pianino i lekcje śpiewu. Na większość tych zajęć uczęszczała równolegle.

Alicja w podstawówce chodziła bodajże na 4 czy 5 dodatkowych zajęć - kontynuowała balet, doszło jeszcze kółko teatralne, karate, niemiecki, a pianino zamieniła na skrzypce. Nie miała praktycznie żadnych relacji z rówieśnikami, poza znajomymi z zajęć, ale ich też widywała raz czy dwa razy w tygodniu i to tylko na zajęciach. Na dalszych etapach edukacji jedynie zmieniła kierunki zajęć, większość kontynuowała 2-3 lata, a później zmieniała na coś innego. Praktycznie każdy dzień tygodnia miała dodatkowe zajęcia, czasami nawet 2 albo 3.
Nie powiem, trochę jej do pewnego momentu tej opowieści zazdrościłam. Sama pochodzę z dość ubogiej małomiasteczkowej rodziny. Gdy byłam dzieckiem, w latach 90. i 00. szałem były jakiekolwiek zajęcia dodatkowe w świetlicy, a i tak na większość nie mogłam uczęszczać, bo moich rodziców nie było stać nawet na zapłacenie symbolicznej kwoty. Myślałam, ze to fajnie, że mogła wszystkiego spróbować i zapytałam, co najbardziej lubiła.

Odpowiedziała sucho:
- No nie wiem, tak lubić LUBIĆ to raczej niczego. Ale widzisz jak te zajęcia wzmocniły mój charakter, wiem, że zawsze trzeba piąć się do przodu po sukces.
Zapytałam, jakie sukcesy udało jej się odnieść - naprawdę to było z mojej strony niewinne pytanie, myślałam, że pochwali się medalami czy jakimiś wyróżnieniami.
Alicja znów zdziwiła się tym pytaniem
- Ale co masz na myśli? Jakie sukcesy
- No jakieś zwycięstwa w turniejach czy konkursach czy coś takiego
- Ale ty jesteś pasywno-agresywna!
- Słucham?
- No tak, co? Próbujesz mi wytknąć, że nie mam sukcesów?
- Przecież tylko zapytałam!
- Nie każdy sukces da się zmierzyć medalem! Ale jeśli chcesz już wiedzieć to w liceum wygrałam miejską olimpiadę z niemieckiego!

No właśnie. Na podstawie wygranej tej olimpiady Alicja domagała się zwolnienia z obligatoryjnych zajęć z niemieckiego. Gdy lektorka jej powiedziała, że takim dyplom nie jest podstawą do zwolnienia z lektoratu, Alicja była głęboko oburzona. Końcem końców miała problemy z zaliczeniem semestru z lektoratu. Tłumaczyła, że za długo czasu już minęło i nie pamięta języka i właśnie dlatego bez sensu jest, że musi znowu zdawać to, czego już już raz się nauczyła.

Po licencjacie Alicja nie dostała się na prestiżową specjalizację magisterką. Pisała odwołania, jednak na próżno - miejsc było ledwie dla 10 najlepszych osób z roku. Zmierziło mnie wtedy, że Alicja powiedziała, że po otrzymaniu wiadomości o tym, że się nie dostała, myślała o samobójstwie.

Jeszcze na studiach nasz kontakt się rozluźnił, a po studiach całkowicie zaniknął.
Jednakże ostatnio spotkałam Alicję na mieście i od słowa do słowa umówiłyśmy się na kawę.

Alicja sama jest mamą. Ma 5-letnią córkę. Bardzo przykro słuchało mi się jej opowieści o dziecku. Ogólnie zaczęła od tego, że dziecka w sumie nie planowała i nie za bardzo chciała, ale stwierdziła, że jednak przed 30-stką musi mieć. Dlaczego musi? Bo prawie wszystkie jej znajome już miały. No więc Alicja ma uroczą 5-letnią jedynaczkę.

I tak mała:
- w wieku 3 miesięcy chodziła już z mamą na basen. Alicja nie przepada za chlapaniem się w wodzie, ale tu były jedyne zajęcia dla niemowlaków, jakie znalazła.
- Gdy miała rok zaczęła chodzić na angielski i niemiecki równocześnie. Alicja próbowała zapisać ją też na rytmikę i gimnastykę, ale nie było grup dla tak małych dzieci (oburzające!)
Potem z biegiem czasu zapisywała małą na kolejne zajęcia, jak tylko młoda kwalifikowała się już wiekowo - rytmika, akrobatyka, szachy i nadal angielski i niemiecki. Teraz z niecierpliwością czeka aż mała skończy sześć lat, bo od takiego wieku dopiero jakakolwiek szkoła przyjmuje na karate (albo inną dyscyplinę sportu walki, nie pamiętam).

Sporo mówiła o tym, że irytuje ją, że młoda na zajęcia nie chce chodzić, często płacze i nawet już nauczyciele z tych grup mówili Alicji, że udział jej córki w niektórych zajęciach nie ma sensu, bo mała kompletnie nic z nich nie wynosi, jest smutna i niezaangażowana. No, ale co oni wiedzą! Alicja też tak miała w dzieciństwie, ale dobrze jej to zrobiło. I jej córka jej kiedyś podziękuje!

Strasznie mnie to zmierziło. Sama nie mam dzieci, ale nawet mi się serce krajało na wyobrażenie małej dziewczynki ciągniętej codziennie wołami na nielubiane zajęcia. Zasugerowałam Alicji, aby wybrała z małą może 1 czy 2 zajęcia, które dziecko lubi. Alicja zaśmiała się i powiedziała:
- Jakbym ją zapytała to by powiedziała, że lalce zupę ugotować albo włosy rozczesać! No takich kursów chyba nie ma! A poza tym nie mądrzyj się tak! Jak będziesz miała dzieci to zobaczysz. Ja mam ją jedną i będę w nią inwestować ile się da!

W tym wszystkim ciężko było porozmawiać o innych rzeczach, ale Alicja jest też niezadowolona z pracy i z męża. W pracy nie doceniają jej wielu talentów, a jej mąż to ciapa i nieudacznik. I po tym stwierdzeniu zapytała, czy teraz rozumiem, dlaczego tak ważny jest dla niej rozwój córki.

Powiem szczerze - nie.

dzieci

by ~malarudafruzia

Czy tylko mi się wydaje, że ludziom odbija na punkcie swoich pupili?…

Czy tylko mi się wydaje, że ludziom odbija na punkcie swoich pupili?
Sytuacja z dzisiaj. Niewielki sklepik w stolicy weszłam na szybkie zakupy, a moim oczom ukazał się malowniczy widok: Pani prowadząca psa na smyczy zmierzająca pewnym krokiem w stronę kasy. Nie, nie był to sklep zoologiczny tylko spożywczy. Bo paniusie noszące na rękach pieski lub w torebkach w drogeriach to już widok, który dawno przestał mnie dziwić. Przeraża mnie to jak ludzie stali się bezmyślnymi istotami. I nie żebym nie lubiła zwierząt, owszem bardzo je lubię, mam w mieszkaniu kota, a po moim podwórku biega sobie spory piesek, ale uważam, że są pewne granice. A jakie jest Wasze zdanie?

Sklep w stolicy

by ~Milaniemila

Dlaczego kobiety są takie złośliwe dla innych kobiet? Jestem w 8 miesiącu…

Dlaczego kobiety są takie złośliwe dla innych kobiet?

Jestem w 8 miesiącu ciąży, czuję się dobrze, wszystko z małym w porządku. Nie mam problemów z żylakami, opuchlizną. Zawsze byłam drobną osobą i ciąża tego nie zmieniła, wyglądam tylko jakbym połknęła wielkiego arbuza. Za zgodą lekarza mogę wciąż pracować. Chcę pracować, chcę mieć kontakt z ludźmi, a nie zamykać się w domu bo ciąża.

Co usłyszałam od "koleżanek" w pracy?
- "no nie powinnaś pracować w ciąży, bo przez ciebie my, które chodzimy na zwolnienie w ciąży wyglądamy źle w oczach innych";
- "ty już nie chodzisz, a się toczysz";
- "ale jesteś wielka";
- "czekaj, teraz na koniec cię rozepchnie, zobaczysz przytyjesz 30 kg";
- "ale zaraz spuchniesz";
- "ale z ciebie grubasek";
- "ale masz brzucha".

Niby głupoty, ale w ciąży przy burzy hormonów takie teksty mogą siąść na głowę. Czasami robi mi się przykro od takich komentarzy, tym bardziej, że mówią je kobiety, które były w ciąży.
Nigdy by mi do głowy nie przyszło, aby kierować uszczypliwości w stronę ciężarnej, a nawet po prostu kobiety. Jeśli nie mam nic miłego do powiedzenia to się po prostu nie odzywam.

Dla porównania od Panów nigdy nie słyszałam komentarza odnośnie mojej wagi czy gabarytów. Wręcz przeciwnie, jeśli temat schodzi na moją ciążę to zawsze jest pozytywny. I tak zachowują się nie tylko ci, którzy mają żony i dzieci, również kawalerowie, którzy nie mieli praktyki obycia z ciężarną.

- "ślicznie wyglądasz";
- "super, że się dobrze czujecie i możesz funkcjonować jak przed ciążą";
- "wyglądasz jakbyś tylko arbuzika połknęła";
- "promiejesz w ciąży";
Co odważniejsi zapytają czy mogą dotknąć brzucha.

Baby są naprawdę jakieś inne...

by harpia

Są ludzie, których miłość do historii zaprowadza w odmęty jej rekonstrukcji. Wiąże…

Są ludzie, których miłość do historii zaprowadza w odmęty jej rekonstrukcji. Wiąże się to m. in. z koniecznością wyprodukowania lub zakupu odpowiednich ubrań i dodatków do nich. O ile po pewnym czasie wiele osób szyje sobie sama ciuchy, o tyle niewielu "robi" w skórze czy metalu. Wychodząc naprzeciw tej potrzebie, są rzemieślnicy, którzy takowe dobra wykonują. Z jakiegoś powodu jednak żyją oni nawet nie w innym świecie, a alternatywnym wszechświecie i całokształt ich twórczości zasługuje na opisanie.

1. Terminy.
Nigdy, przenigdy nie wierz tym ludziom, że zrobią ci na czas. Przedmiot dostępny od ręki? Będzie na za miesiąc. Zrobi na za miesiąc? Zobaczysz go zapewne po trzech. Co bardziej obłożeni mówią z góry, że trzeba czekać tak gdzieś 4, 6, może 8 miesięcy... ale to jedynie orientacyjny czas i może on ulec wydłużeniu.
Co ciekawe, tyczy się to także jedynie pośredników. To, że paczka z tkaninami, które dany człowiek ma fizycznie i wysyła mi ich zdjęcia wyrusza 2 tygodnie i 5 wiadomości ponaglających później nawet nie wzbudziła mojego zdziwienia.

2. Wymówki.
Skoro nie zrobiło się w deklarowanym czasie, to trzeba znaleźć wymówkę. Im kreatywniejsza, tym więcej punktów się nabija. Niektórzy zadowalają się klasycznym "babcia mi zmarła" czy "sarna wskoczyła pod samochód" (który nie ma nic do rzeczy z produktem, ba, nawet paczkomat ma ten ktoś pod domem). Gdy się jednak zorientują, że biedna staruszka nie może zejść z tego świata po raz trzeci - zaczyna się zabawa. Ogranicza nas jedynie wyobraźnia. Po co takie rzeczy robić? Nie wiem, może ze wstydu - ale dlaczego nie jest im głupio bezczelnie kłamać, nie wiem.

3. Niepełne zamówienie.
Normą jest to, że jeśli zamawiam kilka rzeczy, to coś nie dojdzie. Pół biedy, gdy będzie to jakaś zawieszka czy inny nabijak, który jest trochę duperelką (ale i tak trzeba się upominać). Nie raz, nie dwa nie przyszło mi 1/3 zamówienia, jeśli chodzi o cenę. Bez żadnego "przepraszam" czy "nie mamy na stanie", ewentualnie "głupia sprawa, zapomniałam/em, doślę jak najszybciej". Nie, oni grają głupa, że przecież było. Co bardziej doświadczeniu uwieczniają otwarcie paczki na filmiku.

4. Brak uregulowania pod względem prawnym.
To, czy tacy rzemieślnicy powinni płacić podatki za swoje wyroby, jest nieco kwestią sporną. Natomiast fakt, że nie dość, że wielu nie wystawia paragonów, to jeszcze prowadząc regularny sklep internetowy nie ma jego regulaminu, zamawiając właściwie nie wyrażam żadnych zgód (łącznie z nieszczęsnym RODO), jest już nieco śmieszne. Ci, którzy szczególnie podpadają, są zgłaszani do skarbówki, i faktycznie dostają jakieś kary. Mamy jednocześnie niefajną świadomość, że jeśli zamkną prawie wszystkich, to nie będzie u kogo zamawiać.

5. Postawa społeczności.
To, że reko-rzemieślnicy są kijowi, jest przez wielu traktowane jako oczywistość. Fakt czekania niebotyczną ilość czasu, która w zwykłym sklepie z ubraniami czy AGD skutkowałaby nagonką na niego, jest usprawiedliwiane. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Większość takich "miłosiernych" to ludzie starszej daty, którzy najwyraźniej są wdzięczni, że w ogóle mogą odpowiednio obrobiony kawałek metalu dostać. Nawet na grupach w stylu "Czarna lista rzemieślników" często wybuchają kłótnie, czy na pewno ta osoba powinna się tam znaleźć, dajmy jej jeszcze jedną szansę, zrozumiejmy, na pewno następnym razem nie wyśle butów 3 rozmiary za małe albo po wielu upomnieniach, łącznie ze straszeniem policją.

Jeśli się spodoba, opowiem o piekielnych sytuacjach związanych już z samym odtwórstwem.

rekonstrukcja

by ~rekoludek

O ludziach tworzących sobie problemy z tyłka. Od pewnego czasu sąsiadka przestała…

O ludziach tworzących sobie problemy z tyłka.

Od pewnego czasu sąsiadka przestała mi odpowiadać na "dzień dobry". Nie ukrywam, miałam to w sumie gdzieś, domyślając się, że pewnie znalazła sobie jakiś powód do tego, żeby mnie nienawidzić, ludzie są dziwni, nie? No, ale jak dziś ostentacyjnie nie przytrzymała mi drzwi, tylko patrzyła jak zatrzaskują mi się przed nosem, to zwróciłam jej uwagę, że przecież wie, że mieszkam w tej samej klatce i nie zbawiłoby jej przytrzymanie mi tych drzwi. Sąsiadka prychnęła, że myślała, że ja do takich detali jak kultura osobista nie przywiązuje wagi, więc nie wytrzymałam i zapytałam jej what the f*ck?

Jakiś czas temu wychodziłam z domu i bardzo spieszyłam się na autobus na uczelnię. Sprintem leciałam prze klatkę schodową, na ostatniej prostej trafiłam na sąsiadkę, która wlokła się na górę z dzieciakiem za rękę, psem na smyczy i jeszcze zakupami w ręce, więc oczywiście zajmowała całą szerokość schodów. Spodziewałam się, że przesunie się z całym wyposażeniem w bok, abym mogła przejść, ale oczywiście nic takiego się nie stało, a ja nie mając czasu czekać, aż się ruszy, po prostu koło niej przebiegłam.
I jej zdaniem był to rażący brak kultury z mojej strony, a w sumie to chamstwo, bo nie dość, że trąciłam niby jej dziecko to nawet nie przeprosiłam. W sumie sytuacji nie pamiętam, aż tak dobrze, ale raczej za trącenie bym przeprosiła, ale jak wspomniałam - cholernie mi się nie spieszyło, mogłam nie zauważyć. W odpowiedzi zwróciłam jej uwagę, że skoro widziała, że mi się spieszy to też mogła się przesunąć zamiast kazać mi czekać, aż łaskawie doczłapie się na pół piętro. Ona skwitowała to, żebym następnym razem sobie wcześniej z domu wyszła.
I tym samym nawet sąsiedzkiej kurtuazji między nami nie będzie, bo oczywiście sąsiadka uważa, że jej zachowanie jest normalne, a moje chamskie.

Jak napisałam - problem z tyłka.

sąsiedzi

by ~lazania

Mała piekielność: W popularnym sklepie sportowym chcesz kupić online z wysyłką np.…

Mała piekielność:

W popularnym sklepie sportowym chcesz kupić online z wysyłką np. skarpetki.

Zamawiasz je więc bezpośrednio ze sklepu i przychodzą do ciebie w wielkim, nieporęcznym "eko-recyklingowanym" kartonie (który i tak ląduje podarty w koszu).

Te same skarpetki kupione na allegro z oficjalnego profilu tego sklepu sportowego przychodzą w "eko-recyklingowanym" foliowym woreczku zajmującym ułamek miejsca i bez problemu mieszczącym się np. w plecaku czy kieszeni.

Jasne, wiem że jedno jest zamawiane w sklepie gdzie pakują rzeczy w kartony, a drugie z magazynu wysyłkowego, nie zmienia to jednak faktu, że jest to mocno denerwujące.

sklepy_internetowe

by zirael0

Zainspirowana historią https://piekielni.pl/89940. Młoda ma problemy z kolanami. Dużo ćwiczy (akrobatyka sportowa…

Zainspirowana historią https://piekielni.pl/89940.

Młoda ma problemy z kolanami. Dużo ćwiczy (akrobatyka sportowa i taniec), więc na takie rzeczy jestem wyczulona, staram się dojść przyczyny i przeciwdziałać.

Podejście pierwsze, ortopeda (NFZ). Diagnoza - bóle wzrostowe, spotęgowane intensywnymi treningami. Zalecenia - objawowo środki przeciwbólowe, zimne okłady na bolące kolana.

Podejście drugie, fizjoterapeuta (prywatnie, za milion monet). USG kolan robił długo i dokładnie, stwierdził kilka mikrourazów (niegroźnych i do samoistnego wyleczenia), zalecił serię zabiegów oraz pokazał ćwiczenia, które Młoda może wykonywać sama w domu, aby zrelaksować mięśnie po intensywnym wysiłku. Zabiegi o tyle pomogły, że przyniosły ulgę, ból nie ustąpił, ale stał się znośny. Niestety, zabiegi tanie nie były, więc w związku z tym:

Podejście trzecie, ortopeda (nadal na NFZ). Już przy pierwszej wizycie był niemiły, przy drugiej prawie że nakrzyczał "mówiłem, że to bóle wzrostowe, jak ma niski próg bólu, to niech nie uprawia sportu!". Aha...

Podejście czwarte, fizjoterapeuta. No dobra, nie konkretnie o kolana nam chodziło, tylko Młoda na treningu mocno kontuzjowała sobie plecy (ma dosyć słabe "gięcie", a przez wygłupy z koleżanką za mocno się wygięła do tyłu), plecy zostały "naprawione" od strzału plus zalecenia, jakich ćwiczeń przez najbliższe dni unikać. Przy okazji nieśmiało wspomniałam, że kolana nadal bolą, na co otrzymałam sugestię kolejnych zabiegów.

No cóż, mocno zacisnęłam zęby, za to szeroko otworzyłam portfel, bo zabiegi faktycznie pomagały. I tak to funkcjonowało aż do czasu, kiedy Młoda zgłosiła mi inny rodzaj bólu w kolanie (tym razem tylko jednym) - bardziej ostry i dokuczliwy. Do fizjoterapeuty było szybciej - dzwonię, umawiam się, idę za dzień-dwa i płacę, to najpierw było:

Podejście piąte, fizjoterapeuta. Kolejne USG, stwierdzono lekkie pęknięcie rzepki, Młoda dostała cała listę przeciwskazań plus oczywiście propozycję kolejnej serii mocno specjalistycznych zabiegów. Po dwóch tygodniach doczekałam się na ortopedę na NFZ, czyli:

Podejście szóste, ortopeda. Szybkościowe USG kolana, diagnoza - nic tam nie ma. Żadnego urazu, pęknięcia, nic! No sorry, nie ma takiej możliwości, żeby przez dwa tygodnie wyleczyło się na tyle, aby specjalista nie zauważył, że tam BYŁO jakieś pęknięcie. No dobra, z wielką łaską wystawił skierowanie na rezonans magnetyczny, bo "w USG to nie wszystko wychodzi". Termin mamy początkiem stycznia.

A ja się tak zastanawiam - jestem zwykłym, szarym człowiekiem bez żadnej wiedzy medycznej. I jak, do cholery, mam się zorientować, kto ma rację? Jest uraz (pęknięcie rzepki), czy nie ma urazu? No chyba od tego mamy specjalistów! Z jednej strony fizjoterapeuta zarabia na tych zabiegach (pomijając fakt, że i tak Młoda na nie chodziła), więc może "wmawiać chorobę". Ale z drugiej strony dla mnie ból jest sygnałem, że jednak w organizmie dzieje się coś złego.

Uprzedzając pytania - lekarz ortopeda dziecięcy jest w naszym mieście JEDEN. Owszem, mogę iść z Młodą prywatnie, ale nie uważam, żeby lekarzom z chwilą przekroczenia progów swojego prywatnego gabinetu przybywało wiedzy i doświadczenia, czyli prościej rzecz ujmując - do pierwszego-lepszego to mogę się zgodzić na NFZ, no bo wyboru nie mam, ale jak idę i płacę, to chcę DOBREGO lekarza. I też namiary na takiego dobrego, sprawdzonego, zachwalanego dostałam, tylko terminy do niego (podkreślam - prywatnie!) są niebotycznie odległe, pięć razy bym zdążyła na NFZ pójść.

Prywatna klinika, do której chodzę z Młodą do fizjoterapeuty, też nie została wzięta z księżyca, została mi polecona, ma bardzo dobre opinie i milion zadowolonych klientów. Niestety, ortopedy "na stanie" nie mają.

A propozycja, żeby Młoda przez jakiś czas zaprzestała treningów, byłyby przez nią potraktowana jak propozycja, żeby przez jakiś czas przestała oddychać. Tak że tego.

Pointy nie będzie.

zdrowie

by Xynthia

Pracuję w zakładzie diagnostyki obrazowej. Pacjentów szpitalnych na badania przyprowadzają sanitariusze -…

Pracuję w zakładzie diagnostyki obrazowej.
Pacjentów szpitalnych na badania przyprowadzają sanitariusze - i o jednym z nich będzie ta historia.

Z facetem nie było problemów przez dłuższy czas. Niestety z jakiegoś powodu zaczął pić, co odbijało się na jego pracy.
Przykład - zaczął mylić pacjentów. Szczęśliwie dla nich technicy pytają się o imię i nazwisko przed wykonaniem badania. Sanitariusz został pouczony. Mogłoby się wydawać, że sprawa załatwiona.
Okazało się, że to był dopiero początek.
Facet przychodził/przyjeżdżał z pacjentem nawalony jak szpadel. Były telefony do ordynatora oddziały, gdzie pracował - oczywiście nic nie zostało zrobione. Od innych sanitariuszy dowiedzieliśmy się po fakcie, że grzał wódę w pracy. Ich rozmowy z nim nic nie dawały.
Potem w zakładzie zaczęły "wychodzić" nam za szybko płyny dezynfekcyjne (to były czasy jeszcze przedpandemiczne, kiedy zużycie było mniejsze). Tak, facet chlał te specyfiki.

Jednak hitem była inna sytuacja, którą powtarzamy młodszym kolegom jako anegdotę. Sanitariusz miał przyjechać z pacjentem na zdjęcie rtg. Więc przyjechał z łóżkiem. Pustym.

Popracował później jeszcze kilka-kilkanaście miesięcy. Musiał potem odstawić jeszcze jakąś akcję (o której nie wiem), bo przestał się pojawiać w pracy.

Jak to w życiu bywa podzielił los każdego pijaka i zachlał się na śmierć.

szpital sanitariusz

by ~Stranger88

Kojarzycie takich mechaników samochodowych, którzy wciskają klientowi kit, że ma w aucie…

Kojarzycie takich mechaników samochodowych, którzy wciskają klientowi kit, że ma w aucie mnóstwo rzeczy do naprawy i to na już, bo jak nie, to auto mu się całkiem posypie? Ja ostatnio trafiłem na dwoje takich dentystów. Co ciekawe, oboje w Warszawie.

Mieszkam gdzieś tam, a służbowo spędzam w Warszawie łącznie 1/4 roku. Zęby robię u swojej zaufanej dentystki u mnie w mieście, już od dobrych 15 lat. Pani ta jest świetna i ma taką renomę, że trzeba się umawiać z naprawdę dużym wyprzedzeniem. Kto robił zęby, ten wie, że dobry dentysta to skarb, a w tym zawodzie nie brakuje naciągaczy.

W zeszłym roku, akurat będąc w Warszawie, zauważyłem ubytek w zębie i wiedząc, że u siebie będę dopiero za kilka tygodni, postanowiłem iść tutaj do dentysty. Poradziłem się znajomego i poszedłem do podobno dobrej dentystki. Na dzień dobry dowiedziałem się, że mam 11 rzeczy do zrobienia, z czego 8 pilnie, bo jak nie, to będzie kanałowe albo rwanie, bo jest tragicznie. Zdziwiłem się i trochę przestraszyłem, że kupę kasy wydam. Zrobiła mi dwa zęby, wybuliłem srogo i już obliczam ile jeszcze wybulę.

Przyszedł czas powrotu do mojego miasta, więc umówiłem się do swojej dentystki zrobić kolejne zęby. Pani zagląda i mówi, że widzi tu tylko jedną rzecz do zrobienia i na upartego jeszcze jedną, ale to już nie tak pilnie. Powiedziałem, że dentystka w Warszawie mówiła, że mam 11 rzeczy do zrobienia, a obecnie 9, bo dwie zrobiła. Pani się uśmiechnęła i powiedziała, żebym więcej tam nie chodził.

W zeszłym tygodniu znów musiałem wybrać się do dentysty w Warszawie, tym razem do innego, może dla odmiany trafi się uczciwy. Niestety. Zajrzał do gęby i od razu zaczyna wyliczać, że do zrobienia jest, to, to, to, tamto i sramto. 7 rzeczy naliczył.

Miałem ochotę mu nawrzucać i wygarnąć, że jest naciągaczem i nie różni niczym od pospolitego janusza cwaniaczka, ale co by to dało? Powiedziałem tylko, że jednak nie skorzystam z jego usług i wyszedłem.

dentysta

by ~ljlkkh

Ostatnio pojawiła się tutaj historia o faworyzowaniu dzieci nauczycieli. Osobiście spotkałam się…

Ostatnio pojawiła się tutaj historia o faworyzowaniu dzieci nauczycieli. Osobiście spotkałam się z faworyzowaniem dziecka pani woźnej.

Słowem wstępu:
Urodziłam się i spędziłam pierwsze lata mojego życia w Warszawie, ale, kiedy miałam 9 lat, moja rodzina postanowiła przenieść się do średniego miasta, niegdyś włókienniczego, oddalonego około 60 km od stolicy ze względu na pracę mojego ojczyma. Tam skończyłam podstawówkę i poszłam do gimnazjum.
Szkoła podstawowa minęła mi bez większych atrakcji - chodziły do niej głównie dzieciaki z mojej dzielnicy, bo podstawówek w mieście było sporo, udało mi się nawiązać przyjaźnie, które trwają do dziś. Gimnazjum, jedno z dwóch państwowych na całe miasto, zrzeszało z kolei dzieciaki z innych dzielnic.

Byłam wtedy normalną, przeciętną wręcz, nastolatką - ani grubą, ani chudą, ubraną tak jak wszyscy inni. Nie podkreślałam nigdy, że „pochodzę ze stolicy” ani nie wywyższałam się w inny sposób. Jedyne, co mogło ewentualnie mnie wyróżniać na tle klasy, to to, że chodziłam na zajęcia plastyczne i kółko teatralne do Młodzieżowego Domu Kultury (zajęcia, które kosztowały zawrotne 20 zł za cały rok szkolny) i wolałam słuchać rocka niż popularnego wówczas hip-hopu. Nie byłam jednak jedyną osobą w klasie, która uczęszczała na dodatkowe zajęcia artystyczne czy która słuchała innej muzyki niż wszyscy. Nie identyfikowałam się również z „metalami” czy innymi subkulturami.

Z jakiegoś jednak powodu, jeden chłopak z mojej klasy, Szymon, postawił sobie za punkt honoru uprzykrzyć mi życie jak najbardziej się da. W ten sposób, od początku drugiej klasy regularnie byłam wyzywana od krów (bo okres dojrzewania zrobił swoje i, niesamowite!, urosły mi piersi jak kilku innym dziewczynom z klasy), znajdowałam w plecaku czy przyklejone do ławki papierki po Milce (bo, hehe, krowa ma wymiona, a ja mam cycki, więc pewnie jak bym się schyliła jak ta krowa na obrazku to szorowałabym nimi po podłodze - tak, takie teksty też się zdarzały), byłam wyśmiewana jeśli pomyliłam się zapytana o coś przez nauczyciela, a na wycieczkach szkolnych Szymon i jego banda, bo udało mu się zbuntować kilkoro innych uczniów przeciwko mnie, krążyli wokół mnie żeby tylko podstawić mi nogę, popchnąć czy w inny sposób uprzykrzyć życie.
Nauczyciele nie reagowali, mimo moich skarg. Koleżanki, które stawały też w mojej obronie, polecały ignorować, więc tak też robiłam.
Siłą rzeczy, ciągłe nękanie praktycznie zniszczyło moją pewność siebie, miałam coraz częściej niezbyt pozytywne myśli, bałam się chodzić do szkoły i zaczęłam coraz częściej opuszczać lekcje. W końcu moja mama wyciągnęła ze mnie, co się dzieje i cała grupa, która mnie nękała wyładowała na dywaniku u wychowawczyni.
Wychowawczyni kazała im jedynie mnie przeprosić i przestać w ogóle się do mnie odzywać.

Przez jakiś czas był spokój, po czym Szymon znowu zaczął bawić się moim kosztem. Tym razem twierdził, że jestem gruba. Potrafił zagrodzić mi drogę na schodach czy korytarzu i wydrzeć się prosto mi w twarz „Gruba!”, albo usiąść za mną podczas jakiegoś apelu i macać ewentualne fałdki jakie mogły mi się zrobić po bokach kiedy siedziałam zgarbiona. Nauczyciele nadal nie reagowali, więc Szymon czuł się bezkarny.
Doszło do tego, że Szymon i jego banda, podczas jednej z przerw, wykradli z mojego plecaka list, który miałam wysłać do mojego korespondencyjnego znajomego (tak, to te czasy, kiedy jeszcze pisało się listy), skopiowali go i rozdali te kopie innym uczniom. Chyba nie muszę mówić jaka to była tragedia dla 15-latki, która przeżywa pierwszą miłość i zwierza się z niej w liście... Byłam w połowie 3 klasy gimnazjum, ostatnia prosta, ale nie widziałam jak mogłabym zostać w tej szkole. Nie dałabym rady psychicznie, więc zmieniłam szkołę i wróciłam do Warszawy.

Niedługo przed tym, jak Szymon ukradł i skopiował mój list, wylosowałam go na Mikołajki. Nikt nie chciał się ze mną zamienić, więc postanowiłam odwdzięczyć się wtedy za te półtora roku piekła i kupiłam mu ramkę z przyklejonym w środku papierosem i napisem „Zbić w razie pilnej potrzeby”. Może nie był to najmilszy prezent, ale nie uważam żeby był też jakiś bardzo chamski w stosunku do tego, co on mi zrobił.
Mama Szymona pracowała jako woźna w tym gimnazjum. Kiedy odkryła, co jej synuś dostał na Mikołajki, zrobiła karczemną awanturę. Cała klasa musiała wtedy wypełnić ankietę czy jest zadowolona z prezentu, a ja dostałam srogą uwagę i obniżoną ocenę z zachowania. Zrozumiałam wtedy dlaczego czuł się tak bezkarny i dlaczego nikt nigdy nie ukarał go za prześladowanie mnie. Szymon nigdy nie miał obniżonej oceny z zachowania ani uwagi, mimo moich skarg i skargi mojej mamy. Pani woźna najwyraźniej miała większą siłę przebicia.

Kilka lat temu, kiedy Facebook zaproponował mi Szymona jako potencjalnego znajomego, wysłałam mu wiadomość, żeby dowiedzieć się o co właściwie mu chodziło i dlaczego uwziął się akurat na mnie. Wiadomość nie była agresywna, po prostu „pogadajmy jak dorośli, którymi już jesteśmy”. Nie dostałam odpowiedzi.

Gimnazjum prześladowanie

by poliglotka