Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

piekielni.pl

Pokaż menu
Szukaj

Poczekalnia

Czy ktoś mógłby mi powiedzieć, jaki obowiązuje limit czasowy, aby swobodnie i…

Czy ktoś mógłby mi powiedzieć, jaki obowiązuje limit czasowy, aby swobodnie i bez niemiłych konsekwencji, móc napisać : u nas w : tu wpisz dowolne miejsce na kuli ziemskiej? W tym roku mija 15lat, odkąd spakowałam się i zamieszkałam w innym
państwie . To samo miasto, 2 różne ulice, to wszystko w tym okresie czasowym. A jednak wciąż na hasło: u nas spadł śnieg, u nas w mieście, u nas w ... , wciąż wiele osób reaguje alergicznie. Ostatnio pod postem na Fb 3 z 5 komentujących osób zwróciło mi uwagę, jak śmieszna jestem i taka "nie-polska" staram się być. Wręcz mała dyskusja z docinkami się rozpętała. Język polski znam, dziecko moje uczę, pierogi lepię... Może to już pora, żeby odpuścić? Dlaczego w Polsce jest tak mało tolerancji i zwraca się uwagę na tak nieistotne sprawy, zamiast cieszyć się z tego co mamy i żyć własnym życiem ?

by Blankawooo

O właścicielu firmy, który nie wierzy w covid. Nie wierzy. Takie jego…

O właścicielu firmy, który nie wierzy w covid.

Nie wierzy. Takie jego prawo, żeby nie wierzyć. Jednak jest właścicielem wysoko wyspecjalizowanej firmy informatycznej, od której właściwego i nieprzerwanego działania zależy prawidłowe i nieprzerwane działanie wielu innych firm.

Jego firma liczy zaledwie kilku pracowników, jednak są to tzw "architekci systemów" (może to nieprawidłowe określenie, nie wiem, ale jeden taki architekt trzyma na sobie prawidłowość działania systemów kluczowych dla działania co najmniej kilku firm).

Dzieci jednego z pracowników mają potwierdzony covid. Ten pracownik nie chce pracować z domu, ma kupę zadań wymagających absolutnego skupienia, mega odpowiedzialności. Chore, marudne dzieci w domu, przeszkadzają. Ponadto jest szczepiony dwiema dawkami. Jest bezpieczny. Co robi właściciel? Ano, pozwala mu przyjeżdżać do biura. Bo przecież nie wierzy w covid.

Jaki jest efekt?

Tak, dokładnie taki. Covid zebrał radosne żniwo. Zaszczepiony pracownik nie zachorował. Ale... Pozostali pracownicy są częściowo chorzy (ci, którzy z powodów zdrowotnych mieli przeciwwskazania do szczepienia) a częściowo na kwarantannach (ci szczepieni). I jedni i drudzy bardzo serdecznie dziękują szefowi za samotne święta. Z uwagi na chorobę lub kwarantannę nie będą mogli ich spędzić w gronie rodziny. To przeważnie ludzie w średnim wieku, mają starszych wiekiem rodziców, o których się zwyczajnie boją.

Dwie kobiety, niezaszczepione z uwagi na przeciwwskazania przechodzą covid bardzo ciężko.

by KatzenKratzen

Historia #88833 przypomniała mi dyskusję pomiędzy mną i moim mężem, a teściami.…

Historia #88833 przypomniała mi dyskusję pomiędzy mną i moim mężem, a teściami. Mimo złych relacji, nadal co jakiś czas do nich zaglądamy, żeby choćby sprawdzić, czy nie narobili już jakiś długów, albo czy jeszcze żyją w dobrym zdrowiu.

Ogólnie moi teściowie są bardzo konserwatywni. W niedzielę do kościoła, dom, ogródek, pies i trójka dzieci. Od nas oczekiwaliby tego samego, ale uporczywie odchodzimy od ich schematu.

Cała dyskusja pojawiła się krótko po naszym ślubie- cywilnym, co było już powodem do awantur. Mieliśmy wtedy 27 lat, dopiero co dostaliśmy stałe posady, a nie kolejne umowy na zastępstwo/czas określony/śmieciówki. Zaczęto nas dopytywać się kiedy będzie bombelek. Na co odparliśmy, że może za kilka lat, bo najpierw musimy ustabilizować swoją pozycję, spłacić chociaż większą część kredytu za mieszkanie, trochę też odpocząć, bo ostatnie lata były niezłą harówką. A przede wszystkim musimy zaoszczędzić pieniądze na nianie, bo zarówno teściowe jak i moi rodzice, mieszkają od nas ok. 300 km w jedną stronę i są czynni zawodowo. Wspomnieliśmy też, że chcielibyśmy mieć na tyle oszczędności, aby potencjalne dziecko wysłać do szkoły prywatnej (bo to że dostanie się do publicznego przedszkola już wtedy było nierealne i prywatne przedszkole było oczywistością). Ta odpowiedź nie spodobała się teściom, którzy zarzucili nam, że już jesteśmy starzy i że to najwyższa pora, bo zdążymy mieć jedno dziecko, a jedynaki są niedorozwinięte.

Plot twist-jestem jedynaczką, o czym teściowie wiedzą. Odpowiedziałam, że czuję się bardzo rozwinięta i radzę sobie lepiej niż moi rówieśnicy, a więcej niż jednego dziecka nie chcemy, bo stawiamy "na jakość", a nie ilość, jak robiło to ich pokolenie i pokolenie ich rodziców. Może moi wychowali mnie trochę na egoistkę w pewnych kwestiach i nie musiałam szarpać się o nic z rodzeństwem, ale czuję, że mimo nienajlepszej sytuacji finansowej, poświęcili mi swój czas i dużo pomogli, nawet nie mając funduszy. Tu mama posiedziała ze mną nad matematyką, tu ojciec pokazywał jak zbić karmnik etc.

Mój mąż zarzucił im, że mają trójkę synów, a nie widzi żadnego oprócz siebie w tym domu, bo jeden brat wyemigrował do Irlandii, drugi do Niemiec i tam już zostali. Wspomniał, że na studiach utrzymywał się ze stypendium oraz prac dorywczych, a także z tego co najstarszy z braci mu przelał, bo rodzice mogli mu opłacić jedynie rachunki za telefon, internet i czynsz. Nie mieli pieniędzy na korepetycje oraz lepsze ciuchy, więc w dzieciństwie musiał mierzyć się z wyśmiewaniem z powodu braku markowych ciuchów. Miał być najlepszy ze wszystkich przedmiotów, jednocześnie nie posiadając dobrego sprzętu do nauki, gdyż przypadał im jeden komputer na 3 dzieci i ojca. Musiał też pomagać przy gospodarce, którą wówczas mieli i dopiero, gdy był nastolatkiem, oddali w dzierżawę.

Nigdy nie usłyszał, że są z niego dumni, a jak pomagali mu w lekcjach, to z wielką łaską, bo rodzice byli zmęczeni po pracy stacjonarnej i w polu.

Powiedzieliśmy, że my dla naszego dziecka chcemy pewnej przyszłości w dobrym standardzie, tak aby nigdy nie usłyszało, że jest gorsze, bo nosi Pumbę zamiast Pumy. Szczególnie, że dzisiejsze czasy powodują, że dzieci są jeszcze gorsze, niż wtedy gdy my byliśmy młodzi, gdyż wtedy większość rodzin wygrzebywała się jeszcze z lat przemian ustrojowych i bezrobocia.

Chcemy mieć też trochę życia dla siebie, a nie przepracowywać 8 godzin, później siedzieć w domu przed telewizorem, bo na inną rozrywkę nas nie będzie stać. A chciałoby się kiedyś rodzinnie wyjść do kina, teatru, czy choćby na mecz.

Teściowie popłakali się, przeprosili swojego syna, przytulili nas i zrozumieli nasze zdanie.

Ta, akurat.

Dostaliśmy pouczenie, że przecież mój mąż wyszedł na ludzi i o co ma pretensje, że ciężkiej pracy się nauczył? Że oni mu dawali jeść, miał swój pokój i jeszcze mu mało? A bracia są zagranicą i bardzo ich kochają (wiemy, że bracia dzwonią do nich od święta, bo są formalnie bardzo zapracowani). Kiedyś nie było luksusów, a oni mogli pomarzyć o własnym pokoju i komputerze, bo sami mieli po 4 (teściowa) i 7 (teściu) rodzeństwa, ale każdy był ze sobą zżyty. Było biednie, ale byli szczęśliwi, a my już teraz mamy super warunki na bombelka i mamy się o niego starać.

Także mnóżcie się mimo braku gotowości psychicznej i finansowej, a potem jakoś to będzie. Najwyżej wszystkie dzieci będą miały średnio szczęśliwe dzieciństwo, jak mój mąż.

by ~bezdzietnizwyboru

Mój były opisywany w historii #88800 chyba nie rozumie jakie problemy na…

Mój były opisywany w historii #88800 chyba nie rozumie jakie problemy na siebie sprowadza i spieszno mu przywitać kryminałowe cztery kąty.

Czwartek, 2 grudnia 2021, godziny wieczorne.
Leżę sobie w łóżeczku, siorbię herbatkę, łypię okiem na jakiś durnowaty sitcom, włączony dla zabicia czasu.

Wtem pod moją lewą dłonią uaktywnia się wibracja, na wyświetlaczu lubego smartfona widnieje zaś "numer zastrzeżony". Cóż było zrobić, odebrałam, bo mój ojciec również ma takowy, i w swej panieńskiej naiwności myślałam że to on, z prośbą o zrobienie mu kolacji czy innej zachciewajki.

Odebrałam i cóż się dowiedziałam?

Oto dzwonił do mnie "funkcjonariusz KPP Pruszcz Gdański" , używając moich dwóch imion(!) gdy w trakcie wszelkich czynności przeprowadzanych z udziałem mojej osoby, używano tylko jednego, z zaiste ciekawym żądaniem - nakazano mi

1.zaprzestać wizyt w Pruszczu
2.wysyłać gróźb karalnych do byłego ( WTF?! z tym cymbałem nie mam do czynienia od lipca 2020), wysłanie mu wiadomości to ostatnie, na co mam ochotę)
3.nie pojawiać się pod jego blokiem
4. Poinformowano mnie także, że mam wyrok w zawieszeniu, który się odwiesi, jeśli nie zostawię ex w spokoju (tu ryknęłam homeryckim rechotem i się rozłączyłam,bo takowego nie posiadam jako żywo).

Raz, że w Pruszczu do czasu tego połączenia byłam tylko dwukrotnie - w obydwóch przypadkach w prokuraturze, omijałam domostwo byłego szerokim łukiem, dwa, kilkanaście godzin później zadzwoniłam sobie do policjanta zajmującego się wcześniej sprawą tego co odjaniepawlał były i dowiedziałam się co następuje :

- mam natychmiast złożyć zawiadomienie do prokuratury o uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa z art. 227 KK oraz 191 KK
- skoro w aktach dochodzenia było moje pierwsze imię, to mocno śmierdzi używanie dwóch
- blokada prezentacji numeru nie chroni przed niczym i operator na wyraźne żądanie prokuratora musi udostępnić mój billing rozmów, gdzie jasno będzie wysmarowany numer tego dowcipnisia, a wtedy po nitce do kłębka wyjdzie kto ma takie urocze pomysły.

Podziękowałam za uzyskane informacje, i zagoniłam moją przyjaciółkę do tworzenia takowego zawiadomienia, które też niezwłocznie złożyłam.

Czekamy na efekty. Przestępstwa te nie są ścigane prywatnoskargowo, lecz z urzędu.
Jestem ciekawa miny tego ciołka, kiedy się dowie, że jego misterny plan spalił na panewce z wielkim hukiem.

Edit : niektórzy w komentarzach się rzucają, że bez dowodów nic nie zrobię. A jednak zrobię, bo mam świadka, moją własną mamuśkę, która siedziała obok mnie i z rozbawieniem słuchała, jak fejk-funkcjonariusz się produkuje.

by ZupaZolwiowa

Piekielny system opieki zdrowotnej (ściślej dostępności leków) w naszym kraju. Znajoma miała…

Piekielny system opieki zdrowotnej (ściślej dostępności leków) w naszym kraju.
Znajoma miała operację. Wstawienie endoprotezy stawu biodrowego. 4 dni po zabiegu wypis do domu.
Z racji posiadania auta po podwyższonym prześwicie, poprosiła mnie o odbiór jej ze szpitala. Prosto ze szpitala pojechaliśmy zrealizować jej receptę, w której na pierwszym miejscu jest lek przeciwzakrzepowy w formie zasztrzyków. Lek niezbędny po operacjach, szczególnie dla osób o wysokim ryzyku wystąpienia zakrzepu.
Wchodzę do apteki (znajoma z racji stanu została w samochodzie), podaję niezbędne dane i nagle.... Pani w okienku mówi, że nie mają tego leku. Na moje pytanie, czy na jutro mogą go ściągnąć, pani odpowiada, ze to niemożliwe, ponieważ tego leku nie ma w ofercie dla aptek. Czasami (raz na pół roku może się pojawić). Pytam, czy może sprawdzić w innych aptekach (miasto wojewodzkie-120 tys. mieszkańców). Nie ma nigdzie. W ościennych gminach również. Jest dostępny tylko w szpitalach.
Znajoma po przekazaniu informacji, łzy w oczach. Mówi mi, ze to dla niej śmierć. Chyba, że wróci do szpitala (w tych czasach zapewne tylko karteką). Ostatnia deską ratunku była wyszukiwarka leków. Znalazł się. W innym województwie. Szybki telefon, rezerwacja i w drogę.
Wszystko skończyło się pomyślnie.
Na koniec pytanie - jak to jest, ze apteki pełne są pseudo leków na przeziębienie (które teraz nie istnieje, bo kolejny szczep korona wirusa je wywołuje. I jest to covid nic innego). A nie ma (w ofercie) leków ratujących życie dla niektórych grup osób?

PS. Ten lek to Clexane 40 mg

słuzba_zdrowia

by Szpadelek

Mail który otrzymałam przed chwilą od znajomego: Poczekałem dziś "jedyne" 1,5 h…

Mail który otrzymałam przed chwilą od znajomego:

Poczekałem dziś "jedyne" 1,5 h na szczepienie w aptece 6x7 metrów z kilkunastoma osobami. Przy otwartych drzwiach do obiektu - podobno najlepszym środku antywirusowym.

W sobotę wakcyna wzięła sobie wolne (czytaj nie dojechała), a ludzi przeniesiono na dzień dzisiejszy. Czyli dwa razy tyle, a do szczepienia i wprowadzania potem danych... jedna pielęgniarka (kurtyna!).
Nie wiem o której zaczęła. Srednio potrzebowała 10 minut. O 13.30 (miałem na 12.00...) byłem podobno jej 32-gim klientem.

apteka szczepienia przeciw covid-19

by Toyota_Hilux

Wycieczka do lat studenckich - wspomnienia lokatorskie 2. (kontynuacja #88794) Mieszkałyśmy na…

Wycieczka do lat studenckich - wspomnienia lokatorskie 2. (kontynuacja #88794)

Mieszkałyśmy na 1. piętrze. Nad nami było puste mieszkanie, o którym dowiedziałyśmy się, że ma mroczną historię. Jakiś czas wcześniej, nie pamiętam ile, na 2. piętrze wydarzyła się rodzinna tragedia – ojciec i syn w trakcie popijawy zabili żonę/matkę. Obydwaj przebywali w zakładzie karnym, mieszkanie stało puste.

Ten stan rzeczy nagle zmienił się na przełomie maja i czerwca. Pewnego poranka korzystając z łazienki usłyszałam dziwny szum wody. Zakręciłam kran, ale woda nadal szumiała. Było to bardzo dziwne, ponieważ od początku zasiedlania tej stancji takiego szumu wody nie słyszałam. Wyszłam więc na klatkę schodową. Woda lała się po ścianie, po schodach, gdzie tylko znalazła ujście. Szybki telefon do (już wtedy nowego) administratora. Dowiedziałam się, że ekipa już działa w piwnicy, czyli szukają głównego zaworu. Cóż, woda nie lała się w naszym pokoju, współlokator, czyli chłopak Kasi, był w mieszkaniu, wiec poszłam na zajęcia.

Co się stało? Od naszego współlokatora dowiedziałam się później, że któryś z panów opuścił zakład karny, wrócił do mieszkania i zastał pozdejmowane krany i zaślepione rury (może taka jest procedura w takich przypadkach, nie wiem, a może mieli już wcześniej odciętą wodę). W każdym razie uznał za dobry pomysł, żeby zdjąć zaślepki z rury. Co się działo dalej wiadomo. Jakimś cudem w wynajmowanych przez nas pomieszczeniach nie było zalania.

Kilka dni była cisza. Któregoś czerwcowego wieczoru ok. 22:00 usłyszałyśmy z koleżanką hałasy u góry. Pierwszy raz od października. Zadzwoniłam do administratora, bo nie wiedziałam czego można się po tym człowieku spodziewać; uznałam, że administrator powinien wiedzieć. Po kilkudziesięciu minutach zapukali do nas dwaj panowie z odznakami, w cywilu. Byli na górze, ale nikogo nie zastali. Wyglądało na to, że mieszkanie nie było nawet zamknięte. Jeden stwierdził, że wolałby spać na wycieraczce niż tam. Nasza wyprowadzka nastąpiła tydzień później, ale co strachu użyłyśmy przez te parę dni, to nam nikt nie zdejmie.

by Tee_can_do_that

Aby ponarzekać trochę. Jakiś czas temu wyprowadziłam się z domu. Wiecie, krok…

Aby ponarzekać trochę.

Jakiś czas temu wyprowadziłam się z domu. Wiecie, krok w dorosłość, koniec z życiem na garnuszku, trochę wolności, ale i dużo więcej odpowiedzialności.
Z wyprowadzką przyszła i praca. Właściwie pierwsza na etat, dotąd pracowałam tylko wakacyjnie.

Ale chyba nigdzie nie może być za dobrze, bo trochę mam zażaleń.

1) Współpracowniczki

Zaczynając pracę oznajmiono mi jasno, że oprócz mnie i jednej dziewczyny cały zespół ma kilkuletnie doświadczenie i powinnam zdanie ich szanować, bo ogarniają sklep bardziej. Ja się z tym nie kłóciłam, chętnie zadawałam pytania, próbowałam nauczyć się wszystkiego w miarę na szybko, żeby nie tracić i mojego, i ich czasu. Problem w tym, że Panie w twarz mi się uśmiechają, mówią, że sobie radzę, ale sekretnie idą na skargę do Kierowniczki jakich to ja błędów nie robię. Oczywiście zbieram za to solidnie, szczególnie teraz, gdy pracuję już prawie dwa miesiące. Ani razu nie usłyszałam wprost, że robię coś źle, tylko od razu musiałam urządzać sobie pogawędki z Kierowniczką.

2) Kierowniczka sama w sobie.

Nie studiuję, pracuję na zleceniówce, 8h dziennie 5 dni w tygodniu. Czasem częściej. Nigdy mi się nie zdarzyło poprosić o wolne w konkretny dzień, bo nie potrzebowałam, dzień jak dzień, jestem w nowym mieście i jeszcze nie mam tu znajomych. Jedynie poprosiłam, żeby dała mi znać trochę wcześniej niż o godzinie 19:00 w przeddzień wolnego, że będę je miała, bo chciałam odwiedzić rodziców.

Ale ostatnio odnowił mi się kontakt ze starym znajomym, nie widziałam gościa pięć lat okazało się, że mieszka relatywnie blisko (1,5h pociągiem, ale serio, super facet, jestem w stanie pojechać) i poprosiłam o wolne w konkretne dni - niedzielę i poniedziałek i żeby w sobotę pracować na porannej zmianie, żeby o ludzkiej godzinie do znajomka dojechać. Naiwna, myślałam, że po dwóch miechach pracy bez szemrania i jakiejkolwiek niedyspozycyjności moja prośba by przeszła, ale spotkałam się z odmową, bo "oni chcą jechać do rodziny i nie ma kto za mnie stanąć". No nie powiem, trochę przykro.

I tak, zdaję sobie sprawę, że to najpewniej zderzenie małolaty z rzeczywistością i "prawdziwym życiem", ale jednak trochę kłuje w bok.

praca

by Erick

Rok 2008, mała pipidówa w polsce wschodniej. Osoby tejże opowieści: student i…

Rok 2008, mała pipidówa w polsce wschodniej. Osoby tejże opowieści: student i Pani Prezes Sądu Rejonowego w tejże pipidówie + randomowi pracownicy.

STU: Dzień dobry, jam ubrany w tani garnitur, proszę jako student kierunku okołoprawniczego o praktyki w tejże szanowanej instytucji.
Pracownik SR: Dajże człeku CV i inne papiery iczekaj za telefonem.

Pracownik SR2 po pewnym czasie: Dawaj człowieku do roboty, mamy dla Ciebie norę w piwnicy ze stertą dokumentów, które od roku leżą i należy je uporządkować. A ty widać - administratywista przyszły - poradzisz sobie.

Mija sobie 6 miesięcy jakiegoś tam zatrudnienia stażo/praktyko/ujwieczego... i taki to młody przyszły admin myśli sobie, ogarnąłem Stajnię Augiasza, może rzucę się na zaoczne i poproszę o skromy etacik?

Z wyczyszczenia jublu była afera, bo nikt się nie spodziewał i został zawezwany do samej Prezes Sądu Rejonowego. Idzie zadowolony i po uprzejmościach w tanim garniturze...
STUD: - że tak się wypowiem, czy mógłbym ewentualnie zdobyć doświadczenie skromne na skromnym etacie? Myślę, że pokazałem się z dobrej strony...
PPSR: - słyszałam, pokazał się Pan z dobrej strony, pracuje Pan bardzo wydajnie i dobrze. Nie mogę Panu zaoferować pracy... W Pana tempie, nadrobilibyśmy zaległości w 2-3 lata, a później co? A niechby to się wydało/rozeszło dalej? Co wtedy?

Ot taka historia wyssana z urzędu...

sąd praca

by jatonieja

O tym komu sie bardziej nalezy. Miejsca dla rodzin na parkingach charakteryzują…

O tym komu sie bardziej nalezy.

Miejsca dla rodzin na parkingach charakteryzują się tym, że są szerokie i łatwo można drzwi otworzyć, wyszarpać wózek, dzieciaka wysadzić z fotelika i git. Są też blisko wejścia. A że nie są prawnie nikomu należne, tylko bardziej wskazówkowo, to kiedy jeżdżę z mamą do centrów handlowych, korzystam z nich jak są wolne. Rzecz w tym, że moja mama nie jest inwalidą, nie ma uprawnień, daje sobie radę ruchowo, ale jest dobrze po 80tce, szybko sie męczy i dalekie trasy nie dla niej, ale lubi zakupy (nie chce ciagle w tv siedzieć i ja sie nie dziwię), więc jak ma więcej chodzić to porusza sie z czymś, co pełni funkcję balkonika, taki wózek do podparcia sie i można na nim przysiąść i odsapnąć. Rzecz jest składana, ale spora, więc łatwiej mi operować tym na szerokim miejscu, a i bliskość do wejścia jest dla mamy nie do przecenienia. Więc skoro pora prezentów (w mordę, nie znoszę tego), mamunia zażyczyła sobie wycieczki do centrum handlowego. W sobotę, czyli wczoraj. Ok!
Zaparkowałam na miejscu dla rodzin, bo wolne było. Ledwo otworzyłam drzwi, gdzie chwilowo zamieszkał mamy pojazd, podjeżdża z tyłu auto, otwiera sie okno i pan głosem nieznoszącym sprzeciwu żąda, żebym natychmiast odjechała. Zapytałam z jakiej racji - a bo on ma dzieci. Aha. Odpowiedziałam, że ja też i wróciłam do rozpakowywania pojazdu. Pan mówi, że dzieci nie widzi i że bezprawnie zajęłam im miejsce. Poinformowałam go, że słusznie, że nie widzi, dzieci są w domu i niech sobie jedzie w pokoju, bo ja tu zostaję. W międzyczasie wysiadła moja mama, a wskutek trudności motorycznych dość niezgrabnie jej to idzie, a ja wyładowałam wehikuł, więc w zasadzie widać, dlaczego zajęłam miejsce takie, a nie inne. I wtedy włączyła się żona pana, która dość gromkim głosem wywrzeszczała, że to miejsce dla rodzin! a nie starych prukw! I że jak stara (tak powiedziała) nie może chodzić, to niech na dupie siedzi w domu i Plebanię ogląda. Po czym zwrociła sie do małżonka: przestań z chamami dyskutować, dzwoń na policję. W tym czasie ja rozłożyłam urządzenie, więc mama, nie mając powłóczystego szala, zarzuciła kapturem i oznajmiła, że ogląda tylko Na Wspólnej, a dzisiaj nie ma i oddaliła sie z godnością. Co miałam robić, uśmiechnęłam się uroczo do państwa i poszłam za nią. Widziałam później tych ludzi już w środku i dzieci miały tak 8-10 lat. Pozdrawiam uroczą rodzinkę z Radomia, która wczoraj robiła zakupy w Arkadii. Cudnie dzieci wychowują.
A nawet gdyby mama miała kartę inwalidzką, to i tak wszystkie miejsca dla inwalidów były zajęte. Może jestem niesprawiedliwa, ale wątpię, żeby wszystkie miały odpowiednie uprawnienia...

Edit, bo oczywiscie zawsze sie czlowiek musi tlumaczyc. Poprosze o metodyke zalatwienia karty inwalidzkiej dla osoby, ktora inwalida nie jest. Moja mama inwalida nie jest, ma po prostu 86 lat, a wiadomo ze wtedy trudniej, a tego panstwo nie uznaje za inwalidztwo. Pewnie i slusznie, bo takie zycie, ale faktem jest, ze karty miec nie moze. Gdyby za starosc dostawalo sie pozwolenie na parkowanie na miejscach uprzywilejowanych, to odwiedziny u rodzicow, ktorzy nigdy nie sa przez dzieci odwiedzani, natychmiast by wzrosly. Przynajmniej na czas zalatwienia uprawnien.
I NIGDY, PRZENIGDY nie zaparkowalabym na miejscu dla inwalidow bez uprawnien. Ba, nawet jak przez chwile jezdzilam autem mojej przyjaciolki, ktora uprawnienia miala, NIGDY nie skorzystalam z tego miejsca, bo to swinstwo.

by Samoyed
Następna strona