Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

piekielni.pl

Pokaż menu
Szukaj

Poczekalnia

Wycieczka do lat studenckich - wspomnienia lokatorskie 1. Mieszkanie w starej, zaniedbanej…

Wycieczka do lat studenckich - wspomnienia lokatorskie 1.

Mieszkanie w starej, zaniedbanej kamienicy - centrum dużego studenckiego miasta. Już o samym jej stanie wyszłaby historyjka. Ale ja nie o niej. Kto przeżył choć jeden sezon w takich warunkach, zrozumie.

Mieszkania szukałyśmy z koleżanką na początku września, bo dopiero wtedy dowiedziałyśmy się, że nas przyjęli. Wyboru nie było, wzięłyśmy co się nawinęło. Jeden zasadniczy plus - na zajęcia miałyśmy 750 metrów piechotą. I tu plusy się skończyły. Brak centralnego ogrzewania w czynszowej kamienicy nikogo nie dziwi. W pokoju był piec kaflowy. Niestety żadna z nas nigdy w takim nie paliła, a poza tym nie było gdzie trzymać opału (o tym, że jest przypisana do mieszkania piwnica dowiedziałyśmy się po sezonie grzewczym, ale do tego dojdę może w następnej historii). Obawiając się używać piec kupiłam sobie grzejnik olejowy. Niewiele to dało, bo okna były w takim stanie, że w listopadzie jedno trzeba było od zewnątrz okleić folią, bo nie dało się przy nim wysiedzieć. Drzwi na balkon były do polowy zastawione kocem. A jak wiadomo pomieszczenia w kamienicach są wysokie, z 3,5 metra. W pokoju było góra 15'C. Ale student wszystko wytrzyma.
Jedynym ratunkiem mogłaby być kąpiel w ciepłej wodzie w ciepłej łazience. Rzecz jasna w łazience nie było żadnego ogrzewania. Administrator dał nam farelkę, ale cóż ona mogła zdziałać, skoro okno w łazience było w podobnym stanie jak nasze w pokoju. Generalnie mycie się zimą było wyścigiem z czasem, stawką było zamarznięcie krwi w żyłach. Pranie musiałam wozić do domu, bo nie było szans na jego wysuszenie.

A nie wspomniałam jeszcze o naszej ,,cudownej współlokatorce" z drugiego pokoju - Kasi. Otóż Kasia miała zwyczaj zużywać całą wodę z bojlera. Na nasze uwagi, że nie mieszka tu sama stwierdzała, że: ,,ona się musi umyć". Aha, czyli my możemy śmierdzieć, nam ten luksus nie przysługuje. Wieczorem można było sobie poczekać te 1,5 godziny, aż bojler się znowu nagrzeje albo sobie odpuścić. Ale rano, przed zajęciami już niekoniecznie. Cóż było robić...Czajnik do pełna i na kuchenkę. Wanna była, miska też, kubek w dłoń i wio :). Jakoś sobie z tym radziłyśmy.

Gdzieś w okolicach grudnia pojawił się chłopak Kasi. Tu nie miałyśmy w zasadzie żadnych zarzutów, bo gość prał, gotował, ogarnięty życiowo, zupełne przeciwieństwo Kasi. Raz tylko widziałam kanapki, które ona zrobiła (kuchnia była przejściem do łazienki). Cóż ja bym tych kanapek chyba psu nie dała. Problem z zużywaniem ciepłej wody nie zniknął aż do końca naszego sąsiadowania. Pogorszyło się wręcz, gdy pojawił się chłopak, bo rzecz jasna 4 osoby do jednego bojlera to dużo. Z perspektywy czasu widzę, że ona zwyczajnie patrzyła na nas z góry (z sobie tylko znanego powodu) i uznawała, że może tak robić i już. To był mój jedyny rok na tej stancji.

by Tee_can_do_that

Piszę jeszcze raz. Na wstępie powiem, że od lat mają miejsce w…

Piszę jeszcze raz.
Na wstępie powiem, że od lat mają miejsce w stosunku do mnie działania o charakterze mobbingu ze strony współpracowniczki Kasieńki, co w zasadzie ignoruje, bo mnie to nie rusza, a bywa śmiesznie. Czasem żenująco.
Ostatni akt mnie rozbroił.
Generalnie w sobotę miałam bardzo dużo pracy, a przez, najprawdopodniej celowo, błędne podaną informację od Kasieńki nie zdążyłam dokończyć wszystkich zadań. I wiadomo, pierdoły zostały na koniec. Z nimi też się nie wyrobiłam. A w mojej pracy nie zrobione zadanie przez jedną ze zmian przechodzi na drugą i tak dalej. W sobotę Kasieńka stwierdziła, że ona mojej roboty odwalać nie będzie, pracę za mnie dokończyła następna zmiana. A tym bardziej nie zajmie się tymi najmniej ważnymi, które są istotne dla historii. Otóż chodziło o wyrzucenie do kosza lub zniszczenie (kiedyś ze względu na drukowane dane klienta musiałyśmy to robić - teraz z powodu braku takowych można to sobie odpuścić) pewnego rodzaju paragonów, które klienci nie zawsze biorą. Kasieńka i tego nie zrobiła. Postanowiła osiągnąć szczyt żenady. Zebrała te paragony i włożyła je do torebki z podpisanej w moim imieniem, a właściwie jego zdrobniałą formą, której, co powszechnie wiadomo, nie znoszę - nawet w tym objawiają się jej szykany. Przez całą niedzielę nawet nie zauważyłam tej torebki, bo i ponownie miałam bardzo dużo pracy, więc Kasieńka dołożyła kolejne paragony - jedynie odezwała się do mnie bardzo pogardliwym tonem. Nie patrząc nawet na mnie wybełkotała coś, z czego można było wyłapać słowa „paragony” i „koleżanki”. Poza tym, że miałam dużo pracy, to tym bardziej nie miałam ochoty spełniać jej wypowiedzianych w ten sposób życzeń.
Dopiero w poniedziałek inna mocno rozbawiona tym zachowaniem koleżanka pokazała mi torebkę. Mogłam potulnie spełnić jej życzenie albo zostawić sprawę i czekać aż szefowa zauważy tę żenującą akcję. Podarłam więc paragony i włożyłam z powrotem do torebki oraz dodałam stosowną karteczkę.
Nie wiem która z nas zachowała się bardziej głupio czy dziecinnie. Ale wiem że dziewczę jest w takim wieku, że jej już tym bardziej nie przystoi. Za parę dni zamierzam się z nią rozmówić, bo męczą mnie takie idiotyczne zachowania. Jeśli jej stosunek do mnie się nie zmieni podejmę dalsze kroki.
Najzabawniejsze jest to, że nasz „konflikt” trwa od majówki 2018, kiedy to ja dostałam urlop, który ona bardzo chciała mieć. I tak mniejsze lub większe złośliwości trwają już do końcówki 2021 roku.

Praca

by Rakieta

Aby ponarzekać trochę. Jakiś czas temu wyprowadziłam się z domu. Wiecie, krok…

Aby ponarzekać trochę.

Jakiś czas temu wyprowadziłam się z domu. Wiecie, krok w dorosłość, koniec z życiem na garnuszku, trochę wolności, ale i dużo więcej odpowiedzialności.
Z wyprowadzką przyszła i praca. Właściwie pierwsza na etat, dotąd pracowałam tylko wakacyjnie.

Ale chyba nigdzie nie może być za dobrze, bo trochę mam zażaleń.

1) Współpracowniczki

Zaczynając pracę oznajmiono mi jasno, że oprócz mnie i jednej dziewczyny cały zespół ma kilkuletnie doświadczenie i powinnam zdanie ich szanować, bo ogarniają sklep bardziej. Ja się z tym nie kłóciłam, chętnie zadawałam pytania, próbowałam nauczyć się wszystkiego w miarę na szybko, żeby nie tracić i mojego, i ich czasu. Problem w tym, że Panie w twarz mi się uśmiechają, mówią, że sobie radzę, ale sekretnie idą na skargę do Kierowniczki jakich to ja błędów nie robię. Oczywiście zbieram za to solidnie, szczególnie teraz, gdy pracuję już prawie dwa miesiące. Ani razu nie usłyszałam wprost, że robię coś źle, tylko od razu musiałam urządzać sobie pogawędki z Kierowniczką.

2) Kierowniczka sama w sobie.

Nie studiuję, pracuję na zleceniówce, 8h dziennie 5 dni w tygodniu. Czasem częściej. Nigdy mi się nie zdarzyło poprosić o wolne w konkretny dzień, bo nie potrzebowałam, dzień jak dzień, jestem w nowym mieście i jeszcze nie mam tu znajomych. Jedynie poprosiłam, żeby dała mi znać trochę wcześniej niż o godzinie 19:00 w przeddzień wolnego, że będę je miała, bo chciałam odwiedzić rodziców.

Ale ostatnio odnowił mi się kontakt ze starym znajomym, nie widziałam gościa pięć lat okazało się, że mieszka relatywnie blisko (1,5h pociągiem, ale serio, super facet, jestem w stanie pojechać) i poprosiłam o wolne w konkretne dni - niedzielę i poniedziałek i żeby w sobotę pracować na porannej zmianie, żeby o ludzkiej godzinie do znajomka dojechać. Naiwna, myślałam, że po dwóch miechach pracy bez szemrania i jakiejkolwiek niedyspozycyjności moja prośba by przeszła, ale spotkałam się z odmową, bo "oni chcą jechać do rodziny i nie ma kto za mnie stanąć". No nie powiem, trochę przykro.

I tak, zdaję sobie sprawę, że to najpewniej zderzenie małolaty z rzeczywistością i "prawdziwym życiem", ale jednak trochę kłuje w bok.

praca

by Erick

Rok 2008, mała pipidówa w polsce wschodniej. Osoby tejże opowieści: student i…

Rok 2008, mała pipidówa w polsce wschodniej. Osoby tejże opowieści: student i Pani Prezes Sądu Rejonowego w tejże pipidówie + randomowi pracownicy.

STU: Dzień dobry, jam ubrany w tani garnitur, proszę jako student kierunku okołoprawniczego o praktyki w tejże szanowanej instytucji.
Pracownik SR: Dajże człeku CV i inne papiery iczekaj za telefonem.

Pracownik SR2 po pewnym czasie: Dawaj człowieku do roboty, mamy dla Ciebie norę w piwnicy ze stertą dokumentów, które od roku leżą i należy je uporządkować. A ty widać - administratywista przyszły - poradzisz sobie.

Mija sobie 6 miesięcy jakiegoś tam zatrudnienia stażo/praktyko/ujwieczego... i taki to młody przyszły admin myśli sobie, ogarnąłem Stajnię Augiasza, może rzucę się na zaoczne i poproszę o skromy etacik?

Z wyczyszczenia jublu była afera, bo nikt się nie spodziewał i został zawezwany do samej Prezes Sądu Rejonowego. Idzie zadowolony i po uprzejmościach w tanim garniturze...
STUD: - że tak się wypowiem, czy mógłbym ewentualnie zdobyć doświadczenie skromne na skromnym etacie? Myślę, że pokazałem się z dobrej strony...
PPSR: - słyszałam, pokazał się Pan z dobrej strony, pracuje Pan bardzo wydajnie i dobrze. Nie mogę Panu zaoferować pracy... W Pana tempie, nadrobilibyśmy zaległości w 2-3 lata, a później co? A niechby to się wydało/rozeszło dalej? Co wtedy?

Ot taka historia wyssana z urzędu...

sąd praca

by jatonieja

Popełniłem błąd, dałem się wciągnąć znajomym z pracy w dyskusję o polityce…

Popełniłem błąd, dałem się wciągnąć znajomym z pracy w dyskusję o polityce i dowiedziałem się, że nie mogę być gejem jeśli nie mam lewicowych poglądów.

Zapytany jaką partię popieram, odpowiedziałem, że jestem libertarianinem, czyli jak najniższe podatki, żadnego rozdawania pieniędzy nierobom i patologii, jak najmniejsza ingerencja państwa w gospodarkę, własność prywatna jest święta i mówiąc w uproszczeniu możesz robić co chcesz dopóki nie szkodzisz innym, a twoja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. W Polsce nie ma partii stricte libertariańskiej, nad czym ubolewam, dlatego nie głosuję, bo nie zgadzam się z żadną z partii na polskiej scenie politycznej.

Dowiedziałem się, że moje poglądy ocierają się o faszyzm i że co ze mnie za gej, skoro nie popieram lewicy, która walczy o moje interesy. Taaa...

Od kiedy to poglądy polityczne mają zależeć od orientacji seksualnej? Jestem normalnym człowiekiem i chcę żeby nikt mi nie zabierał pieniędzy i nie układał mi życia za mnie. Tylko tyle i - jak widać - aż tyle...

polityka ideologia

by Pedrillo

O tym komu sie bardziej nalezy. Miejsca dla rodzin na parkingach charakteryzują…

O tym komu sie bardziej nalezy.

Miejsca dla rodzin na parkingach charakteryzują się tym, że są szerokie i łatwo można drzwi otworzyć, wyszarpać wózek, dzieciaka wysadzić z fotelika i git. Są też blisko wejścia. A że nie są prawnie nikomu należne, tylko bardziej wskazówkowo, to kiedy jeżdżę z mamą do centrów handlowych, korzystam z nich jak są wolne. Rzecz w tym, że moja mama nie jest inwalidą, nie ma uprawnień, daje sobie radę ruchowo, ale jest dobrze po 80tce, szybko sie męczy i dalekie trasy nie dla niej, ale lubi zakupy (nie chce ciagle w tv siedzieć i ja sie nie dziwię), więc jak ma więcej chodzić to porusza sie z czymś, co pełni funkcję balkonika, taki wózek do podparcia sie i można na nim przysiąść i odsapnąć. Rzecz jest składana, ale spora, więc łatwiej mi operować tym na szerokim miejscu, a i bliskość do wejścia jest dla mamy nie do przecenienia. Więc skoro pora prezentów (w mordę, nie znoszę tego), mamunia zażyczyła sobie wycieczki do centrum handlowego. W sobotę, czyli wczoraj. Ok!
Zaparkowałam na miejscu dla rodzin, bo wolne było. Ledwo otworzyłam drzwi, gdzie chwilowo zamieszkał mamy pojazd, podjeżdża z tyłu auto, otwiera sie okno i pan głosem nieznoszącym sprzeciwu żąda, żebym natychmiast odjechała. Zapytałam z jakiej racji - a bo on ma dzieci. Aha. Odpowiedziałam, że ja też i wróciłam do rozpakowywania pojazdu. Pan mówi, że dzieci nie widzi i że bezprawnie zajęłam im miejsce. Poinformowałam go, że słusznie, że nie widzi, dzieci są w domu i niech sobie jedzie w pokoju, bo ja tu zostaję. W międzyczasie wysiadła moja mama, a wskutek trudności motorycznych dość niezgrabnie jej to idzie, a ja wyładowałam wehikuł, więc w zasadzie widać, dlaczego zajęłam miejsce takie, a nie inne. I wtedy włączyła się żona pana, która dość gromkim głosem wywrzeszczała, że to miejsce dla rodzin! a nie starych prukw! I że jak stara (tak powiedziała) nie może chodzić, to niech na dupie siedzi w domu i Plebanię ogląda. Po czym zwrociła sie do małżonka: przestań z chamami dyskutować, dzwoń na policję. W tym czasie ja rozłożyłam urządzenie, więc mama, nie mając powłóczystego szala, zarzuciła kapturem i oznajmiła, że ogląda tylko Na Wspólnej, a dzisiaj nie ma i oddaliła sie z godnością. Co miałam robić, uśmiechnęłam się uroczo do państwa i poszłam za nią. Widziałam później tych ludzi już w środku i dzieci miały tak 8-10 lat. Pozdrawiam uroczą rodzinkę z Radomia, która wczoraj robiła zakupy w Arkadii. Cudnie dzieci wychowują.
A nawet gdyby mama miała kartę inwalidzką, to i tak wszystkie miejsca dla inwalidów były zajęte. Może jestem niesprawiedliwa, ale wątpię, żeby wszystkie miały odpowiednie uprawnienia...

Edit, bo oczywiscie zawsze sie czlowiek musi tlumaczyc. Poprosze o metodyke zalatwienia karty inwalidzkiej dla osoby, ktora inwalida nie jest. Moja mama inwalida nie jest, ma po prostu 86 lat, a wiadomo ze wtedy trudniej, a tego panstwo nie uznaje za inwalidztwo. Pewnie i slusznie, bo takie zycie, ale faktem jest, ze karty miec nie moze. Gdyby za starosc dostawalo sie pozwolenie na parkowanie na miejscach uprzywilejowanych, to odwiedziny u rodzicow, ktorzy nigdy nie sa przez dzieci odwiedzani, natychmiast by wzrosly. Przynajmniej na czas zalatwienia uprawnien.
I NIGDY, PRZENIGDY nie zaparkowalabym na miejscu dla inwalidow bez uprawnien. Ba, nawet jak przez chwile jezdzilam autem mojej przyjaciolki, ktora uprawnienia miala, NIGDY nie skorzystalam z tego miejsca, bo to swinstwo.

by Samoyed

COVIDowy absurd... Zwykły dzień, godzina 7:30 (do pracy na 8:00 co istotne)…

COVIDowy absurd... Zwykły dzień, godzina 7:30 (do pracy na 8:00 co istotne) córka odwieziona do przedszkola, jadę dalej żeby zawieźć syna (2 lata) do żłobka. Dzwoni telefon- pani pielęgniarka ze żłobka informuje, że od dzisiaj grupa syna ma nałożoną kwarantannę po kontakcie z osobą chorą na COVID. Stres, bo sytuacja nagła i nie wiadomo co robić- brać urlop na żądanie, jechać z dzieckiem do pracy? Kryzys chwilowo zażegnany, bo akurat dzisiaj babcia ma wolne i zgodziła się z nim zostać (pomijam fakt, że babcia również zainfekowana jakimś wirusem). Pozostaje kilka kolejnych dni dziecka na kwarantannie i tu zaczyna się największy problem i absurd wynikający z ustaw i przepisów. Mianowicie- nie przysługuje rodzicom dodatkowy zasiłek z tytułu opieki nad dzieckiem w izolacji/ kwarantannie poza ustawowymi 60 dniami w roku. Akurat wyszło tak, że nasze dzieci w tym roku sporo chorowały (apogeum od września- syn 3 pobyty w szpitalu), w związku z czym mamy te 60 dni opieki już wykorzystane. I teraz pytanie- zostawić 2-letnie dziecko samo w domu, kombinować lewe l4 na siebie, czy wziąć nieprzysługującą już opiekę na dziecko i liczyć się z tym, że ZUS nie wypłaci wynagrodzenia za ten okres? Nie wszyscy rodzice mają możliwość pracy zdalnej (a nawet jak mają to często zależy to od dobrej woli pracodawcy), a nawet jeśli- to praca z domu z żywiołowym 2-latkiem jest niezbyt efektywna. Podsumowując- rodzice róbta co chceta, to wasz problem.

by ~MatkaTrojga

Czasy Telekomunikacji Polskiej. Piekielny telemarketing: 1. Umowę na Neostradę miałem do końca…

Czasy Telekomunikacji Polskiej. Piekielny telemarketing:

1. Umowę na Neostradę miałem do końca października, w czerwcu zaczęli dzwonić z propozycją przedłużenia umowy. Najgorsze było to, że dzwonili codziennie. Moja odpowiedź: "Dziękuję, mam jeszcze czas na wybór oferty" nie pomagała. Oferta była najgorsza na rynku, dlaczego? Czytajcie dalej.

2. Płaciłem abonament 49 zł, a jak przedłużę umowę będę płacił 54 zł za tą samą prędkość. Porąbani ludzie.

Warszawa

by ~Mario41

Nie wiem czy ostatnio było coś na temat piekielności związanych z Pocztą…

Nie wiem czy ostatnio było coś na temat piekielności związanych z Pocztą Polską (bo o kurierach kilka historii czytałam.

Jak nie było to ja się podzielę swoją historią z wczoraj.

Siedzę sobie w domu z chorującym dzieckiem i nagle dzwonek. "Poczta, proszę otworzyć". No to otwieram i nastawiam się na wizytę listonosza. Słyszę jak wrzuca listy do skrzynek, ale potem cisza, poszedł sobie. Pomyślałam że może nikt inny mu nie otworzył.

Za kilka godzin wrócił mąż i wręczył mi... Oczywiście awizo na list polecony.

Naprawdę nie rozumiem, listonosz zadzwonił więc wiedział, że jestem w domu, mało tego mieszkam na pierwszym piętrze, miał do pokonania tylko pół piętra.

Serio to był taki wysiłek przynieść mi ten list? To list z urzędu, nie mogę go nie odebrać choć znam treść decyzji.

Dzięki temu że listonosz nie chciał poświecić minuty, ja będę musiała poświęcić pewnie z pół godziny stojąc w kolejce na poczcie.

poczta

by ~Madde

Obecnie intensywnie szukam pracy, choćby tymczasowej (trudno o rekrutację na nauczyciela w…

Obecnie intensywnie szukam pracy, choćby tymczasowej (trudno o rekrutację na nauczyciela w środku roku szkolnego), i rozsyłam aplikacje i CV do firm wszelakich. Dzisiaj zadzwonili do mnie z jednej z ofert - sprzątania - po ponad miesiącu.
-Dzień dobry, my dzwonimy z firmy Sprzuntocz (nazwa zmieniona), Pan niedawno odpowiadał na naszą ofertę? Chcielibyśmy zaprosić na rozmowę.
-Tak, odpowiadałem, jutro mam czas, mogę przyjechać.
-A czy mógłby Pan jakoś zaaranżować żeby tu do nas tu przyjechać za maksymalnie pół godziny? Bo teraz akurat jest szef a za pół godziny wychodzi i nie wiadomo kiedy będzie.
Grzecznie odpowiedziałem, że nie dam rady gdyż mam dzisiaj dość zawalony dzień, a w pół godziny tak czy siak nie dałbym rady przejechać przez cale miasto.
Do pełni piekielności brakowałoby chyba jeszcze tylko pretensji o to że nie przyjadę, ale na szczęście tego mi oszczędzono.

praca

by GrumpyMatt
Następna strona