Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

piekielni.pl

Pokaż menu
Szukaj

Poczekalnia

Abstrahując od pandemii, paniki i teorii spiskowych: jak kaszlesz, to wypada zasłonić…

Abstrahując od pandemii, paniki i teorii spiskowych: jak kaszlesz, to wypada zasłonić usta.
Ze zwykłej przyzwoitości.

A jak jesteś umówiony na wizytę z powodu swojego kaszlu na konkretną godzinę, to przychodzisz pięć minut wcześniej, a nie pięćdziesiąt minut wcześniej, żeby okaszleć i opluć każdą jedną osobę, która ma wątpliwe szczęście czekać na tej samej poczekalni lekarskiej, co ty.

I nie, nie jestem adwokatem maseczkozy czy entuzjastą lockdownów - po prostu jeszcze w latach 80. ubiegłego wieku babcia mi powiedziała, że przy kaszlnięciu usta się zasłania.
Dla mnie to elementarne zasady dobrego wychowania.

słuzba_zdrowia

by ~elementarnezasadywychowania

W nawiązaniu do właścicieli psów, którym odbija na punkcie pupili (pani z…

W nawiązaniu do właścicieli psów, którym odbija na punkcie pupili (pani z psem w sklepie). Zwierzęta lubię, choć w domu bym nie chciała raczej mieć, ale zdarza mi się jakimś łatwym okazem pozachwywać czy pobawić się z pupilami znajomych - zwierzę jak zwierzę, istota jak istota, nie moje to i żadnych emocjonalnych więzi z nimi nie mam.
Moje osobiste zestawienie ludzi, którzy nie ma rozumieję, że nie każdy musi ich pupilcia kochać.

1. Zdarzyło mi się zmienić fryzjerkę, bo ta, do której do niedawna chodziłam przeszła na emeryturę. "Moja" fryzjerka poleciła swoją koleżankę. Przy pierwszej wizycie zauważyłam, że u pani w salonie jest pies, oczywiście usłyszałam, że to jej niuniuś i mam się nie bać, bo niegroźny. Ok, faktycznie pies się grzecznie zachowywał, a w sumie to spał, cięcie fajnie wyszło, więc wróciłam po paru miesiącach. Pies znowu spał i wszystko było okej do momentu aż się obudził i mimo, że nadal był spokojny pani zaraz się zerwała i zaczęła do niego cmoczkać i niuniusiać, co sprowokowało psa do podejścia do niej (pod fotel na którym siedziałam). Pani odłożyła nożyczki, zaczęła psa tulić i głaskać, a następnie znów wzięła się za moje włosy. Zwróciłam jej uwagę, że bardziej komfortowo bym się czuła, gdyby po cacaniu pieska umyła ręce. Pani to zrobiła bez słowa, po czym walnęła mi z pretensją, że jej pies jest czystszy niż niejeden klient, co do niej przychodzi... Fajnie, nie mam zamiaru tego empirycznie sprawdzać. Po paru minutach nagle stwierdziła, że musi z psem wyjść na "siusiu i kupku" (tak to ujęła) i zostawiła mnie w środku ścinania z mokrą głową. Gdy wróciła po ok.10 minutach byłam już porządnie zirytowana, ale najlepsze na koniec. Gdy wstawałam z fotela pies podszedł do mnie i zaczął domagać się pieszczot, ocierając się o mnie pyskiem - dodam, że duży pies, typ "śliniący" - nie wiem, jaka to rasa. Efektem była strużka jego ślina roztarta na mojej sukience. Pani fryzjerka serdecznie się roześmiała, że jej niuniuś mi pamiątkę zostawił. Powiedziałam pani dosadnie, że nie uważam tego ani za zabawne ani za słodkie i gdyby była to bardziej wartościowa sukienka albo kostium to byłaby właśnie parędziesiąt złoty w plecy za czyszczenie, szczęśliwa była to zwykła codzienna sukienka do wyprawnia w pralce. Obie się zgodziłyśmy, że więcej do niej nie przyjdę.

2. Poszłam z koleżanką i latoroślami na plac zabaw, duży, ogrodzony, na który teoretycznie nie można wprowadzać psów, ale tutejsi psiarze i ich pupile raczej umieją się zachować, więc widok psiurka wylegującego się pod ławką nikogo nie dziwił. Tego dnia na ławce siedziała starsza pani z małym, rozkrzyczanym pieskiem. Piesio szczekał praktycznie non-stop i rzucał się w kierunku każdego, kto obok przechodził, a tym bardziej na przebiegające dzieci. No szczęście był na smyczy. Nie wiem, co starszej pani nagle odwaliło, że pieska spuściła ze smyczy, żeby sobie pobiegał. Kurna. Pies zaczął biegać jak oszalały i szybko ktoś zwrócił pani uwagę, żeby psa wzięła na smycz. A pani odpowiada leniwie, że piesek nic nie zrobi tylko chciał z jej wnusiem pobiegać. A jak jedno dziecko zaczęło płakać i uciekać przed ujadającym psem, to właścicielka tylko wyburczała:
- I co się tak drzesz, przecież nic ci nie zrobi!
Dopiero zdecydowana reakcja matki tego dziecka sprawiła, że pani babcia łaskawie wzięła psa na smycz.

3. Mam sąsiadkę, uprzejmą starszą panią. Ostatnio idąc po klatce schodowej minęłam pod jej drzwiami przywiązanego do poręczy psa. No nic, pies siedzi, widać, że średnio zadowolony z sytuacji, ale spokojny. Parę dni później - to samo, tym razem szłam z dzieckiem, dziecko oczywiście "piesiek, piesiek, mama, piesiek!" Obeszliśmy jednak szerokim łukiem, tłumaczę, że psa nie znamy, nie wiemy do kogo należy, więc nie zaczepiamy.
Przy trzeciej tego typu sytuacji było inaczej, bo pies skomlał na całego. Zadzwoniłam do drzwi sąsiadki i spytałam czy coś jej wiadomo na temat psa na klatce schodowej. Sąsiadka zawołała jakąś "Hanię" i z wnętrza mieszkania wyłoniła się nadęta matrona i pyta z pretensją o co chodzi. Okazało się, że to jej pies, no siedzi se na klatce, i co? A nico, skomli od dobrej godziny (bardzo komfortowe gdy mieszka się piętro wyżej i pracuje z domu). Matrona pyta co ja od niej chcę. Ona do koleżanki przyszła w odwiedziny, ale koleżanka ma koty, które z jej psem się nie lubią, a przecież samego go w domu nie zostawi. Sąsiadka na szczęście zareagowała rozsądniej, powiedziała, że koty zamknie w kuchni i piesio może siedzieć z nimi w pokoju. Matrona jeszcze pomarudziła, że go smród kotów będzie drażnił, ale ostatecznie zabrała tego biedaka z klatki.

4. Dawno, dawno temu gdy jeździłam z miasta studenckiego do domu rodzinnego pociągiem. Z pociągu tłok i ścisk (pozdrowienia z tego miejsca dla PKP), wchodzi kobieta z dużym psem. Robi się problematycznie, a kobieta drze się na całego, że ludzie mają się posunąc, bo ona nie ma gdzie z psem stanąć. Ludzie odkrzykują, że nie ma gdzie się posunąć, na co baba wygraża się, że zaraz psu kaganiec zdjemie i poszczuje, to zaraz znajdą miejsce, żeby się posunąć. Po intwerwencji konduktora uspokoiła się i stanęła grzecznie, racząc podróżnych ciągłymi jękami, że biedny pies musi w takich warunkach podróżować, on się stresuje, bo ludzie niedobre. Taaa, ludzie niedobrzy, bo nie wysiądą, żeby pies miał miejsce.

Pozdrawiam psiarzy, kociarzy i bezwierzęcych. Szanujmy się :)

zwierzolubni

by ~niemamzwierzaka

Niektórzy powiadają, że Łódź to stan umysłu. Być może. Z całą pewnością…

Niektórzy powiadają, że Łódź to stan umysłu. Być może. Z całą pewnością Łódź jest miastem rozkopów. Nie mnie oceniać czy to dobrze, czy źle - faktem jest, że obecnie urzędująca pani prezydent dużo remontuje w mieście. Faktem jest również, że logika przeprowadzania tych remontów jest mocno dyskusyjna. Poruszanie się autem po mieście jest udręką. Na to wszystko ktoś, kto chyba nigdy w Łodzi nie był, wymyślił organizację szczytu OBWE. W związku z tym od dwóch dni mamy policję na każdym skrzyżowaniu, przejazdy korpusu dyplomatycznego w konwoju policji i takie tam atrakcje. Ja mam to szczęście, że do pracy dostarcza mnie komunikacja miejska, door-to-door, i to bardzo sprawnie. I otóż dziś z okien tramwaju miałam okazję zaobserwować taką sytuację:

Tzw. trasa W-Z - wiedzie z zachodu na wschód miasta, łączy - przez centrum - dwa ogromne osiedla. Trzy lub cztery pasy ruchu w każdą stronę, w środku wydzielone torowisko tramwajowe. Godzina ok. 7:30, więc ruch spory, trzeba swoje odstać na światłach, ale nie ma jakichś przesadnych korków. Stoimy wszyscy zatem czekając na zielone i pojawia się konwój - dwa radiowozy, w środku jakiś (zapewne) dyplomata w limuzynie. Kierowcy pięknie, zgodnie z zaleceniami, utworzyli korytarz życia, żeby kolumnę przepuścić - lewy pas zjechał na swoje lewo, reszta na prawo - byłam naprawdę zaskoczona, jak sprawnie im to poszło. Ale państwo policjanci ani myśleli z tego skorzystać - bo oni chcieli przejechać prawą stroną! I się na lewo ruszać nie będą. Bo nie i już. No to poczekali na następną zmianę świateł. Chyba. Bo tramwaj przejechał jak zmieniło się światło. Oni zostali przyspawani do prawego pasa.

by metaxa

Rodzina… Mam dwóch braci, jeden 7 drugi 9 lat starszy. Dla potrzeby…

Rodzina… Mam dwóch braci, jeden 7 drugi 9 lat starszy. Dla potrzeby historii nazwijmy ich P i K.

P, 7 lat starszy ode mnie zaczął sprawiać kłopoty mniej więcej w wieku 16 lat. Od tego czasu zaczęło się popijanie alkoholu, palenie papierosów i zadawanie z szemranym towarzystwem osiedlowym. Rodzice na ile potrafili próbowali go dyscyplinować, ale ich wysiłki nie przynosiły efektu. P coraz częściej wracał do domu pijany, naćpany, przestał chodzić do szkoły, zaczął wdawać się w bójki. Z początku jego zachowanie miało największy wpływ na mnie, często pod wpływem niekontrolowanej agresji byłam wyzywana, bita i poniżana (ówczesna 12-14 letnia ja).
Na moje próby szukania pomocy u rodziców słyszałam tylko “to po co go prowokujesz?” albo “to się do niego nie oddzywaj, albo wychodź z domu jak wraca”. Podobnie reagował też najstarszy brat. Żeby P skończył szkołę średnią rodzice codziennie zawozili go samochodem do szkoły i czekali aż wejdzie, a nauczyciele zdawali szczegółowe raporty z jego zachowania(swoją drogą ogromny szacun dla nich za to). P szkołę skończył, ale wiele mu to w życiu nie pomogło. Szybko wkroczył na drogę przestępczą, pobicia, drobne kradzieże, napady i w końcu wylądował w areszcie. Rodzice zapłacili kaucję i adwokata i wyciągnęli go z kłopotów. Później robili to jeszcze milion razy… Dzisiaj jest prawie 40 letnim alkoholikiem, który w swoich oczach nie ma problemu, żyje od roboty do roboty i od libacji do libacji.

Macie już pełen obraz P, to teraz krótki zarys K.

K od dzieciństwa był bardzo spokojnym dzieckiem, grzecznym i nie wadzącym nikomu, ale jednocześnie był totalną życiową sierotą. Rodzice siedzieli z nim nad lekcjami do końca podstawówki. Do dziś orłem nie jest. K jednak miał ogromną pasję - sport. Wykazywał dość spory talent już w młodym wieku. Ze względu na przekonania rodzice nie zgodzili się na szkołę sportową, trenował więc w lokalnym klubie. W wieku 18 lat dostał szansę wyjazdu za granicę i trenowania w profesjonalnym klubie. Tutaj rodzicie już nie ingerowali, decyzję miał podjąć K. Jak jednak pisałam K jest życiową sierotą zależną od innych. Bojąc się, że sobie nie poradzi ofertę odrzucił. Następne 10 lat spędził wypominając rodzicom jak to przez nich nie zrobił kariery sportowej. K zaczął pracować w rodzinnej firmie i poczuł pieniądz. Ojciec płacił mu zdecydowanie więcej niż innym pracownikom. K jednak do roboty się nigdy nie przykładał, robił na odwal się, na jakoś to będzie. Jak klient się skarżył, to K potrafił go wyśmiać w twarz. Cały kontakt z klientem musiał więc być po stronie ojca. K szastał pieniędzmi na prawo i lewo. Miał tłum przyjaciół do imprezy, bo z nim impreza była darmowa. W tych okolicznościach poznał swoją obecną żonę. Żona myślała że złapała pana Boga za nogi, że będzie księżniczką na włościach, mogącą ewentualnie zajmować się domem. Rzeczywistość dotknęła ją dość mocno. Długo jednak nie popracowała, bo zaszła w “przypadkową” ciążę. Oczywiście od razu L4. Po urodzeniu dziecka było już tylko gorzej, a ponieważ to pierwszy wnuk, to dziadkowie wspierali finansowo jak tylko się dało.

A teraz najlepsze: rodzicom udało się sprzedać działkę za całkiem sensowne pieniądze. Postanowili całą kwotę podzielić na 4 równe części - według mnie całkiem sensowne podejście. Kwota nie była jakaś zawrotna (nie kupisz za to mieszkania), ale na pewno znaczna. Przyjęliśmy z mężem prezent z wdzięcznością, za część kasy kupiliśmy rodzicom prezent, resztę po zbadaniu opcji zainwestowaliśmy w poduszkę finansową niezależną od sytuacji w kraju. I dobrze, że zrobiliśmy to dość szybko, bo niespełna miesiąc po otrzymaniu pieniędzy zgłosił się do nas P. On ma świetny pomysł na biznes, w pół roku podwoimy pieniądze, ale musi zainwestować co najmniej 2 razy tyle co dostał, więc ja dołożę moją część i potem podzielimy się zyskiem… Cóż, znając kryminalną przeszłość P jakoś mi się to nie uśmiechało. Na szczęście pieniądze już dawno były zainwestowane więc daliśmy mu znać, że nie będziemy w to wchodzić. Co ciekawe P przyszedł z tym pomysłem tylko do mnie, do rodziców i do K się nie odważył.
Niecały tydzień później przyszedł K z żoną, która wtedy była jeszcze w ciąży, mieszkanie własnościowe im się marzy. Swoją drogą mnie też, no ale... I oni pomyśleli, że jakby wzięli swoją część, moją część i rodziców, to by kupili mieszkanie dla siebie, no bo jak oni będą mieszkać z dzieckiem w wynajętej kawalerce. Rodzice oczywiście stwierdzili, że dziecku pomogą, no bo przecież komu innemu. Na szczęście nic z tego nie wyszło, bo wredna ja się nie zgodziłam.

Wkurza mnie, że kiedy zasugerowałam zmianę: to my z mężem kupimy sobie mieszkanie za ich pieniądze, to nastała wielka obraza majestatu, bo przecież mamy z mężem dobre prace i zarabiamy, to możemy płacić za wynajem, a im tak ciężko…

Ostatnio rodzice doszli do wniosku, że skoro K słabo sobie radzi w życiu, a P ma dziecko i też ledwo dają radę, to mieszkanie zostawią im na pół. Koronny argument: bo Ty jesteś obrotna i zawsze sobie poradzisz, a braciom się nie układa, to trzeba im pomóc..

Jak patrzę na całą historię i podobne opisywane na tym portalu, to mam taką refleksję: żeby dostać pomoc i wsparcie od osób najbliższych trzeba być albo alkoholikiem-kryminalistą, albo totalną życiową łamagą. Jak człowiek sobie jakoś w miarę radzi, pracuje, rozwija karierę i jeszcze w miare dobrze dogaduje się w małżeństwie, to przecież żadnego wsparcia nie potrzebuje…

rodzina

by NenitkaAC

Kontynuacja wątku z Pusią https://piekielni.pl/89244 Bliskie spotkanie nastąpiło dziś. Usłyszałam, że ktoś…

Kontynuacja wątku z Pusią https://piekielni.pl/89244

Bliskie spotkanie nastąpiło dziś. Usłyszałam, że ktoś idzie z przeciwka, przywołałam psa, zapięłam na smycz. Zza zakrętu wyszedł facet z Pusią i jeszcze jeden z małym pieskiem. Na mój widok panowie w tył zwrot i chcą się oddalić. Ale pieski już się zaciekawiły moim futrem, usiadły na ścieżce i obserwują. Jak wspomniałam w poprzedniej historii na ten temat, te pieski nie znają pojęcia smycz, a nawoływania nie na wiele się zdały, panowie musieli wrócić. Ja stoję, moja suka nie okazuje żadnych oznak agresji, tylko kręci łebkiem tak jak to tylko owczarki potrafią. Jak już panowie podeszli, zadałam dręczące mnie pytanie:
- Dlaczego panowie nie pozwolą podejść? Widzicie, że żaden z psów nie warczy, nie szczeka - może warto, żeby się poznały i pobawiły.
Na to jeden z nich odpowiada:
- Nie możemy im pozwalać się bawić z owczarkiem.
- ?
- Owczarki były szkolone przez hitlerowców do zabijania.

Cóż ja biedna mogłam na to odpowiedzieć? Dałam komendę "naprzód" i poszłyśmy wybiegać futro gdzie indziej.

by metaxa

Króciutka historia na temat równego traktowania rodzeństwa. Mama: - Przecież traktowałam was…

Króciutka historia na temat równego traktowania rodzeństwa.

Mama:
- Przecież traktowałam was równo.
Siostra 1:
- Ale ja nie mogłam nigdzie wychodzić!
Mama:
- Siostra nr 2 też nie wychodziła.
Siostra nr 1:
- Tylko ona nie chciała wychodzić, a ja tak!

Równo nie znaczy sprawiedliwie.

by majoowka

Tym razem coś na śmiesznie Przyszedł kominiarz, rozdawał kalendarze. Puka, otwieram, kominiarz…

Tym razem coś na śmiesznie

Przyszedł kominiarz, rozdawał kalendarze.
Puka, otwieram, kominiarz pyta, czy jest ktoś dorosły w domu

Mam 32 lata

Co golenie robi z ludźmi

by Fahren

Gwałt jest sam w sobie tragedia,a jego konsekwencje w postaci ciąży dodatkowo…

Gwałt jest sam w sobie tragedia,a jego konsekwencje w postaci ciąży dodatkowo niszczą psychikę. Jest to temat trudny i dzielący społeczeństwo. Zazwyczaj według osób które o gwałtach tylko słyszą lub czytaja nie jest to nic takiego, ot zdarzyło się a kobieta ma urodzić choćby nie wiem co.
Nie o aborcji jednak napisze ale o innej stronie mojej tragedii. Piekielne było to co mnie spotkało, bierność matki przyzwyczajonej do przemocy i w końcu konsekwencje przez które uważam że mój oprawca jest nie tylko ped ofilem ale i mordercą.
Nie wiem kiedy zgwałcono mnie pierwszy raz. Poniżej wieku przedszkolnego nic nie pamiętam. Tak wiem że z wczesnego dzieciństwa ogólnie niewiele się pamięta,ale moje dzieciństwo
przypomina ser z dziurami. Czarnymi dziurami czyli tym co wyparłam. Czasem tak sobie myślę jeśli to co pamiętam jest straszne to jak straszne musi być to co moja psychika wyparła.
Gwałcono mnie regularnie bez świadków a moim największym zmartwieniem było to żeby matka się nie dowiedziała. Dlaczego? Bo według dziecięcego rozumowwnia serce jej pęknie a ja muszę ją chronić. Tak, muszę bo ona też była ofiarą przemocy a ja to widziałam i jej było mi żal, nie siebie. Po latach dowiedziałam się że wiedziała i wtedy to mi serce pękło. Matka pracowała od świtu do nocy bo tylko ona nas utrzymywała a że jej nie było to potwór miał pole do popisu. Potem często uciekałam z domu w godzinach jej nieobecności. Zdarzało mi się odsypiać nocne awantury w stogu siana żeby tylko ludzie nie widzieli. Gorzej było w zimie uciekałam do lasu. Lata mijały zaczęłam się bronić bo miałam już na tyle siły, spałam z nożem pod poduszką. Gwałty się skończyły została tylko przemoc psychiczna.
W tamtych czasach nie było internetu nawet nie wiedziałam że ktoś takim osobom jak ja może pomóc. Po latach poszłam na terapię, założyłam rodzinę i gdy mogłoby się wydawać że ten horror się skończył on wrócił i zniszczył mnie na nowo. Okazało się że moje kobiece narządy zostały uszkodzone przez co nie mogę donosić ciąży i dlatego też przypuszczam że musiano się nade mną znęcać dużo wcześniej niż w wieku przedszkolnym. Po stracie pierwszej ciąży lekarze powiedzieli że się zdarza i nie szuka się przyczyn.Bylam w takim szoku że nawet nie byłam w stanie sama ich szukać. Po kolejnych już mnie zdiagnozowano, próbowano leczyć bo przecież musi się udać. Tak bardzo pragnęłam dziecka że chciałam w to wierzyć. Niestety tragedia goniła tragedię. Znalazłam na własną rękę lekarza który kilkoma operacjami niestety nie bez powikłań poskładał mnie do kupy.
Moje maleństwo właśnie śpi a jego lekki oddech jest dla mnie jak najpiękniejsza muzyka. Myślałam że nie będę płakać, ale poduszka już cała mokra. Odnosnie aborcji nie jestem jej zwolenniczką, za moje dziecko w ogień bym wskoczyła ale wiem że nic w życiu nie jest tylko czarne albo białe.
Z matką przez lata nie miałam kontaktu, gdy jej kiedyś powiedziałam co mnie boli stwierdziła że o co mi chodzi jak przecieżnie mnie wychowała bo miałam co jeść i mogłam do szkoły chodzić.

by deszczowachmura

Trochę mną trzęsie, bo wróciłam do przykrych wspomnień. Przepraszam, jeżeli coś będzie…

Trochę mną trzęsie, bo wróciłam do przykrych wspomnień. Przepraszam, jeżeli coś będzie pokręcone.
Jako dziecko byłam bardzo spokojna, cicha, wręcz schodząca każdemu z drogi i zajmująca się sama sobą. W przedszkolu jeszcze było fajnie, panie mnie lubiły i chwaliły, miewałam też koleżanki. Sytuacja na dużo gorsze zmieniła się w podstawówce.
Muszę tutaj wspomnieć, że mój charakter wynikał z atmosfery w domu...wieczne awanturujący się ojciec, pijany, bijący mnie i matkę, później matkę z malutkim bratem na rękach. Wieczna bieda, taka bieda, że zjadłam suchy chleb u sąsiadki (miała odłożony dla kur). Dzieciaki łatwo wyczuły mój słaby charakter i zaczęły mi dokuczać. Najpierw zawziął się na mnie mój kuzyn z kolegami, później w 4kl nowa koleżanka, która przeprowadziła się z Czech.
Starałam się nie przejmować, ale wiecie jak jest...czasem już się nie da. Nigdy nie płakałam, ale wiele razy się bałam.
Moja mama wiele razy interweniowała w szkole, oczywiście wszystko na nic. W szczególną pamięć zapadły mi dwie nauczycielki. Pani "wychowawczyni" z 2kl, która wyzywała od głupków wszystkie dzieciaki, szarpała nas i biła po rękach (jak ktoś nie potrafił czegoś rozwiązać z matematyki) . Tutaj jeszcze jako tako miałam spokój, bo nauczycielka jednak utrzymywała spokój w klasie i nikt nie chciał się jej narazić.
Pani "wychowawczyni" katechetka z 4kl to już totalnie sobie nie radziła. Faworyzowała przebojowe dzieci z bogatych rodzin. Oni mogli robić wszystko, nawet ściągać na lekcjach bezkarnie. Wystarczył głupi uśmieszek prymuski i "UPS" i było po temacie.
Ja nigdy nie ściągałam, nikomu nie dokuczałam a i tak zawsze sobie znalazła coś, żeby jak najbardziej obniżyć mi ocenę z zachowania. Raz miałam bardzo zły dzień, dzieciaki mi bardzo dokuczały, nowa koleżanka złapała mnie w łazience, wyszarpała za włosy i zaczęła grozić, wymyśliła sobie, że mam im dawać pieniądze. A jak nie mam w domu to kraść. Powiedziałam o tym pani i wiecie jaka była jej reakcja? Nakrzyczała na mnie...że ją to nie obchodzi, że mam przestać się czepiać wszystkich dzieci, że mam dać spokój tej koleżance, bo szuka sobie przyjaciół... I obniżyła mi kolejny raz ocenę z zachowania. Posadziła mnie też w pierwszej ławce i za każde przewinienie (np. prośba o powtórzenie zdania) karała uwagami i jedynkami.
Ta koleżanka oczywiście była zachwycona, pewnego razu napadła mnie na osiedlu i jej starsza koleżanka mnie pobiła. Oczywiście nikogo to nie interesowało a ja już nie skarżyłam się tej nawiedzonej katechetce.
Chciałabym wierzyć, że karma wraca, ale jakoś tego nie widzę. Skończyłam szkołę wiele lat temu, mam swoją rodzinę... Ale tamtym nadal się powodzi. Cóż. Złego licho nie bierze.
Szkoda tylko, że nadal ja mam opinię w mieście, że jestem złem wcielonym.
Nienawidzę tej wiochy. Może kiedyś się uda uciec.

Podstawówka

by ~Destiniess

Słów brak czyli o polskiej służbie zdrowia. Mieszkamy w Hamburgu, przyjechaliśmy do…

Słów brak czyli o polskiej służbie zdrowia.

Mieszkamy w Hamburgu, przyjechaliśmy do miasta szefa wszystkich szefów czyli rodzinnego miasta mojej partnerki. Nasz niespełna roczny szkrab dostał potwornej wysypki. Jako, że jest alergikiem z AZS nie zdziwiło nas to specjalnie, drugiego dnia się jednak symptomy nasiliły, więc stwierdziliśmy, że skoro nie ma kontaktu ze stwierdzonym alergenem jedziemy na pomoc świąteczną i nocną do szpitala "Anakin Skywalker". O dziwo wszystko udało się załatwić zadziwiająco szybko, lekarz ogólny stwierdził że to coś alergicznego i mamy się udać na "ciemną stronę mocy", on wypisze skierowanie i jechać na SOR. No to wycieczka na drugi koniec.

Tam po blisko 3 godziny czekania. Nagle wiadomość, że oni nie wiedzą co to jest i dziecko musi zostać z rodzicem. Nie mam pretensji na czas oczekiwania, ale na dalsze wydarzenia.

Jako, że jestem ten mniej emocjonalny powiedziałem, że zostanę z synem. To już było zdziwienie, że jak to tak ojciec zostaje, a dlaczego nie matka? Widać równouprawnienie w Polsce działa w jedną stronę nadal. Mniejsza, idziemy do sali, syn tylko z wysypką bez innych objawów, położyli nas w sali z dziewczynką, która od 4 dni gorączkowała do 40°C, nie chciała jeść ani pić. Nie widziałem u niej nawet wenflonu, a co dopiero kroplówki. Mama tej dziewczyny była pielęgniarka z Ukrainy. Powiedziała że takie rzeczy są nie do pomyślenia. Miałem to samo zdanie. Położyłem wreszcie zmęczonego i wystraszonego syna spać. Przyszła pani pielęgniarka,że gdzie matka muszą zrobić wywiad i że mam zabrać syna na pobranie krwi. Już zaczynałem się gotować, szczęście w nieszczęściu zapomniałem dać partnerce bilet parkingowy i wróciła. Partnerkę zaprosili na wywiad, w międzyczasie skonsultowalem się z moją mamą pielęgniarka co powinniśmy zrobić. Wróciła partnerka i powiedziała mi że oni nic nie zrobią bo już dziecko śpi i jest późno. Ewentualnie mogą je posmarować taka samą maścią jaka używaliśmy w domu. Czyli mam zostać z maluszkiem w szpitalu żeby je nasmarowali a alergolog będzie jakoś jutro popołudniu. Przypomnijmy obok dziecko z gorączką 40°C. Spodziewałem się jakiejś kroplówki, sterydów dla syna. W związku z zaistniałą sytuację zdecydowaliśmy się wypisać syna na 2h na żądanie i udać się następnego dnia prywatnie. Teraz kto jest piekielny?
My że wypisaliśmy dziecko po 2h i zrobiliśmy zamieszanie, głównie papierkowa robotę.
Lekarz który mógł od razu powiedzieć że oni go tylko posmaruja (wtedy byśmy w ogóle nie zgodzili się na przyjęcie na oddział)
Szpital,który dziecko zdrowe jedynie z wysypka kładzie obok potencjalnie chorego dziecka, przypomnijmy mamy teoretycznie czas pandemi COVIDu.

Na lewo u góry

by ~Gasik
Następna strona