Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

piekielni.pl

Pokaż menu
Szukaj

Poczekalnia

Jestem studentką ostatniego roku na PŁ i fanką polskiego morza. Piekielność dotknęła…

Jestem studentką ostatniego roku na PŁ i fanką polskiego morza.
Piekielność dotknęła mnie rok temu podczas wakacyjnego wyjazdu.
Ale od początku. Mam sprawdzoną miejscówkę, jeszcze jak jeździłam z rodzicami. Na górze mieszkają właściciele a dół domu 2 pokoje i wspolna kuchnia i łazienka.
Rok temu wyskoczyłam z przyjaciółką na kilka dni w lipcu i niestety trafiłam na rodzinkę Janusz i Grażyna.

Janusz miał ewidentnie problem z alkoholem, ale i z zachowaniem.

Lodówka była wspólna, ale podział prosty po jednej półce w zamrażarce i po dwie w lodówce. No nie dla Janusza. Kupiłyśmy 2 Kadarki te po 1,5L bo w Stonce była promocja kup 2 to taniej. Wstawione do lodówki i miała być ze 2 wieczory. Niestety nie dotrwała do wieczora. Janusz wypił obie. w ciagu 2 h jak poszłyśmy na spacer po plaży.
Na szczęście po awanturze i interwencji właściciela oddał kasę. Tłumaczył, że Grażynka obiecała mu kupić, i się pomylił.

I sutuacja, gdzie po prostu zostali wyproszeni z kwatery.
Po plaży jak to człowiek w piachu i soli od morza, postanowiłam się wykąpać. Łazienka była na zasadzie półotwarta kabina bez zasłonki wc i umywalka. Zatem myję głowę i jak to wtedy dużo nie słyszę, ale nagle... Męski głos" Ale Cycki"
Otwieram oczy i widzę Janusza widać pijany bo ledwo trafiał do klozetu.
Ja w krzyk, a ten spoko nie jedną widziałem, i chwieljnym krokiem odszedł.
Co się okazało? Nie zamknęłam drzwi???
Nie. Zamek był typu bezpiecznego. Iż można otworzyć od zewnątrz za pomocą ślubokręta. No a Januszowi chciało się siku. To co że zajęte.

Podsumowania nie będzie. Mam nadzieję że w tym roku nie bedzie atrakcji.

wakacje nad polskim morzem

by Kepaka

Historia z piątku. Wyszedłem z pracy i radosny pakuję się do samochodu…

Historia z piątku.
Wyszedłem z pracy i radosny pakuję się do samochodu - w końcu (jak to tymczasowy "słoik") mogę wrócić do rodzinnego domu.
Podchodzi kobieta - lat pi na drzwi 40 z niewielkim hakiem, normalnie czysto ubrana, prosi o pomoc, bo ona biedna, ma "horom curkie" i nie ma na rachunki.
Olałem sprawę, dając jej wskazówkę, aby radziła sobie sama.

Nie byłoby w tym nic piekielnego, poza drobnym faktem.

Baba "atakowała" tylko kierowców/pasażerów stojących przy nowych lub względnie nowych autach.
Do pana w wieku wczesnoemerytalnym wysiadającego z Golfa IV nawet nie podchodziła. Panią z kilkuletniego miastowego jeździdełka też olała.

Ot, cała historia.

PS. Nienawidzę takich osób. Jednak odrobina kultury jaką posiadam skutecznie odwodzi mnie od kazania babie spieprzać w podskokach do roboty, a nie usiłować naciągać ludzi na ulicy.

Po prostu Polska

by ~Pickup2021

Jakiś czas temu znajomy wspominał o swoich sąsiadach i ich psiaku. Rzeczeni…

Jakiś czas temu znajomy wspominał o swoich sąsiadach i ich psiaku.

Rzeczeni sąsiedzi mieszkali w mieszkaniu o powierzchni nieprzekraczającej 40 metrów kwadratowych - dwa pokoje, kuchnia, łazienka, niewielki przedpokój, a do tego dwoje dorosłych, 5 dzieci i wspominany pies - młody owczarek niemiecki.

Obecność psiaka w tej klitce (czy tam mieszkaniu, jak kto woli) była fuzją fanaberii dzieciarni z bezdenną głupotą ich rodziców, bo przecież mały szczeniak nigdy nie urośnie, szczególnie tej rasy, prawda? ;)

Zwierzak nie znał pojęcia komfortu. Krótki spacer po miejskich betonach rano i jeszcze jeden wieczorem. Wiecznie na smyczy, wiecznie bez poczucia jakiejkolwiek wolności.

Oburzeni krzywdą zwierzątka postanowiliśmy zaoferować odebranie im tego stworzonka i zapewnienie mu godnych warunków. Znajomy zaczął więc dość stanowczo sugerować swoim sąsiadom, że to powoli podchodzi pod znęcanie się nad zwierzętami, zaoferował adopcję, i, o dziwo, dotarło.

Finalnie psiak trafił do nas, mając do dyspozycji mnóstwo wolnej przestrzeni i nowego przyjaciela (rówieśnika, również rocznego) który bardzo szybko go zaakceptował i pokochał, szczególnie, że tak samo, jak my, dość ciężko przeżył odejście poprzedniego psiaka, zabranego nam przez nowotwór.

Oba zwierzaki (i my) dostaliśmy, w pewnym sensie, nowe życie. Niestety przed nami wszystkimi nadal jeszcze bardzo długa droga. Owczarek, przez brak miejsca i konieczność sypiania w bardzo niekomfortowych warunkach, często w nienaturalnej wręcz pozycji, nabawił się problemów z kręgosłupem. Wychudzony i mający kłopoty z chodzeniem, bardzo powoli odzyskuje sprawność.

Ja ogólnie rozumiem, że psiak, to coś wspaniałego. To przyjaciel, kompan i świetny antydepresant, ale na Boga Ojca, jeśli nie masz warunków, to nie kupuj/nie adoptuj zwierza, słowem: nie krzywdź go!

zwierzyniec

by kominek

Spotkałam dziś polską wersję Karen. Jadłam obiad w sieciówce z rybami i…

Spotkałam dziś polską wersję Karen.

Jadłam obiad w sieciówce z rybami i owocami morza. Wybrałam stolik blisko kas, więc słyszałam, kto o czym mówi. Podeszła babka koło 50 i mówi do pracownika:
[K]kobieta: Zupkę rybną poproszę, ale tak porządnie, żeby coś więcej, niż woda sama była, jak ostatnio.
[P]racownik: Przykro mi, jest sama resztka. Powiem kuchni, przygotują, powinno być gotowe za 10 minut.
[K]: Co? To skandal! Byłam tu 20 minut temu i powiedzieli mi, że będzie za 10 minut i nic!
[P]: Proszę chwilę zaczekać.

Podszedł do kuchni, po chwili wrócił i powiedział:
[P]: Żadnego zamówienia na zupę nie dostaliśmy. Proszę zaczekać chwilę, będzie gotowa.
[K]: Co pan sobie myśli? Wy ze mnie wariatkę robicie! Byłam tutaj i mówiłam!
[P]: Przepraszam za tę sytuację, postaramy się przygotować jak najszybciej, zamiast tego proponuję...
[K]: Nie interesuje mnie, co mi proponujecie! JA chcę zupy, JA jej żądam i JA mam ją dostać. To jest absolutnie poniżej poziomu. Ja od 30 lat prowadzę biuro podróży i gdybym się tak zachowywała, to żadnego klienta bym nie miała.

Widać było, że pracownik solidnie się wściekł. Nic dziwnego, mnie samej zaczęły chodzić ręce.
[P]: Czy w takim razie życzy ją sobie pani?
[K]: Nie, chcę rozmawiać z kierownikiem!
(tutaj wyobraźcie sobie mema z tym tekstem)
[P]: Już idę, dziękuję, do widzenia, miłego dnia (powiedziane z przekąsem)

Poszedł wkurzony na zaplecze, po chwili wyszła niewiele starsza od niego kobieta.
[Ki]erowniczka: Dzień dobry, nazywam się XYZ, w czym mogę pomóc?
[Ko]bieta: Pomóc? Na mózg sobie możecie pomóc. Wy ze mnie wariatkę robicie, okłamujecie, zupy nie chcecie podać i jeszcze ten wasz pracownik student niemiło mi życzył do widzenia.

Kierowniczkę na moment zatkało. W tym samym momencie dziewczyna, która właśnie odchodziła od kasy i od dłuższego czasu przypatrywała się tej scenie zaniosła się nieco obłąkańczym śmiechem i powiedziała: "Pani to jest żałosna. Robi pani cyrk, jakby to było nie wiadomo co. Proszę się ogarnąć z łaski swojej".

Co ciekawe, zadziałało. Upierdliwy babsztyl się zapowietrzył, odmówił darmowej ryby w ramach przeprosin i sobie poszedł.

PS. Nie neguję drobnej piekielności ze strony knajpy - brak zupy w godzinach szczytu to pewien błąd.

gastronomia

by ~rybomaniaczka

Przeczytałem przed chwilą historię bialyoleander, w której poruszyła temat niegrzecznych dzieci i…

Przeczytałem przed chwilą historię bialyoleander, w której poruszyła temat niegrzecznych dzieci i braku ich wychowywania przez niedobra bratową.
Jestem matką takich niegrzecznych i niewychowanych dzieci. Maluchy mają 3 i 4 lata. Starszy nie mówi, ma problemy z komunikacją nie dostosowuje się do norm. Młodszy jest głośny, jest go wszędzie pełno. Ciężko ich obu opanować.
Obaj są diagnozowani w PPP. U starszego stwierdzono afazję u młodszego nadpobudliwość. Obaj reagują krzykiem, kiedy coś nie idzie po ich myśli. Ciężko się z nimi dogadać. Chodzę z nimi na przeróżne terapie, które dają efekty, ale nie natychmiastowe.
Na spacery wychodzę z nimi prowadząc ich na "smyczy", za co nieraz zostałam zjechana przez obcych i niestety też przez rodzinę. Jedzą często rękami mimo, że potrafią posługiwać się sztućcami. Wymagają ciągłej uwagi.
W oczach rodziny jestem wredna babą, bo nie reaguje na płacz/wymuszanie dzieci. Bo wymagam od nich samodzielnego ubrania się, co jest według prababci nienormalne, bo jestem od tego matką żeby dzieci ubierać. Nie dociera do większości ludzi, że mam zalecenia od terapeutów, których muszę się trzymać, żeby jakoś przetrwać i pomoc maluchom w opanowaniu wielu czynności i dostosowaniu się do życia.
Zawsze jestem zła bratową, synowa, sąsiadka itp. bo nie słucham osób, które nie przebywają na dzień z moimi dziećmi i nie wiedzą co im dolega i przez co przechodzimy.
Jeśli zapraszam kogoś na wspólne wakacje to po to żeby z tym kimś pobyć, nie po to żeby robił za opiekuna do dzieci.
Następnym razem nim zaczniecie oceniać innych, upewnijcie się dlaczego zachowują się tak, a nie inaczej.

by ~Jaaaaaaaaaaaa

Na fali historii o adopcjach zwierząt. Nie będę Wam przecież non stop…

Na fali historii o adopcjach zwierząt. Nie będę Wam przecież non stop o przedszkolu opowiadać :)

Chcę Wam opowiedzieć o piekielnych byłych właścicielach naszej Grubaski. Grubas wzięta została przez nas ze schroniska ponad rok temu, jako dwuletnia sunia. Chcieliśmy z mężem psa dla teściowej, bo po tym jak zabrałam jej jedynego syna, miałam wrażenie, że jest przybita, bo została sama, chociaż starała się tego nie okazywać.

O naszym (moim) pomyśle nie wiedziała. Zaznaczę tu od razu, że Teściowa jest niesamowitą psiarą i chciała psa, ale bała się, że nie da rady połączyć opieki nad nim z pracą. No i bała się babci, która była przeciwna psu, z uwagi na wymieniony wyżej argument.

Miałam kontakt z naszym schroniskiem, dostałam kilka zdjęć psów. Grubas mnie kupiła. Mąż postawiony przed faktem dokonanym, pojechał ze mną na wizytę zapoznawczą. Grubas była bardzo wycofana, bała się do nas podchodzić, miała jeszcze szczeniaki, które jechały do innego domu. Mojemu mężowi nie dała się dotknąć. Musiał się cofać, żebym ja mogła podejść. Wtedy jej opiekunka opowiedziała nam jej historię.

Grubas była trzymana na krótkim łańcuchu w kurniku z kurami. Była bita, najprawdopodobniej przez mężczyznę, bo ich boi się najbardziej. Na tylnej nodze ma wgniecenie w kości i odkształcenie po uderzeniu kijem. W kurniku się oszczeniła. Ktoś zgłosił sprawę, została zabrana wraz ze szczeniętami. Z powodu warunków w jakich żyła, ona i szczeniaki miały pasożyta skóry, przez którego w niektórych miejscach była prawie łysa. Na ciele miała strupy, podobnie szczeniaki, bo pasożyt powodował swędzenie. Była wychudzona. Nikt jej nie chciał. Szczeniaki też zostały w schronisku bo Pan, który je chciał, rozmyślił się. Myślę że stan psiaków go przerósł.

My Grubaskę wzięliśmy. Przyjechała do nas ze swoją opiekunką. Wizyta miała mieć charakter zapoznawczy i jednocześnie kontrolny. Teściowa była zaskoczona ale gdy ja zobaczyła ucieszyła się. Początki były trudne. Grubas wszystko gryzła, chowała się za łóżka, gdy przychodził ktoś nowy. Nie można było przy niej wykonywać nagłych ruchów ani podnosić rąk. Zakopywała jedzenie w łóżkach i pościeli, by mieć je na później. Nie powiem było ciężko.

Trzy miesiące po adopcji od teściowej dostaliśmy sms, że dziękuje nam za najlepszego przyjaciela. Pół roku później pierwszy raz, sama z siebie przyszła się przytulić i spać z moim mężem. Teraz, po ponad roku, jest zupełnie innym zwierzęciem. Wciąż ma jednak fobie. Boi się mężczyzn, nie lubi tłoku a fajerwerki i wystrzały powodują u niej panikę. Obce osoby sprawiają, że natychmiast potrzebuje się ukryć.

Biorąc ją, przeprowadzono z nami wywiad. Było normalnie. Wizyta opiekunki była dla nas też jak najbardziej normalna, biorąc pod uwagę stan psa. Nie dziwię się, że fundacje i schroniska przeprowadzają selekcję, co do przyszłych właścicieli, bo nie każdy da radę. Warto czasami jednak, żeby jedna i druga strona, dla dobra psa sobie zaufała.

Schronisko

by ~Pechowiec1234

Nie rozumiem niektórych ludzi... Mam czwórkę dzieci w wieku 9 - 14…

Nie rozumiem niektórych ludzi...

Mam czwórkę dzieci w wieku 9 - 14 lat i z tego względu mamy 7 osobowego VANa.

Niedawno przemyślałem temat i doszedłem do wniosku, że ja autem jeżdżę głównie do pracy 10 km, a całą rodziną jednocześnie jeździmy raz-dwa w miesiącu do szwagra 15 km i raz w roku na wakacje. Myślę, sprzedam tą bestie o spalaniu 17l LPG i kupię coś małego na miasto, do szwagra najwyżej 2 razy obrócę, na wakacje się busa wynajmie.

Ślubna nawet słyszeć nie chciała, tylko i wyłącznie 7-os auto. No dobra. Tymczasem rozkopali główne ulice i z 10 km mi się zrobiło 15 km objazdami w korkach, a czas dojazdu tymi jedynymi objazdami z 8 min wzrósł do 20-30 min. Spojrzałem na mapę - nawet spoko, jest połączenie rowerowe ścieżkami, odległość 5-7km. Ok, to kupie rower, a autko niech stoi czeka, aż ślubną urobię. Rower jaki szukałem, to miejski elektryk z mocnym wspomaganiem, używany holender, bateria ok 30km zasięgu na max wspomaganiu i niedrogi. Jest, kupiony, zacząłem jeździć praktycznie codziennie.

Co niektórzy nie rozumieją mojej decyzji, niektóre komentarze:
- Ale jak to elektryk! - Normalnie.
- To nie rower! - A co niby? Ale niech ci będzie.
- Leniu jeden, kup se normalny rower! - Że co? Tu akurat komentujący nie miał bladego pojęcia o rowerach elektrycznych. Nie dał sobie przetłumaczyć.
- Też mi uprawianie sportu! - A skąd pomysł, że ja sport uprawiam.
- Tak to ty nigdy nie schudniesz! - Co? No ok, niech ci będzie.
- Ty to naprawdę nie masz co z kasą zrobić! - A co ci do tego, na co wydaje swoją wypłatę? Z resztą u nas w firmie wypłaty są spoko i naprawdę trzeba się dobrze postarać, by do wypłaty nie starczyło.
- Co ty twarz zasłaniasz na rowerze? C-19 się skończył, możesz zdjąć tą szmatkę z twarzy. - Spoko, tylko tak jakoś nie smakuje mi pył z remontowanych ulic. To samo dotyczy okularów - nie lubię mieć kurz/pył w oczach. Ale kto co lubi.

A ja tylko chciałem w miarę szybko o 6 rano dojechać do pracy i wrócić do domu po pracy z ominięciem korków.

No i nie tankować autka dwa razy w miesiącu po 200 zł.

ludzie w pracy

by ObserwatorObywatel

Piekielna bratowa. Mam brata starszego o 8 lat. Zawsze mieliśmy dobry kontakt…

Piekielna bratowa.

Mam brata starszego o 8 lat. Zawsze mieliśmy dobry kontakt do czasu aż wziął ślub. Moja bratowa to głośna, zarozumiała okropna baba, która od czasu zaobrączkowania sukcesywnie odcinała go od rodziny. Miała konflikt z moją mamą i dlatego u rodziców pojawiali się już tylko od święta, mimo, że mieszkają w miasteczku obok.

Ale to co moja bratowa wymyśliła ostatnio to już przechodzi ludzkie pojęcie. Otóż ja i mój chłopak lubimy spokojnie spędzać urlop. Najlepiej biwak albo ciche schronisko w górach. Głośne turystyczne kurorty nigdy nas nie pociągały. Mój brat z rodziną co roku spędzają wakacje w takich kurortach czy to w kraju czy zagranicą.

Toteż wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy brat zaproponował mi i mojego lubemu wspólne wakacje w tym roku, a jakże, w Mielnie. Odpisałam lakonicznie, że takie miejsca nas nie kręcą i w ogóle co tak nagle. Brat napisał, że jego małżonka nagle postanowiła zacieśnić z nami więzy i pomyślała, że wspólne wakacje pomogą zażegnać dawne spory, a poza tym dzieci by się ucieszyły spędzić z nami trochę czasu.

Taa... moi bratankowie są głośni i źle wychowani. Nie potrafią się nigdzie zachować, wszędzie biegają, drą się. Młodszy ma 3 lata i nie potrafi dobrze trzymać widelca, wszędzie je rękami, starszy ma 5 lat i zdarza mu się sikać w spodnie, w związku z czym wszędzie trzeba nosić ubranie awaryjne. Gdy moja mama raz zwróciła jej uwagę czy te zapasowe spodnie będzie tak nosić ze sobą do 18stki, bratowa oburzyła się i wulgarnie kazała mojej mamie odczepić się od jej dziecka. Od brata nie raz słyszałam, że dzieci są męczące, więc po co zaprasza mnie na wspólne wakacje z nimi? No niech zgadnę, liczą na darmową opiekunkę?

Ironicznie napisałam bratowej, że do Mielna nie pojedziemy, bo nie nasze klimaty, ale zapraszamy na wakacje w Bieszczady. Ironii nie wyłapała i odpisała, że chyba nie, bo dzieciom będzie się tam nudzić. No tak, bo bombelkom trzeba zapewnić milion atrakcji zamiast pokazać coś innego niż gofry za 20zł i brudną plażę.

Bratu napisałam, że rozumiem, że żona go prosi, ale niech mi nie robi takich żałosnych propozycji, tylko wynajmie sobie opiekunkę do dzieci. Nic już nie odpisał. Czyżby żonka zabroniła?

rodzina

by ~bialyoleander

Wkurzyłam się (delikatnie mówiąc) parę tygodni temu. Chciałam sobie pojechać do parku…

Wkurzyłam się (delikatnie mówiąc) parę tygodni temu.

Chciałam sobie pojechać do parku (ten akurat jest dosyć daleko ode mnie – ok. 20 mil, więc oczywiście samochodem.
W pewnym momencie, zgodnie z przewidywaniem zresztą, autko zaczęło wołać jeść.

Zajechałam więc na najbliższą stację i ustawiłam się w kolejce.
10 stanowisk, ale tylko 8 z benzyną (na pozostałych dwóch tylko ropa dla HGV).
4 zajęte, ale pech chciał że wszystkie zajęte z wlewem po prawej (czyli mojej stronie). Wiem, że teoretycznie mogłabym chyba przeciągnąć rurę i zatankować z drugiej strony, ale bardzo tego robić nie lubię i jest to bardzo niewygodne i niezręczne, nie wiem czy wszystkie pompy na Shellu mają taką możliwość, więc zdecydowałam się poczekać, tym bardziej, że kolejki jako takiej nie było – tylko samochody tankowane już przy stanowiskach.

W pewnym momencie podjechała na stację grupa ok ośmiu, może dziesięciu motocyklistów, kilkoro z nich także by zatankować, a reszta chyba dla towarzystwa.
Dwóch podjechało do lewego wlewu tam gdzie stałam – spoko, nie ma problemu, i tak czekam na prawy.

Problem pojawił się kiedy kierowca tankujący po prawej uiścił zapłatę, wrócił do samochodu i odjechał – wtedy momentalnie motocyklista czekający na kumpla zajął miejsce po prawej – ja zdąrzyłam tylko przekręcić kluczyk w stacyjce.

Rzadko mi się zdarza, bo tego nie lubię, ale zatrąbiłam.
Raczył się zapytać jaki mam problem, na moją odpowiedź, że się wpakował bez kolejki usłyszałam tylko znienawidzone „Sorry, mate” i wrócił do tankowania... Owszem, długo mu to nie zajęło, ale zawsze... żeby było śmieszniej – miał inne lewe pompy wolne, z krórych mógł skorzystać, więc już totalne chamstwo z jego strony.
Nie zrobiłam nic więcej - obsługa stacji nie zareagowała, a poza tym, ich była cała grupa...
Nie wiem co mogłabym zrobić w takiej sytuacji?
Trąbić do upadłego? Podjechać bliżej i próbować onieśmielić?...
Pierwszy raz odkąd jestem w Anglii zdarzyło mi się być świadkiem takiej bezczelności u tubylca...
Mam nadzieję, że ostatni

by GoshC

Przeczytałam przed chwilą historię o aniołach, które chcą adoptować psa do idealnych…

Przeczytałam przed chwilą historię o aniołach, które chcą adoptować psa do idealnych warunków, a zła baba z fundacji im nie dała.
Byłam już dawno temu złą babą z fundacji przez krótki czas.
Absolutnie rozumiem frustrację obu stron, ale oczywiście gros ludzi widzi tylko swoją.
Moje rozmowy z ludźmi - użyje tylko przykładów z przeżyć aniołów, bo to standardowe problemy:

Ja: mieszkają państwo w bloku, nie będzie problemów ze spacerami?
Oni: mamy balkon, w razie czego się wypuści / bez przesady, ile to razy dziennie trzeba z psem wyjść - raz-dwa? (a to byli ludzie, którzy psa aktualnie też mieli) / w dupach się wam poprzewracało, to nie człowiek, żeby miał wymagania

Ja: mają państwo dzieci, nie będzie tutaj problemu?
Oni: to pies ma się dostosować / nie będzie mi się pani w wychowanie dzieci wtrącać / w dupach się wam poprzewracało, to nie człowiek, żeby miał wymagania

Ja: chcą państwo szczeniaka, czy nie lepiej wziąć starszego psa, one też bywają bezproblemowe, częściej niż szczeniaki, ich charakter już widać, tym bardziej z domu tymczasowego
Oni: Stare psy śmierdzą / co mi pani sugeruje, że niedługo umrę? / jak co, to zawsze można psa komuś oddać, nie? / w dupach się wam poprzewracało, to nie człowiek, żeby miał wymagania

Ja: Chcę się upewnić, że pies będzie właściwie żywiony (nie mam preferencji w sprawie karmy, może być gotowane, ale zdrowe dla psa)
Oni: Oj, duża rodzina, to zawsze coś z obiadu zostanie / u nas w Biedronie takie tanie, a smaczne jest / w dupach się wam poprzewracało, to nie człowiek, żeby miał wymagania

Ja: pies to wydatek, rozumieją to państwo, że może zachorować, to zwykle kosztuje
Oni: A to co? wy jako fundacja nie płacicie? To na co żebracie tę kasę? / A na cóż to może taki pies zachorować? Jak będzie miał sraczkę to się mu węgla da (ludzie psa aktualnie mieli) / w dupach się wam poprzewracało, to nie człowiek, żeby miał wymagania

Po 40 takich rozmowach człowiekowi wszystkiego się odechciewa. Potem oczywiście większość tych kretynów opowiada jak to fundacja zła i ma wymagania. A jednak na 100 rozmów 70 psów do rozmówców trafiało, więc źle nie było.

I kwiatek dotyczący właściwie 90% moich rozmówców. Bo ja to jestem TAKI SZLACHETNY, to zamiast marudzic to powinniście mnie po dupie całować, że chcę kundla wziąć.

Ale wiem, to tylko pies, nie wyjdzie z tym, odda się i weźmie następnego.

by Samoyed
Następna strona