piekielni.pl

Pokaż menu
Szukaj

Top

Wystawiłam za darmo na OLX biurko. Po kilku telefonach umówiłam się z zainteresowanym panem. Kilkukrotnie uprzedzałam go, że biurko jest ciężkie i masywne i aby wziął ze sobą kogoś do pomocy. Ja nie mogę dźwigać, a jedna osoba nie zniesie mebla po schodach.

Pan kilkukrotnie nie przychodził na umawiane spotkania. W końcu się zjawił. Sam. Gdy zobaczył biurko stwierdził, że przecież on sam to nie da rady! Pomogłam mu wypchnąć biurko z mieszkania na korytarz i kategorycznie uznałam, że moja rola się kończy.

No, ale jak to? Jak on teraz ma to biurko znieść? Przecież muszę mu pomóc. To tylko jedno półpiętro, a on sam przecież nie da rady. Co to dla mnie! Tu złapię, tam podniosę, hop siup i już! Był bardzo wzbudzony, że nie chcę mu pomóc.

W końcu zrozumiał i poszedł po jakiegoś okolicznego menelika. Na odchodne, zamiast podziękowania, usłyszałam, że miało być za darmo, a on musiał gościowi kilka złotych dać na piwo.

by Morticia

Mam ci ja matkę.
Jest to kobieta bardzo skrzywdzona. Przez życie, mojego ojca, własnych rodziców... Długa historia.
Ale nie o tym dziś.
Lata temu... Osiem chyba, wyszła ponownie za mąż. Po ponad 20 latach bycia rozwódką. Jej sprawa. Do wesela dołożyłem, szczęścia życzyłem. Wszystko było okej. Na pierwszy rzut oka. Na drugi zapytacie? Już nie.

Zacznijmy od tego że jej nowy ślubny to Ukrainiec. Nie mam nic do narodu. Ba! Nawet w moim garażowym zespole jest Ukrainka.
Ale... No właśnie ale! To banderowiec. Nie, nie ten z Wołynia. Tylko pseudo narodowiec.
Jak to, zapytacie... Otóż tak. Gość mnie nienawidzi. Dlaczego? Bo jestem Polakiem. Dlaczego ożenił się z Polką? Bo wiza się kończyła, a w kraju sytuacja niepewna.
Mej matce nie wolno posiadać Facebooka, bo go zdradza. Ona musi za*** coby dom utrzymać. On? Pracuje dwa dni w tygodniu. Resztę spędza do góry brzuchem z piwem.
Żona się skarży? To pach! W twarz.
Tak. Potrafi ją uderzyć. Jej reakcja? Bo tak u nich jest. I koniec.
Raz byłem świadkiem jak próbował. Jak myślicie? Jak długo go zasłaniała?

A co do bycia banderowcem jak wspomniałem? Wszem i wobec wygłasza hasła, że Polska to nie Polska... A Ukraina. Tylko jeszcze o tym nie wiemy. Generalnie pan na włościach. A mi tylko mamy szkoda. Bo to dobra kobieta. Ale syndrom sztokholmski jest silny. Nawet służby nie pomagają.
Mi pozostaje tylko widywać się z nią jak go nie ma (bo u kumpli na wódeczce), albo próbować łapać na mieście.

Nie mam już siły. Następne wpisy będą chyba z ciupy.

by IblisAlucardo

Na fali historii o WF-ie opowiem swoją.
Na początku muszę opowiedzieć coś o sobie i o swoich problemach ze sportem, ruchem itp.

Po pierwsze, coś jest nie tak z moją koordynacją ruchową. Nie wiem czemu, zawsze tak było. Mam duże problemy z "dostosowaniem" się do innych, np. podczas wspólnych tańców czy ćwiczeń. Nawet teraz, w dorosłym życiu, się to objawia w różnych momentach. Np. idę sobie na koncert, na jakiejś piosence wszyscy podnoszą ręce do góry i machają w lewo, w prawo, w lewo... A ja nie nadążam, i gdy wszyscy już mają ręce po prawej, to ja jeszcze po lewej i na odwrót.

Po drugie, nigdy nie byłam za bardzo wygimnastykowana, rozciągnięta itp. itd. Jako dziecko/nastolatka byłam dosyć ruchliwa, miałam dobrą kondycję np. do biegania czy jazdy na rowerze, nie miałam nadwagi. Ale zawsze byłam... mało gibka, po prostu. Nie radziłam sobie z ćwiczeniami typu "dotknij palcami stóp, nie zginając kolan".

Po trzecie, zawsze byłam też słaba. Miałam zupełnie niewyćwiczone ramiona, nie umiałam mocno rzucić piłką, nie radziłam sobie w ćwiczeniach typu podciąganie się na drążku.

Po czwarte, z różnych powodów, których wypisywać nie będę (to materiał na osobną, długą historię) byłam nielubiana. Przez 12 lat, 4 różne szkoły (zmieniałam podstawówkę) byłam czarną owcą, która w najlepszym przypadku była przez większość ludzi ignorowana, a w najgorszym wyśmiewana, cokolwiek by nie zrobiła. Nawet gdy już ktoś mnie lubił, na tyle, by ze mną gadać, to nie na tyle, żeby się za mną "wstawiać" i bronić mnie przed innymi.

Biorąc pod uwagę wszystkie te czynniki, WF dla mnie to był absolutny koszmar. Nauczyciele (a przewinęło mi się ich w sumie sześciu różnych) w ogóle nie brali pod uwagę predyspozycji uczniów do danych dyscyplin. Nie ze wszystkiego byłam słaba, bo np. miałam bardzo dobre oceny z różnego rodzaju biegów, a także z niektórych, bardziej indywidualnych ćwiczeń z piłką (np. wspomniane zaliczenie na zrobienie dwutaktu), umiałam dobrze jeździć na łyżwach (w liceum czasem chodziliśmy na lodowisko). Ale z wieloma rzeczami bardzo sobie nie radziłam. ŻADEN nauczyciel nie próbował mi pomóc, zachęcić jakoś do tego, bym w domu ćwiczyła dane partie, żeby potem lepiej radzić sobie na lekcjach. ŻADEN nie próbował mi pomóc, pokazać jak poprawnie wykonać ćwiczenie, poprawić, gdy coś robiłam nie tak - nie umiesz? Dwója (na szczęście za samo próbowanie były dwóje, jedynki dostawali tylko ci, którzy w ogóle nie podchodzili do zaliczeń).

Wspomniane w poprzedniej historii gry zespołowe to był koszmar. Jeszcze jako-tako radziłam sobie z siatkówką (chociaż też w ogóle nie wychodziła mi zagrywka), ale koszykówka, piłka nożna, ręczna czy hokej to była tragedia. Nie miałam szans poprawić się w tych sportach, bo - jak wspominałam - większość ludzi mnie nie lubiła i celowo do mnie nie podawała. A jak już ktoś do mnie podał, albo sama przejęłam piłkę, i coś mi nie wyszło to byłam strasznie gnojona. To sprawiało, że brakowało mi pewności siebie i szło mi coraz gorzej, ze stresu. Lubiłam, gdy mieliśmy czasem zajęcia z ping-ponga albo tenisa - tam, nawet gdy popełniłam błąd, to liczył się on tylko na moje konto i nikt nie miał do mnie pretensji.

Rozgrzewki... w gimnazjum i liceum rozgrzewki prowadzili uczniowie, głównie ci, którzy się sami zgłosili, ale każdy w semestrze miał mieć co najmniej jedną ocenę z prowadzenia rozgrzewki, więc i mnie to nie ominęło. To też była tragedia. Gdy tylko musiałam poprowadzić rozgrzewkę to natychmiast zapominałam jakie są ćwiczenia, oprócz skłonów i pajacyków. Nigdy nie byłam typem "lidera" i sama myśl o tym, że mam wybierać jakie ćwiczenia robić, niezwykle mnie stresowała, a fakt bycia nielubianą - nie pomagał.

W komentarzach pod tamtą historią parę osób napisało, że WF to przedmiot jak każdy inny i jeśli człowiek sobie z nim nie radzi, to powinien ćwiczyć w domu. Problem był jednak taki, że WF skutecznie zniechęcał mnie do ćwiczeń, sportu itp. W wolnym czasie czasem jeździłam na rowerze czy rolkach, bo to lubiłam i nie traktowałam jako sportu, tylko hobby. Ale robienie jakichkolwiek innych ćwiczeń, np. po to, żeby poprawić swoją siłę fizyczną? Nie, nie, nie, wszystko tylko nie ćwiczenia, kojarzące się z WF-em! Nienawidziłam tego przedmiotu najbardziej ze wszystkich.

Jakaś forma przymuszenia uczniów do ruchu w szkole jest całkiem dobrym pomysłem, bo ruch jest potrzebny. Ale nauczyciele powinni bardziej indywidualnie traktować predyspozycje uczniów oraz bardziej im pomagać, gdy sobie nie radzą.

Aha, dodam jeszcze jedno. Ktoś w komentarzu napisał, że takie gry zespołowe są potrzebne, żeby nabyć umiejętności współpracy. A gdzie tam. U mnie przymuszanie do "współpracy" z innymi uczniami sprawiało tylko, że jeszcze bardziej popadałam w lęki społeczne, z których musiałam się potem leczyć. A współpracy nauczyłam się sama, w pracy, gdy miałam normalnych ludzi i gdy do tej współpracy nikt mnie nie zmuszał, a sama uznawałam ją za korzystniejszą niż robienie czegoś samej.

Szkoła WF

by ~Skarpetkaaa

Czytałem już kilka historii o problemach z egzekwowaniem praw jakie przysługują Zasłużonym Honorowym Dawcom Krwi, więc dodam i swoją.

Niestety dotknęła mnie choroba cywilizacyjna nazwana: zespołem cieśni nadgarstka (w obu rękach), więc udałem się do lekarza pierwszego kontaktu, ten wystawił bezproblemowo skierowanie, a nawet i 2 (do neurologa i neurochirurga - gdzie będzie krótsza kolejka).

I tu zaczynają się schody, ale nie jest jeszcze bardzo źle. Otóż do neurologa pomimo uprawnień, czas oczekiwania miesiąc (dla niewtajemniczonych maksymalnie powinienem czekać 7 dni), ale (o dzięki ci stwórco) w przyszpitalnej poradni neurochirurgicznej usłyszałem, że przyjmą od ręki (co się rzadko zdarza).
Pan doktor młody i miły wykonał szybki test i potwierdził podejrzenia lecz żeby sprawdzić czy jestem na etapie, że trzeba "ciąć" dał mi skierowanie na badanie EMG.

Z karteczką raźno udałem się pod gabinet gdzie rejestrują do tego badania, a tu psikus, bowiem są wyznaczone konkretne dni i godziny kiedy się to odbywa (oczywiści przeciętny Kowalski jest wtedy w pracy), więc "pstryk" zdjęcie i średnio zadowolony maszeruję do domu, aby za kilka dni (bo zbliżał się weekend) wykonać telefon.
W poniedziałek dzwonię, pani pielęgniarka (PP) odbiera:

ja- Dzień dobry, chciałbym zarejestrować się na badanie EMG.
PP- W tym roku już nie mamy funduszy, mogę umówić dopiero na styczeń (był dopiero czerwiec).
ja- Rozumiem, lecz jestem zasłużonym dawcą krwi.
PP- Ja nie mogę podjąć takiej decyzji, musi pan rozmawiać z lekarzem, proszę dzwonić na końcówkę XXX.

Oczywiście lekarz nie odebrał. Dzwonię ponownie w kolejnym dniu rejestracji (środa), sytuacja z pielęgniarką się powtarza, ale w gabinecie lekarza tym razem ktoś odebrał. Naświetliłem sprawę, że chcę się zarejestrować i jestem ZHDK, na co pani powiedziała, że oczywiście tylko prosi o telefon później, bo aktualnie wykonuje badanie i nie ma jak ustalić terminu. O ja głupi się zgodziłem i zadzwoniłem około 14:30 ponownie i tym razem żeby było zabawniej nikt nie odbiera. Ponowiłem więc telefon do pielęgniarki, ta mi dała inny numer lekarza, ale pani Doktor jak tylko usłyszała z czym dzwonię, bezczelnie odłożyła słuchawkę. Znów telefon do pielęgniarki (myślę, że już zaczęła mnie uwielbiać). Powiedziałem jej jaka jest sytuacja z umówieniem się na badanie i że zaczynam mieć tego powyżej uszu, a że przysługuje mi takie prawo zgodnie z ustawą, więc zaczynam liczyć 7 dni od pierwszego telefonu i będę składał skargę w NFZ. PP w drodze załagodzenia chyba sytuacji dała mi numer do działu organizacji pracy szpitala (w którym działo się to wszystko), tam też od nowa wszystko wyjaśniłem i Pani Rozgarnięta (PR) stanęła na wysokości zadania, powiedziała, że taka sytuacja nie może mieć miejsca i ona to załatwi i prosi mnie o numer telefonu oraz, że za kilka dni się odezwie.

Po dwóch dniach dzwoni, że niestety ma złą wiadomość, bo ani prywatny gabinet w moim mieście nie chce tego badania zrobić, a w mieście wojewódzkim nie chcą wystawić na to badanie faktury, ale prosi żebym dał jeszcze jeden dzień. W następnym telefonie słyszę, że jednak lekarz w szpitalu zgodził się wykonać to badanie w terminie 4 dni od rozmowy.
Badanie to było o tyle ważne, że bez niego nie było wiadome czy mam mieć umawiany zabieg chirurgiczny czy nie. Jest to jeden z wielu przypadków kiedy nie honoruje się praw dawców, a ciągle banki krwi apelują, że potrzebni są nowi.

W dzisiejszych czasach nic się nie dostaje za darmo, więc szczególnie służba zdrowia powinna wiedzieć ile dawcy dają innym.

słuzba_zdrowia

by ~DrKaboom

Takie wspomnienie piekielności szkoły.
Ostatni wpis pana Tomasza ze strony "Nauka to lubię" o przeciążonych uczniach, konkretnie fragment o kładzeniu się na podłodze po powrocie ze szkoły do domu, przypomniał mi własne doświadczenia z tym związane.

Od 1 klasy podstawówki chodziłam do szkoły pieszo nieco ponad kilometr. W klasach 1-3 były "zestawy podręczników". Grube tomiszcza, z równie grubymi "ćwiczeniami" i trzeba to było dźwigać codziennie, niezależnie od lekcji, bo były do wszystkiego.
Do dzisiaj pamiętam, jak po przyjściu ze szkoły sama leżałam czasem po pół godziny na twardej podłodze, żeby poczuć trochę ulgi, bo ból górnej części kręgosłupa był straszny. Niekiedy będąc w 2/3 drogi do domu musiałam zdjąć plecak i się wyprostować chwilę (przy tym obciążeniu musiałam chodzić zgarbiona jak Tofik, żeby nie polecieć na cztery litery). I często już łzy z bólu ciekły.

W późniejszych klasach ciężar już zależał od lekcji w danym dniu, poza tym w okresie wiosennym i jesiennym dojeżdżałam rowerem, więc plecak na bagażnik i nie ma problemu. Jednak zimą często dostawałam "minusy" za brak ogromnego podręcznika dajmy na to historii, kiedy musiałam mieć ze sobą jeszcze 4 inne równie grube od matematyki, polskiego czy przyrody. Zwyczajnie wiedziałam, że nie dam rady ich wszystkich przetransportować na plecach w jedną i drugą stronę, zwłaszcza jak jeszcze leżał śnieg, albo było ślisko.

Nie wiem, czy to była reguła, bo szkoły nie mają identycznych podręczników, ale te nasze naprawdę były pokaźne, bo były całoroczne, a nie na jeden semestr.

Pamiętam też, że na badaniach w 1 klasie miałam idealnie prosty kręgosłup, a po badaniach gdzieś w połowie zaczęła mi się kreować skolioza.
Mówiło się wtedy, że dzieciaki dostają skrzywień od siedzenia przy komputerach. Ja komputer w domu miałam dopiero gdzieś pod sam koniec podstawówki, a styczność z komputerem ciotki po godzinkę - dwie raz na kilka dni. Za to spędzałam większość wolnego czasu na dworze. Obalam teorię.

szkoła

by Carima