piekielni.pl

Pokaż menu
Szukaj

Top

Historie o piekielnych kontrolerach i równie piekielnych pasażerach się tu przewijają.
W mojej jednak piekielny nie pojawił się osobiście... ale swąd siarki i tak się uniósł.

Jadę sobie prawie pustym tramwajem, oprócz mnie siedzi jeszcze jedna kobieta i babcia na oko dawno po 60.
W środku trasy kontrola.
Babcia niemrawo próbuje włożyć bilet do kasownika. Zbiera jej się na płacz. Kontroler sprawdził mnie i podchodzi do babci.
(dialog oddaję najlepiej jak pamiętam)

- Co pani robi?
- Ja bym chciała skasować...
- Proszę pani, kasowniki się zablokowały, teraz się nie da skasować.
- Ale ja muszę! Jak dostanę kolejną karę, to nie będę miała co jeść! Niech pan zrozumie...
- Jaką karę? A pani nie powinna już jeździć za darmo?
- Nie, bo przepisy się zmieniły...
- Które? - kontroler baranieje, ja w duchu też.
- No, teraz osoby starsze jeżdżą za bilety normalne bez wyjątków.
- Kto pani takich bzdetów nagadał?
- No, inny kontroler.
- Kiedy? Nikt go nie poprawił?
- W piątek, jechałam wtedy sama - kontroler widocznie potrzebował chwili, żeby ochłonąć.

Przeprosił babcię, poszedł sprawdzić pozostałą pasażerkę, wrócił i zaczął tłumaczyć, że nie musi płacić, jeśli ma powyżej 70 lat. Poproszona, babunia okazała mu dowód osobisty, z którego dobitnie wynikało, że ma 82 lata. Z dalszej rozmowy wynikło, że właśnie jechała zapłacić "karę" z piątku. Kontroler pozłorzeczył na kolegę po fachu, a następnie wysiadł z babcią na przystanku w pobliżu ZIKit-u.

Niby happy end, ale w ten sposób wyrywać pieniądze od starej kobiety?
Ludzie...

komunikacja_miejska

by kawaimonster

Od ok. czterech tygodni śledzę pewną ofertę sprzedaży butów na czasnabuty.pl Bywa, że sklepy internetowe mają jakieś krótkotrwałe promocje i można kupić taniej.

Przez trzy tygodnie nic się nie zmieniało w cenie, więc kiedy niemal identyczne znalazłam w stacjonarnym sklepie, kupiłam. Zawsze wychodzę z założenia, że lepiej przymierzyć. Jednak ofertę z netu obserwowałam dalej, jakby mi się jednak zachciało drugich. Dziś przeglądam piekielnych, a z boku wyskoczyła reklama "moich" butów opatrzona znaczkiem -38%. Myślę sobie, uźwa, było nie kupować i jeszcze poczekać, a tak przepłaciłam. Z ciekawości klikam. A tam takie coś: promocja, hity srity z 79 zł na 49 zł.
Tylko, że buty przez całe cztery tygodnie kosztowały właśnie 49.

Internetowy sklep obuwniczy

by Grejfrutowa

O tym jak aplikowałem na stanowisko lektora języka angielskiego w pewnej "szkole językowej".

Skończyłem filologię i postanowiłem poszukać pracy związanej. Trafiłem na rozmowę do czegoś, co nazywało się błędnie szkołą językową. Dlaczego błędnie? Wyjaśnię pod koniec.

Przychodzę, wita mnie wytapetowana i bardzo lubiąca solarium pani, zadaje kilka standardowych pytań, po czym daje do rozwiązania test ze znajomości języka. Tu pierwszy raz zadałem sobie pytanie - gdzie jestem? Na rozmowie o pracę, czy na lekcji w gimnazjum? Pytanie stąd, że test był na poziomie gimnazjum. Rozwiązałem go w 5 minut, z wynikiem 100%. Następnie pani zajrzała do mojego CV i mówi:
- Napisał pan, że interesuje się historią. Konkretniej?
- XX wiek, Polska i Europa.
- To proszę mi powiedzieć od czego zaczęła się druga wojna światowa.
- Od prowokacji gliwickiej [tu opisuję pokrótce].
- Dobrze - cieszy się pani - większość mówi, że od ataku na Westerplatte. Dobrze!
Myślę sobie - o, znowu w szkole jesteśmy? No ale ok... Zrobiłem pozytywne wrażenie, może być tylko lepiej. A tu niespodzianka. Pani wyciąga mikrofon.
- Będziemy śpiewać?
- Nie. Wylosuje pan temat, na który się pan będzie wypowiadał przez dwie minuty. Nagranie przeanalizuje nasz metodyk i podejmie decyzję.

No dobra. Losuję karteczkę i... "Co lubisz robić w wakacje?" Serio? W liceum i na studiach dyskutowaliśmy o polityce, religii, gospodarce, mówiliśmy po angielsku równie swobodnie jak po polsku, a ona mi teraz każe przez dwie minuty mówić na temat rodem z drugiej klasy podstawówki, który wyczerpuje się w 20 sekund? No nic, próbuję. Tak jak spodziewałem, wyczerpałem temat w niecałe pół minuty. Pani niezadowolona:
- Przecież pan nie zna angielskiego!
- Znam. Ogólnie to byłem przygotowany na to, że cała rozmowa będzie po angielsku i będziemy rozmawiać o czymś bardziej sensownym niż co lubię robić w wakacje.
- Jak pan chce rozmawiać po angielsku, jak pan nie zna angielskiego?! - prychnęła nerwowo.
- No to spróbujmy.
- Nie! - krzyknęła - Pan nie zna angielskiego!
- Skoro tak pani mówi...

Kto nie zna, ten nie zna, ale to ja chciałem rozmawiać po angielsku, a ona nie. Minęło kilka sekund, ochłonęła trochę i mówi:
- MIMO WSZYSTKO wyślę nagranie do metodyka.
O dzięki ci za łaskę. Wiedziałem już, że mnie nie przyjmą, a i mnie zmalała ochota na pracę u nich, ale chciałem pociągnąć tę farsę do końca.
- Proszę mi powiedzieć, jak wygląda praca u państwa? - pytam.
Spodziewałem się tego, co w każdej szkole językowej, czyli grupy, plany zajęć, itd. O ja naiwny.

Tutaj się zbliżamy do tego, dlaczego firma ta była szkołą językową tylko z nazwy. Otóż praca polegała na tym, że oni znajdują mi klienta na terenie całego województwa, ja do niego jadę, on im płaci, a oni za godzinę lekcyjną płacą mi 20 zł. Czyli takie pośrednictwo przy korepetycjach.
- Jak mam dojeżdżać do klienta?
- Ma pan samochód - stwierdziła pani.
- Na jakiej zasadzie są rozliczane zwroty za paliwo?
- Nie ma zwrotów.
- Czyli państwo znajdują mi klienta w dowolnym miejscu na terenie województwa, ja mam do niego jechać i wrócić na własny koszt, a państwo mi zapłacą 20 zł za godzinę lekcyjną?
- Tak to u nas wygląda.
- To nie musi pani wysyłać tego nagrania do metodyka.

Pani prychnęła, ja wyszedłem.

szkoła praca

by ~MXM

Ach ci Janusze biznesu...

Po wczorajszym rodzinnym spotkaniu nie mogę zrozumieć, jak można było wpaść na tak "genialny" pomysł.

Wujkowi (mężowi mojej chrzestnej, u której wspomniana impreza była) umyślało się zakładanie firmy. Ale nie byle jakiej. Chce otworzyć małe centrum obróbcze, czyt. kupić frezarkę i na niej robić formy odlewnicze. Na dokładnie takiej samej zasadzie, jak firma, w której pracuje. Oczywiście głównym ogniwem spajającym całe przedsięwzięcie mam być ja. Bo mam wiedzę, doświadczenie, znam rynek (guzik prawda, bo praktycznie mnie on nie interesuje), mam pieniądzeb(odkładane na ślub w przyszłym roku), a poza tym, dostęp do narzędzi(pożyczka z zakładu na wieczne nieoddanie, lub jak kto woli, zwykła kradzież).

W jego zamyśle miało by to wyglądać mniej więcej tak:
1. Frezarkę kupujemy na zasadzie, że on daje ile może, a ja dorzucam resztę. Co wychodzi w proporcji mniej więcej 1/3 do 2/3, na moją niekorzyść.

2. On udostępnia budynek gospodarczy, taki do kapitalnego remontu, gdzie trzeba zrobić porządną instalację elektryczną, centralne, wodę, wylewki, tynki, poprawić, bądź wymienić wiecznie cieknący dach. O podziale kosztów adaptacji nie wspomniał, ale znając go, nie dałby grosza, bo przecież udostępnia budynek.

3. Narzędzia "pożyczałbym" od siebie z firmy. Pracowalibyśmy na nich do momentu aż nie dorobimy się własnych (znając jego pazerność - nigdy), bądź do momentu aż się nie zużyją. Wtedy następowałaby podmiana na nowe.

4. Kupowaniem materiałów, szukaniem klientów, pisaniem programów, jak również pracą na samej obrabiarce, zajmowałbym się ja. On mógłby robić ewentualnie dowozić stalowe bloki na formy z hurtowni.

5. Przeszkolenie go, tak by sam mógł frezarką się zająć (nie mówię programem), czyli, założyć narzędzia do bębna, uzupełnić chłodziwo, wyprzątnąć wióry i inne czynności, które nie wymagają jakiejś specjalistycznej wiedzy, raczej odrobiny praktycznej, oczywiście w grę nie wchodzi, bo przecież ja to umiem. Więc on nie musi.

Słuchałem jego rozważań przez jakieś 10 minut. A im dłużej to trwało, tym bardziej dusiłem się w sobie ze śmiechu.

Odmówiłem, przy jego ogromnym zdziwieniu i oburzeniu, że jak mogę taki genialny interes zabijać w zalążku.

Z imprezy zwinęliśmy się wcześniej, niż planowaliśmy, bo mieliśmy dość kąśliwych uwag wujka przy częściowym poparciu reszty zaproszonych gości.

Dzisiaj rano zadzwonił, po części z przeprosinami za to, że go trochę poniosło wczoraj, a po części z próbą dalszego przekonania mnie do tego "złotego interesu", jak to zgrabnie określił.

Czy tylko ja mam przeczucie, że z mentalności wujka jeszcze nie wyszła głęboka komuna?

janusz biznesu

by PluszaQ

Jak pisałem, miałem do wydania trochę drewna, za nieduże pieniądze. Dziś zadzwonił do mnie koleś, że się zdecydował, i był bardzo zniesmaczony tym iż drewna nie ma.
Ale może wpierw opiszę w skrócie jego rozmowę na OLX.

Moje ogłoszenie "Drewno świerk około 3m3 cena 200zł BEZ DOWOZU" plus zdjęcie.

Jego zapytania:
Jaka cena?
Gdzie do odbioru?
Ile tego jest?
Kiedy cięte?
Czy sezonowane?
Nie da rady Pan transportu?
On musi przemyśleć sprawę.

Wydzwania od rana, bo on zdecydował się kupić to drewno i dlaczego nie czekałem, przecież skoro on się zastanawia, to czekaj człowieku.

olx

by bayhydur

Od czasu do czasu sprzedaje jakieś drobiazgi na eBayu.

W połowie sierpnia jakaś babka kupiła ode mnie sukienkę na eBayu. Czekałam ok. 10 dni na wpłatę, potem zaczęłam jej przypominać o zaległej płatności. Wymówek miała wiele, a to była w szpitalu, a to na urlopie, a to wypłata jej się spóźniała. Po kilku grzecznych mailach zgłosiłam eBayowi brak wpłaty i po kilku dniach poprosiłam o zwrot prowizji, który otrzymałam, a klientka dostała ostrzeżenie. Wysłała mi bardzo nieprzyjemnego maila z pretensjami i kłamstwem, że pieniądze przelała. Olałam to.

Kobieta kilka dnia później kupiła przez Kup Teraz inny przedmiot, zapłaciła natychmiast przez PayPala, a ja, jak Pan Bóg przykazał, wysłałam następnego dnia. Kilka dni później zgłosiła eBayowi, że chce oddać przedmiot, bo ma plamy. Jako osoba ugodowa zaakceptowałam zwrot, wysłałam dane do zwrotu i tyle. W mailu od eBaya dostałam info, że po otrzymaniu przesyłki jestem zobowiązana zwrócić klientce wszelkie poniesione koszty. Klientka prawdopodobnie dostała podobnego maila, gdyż zaczęła wypisywać do mnie wulgarne maila typu "najpierw oddaj kasę, to ci wyślę sukienkę, debilko" lub "odpisz, oszustko" "oddawaj kasę, naciągaczko".

Witki mi opadły jak po pracy przeczytałam te wiadomości, więc, że sprawa była groszowa, oddałam jej pieniądze i poprosiłam, aby więcej się ze mną nie kontaktowała. Końcem końców wygrała, miała towar, którego wadliwości nie mogłam zweryfikować i zwrot pieniędzy.Koniec? Gdzieżby. Pani była na tyle uprzejma, że wystawiła mi negatywa. Zgłosiłam sprawę eBayowi, poddając w wątpliwość uczciwość i kulturę osobistą klientki, podkreślając, że nie rozumiem, jakim prawem kobieta wystawia mi negatywa, skoro otrzymała zwrot kasy i zatrzymała towar. Ja jako sprzedawca nie mam żadnego prawa wystawić klientowi nega. Odpowiedź eBaya:

"Klient ma prawo wystawić komentarz zgodny z własnymi odczuciami".

Na moje pytanie dlaczego sprzedawca nie ma prawa wystawić komentarza zgodnego własnymi odczuciami dostałam odpowiedź:

"Po otrzymaniu wpłaty sprzedawca nie ma podstaw wystawić komentarza innego niż pozytywny"

Czy tylko mi się wydaje, że eBay wysłał logikę na spacer?

sklepy_internetowe

by digi51

Odnośnie "bezpiecznie" turlających się kierowców.
Jedziemy we czwórkę - znajomi wzięli mnie do samochodu.
On za kierownicą, ja na siedzeniu pasażera, z tyłu jego żona i sześcioletnie dziecko.
Samochód - marzenie. Z gatunku limuzyn, które są stworzone do wygodnej, dynamicznej jazdy.
Jedziemy krajową trasą. 60 km/h. Po jednym pasie ruchu w każdą stronę.
On stwierdza, że od czasu, jak mu się urodziło dziecko, jeździ bezpiecznie.

Nie wiem, co bezpiecznego jest w jeździe 60 km/h środkiem pasa, będąc wyprzedzanym przez TIR-y. Zwłaszcza kiedy chce się zmienić płytę w odtwarzaczu... Znajomy wyjął płytę z radia, poszukał w kontenerku odpowiedniego pudełka. Włożył płytę do pudełka, poszukał innego, wyjął płytę i wsunął w szczelinę. Zamknął pudełko, odłożył do kontenerka, kontenerek odłożył na miejsce. Cały czas jechał. Używał obu rąk i nie patrzył na drogę. Każdą moją prośbę, że ja to zrobię, kwitował, że on jeździ bezpiecznie i nic się nie stanie.
Od tej pory nie wsiadam z nim do auta.

kierowcy

by glupia

O tym jak wychować swoje dziecko na kalekę...

Moja rodzina jest całkiem spora, przez co mam bardzo dużo kuzynów i kuzynek w różnym wieku. Ja w tym roku skończyłam 20lat i wiekowo w rodzinie jestem sama, tzn. większość mojego kuzynostwa jest około 30, a ta druga połowa jeszcze chodzi do szkoły, czyli najstarszy ma około 14 lat.

Jak wiadomo starsze kuzynostwo już ma rodziny, dzieci itd. Jednak, odważę się ich tak określić, nie są to normalne rodziny.
Każde małżeństwo zostało zawarte, ponieważ pojawiło się dziecko i wiadomo, trzeba szybko brać ślub, żeby wstydu w sąsiedztwie nie było. (Większa część rodziny mieszka w tym samym mieście, w tym ja).
Obowiązki w każdym z tych małżeństw wyglądają mniej więcej podobnie.
Mąż - żywiciel rodziny, pracuje i przesiaduje przed telewizorem, ewentualnie zajmuje jakimiś drobnymi naprawami.
Żona - wielozadaniowy robot. W tym wyręczanie we wszystkim także dzieci.

Wiadomo, maluchy ledwo odstające od ziemi trzeba wyręczać i pomagać ale żeby chłopakowi lat 10 wiązać sznurówki, bo jemu "się nie chce schylić" to już przesada! Nie mówię tutaj o pojedynczym przypadku kiedy mamusia pomaga swojemu dziecięciu, ale o codziennym pozwalaniu na traktowanie siebie jak "przynieś, podaj, pozamiataj".

Kuzynka, o której opowiem najbardziej sprawuje się w roli "rodzinnego pomagiera".

Sytuacja sprzed tygodnia. Kuzynka spodziewa się trzeciego potomka, więc zaprosiła żeńską część rodziny do siebie "na kawkę i pogaduszki". Wszystkie osoby zabrały ze sobą swoje dzieciaki, bo przecież "tatusiowe są zajęci oglądaniem telewizji i oni dziećmi zajmować się nie będą, od tego są kobiety".
Możecie sobie wyobrazić ile osób znalazło się w jednym miejscu w tym samym czasie. Kaśka (gospodyni) od progu biega wszędzie, a to przygotowuje poczęstunek, a to sprząta po dzieciakach bo rozwalają zabawki, a to próbuje zagadać towarzystwo i to wszystko przypominam w ciąży! Goście się rozsiedli, a dzieciaki rozrabiają.

Widzę że Kaśka chce wynieść śmieci (zaproponowałam jej pomoc, ale odmówiła) więc wołam jej najstarszego syna, który już rozsiadł się wygodnie przed konsolą i z resztą dzieciaków rozpoczynają grę.
Proszę go o wyniesienie śmieci i w pokoju zapada cisza, wszyscy się na mnie patrzą z otwartymi ustami. Zastanawiam się o co chodzi. Wtedy przychodzi Kaśka i zgarnia mnie na bok i mówi, że on nigdy nie wynosił śmieci, że ona sobie da radę, "niech Tomek siedzi i bawi się, to tylko małe dziecko.". Szczęka mi opadła.

Resztę imprezy przesiaduję z boku, bacznie się przyglądając całemu spotkaniu. Dzieci zajmują się sobą, a matki skaczą obok nich. Nawet przynosiły im talerze z jedzeniem bo młodzi nie usiedli do stołu. Po skończonym posiłku zaproponowałam po raz kolejny pomoc i po prostu zaczęłam zbierać talerze. Dostałam opieprz od Kaśki że "ja w jej domu sprzątać nie będę" i wszystko zrobiła sama. Inne kuzynki nawet nie zaproponowały pomocy, a dzieci nadal nie robiły nic oprócz bałaganu, którego same również nie posprzątały.

Po imprezie matki zabrały swoje pociechy, pozbierały swoje zabawki i wyszły. A Kaśka sprzątała wszystko sama, bo pomóc sobie nie chciała. Kiedy wychodziłam zapytałam dlaczego mąż jej nie pomoże, powiedziała że on pracuje i odpoczywa teraz, a obowiązkiem dzieci jest się bawić. Nawet 9-letniego syna, tego który nie wynosił nigdy śmieci, musiała zaprowadzić do toalety żeby się załatwił oraz pomogła mu umyć ręce, w praktyce zrobiła wszystko za niego, pewnie spodnie tez mu odpięła.

Nie wiem czy przesadzam, ale uważam że moja rodzina wychowuje swoje dzieci na kaleki. Wyręczanie we wszystkim dzieciaków robi im krzywdę. Próbowałam rozmawiać z kilkoma kuzynkami ale wszystkie twierdzą że sama nie mam dzieci i nie znam się na roli matki. Co więcej, podobno tak wygląda teraz każda współczesna rodzina.

Oczywiście padają sugestie kiedy ja założę rodzinę, bo "czas leci i nikt mnie niedługo nie zechce" - przypominam, że mam 20 lat i dopiero skończyłam szkołę średnią i chcę iść na studia co dla wszystkich jest "stratą czasu, bo to mąż ma utrzymać rodzinę". Nie wiem w jakim kierunku idzie świat...

by Zalamana97

Słowem wstępu: udzielam korepetycji z języków obcych. Piekielnych sytuacji z tym związanych nazbierało się mnóstwo, do tego stopnia, że myślałam, że nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Do dziś.

Napisałam do ucznia z zamiarem umówienia się na kolejną lekcję. Spytałam, czy widzimy się w tym tygodniu, odpisał, że nie da rady. Dobrze, myślę sobie, to ja w międzyczasie poszukam jakichś ćwiczeń, które będzie mógł zrobić sam. Dodałam załącznik i kliknęłam "wyślij", a u klops w postaci komunikatu, że moja wiadomość nie może zostać wysłana.

Tak, zablokował mnie na messengerze.

A wystarczyło napisać dwa zdania, że zmienił zdanie i nie jest już zainteresowany.

korepetycje uczniowie

by sassyclassy

Czytam sobie tę stronę od dłuższego czasu i pomimo, że piekielne sytuacje mi się przytrafiają, to nigdy nie poczułam by historia była na tyle wyjątkowa (tj. psująca mi krew), żeby ją tu zamieścić.

Aż się stało....
Wiecie co ostatnio robiłam?
Siedziałam w szpitalu przy akompaniamencie krzyków i gróźb moich rodziców i pracodawcy...

A czemu?
Bo spotkałam debila... ale po kolei. W każdym razie tak jak umiem, bo wciąż mną miota.

Jestem studentem konserwacji i w ramach potrzeby zarabiania pieniążków znalazłam sobie pracę przy odnowie starego budynku ceglanego pod pewnym dużym polskim miastem.
Robota żmudna, męcząca, fizyczna, ale i bardzo satysfakcjonująca, w każdym razie dla mnie.

Przechodząc do właściwej akcji:
Przyszło mi zaspoinować i pomalować najniższe glify, co w tłumaczeniu na ludzki język oznacza, że musiałam stanąć na zewnętrznym parapecie, zasłonić szyby i sam parapet folią, i powypełniać dziury w zaprawie, a tam gdzie już jest to zrobione pomalować spoiny farbą. Co ważne, budynek ma około półtora-metrowy cokół więc najniższy rząd okien znajduje się dość wysoko.
Jesteśmy uprzedzeni, że w budynku pracują i mieszkają ludzie, więc staramy się im nie przeszkadzać, a poza tym malowanie na wysokości, na parapecie pokrytym folią nie jest sytuacją komfortową, więc ostrożnie i starannie, ale się uwijam.

Widocznie jednak musiałam komuś cholernie przeszkadzać, bo w trakcie gimnastyki z farbką i pędzlem około 3 metry nad ziemią okno nagle się otworzyło i nastoletni chłopaczek gwałtownie się przez nie wychylił i wrzasnął "BUM MADAFAKA!!!"
Jak łatwo przewidzieć, odruchowo się cofnęłam i poślizgnęłam na folii. Udało mi się złapać rusztowania, ale nie byłam w stanie powstrzymać uderzenia w nie czołem.
Krew się leje, koleżanka, która mnie asekurowała w krzyk. Zbiega się ekipa, ściągają mnie na parter. Ostatni przybiega szef, a że ja z szoku się rozpłakałam, usłyszał historię od koleżanki. Poczerwieniał, dopytał, o które dokładnie okno chodziło i poleciał "wytłumaczyć" chłopakowi, czemu nigdy więcej nie powinien tak robić.

Tymczasem, koledzy zatelefonowali po karetkę, która odwiozła mnie na SOR, a tam od dziesiątej rano sprawdzali, czy nie mam przypadkiem wstrząsu mózgu. Jakby problemów było nie dość, moi rodzice wpadli do szpitala jak huragan i nie do końca zorientowani w sytuacji zaczęli drzeć się na mojego szefa, który dołączył do mnie, jak tylko stało się jasne, że nikt mu nie otworzy. Zostałam na noc na obserwację, ale miałam jeszcze gości w osobach dwóch policjantów.

Wróciłam do domu jakieś cztery godziny temu i... myślę.
Nie mogę przestać myśleć o tym, że miałam niesamowite szczęście w tysiącach aspektów.
A gdybym się nie złapała i polecała z trzech metrów na twarz? Albo jeszcze po drodze rąbnęła w ścianę? Walnęła głową w skrzynkę na narzędzia, która była na ziemi? A co gdybym nabiła się okiem na drut wystający z rusztowania (a brakowało centymetrów... a tak mam "tylko" rozciętą skroń)?
Mogłam się zabić, bo jakiś idiota stwierdził, że jego idiotyczny pomysł jest zabawny?

Jutro tam wracam i będę dobijać się do tych drzwi, aż mi ktoś otworzy.

praca

by kawaimonster