piekielni.pl

Pokaż menu
Szukaj

Top

Odnośnie historii 80028.

Jechałam tramwajem, miejsca zajęte, więc przycupnęłam na schodach w taki sposób, by nie przeszkadzać nikomu. Obok mnie siedziała matka z dzieckiem w spacerówce.
Wsiadła starsza kobieta. Początkowo myślałam, że to babcia dziecka, jakaś ciotka czy chociaż znajoma matki, ale z rozmowy wynikało, że panie się nie znają. Myślałam tak, bo babcia co rusz, to potrząśnie rączką dziecka, a to pogłaszcze po stópce. Dzieciak uśmiechnął się - babcia już z łapami by go podnieść i mocuje się (był zapięty w pasy), i przytula.
Matka nic.

Nie wiem jak dla was, ale jakby mi obca baba zaczęła obmacywać dziecko, tym bardziej brać je na ręce bez mojego pozwolenia, to bym ją momentalnie sprowadziła do parteru.
Nie wiem też, dlaczego obcy ludzie roszczą sobie prawo do dotykania, zaczepiania CUDZYCH dzieci bądź zwierząt.
Raz, że dziecko jest uczone braku kontroli nad własnym ciałem - skoro każdy obcy może je potarmosić. A potem pewnie "pocałuj ciocię, przytul wujka (czy tego chcesz, czy nie)".

Dwa, że dziecko nauczone takiej ufności, puszczone kiedyś na plac zabaw, nie będzie widziało nic złego w pójściu z panem opowiadającym o małych kotkach w piwnicy - bo nie zostało nauczone granic.
Podobnie jak straszenie - "ta pani cię weźmie", "zostawię cię tutaj i sobie pójdę" - i powodzenia potem z oddaniem potomstwa do przedszkola...

dzieci obcy ludzie zaczepianie

by bazienka

O tym jak wychować swoje dziecko na kalekę...

Moja rodzina jest całkiem spora, przez co mam bardzo dużo kuzynów i kuzynek w różnym wieku. Ja w tym roku skończyłam 20lat i wiekowo w rodzinie jestem sama, tzn. większość mojego kuzynostwa jest około 30, a ta druga połowa jeszcze chodzi do szkoły, czyli najstarszy ma około 14 lat.

Jak wiadomo starsze kuzynostwo już ma rodziny, dzieci itd. Jednak, odważę się ich tak określić, nie są to normalne rodziny.
Każde małżeństwo zostało zawarte, ponieważ pojawiło się dziecko i wiadomo, trzeba szybko brać ślub, żeby wstydu w sąsiedztwie nie było. (Większa część rodziny mieszka w tym samym mieście, w tym ja).
Obowiązki w każdym z tych małżeństw wyglądają mniej więcej podobnie.
Mąż - żywiciel rodziny, pracuje i przesiaduje przed telewizorem, ewentualnie zajmuje jakimiś drobnymi naprawami.
Żona - wielozadaniowy robot. W tym wyręczanie we wszystkim także dzieci.

Wiadomo, maluchy ledwo odstające od ziemi trzeba wyręczać i pomagać ale żeby chłopakowi lat 10 wiązać sznurówki, bo jemu "się nie chce schylić" to już przesada! Nie mówię tutaj o pojedynczym przypadku kiedy mamusia pomaga swojemu dziecięciu, ale o codziennym pozwalaniu na traktowanie siebie jak "przynieś, podaj, pozamiataj".

Kuzynka, o której opowiem najbardziej sprawuje się w roli "rodzinnego pomagiera".

Sytuacja sprzed tygodnia. Kuzynka spodziewa się trzeciego potomka, więc zaprosiła żeńską część rodziny do siebie "na kawkę i pogaduszki". Wszystkie osoby zabrały ze sobą swoje dzieciaki, bo przecież "tatusiowe są zajęci oglądaniem telewizji i oni dziećmi zajmować się nie będą, od tego są kobiety".
Możecie sobie wyobrazić ile osób znalazło się w jednym miejscu w tym samym czasie. Kaśka (gospodyni) od progu biega wszędzie, a to przygotowuje poczęstunek, a to sprząta po dzieciakach bo rozwalają zabawki, a to próbuje zagadać towarzystwo i to wszystko przypominam w ciąży! Goście się rozsiedli, a dzieciaki rozrabiają.

Widzę że Kaśka chce wynieść śmieci (zaproponowałam jej pomoc, ale odmówiła) więc wołam jej najstarszego syna, który już rozsiadł się wygodnie przed konsolą i z resztą dzieciaków rozpoczynają grę.
Proszę go o wyniesienie śmieci i w pokoju zapada cisza, wszyscy się na mnie patrzą z otwartymi ustami. Zastanawiam się o co chodzi. Wtedy przychodzi Kaśka i zgarnia mnie na bok i mówi, że on nigdy nie wynosił śmieci, że ona sobie da radę, "niech Tomek siedzi i bawi się, to tylko małe dziecko.". Szczęka mi opadła.

Resztę imprezy przesiaduję z boku, bacznie się przyglądając całemu spotkaniu. Dzieci zajmują się sobą, a matki skaczą obok nich. Nawet przynosiły im talerze z jedzeniem bo młodzi nie usiedli do stołu. Po skończonym posiłku zaproponowałam po raz kolejny pomoc i po prostu zaczęłam zbierać talerze. Dostałam opieprz od Kaśki że "ja w jej domu sprzątać nie będę" i wszystko zrobiła sama. Inne kuzynki nawet nie zaproponowały pomocy, a dzieci nadal nie robiły nic oprócz bałaganu, którego same również nie posprzątały.

Po imprezie matki zabrały swoje pociechy, pozbierały swoje zabawki i wyszły. A Kaśka sprzątała wszystko sama, bo pomóc sobie nie chciała. Kiedy wychodziłam zapytałam dlaczego mąż jej nie pomoże, powiedziała że on pracuje i odpoczywa teraz, a obowiązkiem dzieci jest się bawić. Nawet 9-letniego syna, tego który nie wynosił nigdy śmieci, musiała zaprowadzić do toalety żeby się załatwił oraz pomogła mu umyć ręce, w praktyce zrobiła wszystko za niego, pewnie spodnie tez mu odpięła.

Nie wiem czy przesadzam, ale uważam że moja rodzina wychowuje swoje dzieci na kaleki. Wyręczanie we wszystkim dzieciaków robi im krzywdę. Próbowałam rozmawiać z kilkoma kuzynkami ale wszystkie twierdzą że sama nie mam dzieci i nie znam się na roli matki. Co więcej, podobno tak wygląda teraz każda współczesna rodzina.

Oczywiście padają sugestie kiedy ja założę rodzinę, bo "czas leci i nikt mnie niedługo nie zechce" - przypominam, że mam 20 lat i dopiero skończyłam szkołę średnią i chcę iść na studia co dla wszystkich jest "stratą czasu, bo to mąż ma utrzymać rodzinę". Nie wiem w jakim kierunku idzie świat...

by Zalamana97

O tym jak aplikowałem na stanowisko lektora języka angielskiego w pewnej "szkole językowej".

Skończyłem filologię i postanowiłem poszukać pracy związanej. Trafiłem na rozmowę do czegoś, co nazywało się błędnie szkołą językową. Dlaczego błędnie? Wyjaśnię pod koniec.

Przychodzę, wita mnie wytapetowana i bardzo lubiąca solarium pani, zadaje kilka standardowych pytań, po czym daje do rozwiązania test ze znajomości języka. Tu pierwszy raz zadałem sobie pytanie - gdzie jestem? Na rozmowie o pracę, czy na lekcji w gimnazjum? Pytanie stąd, że test był na poziomie gimnazjum. Rozwiązałem go w 5 minut, z wynikiem 100%. Następnie pani zajrzała do mojego CV i mówi:
- Napisał pan, że interesuje się historią. Konkretniej?
- XX wiek, Polska i Europa.
- To proszę mi powiedzieć od czego zaczęła się druga wojna światowa.
- Od prowokacji gliwickiej [tu opisuję pokrótce].
- Dobrze - cieszy się pani - większość mówi, że od ataku na Westerplatte. Dobrze!
Myślę sobie - o, znowu w szkole jesteśmy? No ale ok... Zrobiłem pozytywne wrażenie, może być tylko lepiej. A tu niespodzianka. Pani wyciąga mikrofon.
- Będziemy śpiewać?
- Nie. Wylosuje pan temat, na który się pan będzie wypowiadał przez dwie minuty. Nagranie przeanalizuje nasz metodyk i podejmie decyzję.

No dobra. Losuję karteczkę i... "Co lubisz robić w wakacje?" Serio? W liceum i na studiach dyskutowaliśmy o polityce, religii, gospodarce, mówiliśmy po angielsku równie swobodnie jak po polsku, a ona mi teraz każe przez dwie minuty mówić na temat rodem z drugiej klasy podstawówki, który wyczerpuje się w 20 sekund? No nic, próbuję. Tak jak spodziewałem, wyczerpałem temat w niecałe pół minuty. Pani niezadowolona:
- Przecież pan nie zna angielskiego!
- Znam. Ogólnie to byłem przygotowany na to, że cała rozmowa będzie po angielsku i będziemy rozmawiać o czymś bardziej sensownym niż co lubię robić w wakacje.
- Jak pan chce rozmawiać po angielsku, jak pan nie zna angielskiego?! - prychnęła nerwowo.
- No to spróbujmy.
- Nie! - krzyknęła - Pan nie zna angielskiego!
- Skoro tak pani mówi...

Kto nie zna, ten nie zna, ale to ja chciałem rozmawiać po angielsku, a ona nie. Minęło kilka sekund, ochłonęła trochę i mówi:
- MIMO WSZYSTKO wyślę nagranie do metodyka.
O dzięki ci za łaskę. Wiedziałem już, że mnie nie przyjmą, a i mnie zmalała ochota na pracę u nich, ale chciałem pociągnąć tę farsę do końca.
- Proszę mi powiedzieć, jak wygląda praca u państwa? - pytam.
Spodziewałem się tego, co w każdej szkole językowej, czyli grupy, plany zajęć, itd. O ja naiwny.

Tutaj się zbliżamy do tego, dlaczego firma ta była szkołą językową tylko z nazwy. Otóż praca polegała na tym, że oni znajdują mi klienta na terenie całego województwa, ja do niego jadę, on im płaci, a oni za godzinę lekcyjną płacą mi 20 zł. Czyli takie pośrednictwo przy korepetycjach.
- Jak mam dojeżdżać do klienta?
- Ma pan samochód - stwierdziła pani.
- Na jakiej zasadzie są rozliczane zwroty za paliwo?
- Nie ma zwrotów.
- Czyli państwo znajdują mi klienta w dowolnym miejscu na terenie województwa, ja mam do niego jechać i wrócić na własny koszt, a państwo mi zapłacą 20 zł za godzinę lekcyjną?
- Tak to u nas wygląda.
- To nie musi pani wysyłać tego nagrania do metodyka.

Pani prychnęła, ja wyszedłem.

szkoła praca

by ~MXM

O kierowcach, którzy po dobrej i prostej szosie poza terenem zabudowanym jadą 70 km/h bo więcej się boją...

Wielu czytelników takiego serwisu bierze takich kierowców w obronę, mówiąc że jadą z taką prędkością, bo prowadzą bezpiecznie. Otóż nie, nie prowadzą bezpiecznie. Strach przed jazdą 90 km/h to tylko jeden z objawów braku umiejętności, który może objawić się w kryzysowej sytuacji także przy prędkości 60 km/h. Z poważnym skutkiem.

Moja ciotka ze strony ojca jest właśnie takim kierowcą. Mówi że "pyrka sobie sześcdziesiątką", bo więcej nie umie i zawsze jakoś dojedzie.
Jakiś czas temu ciotka jechała dwupasmową drogą szybkiego ruchu. 60 km/h. Na szczęście prawym pasem. Pewnym momencie silny poryw wiatru przewrócił pustą naczepę, która zatarasowała drogę (oba pasy w poprzek, awaryjny nie). Kilka samochodów jadących lewym pasem znacznie szybciej (może i 120 km/h, bo tyle tam wolno) zdążyło wyhamować przed powaloną naczepą. Ciotka nie, mimo że hamowała z tylko z 60 km/h. Zagapiła się, zareagowała bardzo późno, przywaliła w wyhamowany samochód stojący przed blokadą drogi. Zamknęła oczy i hamowała. Jakby wiedziała że nie zdąży wyhamować, mogła odbić w prawo, zmieściłaby się pasem awaryjnym. Ale nie patrzyła, nie myślała, brak odruchów.

Morał z tego taki, że jak ktoś wie, że mu brakuje umiejętności by jechać 90 km/h, to żeby jechać 60 km/h też mu brakuje umiejętności, tylko o tym nie wie.

kierowcy

by Wuadek

Od czasu do czasu sprzedaje jakieś drobiazgi na eBayu.

W połowie sierpnia jakaś babka kupiła ode mnie sukienkę na eBayu. Czekałam ok. 10 dni na wpłatę, potem zaczęłam jej przypominać o zaległej płatności. Wymówek miała wiele, a to była w szpitalu, a to na urlopie, a to wypłata jej się spóźniała. Po kilku grzecznych mailach zgłosiłam eBayowi brak wpłaty i po kilku dniach poprosiłam o zwrot prowizji, który otrzymałam, a klientka dostała ostrzeżenie. Wysłała mi bardzo nieprzyjemnego maila z pretensjami i kłamstwem, że pieniądze przelała. Olałam to.

Kobieta kilka dnia później kupiła przez Kup Teraz inny przedmiot, zapłaciła natychmiast przez PayPala, a ja, jak Pan Bóg przykazał, wysłałam następnego dnia. Kilka dni później zgłosiła eBayowi, że chce oddać przedmiot, bo ma plamy. Jako osoba ugodowa zaakceptowałam zwrot, wysłałam dane do zwrotu i tyle. W mailu od eBaya dostałam info, że po otrzymaniu przesyłki jestem zobowiązana zwrócić klientce wszelkie poniesione koszty. Klientka prawdopodobnie dostała podobnego maila, gdyż zaczęła wypisywać do mnie wulgarne maila typu "najpierw oddaj kasę, to ci wyślę sukienkę, debilko" lub "odpisz, oszustko" "oddawaj kasę, naciągaczko".

Witki mi opadły jak po pracy przeczytałam te wiadomości, więc, że sprawa była groszowa, oddałam jej pieniądze i poprosiłam, aby więcej się ze mną nie kontaktowała. Końcem końców wygrała, miała towar, którego wadliwości nie mogłam zweryfikować i zwrot pieniędzy.Koniec? Gdzieżby. Pani była na tyle uprzejma, że wystawiła mi negatywa. Zgłosiłam sprawę eBayowi, poddając w wątpliwość uczciwość i kulturę osobistą klientki, podkreślając, że nie rozumiem, jakim prawem kobieta wystawia mi negatywa, skoro otrzymała zwrot kasy i zatrzymała towar. Ja jako sprzedawca nie mam żadnego prawa wystawić klientowi nega. Odpowiedź eBaya:

"Klient ma prawo wystawić komentarz zgodny z własnymi odczuciami".

Na moje pytanie dlaczego sprzedawca nie ma prawa wystawić komentarza zgodnego własnymi odczuciami dostałam odpowiedź:

"Po otrzymaniu wpłaty sprzedawca nie ma podstaw wystawić komentarza innego niż pozytywny"

Czy tylko mi się wydaje, że eBay wysłał logikę na spacer?

sklepy_internetowe

by digi51

Hipokryzja.

Mam koleżankę S. S. jest miłośniczką zwierząt: wegetarianka (bo ona nie zje czegoś, co kiedyś miało oczka), bierze udział we wszelkich protestach typu "NIE dla zwierząt w cyrku", "Przewoźmy świnki w humanitarnych warunkach", "Spuścić psy z łańcuchów" itp.

Często też udziela rad wszystkim znajomym, którzy posiadają jakiekolwiek zwierzęta, przy czym są to rady w stylu: nie wyprowadzaj psa w kagańcu, męczy się biedactwo! (do właścicielki dobermana, który ze względu na swoje przejścia nerwowo reaguje na dzieci, zwłaszcza na rowerach/hulajnogach/wrotkach).

S. jest też oburzona swoim wujkiem, który hoduje brojlery i króliki w celach spożywczych.

S. z niesmakiem krzywi się, gdy w restauracji ktoś zamówi burgera lub jakąś potrawę z mięsem.

Ale jeśli ma takie przekonania - jej sprawa, a nieco irytujące zachowanie to zapewne kwestia charakteru.

S. mieszka z rodzicami w domu. W tym domu pojawiły się szczury. Rodzice S. sypali jakąś trutkę, zastawili łapki - szczury mimo to miały się dobrze. Więc S. wymyśliła, żeby nakarmić je kiełbaską. Kiełbaską ze szklaną wkładką. Potłukła jakieś słoiki/butelki na drobno i nafaszerowała tym kiełbasę. Skuteczność 100%, bo szczury wkrótce pozdychały.

S. obraziła się, gdy w rozmowie zauważyłam, że szczur też zwierzę i to, co zrobiła, było wyjątkowo niehumanitarne i zapytałam się, jak to się ma do jej poglądów, że ŻADNE zwierzę nie powinno cierpieć.

hipokryzja obrońcy_zwierząt wegetarianka

by marcelka

Czytam sobie tę stronę od dłuższego czasu i pomimo, że piekielne sytuacje mi się przytrafiają, to nigdy nie poczułam by historia była na tyle wyjątkowa (tj. psująca mi krew), żeby ją tu zamieścić.

Aż się stało....
Wiecie co ostatnio robiłam?
Siedziałam w szpitalu przy akompaniamencie krzyków i gróźb moich rodziców i pracodawcy...

A czemu?
Bo spotkałam debila... ale po kolei. W każdym razie tak jak umiem, bo wciąż mną miota.

Jestem studentem konserwacji i w ramach potrzeby zarabiania pieniążków znalazłam sobie pracę przy odnowie starego budynku ceglanego pod pewnym dużym polskim miastem.
Robota żmudna, męcząca, fizyczna, ale i bardzo satysfakcjonująca, w każdym razie dla mnie.

Przechodząc do właściwej akcji:
Przyszło mi zaspoinować i pomalować najniższe glify, co w tłumaczeniu na ludzki język oznacza, że musiałam stanąć na zewnętrznym parapecie, zasłonić szyby i sam parapet folią, i powypełniać dziury w zaprawie, a tam gdzie już jest to zrobione pomalować spoiny farbą. Co ważne, budynek ma około półtora-metrowy cokół więc najniższy rząd okien znajduje się dość wysoko.
Jesteśmy uprzedzeni, że w budynku pracują i mieszkają ludzie, więc staramy się im nie przeszkadzać, a poza tym malowanie na wysokości, na parapecie pokrytym folią nie jest sytuacją komfortową, więc ostrożnie i starannie, ale się uwijam.

Widocznie jednak musiałam komuś cholernie przeszkadzać, bo w trakcie gimnastyki z farbką i pędzlem około 3 metry nad ziemią okno nagle się otworzyło i nastoletni chłopaczek gwałtownie się przez nie wychylił i wrzasnął "BUM MADAFAKA!!!"
Jak łatwo przewidzieć, odruchowo się cofnęłam i poślizgnęłam na folii. Udało mi się złapać rusztowania, ale nie byłam w stanie powstrzymać uderzenia w nie czołem.
Krew się leje, koleżanka, która mnie asekurowała w krzyk. Zbiega się ekipa, ściągają mnie na parter. Ostatni przybiega szef, a że ja z szoku się rozpłakałam, usłyszał historię od koleżanki. Poczerwieniał, dopytał, o które dokładnie okno chodziło i poleciał "wytłumaczyć" chłopakowi, czemu nigdy więcej nie powinien tak robić.

Tymczasem, koledzy zatelefonowali po karetkę, która odwiozła mnie na SOR, a tam od dziesiątej rano sprawdzali, czy nie mam przypadkiem wstrząsu mózgu. Jakby problemów było nie dość, moi rodzice wpadli do szpitala jak huragan i nie do końca zorientowani w sytuacji zaczęli drzeć się na mojego szefa, który dołączył do mnie, jak tylko stało się jasne, że nikt mu nie otworzy. Zostałam na noc na obserwację, ale miałam jeszcze gości w osobach dwóch policjantów.

Wróciłam do domu jakieś cztery godziny temu i... myślę.
Nie mogę przestać myśleć o tym, że miałam niesamowite szczęście w tysiącach aspektów.
A gdybym się nie złapała i polecała z trzech metrów na twarz? Albo jeszcze po drodze rąbnęła w ścianę? Walnęła głową w skrzynkę na narzędzia, która była na ziemi? A co gdybym nabiła się okiem na drut wystający z rusztowania (a brakowało centymetrów... a tak mam "tylko" rozciętą skroń)?
Mogłam się zabić, bo jakiś idiota stwierdził, że jego idiotyczny pomysł jest zabawny?

Jutro tam wracam i będę dobijać się do tych drzwi, aż mi ktoś otworzy.

praca

by kawaimonster

Zasłyszane w branży.

Na północy Szkocji żyją ludzie bardzo ściśle przestrzegający religijnych zasad. Sam kiedyś na własne oczy widziałem na wyspie Lewis zamkniętą na kłódkę rowerową huśtawkę dla dzieci, żeby się nie huśtały w Szabat (czyli, paradoksalnie, w niedzielę).

Rolnik z tamtych okolic zamówił sobie pewne urządzenie. Firma pracuje 24/7, auto zajechało na miejsce w niedzielę. Kierowca zapukał do drzwi, nikt nie otworzył, więc stanął w zatoczce nieopodal farmy i położył się spać.

Rano obudził go jeżdżący traktor - rolnik już od piątej zasuwał, zwożąc z pola jakieś bele siana czy coś. Kierowca więc zebrał się z wyra i podszedł do rolnika mówiąc, że ma dla niego dostawę. Rolnik mówi, że "bardzo wcześnie pan przyjechał".

Kierowca na to zgodnie z prawdą, że był w tym miejscu już wczoraj, na co rolnik dostał szału i powiedział, że od kogoś, kto nie przestrzega szabatu, towaru nie przyjmie.

No i tak urządzenie musiało wrócić do Edynburga (jakieś 7 godzin jazdy do tego miejsca) i trzeba je było wysłać jeszcze raz, inną firmą transportową :)

szkocja

by Tenzprzeciwkacomakotairower

Od ok. czterech tygodni śledzę pewną ofertę sprzedaży butów na czasnabuty.pl Bywa, że sklepy internetowe mają jakieś krótkotrwałe promocje i można kupić taniej.

Przez trzy tygodnie nic się nie zmieniało w cenie, więc kiedy niemal identyczne znalazłam w stacjonarnym sklepie, kupiłam. Zawsze wychodzę z założenia, że lepiej przymierzyć. Jednak ofertę z netu obserwowałam dalej, jakby mi się jednak zachciało drugich. Dziś przeglądam piekielnych, a z boku wyskoczyła reklama "moich" butów opatrzona znaczkiem -38%. Myślę sobie, uźwa, było nie kupować i jeszcze poczekać, a tak przepłaciłam. Z ciekawości klikam. A tam takie coś: promocja, hity srity z 79 zł na 49 zł.
Tylko, że buty przez całe cztery tygodnie kosztowały właśnie 49.

Internetowy sklep obuwniczy

by Grejfrutowa

Zwykle raczej unikam wchodzenia w interakcję z problemowymi ludźmi. Czasami jednak sami pchają się pod nos.

Pewnego dnia stałam przy przystanku wracając z wyjścia ze znajomymi. Z racji tego, że było to dość luźne spotkanie, nie byłam ubrana elegancko, tylko po swojemu. Koszulka jakiegoś zespołu, jeansy i glany. Kilka metrów dalej (na tyle blisko, że słyszałam ich rozmowy) siedziały dwie kobiety, na oko po 60-tce. Słyszałam ich uwagi skierowane w stronę mojego ubioru, że jak ja śmiem się tak publicznie pokazywać itp. Nie zwracałam na nie za bardzo uwagi, niech sobie mówią co chcą. Minęło trochę czasu i wreszcie przyjechał mój autobus. Powędrowałam dumnie w stronę drzwi, a kiedy miałam już wsiadać, babcie wskoczyły tuż przede mnie, awanturując się, że starszych się przepuszcza i wytykając mi jaka jestem zła i niewychowana. W autobusie było stosunkowo niewielu ludzi, więc zajęłam miejsce, gdzie są cztery fotele na przeciwko siebie. Zwykle jak jestem sama to tam nie siadam, ale przewidywałam podróż na przynajmniej 20 minut i jakoś nie uśmiechało mi się stać przez tyle czasu, zwłaszcza, że było już dość późno. Zaczęłam szukać słuchawek w plecaku, co jest bardzo trudne, jeśli nosi się od x czasu nie sprzątaną kostkę. Kiedy je w końcu znalazłam, odruchowo rozejrzałam się po autobusie. Obok mnie stały te dwie babki. Patrzyły się na mnie, ale nie zareagowałam, tylko włączyłam sobie muzykę i odwróciłam się w stronę okna. Po jakimś czasie jedna z nich stuka mnie w ramię. Ja nie wiem o co chodzi, więc wyciągam słuchawki i się odwracam. Wtedy nastąpiła krótka wymiana zdań między mną [J] a [P]anią.

[P]- Możesz się przesiąść?
Zaniemówiłam. Było dużo wolnych miejsc w całym autobusie.
[J]- Może mi pani wyjaśnić?
[P]- Zajmujesz za dużo miejsca i my, starsze kobiety, nie mamy gdzie usiąść.
[J]- Jest wiele innych miejsc, choćby tutaj.
Mówiąc to wskazałam na dwa miejsca na przeciwko mnie. I tu zaczyna się piekielna część. Pancia podniosła wrzask, że pewnie ją na pętli słyszeli.
[P]- Jak możesz się tak do mnie zwracać?! Ja swoje przeżyłam i wiem więcej niż ty! Jeszcze obok takiego SZatanisty jak ty mam usiąść?! Patrzcie państwo! Chwila i na mnie jakiś urok rzuci!

Pominę wyzwiska na temat mojego braku szacunku do innych i obelgi kierowane w stronę metalowych zespołów. Nie przesiadłam się. Nie mówiłam nic więcej. Po prostu wróciłam do słuchania muzyki. Stały obok mnie dopóki nie wysiadłam. Nawet wtedy nie zajęły miejsca, o które tak bardzo się wykłócały. Jakaś mała część mnie żałowała, że nie potrafię jednak rzucać uroków XD

komunikacja_miejska

by jdmmand