piekielni.pl

Pokaż menu
Szukaj

Top

Od jakiegoś czasu poszukiwałam pracy i natrafiałam na wiele piekielności, co zresztą pokrótce usiłowałam Wam opowiedzieć. Poszukiwania miały mierne skutki, a więc postanowiłam założyć własną firmę. Skutkiem czego poszukiwałam osób do pracy. Zobaczyłam co dzieje się z drugiej strony medalu i o zgrozo - jak w tym kraju ma być dobrze?

Wiedziałam jak czują się osoby poszukujące pracy, więc postanowiłam lepiej potraktować osoby aplikujące na moje ogłoszenia. Odpowiadałam na wiele pytań, choć odpowiedzi na nie, były jasno i wyraźnie opisane w ogłoszeniu. Dziękowałam za każdą złożoną aplikacje. Informowałam o kolejnych etapach, warunkach, byłam elastyczna. I chyba dlatego spotkało mnie to:

1. A za ile, bo ja nie wiem czy mi się chce. Ale niech mi pani powie, bo nie wiem czy mi się będzie opłacało jechać na tą rozmowę. To niech pani do mnie zadzwoni za dwa dni, to ja dam znać czy przyjadę. Ej, serio?

2. Połowa osób nie odebrała telefonu, w większości przypadków tam gdzie włączyła się automatyczna sekretarka, nagrałam wiadomość z prośbą o kontakt, ale NIKT nie oddzwonił.

3. Dzwonię do dość młodej dziewczyny i pytam czy jej zgłoszenie jest nadal aktualne, odpowiada że zależy za ile, bo nie wie czy będzie jej się opłacało i czy będzie miała co do garnka włożyć. Ponieważ był to mój któryś z kolei telefon i byłam już dość zdenerwowana, zapytałam dość nieprzyjemnie czy teraz gdzieś pracuje? Odpowiedziała że nie. Więc zapytałam co teraz wkłada do garnka? Wiem nie powinnam była, ale do jasnej ciasnej dzwonię bo chce dać pracę, może nie za 6 tysięcy miesięcznie dla złodziei i idiotów, ale jednak minimalną krajową rzetelną pracą by zarobiła. Ale nie, po co?

4. Większość zgłoszeń bez CV choć wyraźnie napisałam że tylko na podstawie CV zgłoszenia będą rozpatrywane.

5. Gdy sama wysyłałam CV do pracodawcy posługiwałam się dość sztywną formułą, aczkolwiek widzę że to był dobry pomysł. Przytoczę Wam kilka formuł, które dostałam:
- jestem zainteresowana ofertą pracy i jestem wstanie dojerzdzać pozdrawiam;
- cv do oblookania:) - :);
- rządam odpowiedzi.

Cóż teraz trochę liczb, łącznie zgłosiło się 67 osób. 32 osoby to pula nieodebranych, bądź wyłączonych telefonów i naprawdę nikt nie oddzwonił. Z pozostałych 34 osób 30 nie dało mi dojść do głosu, bo albo za ile albo gdzie, bo nie wiedzą czy będą mogli dojechać, jakie godziny bo nie wiadomo czy zdążą. W efekcie mam jutro 4 rozmowy kwalifikacyjne i jestem przerażona.

Ludzie szanujmy się trochę.

Jestem ciekawa co Wy na to. Może po tych rozmowach będzie materiał na następną historię.

Edycja: Ta fala nienawiści mnie zniesmaczyła. Ludzie.... zastanówcie się trochę.
Rzeczywiście nie stać mnie aby zaproponować wysokie stawki ale ja wiem jak to jest kiedy długo szuka się pracy i wiem jak to jest pracować za dużo mniej niż minimalna krajowa. Zjechaliście mnie jak bym nie wiem co złego zrobiła. Uważam że jeśli pracowałam długo ciężko harując za mniej niż myślicie, to jeśli teraz swojemu pracownikowi chcę dać tą minimalną, to nie powinnam się wstydzić za swoje postępowanie. A wręcz przeciwnie jestem dumna z tego. Jasne jestem początkującym przedsiębiorcą i może się nie uda ale zrobię wszystko żeby było inaczej i żeby wprowadzić inne standardy zatrudniania pracowników. Tak jak pisałam w historii wszystkie informacje były dokładnie opisane, gdzie,co i za ile.
Nie przeczytałam wszystkich bo było mi zwyczajnie przykro. Dziękuję tym "racjonalnym".

praca

by malaczarna89

Jeśli coś jecie, nie radzę czytać.

Kiedy byłam małą dziewczynką, mój dziadek hodował króliki. Nie na mięso, miał dwie spore działki i króliki służyły do zjadania ton trawy, które tam rosły.

Pewnego roku pozwolił mi wybrać sobie moje własne zwierzątko, którym miałabym się opiekować. Trafiło na małą, puchatą kulkę. Samiec, na imię dostał, zgodnie z umaszczeniem, Szarak.

Kochałam to maleństwo i opiekowałam się nim z niewielką pomocą mamy, aż wyrósł z niego naprawdę spory osobnik.

Jakiś czas później przyjechała do nas w odwiedziny ciocia. Teraz już wiem, że to smakoszka mięsa króliczego i zawsze kupowała od dziadka najbardziej dorodne sztuki, ale wtedy małej letmefly powiedziano, że ma swoją hodowlę i pożycza samce do rozmnażania.

Rano dowiedziałam się, że ciocia chce zabrać Szaraka. Pożegnałam się z nim, dumna z tego, że zostanie tatusiem. Kiedy wróciłam ze szkoły, gotowy był pożegnalny obiad, ciocia wyjeżdżała i postanowiła przygotować swoją specjalność.

Mięso było dziwne, nie dojadłam więc do końca. Odłożyłam widelec, a wtedy moja ciocia oburzonym tonem powiedziała:
- No jak to, nie smakuje ci twój ulubiony króliczek?

Kiedy zrozumiałam, co się stało, poczułam ścisk w żołądku i samoistnie zwymiotowałam na swój talerz.

Ciocia do dziś nie rozumie, czemu niezbyt za nią przepadam.

królik piekielna ciocia dzieciństwo

by letmefly

Byłem piekielny. Nie znoszę robić ludziom na złość, ale nie wytrzymałem.

Przed chwilką wróciłem ze znajomym z Lidla. Na przerwie zawsze idziemy po jakieś cebulaki czy inne smaczne świństwo. Kolejki długie na kilometr, w końcu cały jeden dzień sklepy były zamknięte, Polacy muszą uzupełnić lodówki. No nic, widzimy, że w sklepie ludzie się uwijają, jedni wykładają, jedni kasują, robota wre, nic nie poradzimy więc czekamy.

Naraz za nami coraz większe stękanie. "Nie otworzą kasy, ludzie stać muszą", "a ja to reumatyzm mam, nie mogę tyle stąć", "nu kto totoj widział, żeby tyle do kasy czekać", "pani szybciej kasuje ile można?!" i się zebrało koło gospodyń malkontenckich i jedzie na cały głos i nie przestaje. Widać, że nie ma kto już więcej obsługiwać, że roboty kupa, a te jadą swoje. I to nie tak między sobą tylko na pół sklepu. Zauważyłem, że jedna osoba z sali ubrana w "mundur" kasjera Lidla idzie w kierunku kas i mówię do kumpla:
- O, kasę obok otworzą, chodź się zawczasu ustawimy.

I przeszliśmy, za nami seniorki. I o to mi chodziło. Zostawiłem nasze cebulaki, powiedziałem, że zaraz wracam poszedłem po następne i z kolejki dwie kasy dalej obserwowałem jak malkontentki stoją przy kasie, której nikt nie obsługuje i nie zamierza w najbliższym czasie, i wściekają się ile można czekać na kasjerkę. Czekały tam nadal jak już wychodziliśmy.

Jestem piekielny i strasznie z siebie zadowolony. Nie trawię roszczeniowych ludzi.

by honyszke_kojok

Historia z autobusu...

Jechałam do miasta załatwić kilka spraw, było około godziny 10 rano.
Na następnym przystanku wsiadła starsza pani. Nie zwróciłam na nią zbytniej uwagi, przez moment pomyślałam tylko czy będzie miała gdzie usiąść, ale niedaleko mnie były jeszcze wolne dwa siedziska. Niczego się nie spodziewając z jej strony zapatrzyłam się w okno. Po chwili z zamyślenia wyrywa mnie owa staruszka z pretensjami:

- Młoda damo, dlaczego nie ustąpisz mi miejsca?
Zbita z tropu, grzecznie jej odpowiedziałam:
- Za panią są jeszcze trzy wolne miejsca.
- Jak śmiesz. Jestem starszą, schorowaną kobietą, a ty nie chcesz ustąpić mi miejsca?
Usłyszawszy to wybałuszyłam oczy i powtórzyłam:
- Proszę pani za panią są wolne siedziska. Może tam pani usiąść.

Oczywiście nie poskutkowało. Ta z wyglądu potulna babunia swoim wzrokiem mogłaby zamieniać w kamień jak bazyliszek. Takich wyzwisk nie usłyszałam jeszcze od ani jednej osoby, a co dopiero w takim wieku. Próbowałam ją uspokoić i wytłumaczyć, ale nie dało jej się przegadać. Krzyczała na cały autobus tak, że już każdy pasażer skupiał się na niej i na mnie.

Straciłam cierpliwość. Wstałam i powiedziałam:
- Dobrze, niech pani usiądzie skoro tamto siedzenie panią uwiera.

Po czym usiadłam po drugiej stronie, a starucha się przymknęła i zajęła moje miejsce. Najzabawniejsze jest to, że przez całe to naskakiwanie na mnie i obrażanie zajęło jej całą drogę i ledwo zdążyła zagrzać krzesło, a już musiała wysiadać.

Czasami myślę, że na starość się głupieje i przewraca w głowie.

komunikacja_miejska

by ~Cysia

Pracuję jako programista i moim zadaniem miało być rozwijanie systemu informatycznego. System ten tworzony jest od około 1999 roku, więc można powiedzieć że ma on już swoje lata. Rzesze ambitnych programistów podobnych do mnie wylewało z siebie siódme poty, próbując zmusić krnąbrną aplikację do współpracy. Efektem tej krucjaty jest istny miszmasz archaizmów i nowoczesnych rozwiązań, mieszanka kodu napisanego w miarę dobrze i tego tworzonego pod presją zbliżającej się nieubłaganie linii śmierci. Ogólnie cyrk na kółkach, ale przynajmniej jest zabawnie.

Jakiś czas temu, zajęty ogarnianiem wszechobecnego syfu, jaki powstał po kolejnej awarii bazy danych, zdałem sobie sprawę, że podobne sytuacje od jakiegoś czasu powtarzają się niepokojąco często. Zainteresowany tematem, zagłębiłem się w starożytne pisma, zwane przez niektórych logami systemowymi, i rozpocząłem analizę bebechów w poszukiwaniu źródła problemu. Niestety mistyczne duchy bazy danych najwyraźniej wyczuły moją ingerencję w ich tajemne knowania. Kolejna awaria była istnym pierdo... Była bardzo poważna i administratorzy za cholerę nie mogli podnieść bazy na nogi. Wybuchła panika. Zapytacie o kopię zapasową. A co to jest kopia zapasowa, kto by się takimi pierdołami w ogóle przejmował? Po tygodniowej walce wiktoria, wszystko chyba działa.

Sytuacja ta dała zarządowi firmy co nieco do myślenia. Nasze wcześniejsze błagania o zatrudnienie kilku nowych pracowników były za każdym razem zbywane. Dajecie se jakoś radę? To po jaki wałek kręcicie temat? Tym razem zatrudniono pięciu nowych pracowników do działu IT. Czterech juniorów i ON. Dla ułatwienia sprawy nazwijmy go Mietek.

Mietek jest tak zwanym "Uber Senior Master Yoda Developerem". Serio, można mu zarzucić wiele, ale wiedzę chłop ma ogromną. I być może współpraca z nim nie byłaby taka zła, gdyby Miecio za punkt honoru nie obrał sobie przekształcenia naszego małego działu IT w trybik wielkiej maszyny zwanej korpo. I nie zrozumcie mnie źle, nie mam kompletnie nic do wielkich korporacji. Jednak nie zawsze systemy, które działają w przypadku licznej ekipy projektowej sprawdzą się w przypadku małego ośmioosobowego zespołu. Chociaż jeżeli w korpo odwalają się takie jaja, jakie Mietek zgotował nam, to ja chyba nie chcę pracować w korporacji. :)

Początek nie był aż tak zły. Miecio stwierdził, że zanim zacznie działać, musi poznać zarówno aplikację, jak i ekipę. Zrozumiałe. Sprowadzało się to do tego, że Mietek pół dnia siedział i dłubał coś w kodzie, przeklinając pod nosem. Natomiast drugie pół chodził między biurkami, podrzucając piłeczkę i raz po raz zadając irracjonalne pytania. Serio, skąd mam wiedzieć, co się stanie, jak zmienię warunek w metodzie klasy, którą ostatnio na oczy widziałem ponad pół roku temu. Dla zobrazowania debilizmu tego pytania: wyobraźcie sobie, że jesteście na plaży, zrobiliście babkę z piasku i nagle ktoś was pyta, czy to ziarenko piasku, na lewo od tego kamyczka, jest szare, czy brązowe...

Aż w końcu nadszedł dzień, gdy nasz nowy szef stwierdził, że już wszystko wie i zaczynamy działać. Hurra!

Plan był taki, że on będzie analizował kod i pisał, co i jak mamy zmienić, a my zajmiemy się gwałceniem klawiatur. Sensowne, ale:

- za wszystko dostawaliśmy gwiazdki lub czaszki (przedszkole wita).Osoba, która nazbierała najwięcej gwiazdek mogła (UWAGA!) wybrać sobie, czym będzie się zajmować w następnym tygodniu, natomiast najskuteczniejszy nekromanta w zespole dostawał najtrudniejsze zadanie.

- zadania (poza dwoma w/w przypadkami) były losowane z magicznego pudełka. Co z tego, że A świetnie znał daną część systemu, jeśli to B wylosował zadanie jej modyfikacji. A tylko spróbuj się zamienić!

- wygodne krzesła zostały wymienione na piłki. Ogólnie rozumiem, dobre to dla kręgosłupa, ale na niższe biurka do kompletu to chyba budżetu zabrakło.

- codziennie rano organizowane było spotkanie, które wyglądało następująco - Mietek rzucał piłkę do losowej osoby, a ta musiała natychmiast powiedzieć, co wczoraj robiła w pracy. Zawahałeś się chociaż sekundę, dostawałeś czaszkę.

- Mieciu lubił prowadzić tak zwane testy dyspozycyjności. Dostajesz maila od Mietka i nie odpisujesz w ciągu 20 sekund? Dostajesz czachę! Byłeś w kiblu na dwójce i nie odebrałeś telefonu od Miecia? CZACHA!

- Masz problem i chcesz skorzystać z wiedzy bardziej doświadczonego przełożonego? Cytat: "Google jest jak Bóg, znajdziesz tam wszystkie odpowiedzi.". To ja z szefem gadam, czy znowu na elektrodę wszedłem?

- Mieciu stwierdził, że załatwi nam książki, które na bank pomogą nam w pracy. Super! Z niecierpliwością czekamy na jakieś książki opisujące zaawansowane meandry języka, którego używamy. Dostajemy cztery pseudokołczingowe ścierwa a la "JESTEŚ ZWYCIĘZCĄ!" i poradnik podstaw języka. Super!

Było ciężko, ale jakoś wytrzymywaliśmy z męczącym szefuńciem. Nadszedł jednak dzień, w którym Mietek oznajmił nam, że zarząd jest niezadowolony i trzeba jak najszybciej napisać cały system od nowa, utrzymując w międzyczasie stary w jako takim porządku. Poza tym zagroził, że od teraz osoba z co najmniej pięcioma czaszkami może zapomnieć o premii, a delikwent z aż dziesięcioma czaszkami wyleci na zbity pysk. Postanowiliśmy przyśpieszyć trochę tę akcję i stara ekipa tego samego dnia złożyła wypowiedzenie.

Za kilka dni kończy nam się okres wypowiedzenia, a Mietek zostanie z czterema juniorami, którzy ledwo poruszają się po kodzie, zaczątkiem nowej aplikacji i dogorywającym trupem, który ledwo działa.

Powodzenia. :)

by Satsu

Dwa dni temu, w piątek, wybrałam się do kina. Po tego typu filmach (Marvelowskie, konkretnie) zazwyczaj są sceny po napisach, które zapowiadają kolejny film z serii.

Film się skończył, ze znajomymi grzecznie czekamy aż miną napisy. Rozumiem, że nie każdemu się chce czytać o makijażyście kucharki numer dwa i innych członkach ekipy, dlatego pewien chłopak podszedł do pracownika (stał już przy drzwiach) i zapytał, czy po tym filmie na pewno jest taka scena. Pracownik powiedział, że nie, chłopak powtórzył informację reszcie towarzyszy i wyszli. Około dziesięciu osób.

Ja i znajomi jednak poczekaliśmy. Scena była. Na dodatek bardzo ciekawa.

I wiem, że dla niektórych jest to piekielność bardzo drobna, ale fani naprawdę długo czekają na takie filmy, są miłośnikami całych serii, dlatego takie sceny to genialna sprawa. Nie rozumiem podejścia pracownika, być może chciał szybciej wygonić ludzi i skończyć pracę, a może po prostu nie wiedział czy scena jest, bo filmu sam jeszcze nie widział, ale chyba w takim razie powinien powiedzieć, że nie wie.

Uwagi nie zwróciłam, bo widząc, że my nadal siedzimy, wyszedł i pewnie wrócił później.

Kino

by star_mayhem

3 maja pożegnałam mojego kochanego kocura. Był to kot z problemami, nazwijmy go nawet kotem specjalnej troski. Wiązało się to ze sporymi nakładami finansowymi, ale to był nasz przyjaciel. Warto było dla niego robić wszystko.

Rodzina oraz znajomi wiedzieli, że nasz Gruby jest specjalny. Początkowo nie komentowali zbyt naszych decyzji - kot musiał dostawać leki wspomagające wydalanie; trzeba było go myć, gdyż przez wady w budowie kręgosłupa nie mógł zrobić tego sam. Oczywiście był też wyprowadzany na smyczy, co niektórych ludzi szokowało. Uwielbiałam słyszeć pytania od przyjezdnych:
1) To kotek na smyczy może chodzić?
2) A to ona w ciąży jest?
A Gruby po prostu był Gruby i bez smyczy nie ruszał się z domu. Ot co, mieli nas za lekkich wariatów.

W grudniu zdiagnozowaliśmy u niego cukrzycę. Zdziwiliśmy się, bo we wrześniu na badaniach kontrolnych nie było żadnych odchyłów. Rozpoczęliśmy leczenie. Gdy powiedziałam mojej przyjaciółce, że wyjazd sylwestrowy sobie odpuszczę, bo moje fundusze obecnie pochłania kot, zrozumiała. Jednak nasi dalsi znajomi zaczęli się śmiać, że tyle pieniędzy na durnego kota idzie. Sama karma dla cukrzyków była droga, nie mówiąc już o insulinie, czy glukometrze. Jak na jeden raz było to dużo dla mojego portfela, ale według nich te pieniądze mogłam przeznaczyć na wyjazd.

Pod koniec kwietnia Gruby zapadł na tajemniczą chorobę. Możliwe iż było to zatrucie opryskami, które osiadły na trawie, bo mieszkamy zaraz przy polach. Zaczęliśmy walkę o jego życie. Sąsiedzi, jak to w bloku, widzieli, że bierzemy kota do auta, pytali się co z nim jest. My ze szczerością mówiliśmy, że wycieczka do weterynarza, bo Gruby jest chory.
Reakcja ludzi - to uśpijcie, weźmiecie sobie kolejnego.
Walczę o życie kochanego zwierzaka, więc takie teksty bardzo wkurzały.
Jeszcze bardziej wkurzyło nas, gdy przedzwoniło wujostwo - typowi Janusze. Zapraszali nas na wycieczkę na działkę do Bydgoszczy. My uświadomiliśmy ich, że nasz kot jest w stanie prawie agonalnym i go ratujemy. "Oj tam, pojedziecie, odpoczniecie sobie to mu przejdzie, a jak nie to najwyżej zdechnie. Przecież to żadna rasówka, że tak o niego latacie".

Ostatnie dni kocura wymagały od nas dużo wyrzeczeń i wysiłku. Kroplówki, leki, insulina, sprzątanie po nim, bo nie zdążył czasem do kuwety. Wyjścia na spacer, bo mimo swojego stanu chciał pójść na dwór. Finanse się uszczupliły o blisko 400 zł w ciągu tygodnia. Jednak nasze wysiłki nie przyniosły skutku i Gruby odszedł.

Spotkaliśmy się zarówno ze współczuciem, jak i tekstami o zabarwieniu podobnym do powyższych - a że za durnym kotem płaczę, a przecież mamy następne 3 w zapasie (opiekujemy się bezdomniakami) i mamy jeszcze przecież jednego w domu, to skąd ta tragedia. Jedna sąsiadka, widząc, że na spacer idziemy tylko z jednym kotem, dodała dwa do dwóch i z uśmiechem na twarzy spytała "o to co, zdechł ten stary?".

Chciałam jakoś go uhonorować. Pokazać, że dalej będzie przy mnie obecny. Wrzuciłam nasze ostatnie, wykonane na parę godzin przed śmiercią, zdjęcie na instagrama (wiem, że niektórzy tego nie pochwalą, ale dla mnie to było trochę jak oczyszczenie). Mają go tylko moi znajomi. Napisałam, że mój przyjaciel zmarł. Poza słowami współczucia dostałam komentarz, że zwierzęta ZDYCHAJĄ, a UMIERAJĄ ludzie.

I może nie są to mega duże piekielności, ale w tych dniach szczególnie we mnie uderzyły.

kot i ludzie

by Habiel

Nic nie mam do rowerzystów, ale jak za jakimś jadę lub widzę, że zbliża się w moim kierunku automatycznie wzmaga się u mnie czujność. Zwłaszcza gdy widzę starszą osobę na zdewastowanym składaczku, typ 'niedzielnego rowerzysty'.

Historia miała miejsce nie tak dawno, jakoś miesiąc temu, w mniejszej powiatowej miejscowości liczącej około 20 tysięcy mieszkańców. Jadąc sobie przepisowo zbliżam się do skrzyżowania. Ja na podporządkowanej, prostopadła do drogi z pierwszeństwem. Ot, typowe skrzyżowanie. Przede mną widzę panią w wieku 60-70 lat. Czujność rośnie, mimowolnie więcej uwagi zwracam na panią niż resztę otoczenia (też niedobrze, ale w tym przypadku się sprawdziło).

Dojeżdżamy do skrzyżowania i... i brew mi ucieka do góry, na twarzy maluje się kursywą "WTF?", a pani tuż przed samym skrzyżowaniem na środku drogi zsiada z roweru i zaczyna go prowadzić. Ja nie wiem co ona chce zrobić, ona sama wygląda jakby nie wiedziała. I bądź tu człowieku mądry. Ręka nie drga w żadną stronę, ale ustawia się jak do skrętu w prawo. Może na pasy chce iść? Ale gdzie tam, dalej dziarsko stoi na jezdni i obserwuje z obu stron ruch. Gdy się zwolnił pani truchcikiem podreptała przez skrzyżowanie, ale że nóżki nie tej młodości, to truchcik chwilę potrwał, wymuszając zatrzymanie aut na głównej. I tylko cieszyłam się, że nie próbowałam jednak przejechać widząc niezdecydowanie pani, która jednak nie jechała w prawo, tylko prosto, jakąś dziwną trasą przecinając skrzyżowanie.

Bez kamerki teraz ani rusz... Choćby po to, by nagrać na pamiątkę takie drogowe rarytasy.

skrzyżowanie

by Zniewolona

Po pierwszym roku studiów chciałam odciążyć trochę rodziców i sobie dorobić w wakacje. Mieszkałam w małym miasteczku, gdzie pracy nie było, więc tak jak większość moich rówieśników szukałam pracy w mieście oddalonym o 30 km. Busów dużo, problemu z dojazdem nie ma, więc wysyłałam CV wszędzie, gdzie poszukiwano studentów.

Odezwała się do mnie pani z sieciówki z ubraniami. Praca w centrum handlowym, niestety okazało się, że poszukują ludzi do pracy, ale tylko w galerii, która znajduje się najdalej od PKS-u. No nic, pojechałam na rozmowę kwalifikacyjną. Pani kierowniczka młoda, sympatyczna, zapewniała mnie o tym, że w sklepie panuje świetna atmosfera, wszyscy są zgrani i sympatyczni.

Oczywiście zanim podpisałam umowę poinformowałam panią kierownik o tym, że ostatni miejski z przystanku obok galerii mam o 21.40, a ostatni bus do domu o 22.15 i muszę o 21.35 maksymalnie wyjść z pracy bo niestety, ale w innym przypadku nie zdążę na busa. Kierowniczka powiedziała, że nie ma żadnego problemu. Sklep jest czynny do 21. Byłam cała w skowronkach. Do pracy miałam się zgłosić na drugi dzień i przyjechać na drugą zmianę czyli od 15-21.

Mój pierwszy dzień w pracy nie był taki jaki sobie wymarzyłam. Pierwsze polecenie, jakie otrzymałam było: idź i patrz czy wszystko w porządku. Nie zdążyłam nawet zapytać o co dokładnie chodzi, bo wszystkie pracownice traktowały mnie jak powietrze. Miały swoją ekipę, trzymały się razem, a jak już dostałam jakieś zadanie to bez żadnego wyjaśnienia co, gdzie, jak. Jak o coś pytałam to wywracały oczami i odpowiadały od niechcenia. Było mi przykro, ale postanowiłam, że dam sobie radę i się nie poddawałam.

Powoli jakoś zaczęłam ogarniać co i jak, metodą prób i błędów. Nadszedł upragniony koniec pracy, wybiła godzina 21, grzecznie czekam, aż kierowniczka powie, że już mogę iść do domu, gdzie się podpisać itp, a tu wychodzi już nie taka sympatyczna i rzuca mi odkurzacz z tekstem:

"Odkurzaj, ale dokładnie! Pod każdą półką, a każdy stojak masz odsuwać, odstawić na miejsce, a po odkurzaniu zmyj podłogę". Salon był ogromny, składał się z 3 części, co najmniej 40 minut odkurzania. Miałam łzy w oczach, bo już czuję, że nie wyrobię się na busa. Poszłam do niej i grzecznie przypomniałam, że ja muszę wyjść o 21.35. Wywróciła oczami jak wszystkie tam pracujące niewiasty i powiedziała, że ok, mam odkurzać do 21.35 i iść. Ledwo zdążyłam poodkurzać, złapałam torebkę i biegnę na przystanek.

Oczywiście po drodze słyszałam niemiłe komentarze, że co ja sobie wyobrażam i, że one pracują dziś na kasie i nie będą moich obowiązków brać na siebie.

Na drugi dzień znowu miałam na 15. Po przyjściu do pracy nikt, oprócz kierowniczki nie raczył mi nawet odpowiedzieć "cześć". Sytuacja taka sama jak w dniu poprzednim, ale tym razem dostałam informację, że mam wyjść z salonu o tej porze co reszta. Głupia byłam, zależało mi na pracy, to zostałam. Chwilę przed 22 wyszłam z pracy, zamówiłam taksówkę i zapłaciłam 30 zł za podróż na PKS. Czyli prawie tyle ile zarobiłam, bo stawka była 6 zł/h. Cały następny tydzień miałam już na pierwszą zmianę, ale kiedy miałam wolne, dostawałam informacje, że mam się stawić na zebraniu o 21.30. Obecność obowiązkowa.

Sytuacja powtórzyła się jeszcze kilka razy, pani kierownik powiedziała, że nie obchodzi jej to, o której mam busa i żeby ktoś po mnie przyjeżdżał, bo ona nie pozwoli na to, żeby była taka niesprawiedliwość, że jedna osoba wychodzi wcześniej.

Zwolniłam się po miesiącu, ale nie tylko to było powodem. Reszta to materiał na inne mniej lub bardziej piekielne historie.

sklepy praca

by ~Hexxe

Obecnie pracuję w sklepie z odzieżą damską.
Zwrotów nie przyjmujemy, wymiana jest możliwa do 30 dni od daty zakupu. Informacja o tym widnieje przy kasie.
Piekielnych sytuacji było mnóstwo ale opiszę te, które zapadły mi w pamięć:

- Małżeństwo, które kilka dni temu zakupiło sukienkę u nas (byłam wtedy w pracy i pamiętam tylko panią, panowie przychodzą rzadko, stąd zawsze ich pamiętamy). Na informację o możliwości wymiany zareagowali wielką falą oburzenia. Pan upierał się, że on był wtedy z żoną i jedna z nas powiedziała, że możliwość zwrotu jest. Ba, twierdził, że krzyczałyśmy to już na wejściu (!), a tak poza tym to on pracuje w branży i on wie do czego ma prawo bo ustawa weszła, że oddawać można. Żadne argumenty do niego nie trafiały - że byłam wtedy na zmianie z kierowniczką i nie ma możliwości, że któraś z nas podała mu błędną informację. Kiedy pokazałam mu tabliczkę, stwierdził, że pewnie dzisiaj ją ustawiłyśmy. Sukienka wymieniona z wielkim fochem.

- Pani, która po 3 miesiącach zauważyła, że żakiet jest na nią za mały. Kłamała, że sprzedałyśmy jej żakiet kilka numerów mniejszy niż chciała, bo na paragonie miała sukienkę w rozmiarze 4-krotnie większym. Mimo odmowy telefonicznej Pani do sklepu przyszła i prosiła o wymianę, zrobiłyśmy wyjątek - okazało się, że wymieniła z rozm. 40 na 42. Nie rozumiem po co było kłamać.

- Pani, która przyszła oddać sukienkę, bo mężowi się nie podoba. Oczywiście na odmowę zwrotu zrobiła aferę i to nie byle jaką.
Wmawiała mi, że weszła ustawa o zwrocie bo jej syn mówił. A syn to pracuje w salonie samochodowym i samochód nawet można oddać, kto to widział, żeby sukienki nie było można. W dalszej części awantury, którą było słychać z pewnością kilka sklepów dalej, Pani groziła mi, że pójdzie do gazety, do rzecznika praw konsumenta i ja jej będę oddawać za paliwo :D Żądała napisania oświadczenia, że ja nie chcę przyjąć jej zwrotu z czytelnym podpisem. W efekcie Pani wymieniła sukienkę, a na artykuł w gazecie i opinię rzecznika nadal czekam. Dodam tylko, że przez cały czas byłam spokojna, (uśmiechnęłam się mimowolnie w momencie kiedy Pani wpadła na pomysł o oddawaniu za paliwo) mimo to Pani coraz bardziej sama się nakręcała.


Dodam tylko, że właściciel nie ma obowiązku przyjmować zwrotów ani wymian pełnowartościowego towaru. Jest to jedynie jego dobra wola. A ustawa, która weszła dotyczy jedynie rzeczy sprzedawanych na odległość np. przez internet. O ile się nie mylę, nie dotyczy osób prywatnych jako sprzedających. Kolejnymi argumentami wymienionych osób zawsze jest to, że teraz w każdym sklepie można zwrócić towar. To również mija się z prawdą, bo większość sieciówek ma możliwość zwrotu, ale na kartę podarunkową, a nie w formie gotówki. Moim zdaniem więc jest to bardziej możliwość wymiany, a nie zwrotu. Więc zanim pójdziecie zrobić aferę dowiedzcie się dokładnie o swoich prawach, by podstawą do roszczeń nie były słowa syna, sąsiadki albo tv.

by GangstaGirl