piekielni.pl

Pokaż menu
Szukaj

Top

Jestem przewodnikiem muzealnym. Placówka jest dość specyficzna, stanowi ją nieczynny zakład przemysłowy. Ekspozycja to oryginalne wyposażenie, nie ma nowoczesnych "wodotrysków" pokroju multimedialnych gadżetów czy innych kącików dla dzieci.

Pewnego dnia sprzedawałem bilety i zbierałem grupę do wejścia. W pewnym momencie podszedł do mnie około czterdziestoletni mężczyzna.

- Dzień dobry. Czy tam w ogóle warto iść? Jest tam coś ciekawego?
- Kwestia gustu, proszę pana. Moim zdaniem miejsce warto poznać, aczkolwiek nie każdego interesuje akurat taka tematyka - odparłem. "Naganiaczem" ludzi nie jestem, staram się poważnie traktować klienta.
- A jest tam coś interesującego dla sześciolatka? Przyjechałem z żoną, jest z nami jeszcze Kacperek, nie ma kto z nim zostać.
- Nie mam nic przeciwko wzięciu ze sobą dziecka. Ale uczciwie uprzedzam, że dzieci najczęściej zaczynają się nudzić i hałasować. Miejsce jest szare i ciemne, łatwo się ubrudzić. W ciągu godziny zwiedzania trasy większość czasu poświęcona jest na słuchanie opowieści przewodnika.
- A bilety ile kosztują?
- 10 złotych dla jednej osoby.
- Hmm... To w sumie dziecka nie zainteresuje raczej. Proszę tylko dwa bilety w takim razie.
- Czyli zostawią państwo dziecko same sobie? - Poczułem się zaskoczony.
- Nie, Kacperek idzie z nami. Ale on się nie będzie interesował, więc jemu biletu kupować nie trzeba.

by vonGoethe

Żeby przejść do historii właściwej, muszę opisać wydarzenia sprzed kilku lat. Mam koleżanki, Agnieszkę i Jolkę. Agnieszka miała męża już kiedy się poznałyśmy. Mąż niesympatyczny, burakowaty. Mieli ślub cywilny, tylko dlatego, że Agnieszka zaszła w ciążę. Podczas kiedy jej rósł brzuch, on chodził na imprezy, szalał ile się dało o czym dowiadywała się od znajomych. Ona sama siedziała w domu, ale była młoda, zakochana.

Po krótkim czasie naszej znajomości dowiedziałam się (na własne oczy), że mąż Agnieszki ją bije. Ich dziecko miało już wtedy ze dwa latka, a ona nie miała odwagi żeby od niego odejść. Zabronił jej pracować - bo przecież on pracuje. Nie dawał jej przy tym pieniędzy na nic. Żeby zrobić zakupy musiała się prosić, a on wtedy z wielką łaską rzucał jej 20 zł i to miało jej wystarczyć.

Kiedy tylko się zorientował, że nie pozwolimy na takie traktowanie przyjaciółki, zaczął ją od nas odcinać. Zabrał jej (siłą oczywiście) telefon. Warunkiem oddania było to, że nie będzie się z nami kontaktowała. Skutek tego był taki, że przestała się do nas odzywać, na prośby o spotkanie reagowała wymówkami. Odnosiło się wrażenie, że jej synek cały czas choruje, a ona nie ma czasu.

W końcu sytuacja zaczęła się poprawiać. Okazało się, że Mąż ma romans z inną. Nie zgadzał się na rozwód, bo przecież nie ma podstaw. Z naszą sporą pomocą Agnieszka jednak wywalczyła upragniony rozwód, znalazła porządnego faceta i jest z nim do dziś.

Jolka za to całe lata była sama.
Nikt jej się nie podobał, nikt nie spełniał wygórowanych oczekiwań.
Aż 1,5 roku temu wyznała nam, że poznała przez Facebooka faceta swoich marzeń. Krystian przedstawiany był przez nią jako największy przystojniak, ale kiedy poznałyśmy go (dopiero po pół roku) okazało się zupełnie inaczej. Niski, w za dużych spodniach ciągnących się po podłodze, niesamowicie butny.

Jola była świadkową na moim ślubie.
Odpicowany do błysku Krystian wyglądał jak kamerdyner. Zachowywał się przesadnie porządnie, jak gdyby połknął kij i... nikomu nie pozwalał dojść do Joli. Tylko on miał prawo z nią tańczyć, rozmawiać. Wszystkim działał na nerwy bo na pierwszy rzut oka ziało od niego fałszywą nutą. Kiedy ona złapała bukiet, on niemalże staranował innego łapiącego muszkę, żeby nikt nie mógł z nią tańczyć. Po weselu kiedy emocje opadły i rozmawialiśmy z gośćmi okazało się, że mieli o nim takie samo zdanie. „Biedna dziewczyna” to było główne hasło.

Po niecałym roku znajomości (było to może 10 miesięcy) Krystian się oświadczył.
Jola była zachwycona, a mi zapaliła się ostrzegawcza lampka. Może nie jest za szybko na oświadczyny, ale ślub planowali na pół roku później. Bardzo szybko, po co się spieszyć? Nie, Jola nie była w ciąży. To Krystian był zdesperowany. Historia zaczęła zataczać koło, tyle że w tym przypadku z Jolą w roli głównej. Na prośby spotkania wymyślała wymówki takie jak: mam samochód w naprawie (3 razy w przeciągu 4 miesięcy), jestem chora, zapomniałam że Krystian ma urodziny, muszę mu wyprawić imprezę, zapomniałam że siostrzenica ma wtedy urodziny, pękła mi opona w aucie jak jechałam (!), mam wyjątkowo bolesny okres. Powiem tylko, że samochodem dzieli nas „odległość” 10 minut. Nie było mowy, żebym ja albo Agnieszka przyjechała do niej - z niewiadomych powodów.

Zaproszenia na swój ślub nie dała nam do dnia wieczoru panieńskiego, kiedy to przyjechałyśmy po nią. I w sumie tu dzieje się historia właściwa.

Jak to przy takich okazjach bywa, były żarty typu: wolisz strażaka czy policjanta (przy czym wiadomo było, że wszystkie nas ten proceder brzydzi, to Jola nie wydawała się nieszczęśliwa ani zgorszona). Krystian jak się okazało, nie miał wieczoru kawalerskiego - zamierzał siedzieć sam w domu, popijając alkohol i jedząc pizzę. Aż buchał złością, że Jola wychodzi, ale ona utrzymywała, że on swojego wieczoru kawalerskiego nie chciał i jego świadek „go wystawił”. Nasze zdanie było odmienne - uważałyśmy że Krystian nie ma kolegów, którzy chcieliby z nim iść na taką imprezę i wcale nas to nie dziwiło.

Przed wyjściem z domu oświadczył jej, że tak strasznie się o nią martwi, że nie będzie pił i jeśli będą się działy rzeczy na które ona nie ma ochoty, on po nią przyjedzie.
Samo to wydało mi się okropnie sztuczne i miało (moim zdaniem) za zadanie wymusić na niej poczucie winy. Udało mu się. Dzwoniła do niego co pół godziny - niby żartem, ale zdawała relację. Bawiła się przy tym bardzo dobrze, cieszyła się że wzbudza zainteresowanie w klubie wśród męskiej części gości.
Rozmawiałam o Krystianie z podpitą siostrą Joli i okazało się, że jest porywczy i chciał pobić ich kuzyna za to, że rozmawiał na imprezie sylwestrowej z Jolą.
Impreza odbywała się jak to przy takich okazjach bywa - w sobotę.
Jako że nie były to moje klimaty, mąż zabrał mnie z imprezy na moją prośbę o 2 w nocy. Ze mną zabrała się również Agnieszka. Pisałam i próbowałam się dodzwonić do Joli następnego dnia ale bezskutecznie.

W końcu w poniedziałek dostałam od niej wiadomość. WIADOMOŚĆ na Facebooku. Nie miała odwagi cywilnej, aby ze mną porozmawiać. Wiadomość muszę ze względu na jej treść przytoczyć bezpośrednio:

„Rozmawiałam z Krystianem o tym co się działo przed panieńskim i uważam, że takie teksty to była ostra przeginka. Krystian wziął to na poważnie i bardzo się zdenerwował czemu się wcale nie dziwię. Szczerze mówiąc MAM DO CIEBIE ŻAL. Krystian miał spier**lony cały wieczór (to był jego kawalerski) i nie pił żeby być w gotowości jakbym dała znać że coś takiego jak mówiłyście się dzieje i przyjechać po mnie. Delikatnie mówiąc wkur**ił się i ja na jego miejscu też bym tak zareagowała. Z tym że nie chciał mi psuć imprezy i na końcu bardzo się powstrzymywał żeby czegoś za dużo nie powiedzieć. Tak między nami Agnieszka bardziej sobie nagrabiła - Krystian podjął decyzję że nie chce jej widzieć na naszym ślubie i wcale mu się nie dziwię. Ja też bym si e wkur*iła.”

Szok jaki mnie ogarnął po przeczytaniu wiadomości to rzecz nie do opisania. Nie byłam w stanie pojąć, co takiego zrobiła Agnieszka a czego nie zrobiłam ja, że jej zaproszenie zostało anulowane, a nasze nie. Szybko zrozumiałam. Chodziło o kopertę - na naszym ślubie byli, prezent dali, on się przecież musi zwrócić, nawet jeśli pan młody mnie nienawidzi.

Próbowałam się dodzwonić do Joli, porozmawiać z nią o co dokładnie chodzi. Nie odbierała. Nie miała odwagi. W końcu odpowiedziałam jej w takiej samej formie jak ona mi przekazała wiadomość, że jest mi przykro, nie rozumiem ich decyzji i uważam, że Krystian potrzebuje trochę dystansu do siebie bo chyba zna ją na tyle dobrze, aby jej zaufać.

Tak jak nie odbierała telefonu, na odpowiedź nie musiałam długo czekać. Jej zdaniem Krystian jej ufa, a dystans nie ma nic wspólnego z sytuacją. Ma do mnie żal i tyle.
Myślałam nad tym długie dnie aż zdecydowaliśmy wspólnie z mężem, że nie pójdziemy na ten ślub. Znowu próby kontaktu telefonicznego się nie powiodły, nie czułam się na tyle pewnie, aby odwiedzić ich osobiście nie wiedząc, czy ją zastanę.
Osoba tak porywcza jak Krystian kojarzyła mi się tylko i wyłącznie z mężem Agnieszki i bałam się żeby nie doszło do rękoczynów.

Poinformowałam Jolę o naszej WSPÓLNEJ decyzji na co ona odpowiedziała mi że Krystian mnie lubi, że nie rozumie dlaczego nie przyjdziemy itp. zmiana nastawienia całkowita.
Wszystko to tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że chodzi o włożoną zawartość koperty, którą dostaliśmy na nasze wesele.

Ślub już w tym miesiącu.
Nie pójdziemy na niego i jest mi przykro, że tak się dzieje. Tym bardziej, że sama Jola widziała jak to działało na przykładzie małżeństwa Agnieszki, a teraz idzie jak w dym dokładnie w taką samą sytuację.
Czekam tylko aż przejrzy na oczy. Wiem, że nie ma sensu tłumaczyć jej czegokolwiek, bo broni Krystiana jak lwica i tym samym jeszcze bardziej nastawia się przeciwko nam.

toksyczne związki

by Poziomeczka

Znajoma właśnie wstawiła na fejsie pełen jadu i nienawiści post pod adresem pewnej lokalnej pizzerii.

Czym jej ta pizzeria zawiniła, pytacie?

Znajoma wstawiła na fejsowym funpagu pizzerii zdjęcie swoje i narzeczonego i napisała coś w rodzaju "Hejka, to ja i mój narzeczony. Dziś jest nasza 2. rocznica narzeczeństwa. Bardzo lubimy waszą pizzę. Czy dostaniemy darmową pizzę, żeby świętować nasze narzeczeństwo?"

Na co pizzeria uprzejmie im pogratulowała rocznicy i zaprosiła na swoją stronę internetową, by skorzystali z aktualnych promocji (w domyśle: by zapłacili za pizzę jak każdy).

Znajoma się wściekła i opluła pizzerię na swojej ścianie, nie szczędząc im wymówek, jacy to oni są skąpi i niewrażliwi.

No kurde.

Roszczeniowi ludzie

by Strzyga

Albo mam pecha do ślubów albo do ludzi.
Znów wylądowałem na ślubie tym razem kuzynki. Siedzę tak sobie grzecznie, rozmawiam, obserwuję całą imprezę, przysiada się do mnie wujek brat mojej mamy, a ojciec kuzynki.

- No co tam Destimo u ciebie słychać, nie szukasz sobie żony?
- A wie wujek jak to jest, wsiąkłem trochę w pracę nie było czasu na życie.
- Tak nie można tylko pracą i pracą, a tak z ciekawości można z tego wyżyć?
- No wujek całkiem dobrze mi się żyje, a więc można.
- A to tak pi razy oko ile zarabiasz miesięcznie?
- To zależy od wielu czynników ale powyżej średniej krajowej mam na miesiąc spokojnie.
- No to ładnie, a to co ty tam dokładnie robisz?
- Gry i aplikacje mobilne sprzedaje -
- I to ktoś kupuje?
- Ludzie na całym świecie, tam gdzie udostępniam swoje aplikacje.
- A to jak to sprzedajesz?
- Są takie dwie firmy Google i Apple, one mają tak jakby swoje sklepy, do których ja cyfrowo wystawiam aplikacje, jak wszystko jest ok za ich pośrednictwem ludzie kupują u mnie aplikacje albo rzeczy w ramach tych aplikacji.
- No to już nie na moją głowę, ja się już pogubiłem nie nadążam za tym światem teraz - zaśmiał się wujek i wychylił kieliszek wódki, który sekundę wcześniej sam sobie nalał.
- No ale skoro ci się powodzi, to mogłeś więcej wsadzić do koperty - Nagle rzucił, gdy stężenie alkoholu przekroczyło granicę przed, którą jeszcze człowiek pewne rzeczy trzyma dla siebie.
Po czym jak gdyby nigdy nic siedzi i grzebie w sałatce widelcem szukając skarbu Azteków.
- To było trochę nie na miejscu.
- Mi się wydaje Destimo, że nie na miejscu to było wsadzić tylko 800 złotych do koperty jak się ma o wiele więcej, tu są ludzie, którzy mają mniej od ciebie, a potrafili dać więcej albo kupić coś cenniejszego co się parze młodej przyda.
- Ja mam nadzieję, wujek, że teraz mówi przez ciebie alkohol, a nie rozsądek i rozum.
- Rozum to się ma jak się bierze ślub - cokolwiek miało to znaczyć - wtedy zrozumiesz, jakie to koszty i że się musi zwrócić chociaż część parze młodej, ja wiem, że ty rodzina jesteś, ale jak cię zapraszali młodzi to i ja, i pewnie oni mieli nadzieję, że będziesz bardziej szczodry.
- A ja myślałem, że wesele to celebrowanie nowej drogi życia, widocznie wiele się muszę jeszcze nauczyć - skwitowałem z sarkazmem.
- No nie da się ukryć, bo jak się ma tyle lat co ty na karku, nie ma się żony dzieci i zobowiązań to można czegoś tam o życiu nie wiedzieć, młodzi ci tego nie powiedzą, ale posłuchaj, kup im jeszcze coś, teraz im się przyda na przykład pralka, może być taka za 700 złotych, nikt nie kupił im takiego prezentu to możesz się jakoś zreflektować za te marne grosze w kopercie.
- Ja nie wiedziałem, że wujek jest zagorzałym komunistą, że jak ja mam to innym muszę dać.
- Destimo, posłuchaj- zaczął wujek, ściskając mnie w przedramieniu i przysuwając się bliżej – ja nie jestem, żadnym komuchem, ja wiem jak świat działa, nie obrażam się, że mnie tak nazwałeś, bo no co tu dużo mówić, uważam, że jesteś nieco nierozgarnięty życiowo i dużo jeszcze nie wiesz.
- Tak, a skąd te wnioski, że jestem nierozgarnięty życiowo? - pytam z ciekawości, no i pragnę tutaj nadmienić, że nie chciałem wszczynać awantury z wujkiem żeby nie psuć ślubu parze młodej, więc starałem się jak mogłem aby nie doprowadzać do bezsensownej konfrontacji.
- No masz ponad 30 lat na karku, miałeś babę to ją zostawiłeś, robisz sobie wrogów wśród rodziny no i co tu dużo gadać nie potrafisz się zachować, nie wiem twoja matka i ojciec tacy nie są, to ja nie wiem co ty taki dziwny im wyszedłeś.

Do tego momentu, wujek zdążył mnie tyle razy obrazić, że jedynym kontrargumentem byłby strzał w te jego głupie ryło, ale zaciskam zęby i myślę sobie tak się chcesz bawić to się pobawimy.

- Ale wie wujek jak to jest, ja muszę inwestować w oprogramowanie, sprzęt, ja dziś mam pieniądze ale jutro mogę nie mieć, taka branża, no a poza tym jak to prawdziwy mężczyzna muszę, zbudować dom, zasadzić drzewo i spłodzić syna, a widzę wujek jeszcze tych podpunktów nie wykonał, więc z doświadczenia innych widzę, że to nie jest chyba najlepsza droga by stać się mężczyzną.

Wujek milczy, patrzy się na mnie przepijaczonym wzrokiem, a ja sobie myślę, jeb..ie mi czy mi nie jeb..ie?
Wujek zacisnął mocniej dłoń na moim przedramieniu po czym puścił mnie i wychylił kolejnego kieliszka.

- Po za tym wie wujek, jakie domy są teraz drogie z 400 tysięcy złotych to mało żeby coś sensownego kupić w sumie mogę już za gotówkę kupić, ale jeszcze się rozglądam, no ale co jak już kupię to na parapetówkę zaproszę i wychylimy coś lepszego niż te ślubne rozcieńczane szczyn.
- Kur..o - przerywa mi wujek - To jest dla ciebie takie zabawne, śmiejesz się z tego, że inni muszą harować? Że nie mają tak jak ty. Dobrze już wiedziałem, że ty to kur.a jesteś a nie rodzina, tak jak Bartusia załatwiłeś - Czyli informacja obiegła rodzinę i dotarła do wujka, swoją drogą matka i ojciec Bartusia nie byli na ślubie. Choć zaproszenie im wysłano.
- Bartuś załatwił się sam, chyba, że napaść i groźby to dla wujka normalne rodzinne zwyczaje i w sumie teraz tak na naszą rozmowę patrzę to wydaje mi się, że jednak tak, bo blisko jesteśmy poziomu Bartusia - skwitowałem puszczając mu oczko.
- Wiesz co mnie powstrzymuje, żeby ci nie przypierd...ć? Bo nie chcę robić wstydu na weselu mojej córce, ale takich jak ty to trzeba jak psa kopać, pierd...y dorobkiewicz bez godności.
- Czyli jak kupię dom, to mam wujka jednak nie zapraszać na parapetówkę?

Wujek podniósł palec, coś chciał powiedzieć, ale zaczął wstawać z krzesła.

- Nie masz prawa pokazywać się u nas w domu, jak przekroczysz próg dostaniesz w ryj, tyle w temacie rozmowa zakończona.
- W święta też nie mogę wpaść do waszej posiadłości na homara i stek?

Wujek zacisnął pięść i wycedził przez zęby spier..j. Po czym z impetem dosunął krzesło do stolika tak, że cały segment się zatrząsł co zwróciło uwagę innych gości.
Za chwilę matka przyszła z końca stolika.

- Co ten wujek od ciebie chciał?
- No bileter dał mi do zrozumienia, że kupiłem tańszy bilet na imprezę niż powinienem był, więc się zabieram stąd - Mama zrobiła taką minę jakbym recytował haiku po włosku.
- No po prostu wychodzę i radzę wam uważać na wujka.
- A co ty znowu namąciłeś z nim?.
- Jak to co namąciłeś? Wujek nie umie się odnaleźć w kapitalizmie i usilnie chce powrotu komuny tyle w temacie, nie podoba mu się, że ktoś ma więcej i z tego tytułu ja mam oddawać kasę innym bo mnie stać.
- Co, wujek ci to powiedział? - Matka się zdziwiła.
Ubrałem się więc i opuściłem imprezę tuż przed północą.

W ramach wyjaśnienia, nie obnoszę się z pieniędzmi i to co mówiłem do wujka miało tylko wydźwięk prowokacyjny. Natomiast jeden z plusów tej sytuacji to fakt, że realnie zacząłem rozważać zakup domu i przeniesienie się z mieszkania w bloku do własnych czterech kątów co w momencie gdy oddaję ten tekst w ramiona piekielnych jest w zaawansowanym stadium rozwoju.

Jestem chodzącą kopalnią takich dziwnych sytuacji na pulpicie leży już parę opowieści, które prędzej czy później wrzucę tutaj. Pytanie po co to robię? Myślę, że piekielni mają dla mnie doskonały wpływ terapeutyczny gdzie w miarę anonimowo mogę zrzucić z siebie balast pewnych życiowych sytuacji co przynosi w ostateczności pewną ulgę.

Ten wpis kończący jest dla tych z mojej rodziny, którzy to czytają i mnie kojarzą. Pozdrawiam zatem Wujka jeśli jakimś cudem to do Ciebie dotrze, to mam nadzieję, że zobaczysz jakim byłeś prostakiem i jeśli nie wyciągniesz z tego lekcji to nie ma już dla Ciebie ratunku.

wesele rodzina

by DestimoMiseravel

Pracuję dorywczo w restauracji typu fast food. Lubię swoją pracę, ale ludzi już niekoniecznie... kilka sytuacji wyjaśniających dlaczego.

1. Większość gości nie zna podstawowych zwrotów grzecznościowych. Podchodzą do kasy i rzucają od razu 'big maca z kuponów' i rzucają dychę na twarz i już ich nie ma. A potem są pretensje do mnie, że wołam za nimi co do picia, czy zamówienie na miejscu, a o numerku do odbioru to już nie wspomnę.

2. Tzw. Akcja 'byłem w toalecie'. Gość zamawia, my w normalnych warunkach po dwóch minutach wszystko wydajemy, ale gościa nie ma 5, 10, 15... a potem przychodzi i on ŻĄDA świeżej kanapki i jeszcze grozi negatywną opinią.

3. Amatorzy kiosków. Kioski są urządzeniami gdzie można zaznaczyć dosłownie wszystko. Napoje bez lodu, frytki bez soli, cukier do kawy czy kanapka bez składnika. Standardem są jednak sytuacje, że przy wydaniu zamówienia ktoś mówi, że napoje miały być bez lodu, ale NIE DAŁO SIĘ ZAZNACZYĆ. Tak ciężko spytać pracownika jak to zrobić albo chociaż powiedzieć od razu po zapłaceniu, że do numeru xx będzie bez lodu? Najwyraźniej nie ma takiej potrzeby, przecież my możemy mieć straty...

4. Osoby typu "nie znam się i to twoja wina". Stałam na kasie. Pan składał zamówienie i zażyczył sobie rożka. Potem nie miałam kolejki, więc stałam na prezenterze i wydawałam mu zamówienie z tym rożkiem. Podniósł się wielki raban, że on chciał rożka, a nie ma! Po dochodzeniu okazało się, że chciał McWrapa. No nic. Sytuacja nie byłaby piekielna gdyby pan nie zaczął mnie wyzywać od nienormalnej, bo przecież nikt już o 19 lodów nie bierze (to by się zdziwił).

5. Łazienka w restauracji jest na kod, który znajduje się na paragonie. Jest to kwestia bezpieczeństwa i zabezpieczenie przed menelami, więc każdemu kto wyrzuci paragon albo nawet nie jest gościem, kod każdy pracownik poda. Standardem są jednak ludzie, którzy wyzywają nas i mają pretensje, że jak to, że rąk nie można umyć i co to w ogóle jest. No cóż...

6. Drive! Najlepsze miejsce do wszczynania awantur. Piekielności jest dużo. Ktoś podjeżdża i składa całe zamówienie, ja grzecznie nabijam po czym pytam czy się zgadza, a po potwierdzeniu podaje cenę. I wtedy następuje ALE JA MAM KUPONY, HEHE. I to w takiej wersji, nie, że przepraszam, ale zapomniałem wspomnieć. I weź teraz przebijaj.

7. Osoba przyjmująca zamówienia jednocześnie przyjmuje pieniądze. Dlatego zawsze podajemy kwotę wcześniej, żeby gościa przy okienku sprawnie obsłużyć jednocześnie przez słuchawki przyjmując inną osobę. I tutaj standardem są osoby krzyczące ile ma być i mające pretensje, że jak to ja naraz przyjmuje zamówienia i pieniądze... staramy się zawsze przeprosić zamawiającą osobę i udzielić przy okienku wszystkich informacji, ale pretensje są.

8. Kochany hold. Są produkty, których trzymane są małe ilości, bo rzadziej schodzą, np wingsy czy ryby. Dlatego zawsze nawet stojąc na trzecim oknie jak słyszę, że ktoś sobie coś z tego życzy to sprawdzam ile jest i mówię przez słuchawki, że będziemy czekać. Gość mówi że nie ma problemu. Po czym gdy odsyłam na holda nagle jest problem, jak to muszę czekać? Ja chcę teraz i już. Nie wiem, amnezja jakaś czy coś?

9. Prawie cały rok w aplikacji są dostępne kupony, a okazjonalnie wydajemy w restauracji w wersji papierowej. Zdobyć je nie jest trudno. Nie powstrzymuje to jednak ludzi od zaczynania pytaniem 'jakie są kupony?'. No więc proszę Pana kupony są w aplikacji mobilnej. JAK TO? MI NIE POWIECIE? JAKA APLIKACJA? NIEDOCZEKANIE. No a jak.

10. Kolejna akcja z kuponami. Na początku jak wchodzą papierowe, wydajemy gościom do każdego zamówienia. Gość dostaje i nagle jest halo, czemu mi Pani nabiła normalnie zamówienie jak są kupony, Pani mnie okradła, w tej chwili przebijać! Podejście z góry jest takie, że nasz gość - nasz Pan i władca, więc kłócić się nie ma sensu.

11. Były kupony to i bonifikarta! Jest to taka karta, którą mają pracownicy i goście odwiedzający restaurację w dniu wydania. Żeby z niej skorzystać trzeba ją oczywiście okazać. Przy kasie nie ma problemu, a na drivie mówimy że proszę przygotować xx zł, BONIFIKARTĘ i zapraszam dalej. A dalej co? No pani albo nie mam, albo gdzieś w torebce i muszę szukać albo najlepiej niech pani przymknie oko. No sorry ale nie przymknę.

12. To może teraz coś z McCafe. Historia Iced Latte. Gość zamawia, dostaje, po czym robi dosłownie awanturę, że jego kawa jest GORZKA i cukier się nie chce rozpuścić. Szokujące, co nie? Wzywanie menadżera jest na porządku dziennym. Cóż nauczona doświadczeniem mówię od razu, że kawa będzie gorzka. Wierzcie lub nie, ale sporo ludzi jest zdziwionych.

13. Hologramy. Są to takie naklejki, które się dostaje za kawy, a potem można za nie otrzymać dowolną gratis. Codziennie zdarzy się ktoś kto bierze najtańszą kawę (4zł) I zaczyna bajerę że no hehe da pani ze dwa czy trzy te hologramy. Grzecznie mówię, że jedna kawa to jeden hologram. Zrozumieją? Nie, skądże, ciągną dalej i odchodzą obrażeni. No cóż.

14. Kwiatki na stolikach McCafe. Są? No niekoniecznie, bo ludzie je kradną same, a często i z wazonikami, o tłuczeniu i braku nawet przepraszam nie wspominam. Nie ma kultury w narodzie...

Jak teraz to czytam, to poważnie zastanawiam się co ja tam jeszcze robię...

gastronomia

by Wishyine

Krótka historia o Madce i Ojcu.

Byłem ostatnio w pensjonacie w górach. Jednej nocy w ogólnodostępnej jadalni piętro pod moim pokojem, dwie pary postanowiły sobie urządzić wieczorek przy kartach. Jedna z nich była z 2-3 letnim dzieckiem. Po północy dziecko zaczęło płakać na cały pensjonat krzycząc "mama, do góry, spać, do góry".

Panowie przedrzeźniali dziecko "do dziury, do jakiej dziury, hahaha, hihihi", a dziecko wyło coraz głośniej budząc cały pensjonat.

Zszedłem na dół, zapytałem co się dzieje, że ludzie są tu po to by wypocząć, a nie słuchać wrzasków i usłyszałem od Madki roku:

- To przecież dziecko! Nie zaknebluje go. Sam se go pan ucisz jak panu przeszkadza.

Kiedy zasugerowałem, że dziecko płacze, bo chce spać, odparła"
- Pan mi nie mów kiedy ja mam swoje dziecko kłaść, to moje dziecko.

Na głupotę nie ma ratunku.

by morsik84

Jestem kontrolerem biletów.

Razem z Władkiem umówiliśmy się, że ja zacznę sprawdzać autobus od przodu, a Władek od tyłu. Po zakończonej kontroli zauważyłem, że w tylnej części autobusu siedzi dwóch łysych jegomościów popijających piwko i rzucających przekleństwami na prawo i lewo.
- Władek sprawdzałeś ich? - zapytałem swojego współpracownika.
- Chyba głupi jesteś! - odpowiedział Władek.

Przyznam że tym stwierdzeniem trochę mnie zagotował. Nie dziwię się potem, że przez takich ludzi jak Władek pasażerowie mówią, że dresów i pijaków to omijamy, a spisujemy tylko tych uczciwych. Postanowiłem więc zainterweniować. Podszedłem do jegomościów i poprosiłem ich o bilety, których oczywiście nie mieli. Władek tymczasem usiadł kilka metrów dalej, w bezpiecznej odległości.

Po odbyciu krótkiej pouczającej rozmowy panowie zdecydowali się, że karę za przejazd bez biletu zapłacą na miejscu.
Gdy tylko wyciągnęli gotówkę, nagle obok mnie zmaterializował się Władek. Zaczął dawać mi wyraźne sygnały, że chciałby abym się z nim podzielił, ponieważ z każdej opłaty na miejscu mamy pewną premię. Normalnie sam bym go zawołał aby mógł wypisać jednego z panów, tak jak to kontrolerzy mają w zwyczaju w przypadku ujawnienia więcej niż jednej osoby. Lecz za to jak się zachował stwierdziłem, że należy się mu figa z makiem i sam wypisałem obu panów.

Po wyjściu z autobusu Władek śmiertelnie się na mnie obraził. Do końca zmiany się do mnie nie odezwał i stwierdził, że już nigdy więcej nie będzie ze mną współpracował.

komunikacja_miejska

by OkrutnyKanar

Mam kuzynkę - daleką genealogicznie, ale bliską geograficznie, ponieważ ona z rodzicami i ja z rodzicami mieszkałyśmy na tym samym osiedlu. Z tego powodu nasze rodziny często się widywały - to jedna do drugiej wpadła, to organizowano jakieś wspólne wyjazdy czy inne atrakcje itp. itd.

Z kuzynką nigdy nie byłam bardzo blisko - jak jeszcze byłyśmy dziećmi, to fajnie się z nią bawiło (jak z prawie każdym dzieckiem), ale gdy zaczęłyśmy wchodzić w wiek nastoletni, to z powodu różnicy w charakterach i zachowaniu nie widywałyśmy się poza rodzinnymi spotkaniami. Mimo tego, właśnie dzięki tym spotkaniom i wszystkim zażyłościom między rodzicami, kuzynkę znam bardzo dobrze i sporo wiem o jej prywatnym życiu.

Dziewczyna nigdy nie była orłem. W szkołach leciała na ocenach 2-3, bo, jak sama się chwaliła, nie ma po co uczyć się na wyższe stopnie. Jakiś tam jednak poziom miała, bo klas nie powtarzała i maturę zdała (ze średnim wynikiem, ale jednak średnim, a nie niskim). Taki trochę typowy uczeń "zdolny, ale leniwy". Jednak dopiero po skończeniu szkoły to lenistwo wyszło w całości.

Dziewczyna dostała się na studia na informatykę. Uczelnia państwowa (Uniwersytet, dla bezpieczeństwa nie piszę jakie miasto). Kierunek całkiem niezły, przyszłościowy. Problem był tylko w tym, że - zupełnie jak w szkole - uczyła się "byle zaliczyć". Nie raz chwaliła się, że taki i taki przedmiot zaliczyła tylko dzięki ściągom, albo że nie umiała czegoś zrobić (głównie chodziło o programowanie) to odkupiła pracę od roku wyżej i lekko pozmieniała (lub nie). Wydawała się wręcz dumna z tego, że mało co robi, a zdaje (miała parę razy warunki, ale nigdy nie powtarzała roku). Jej prace dyplomowe też były napisane byle jak na 3 - ale obronić się obroniła.

Podczas pięciu lat studiów przepracowała chyba ze trzy miesiące. I to tylko dlatego, że musiała odbębnić obowiązkowe praktyki po II i IV roku. Była to praca bezpłatna, załatwiona przez uczelnię. Wiele osób mówiło jej, żeby lepiej popracowała trochę dłużej, nabrała doświadczenia, bo bez tego będzie jej potem ciężko znaleźć pracę po studiach. Ale ona nie chciała, bo "po to szła na studia, by nie musieć jeszcze pracować".

No ale w końcu pięć lat minęło, praca magisterska obroniona (we wrześniu bo we wrześniu, ale obroniona) i nadszedł czas na znalezienie pierwszej płatnej roboty. No i kuzynce się zamarzyło - ona po informatyce chce pracować w korporacji! Nie miała konkretnych planów, ale koniecznie chciała do korporacji.

Zaczęła masowo wysyłać CV, mając nadzieję na znalezienie upragnionej pracy. Jednak rzeczywistość nie była różowa i większość firm na jej aplikacje nawet nie odpowiadało. Parę razy jednak została zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną, ale ostatecznie zatrudnić jej nie chciano.
W okolicy stycznia w końcu sukces - zaproponowano jej praktyki w jednym korpo. Radość kuzynki jednak nie trwała zbyt długo - oferowano jej umowę-zlecenie ze stawką 6 zł (brutto) na godzinę. Z jednej strony pieniądze faktycznie małe, ale z drugiej dziewczyna z niskim doświadczeniem i umiejętnościami - czego się spodziewała? Kuzynka doszła do wniosku, że za taką kwotę pracować nie będzie i ofertę odrzuciła.

Minęło jeszcze kilka tygodni, aż jej rodzice w końcu stracili cierpliwość i powiedzieli jej, że ma iść do pracy gdziekolwiek, do jakiegoś Maka czy sklepu i zacząć im się dokładać do mieszkania, albo ją wyrzucą, bo z chwilą gdy skończyła studia przestali mieć obowiązek ją utrzymywać. Kuzynka zachwycona nie była, ale i rodzice nieugięci. Poszła pracować do supermarketu jako człowiek-orkiestra (siedzenie na kasie, wykładanie towaru, sprzątanie itp. itd.).

Przepracowała cztery miesiące. Po czym ogłosiła, że jest w ciąży. Ojciec nieznany, wpadka na jakiejś imprezie (oficjalnie - ja tam myślę, że to nie była wpadka tylko celowo sypiała z facetami bez zabezpieczenia, żeby zajść i nie musieć pracować). Z pracy odeszła (była na zleceniu), bo przecież w ciąży "nie może pracować". Rodzice jej teraz z domu nie wyrzucą. Oczywiście jakby chcieli to dalej by mogli, no ale mają za miękkie serca, by wyrzucać ciężarną.

No i kuzynka sobie wesoło siedzi w domu, nie przejmując się za bardzo skąd weźmie pieniądze na dziecko ani jak sobie poradzi. Problem z pracą w markecie rozwiązała i to jej wystarcza. Jak ktoś się jej dopytuje jak teraz będzie to mówi, że sobie poradzi.

A ja współczuję jej rodzicom, bo nie dość, że dalej będą musieli wykładać kasę na pasożyta to jeszcze na jej dziecko. Mam nadzieję, że jak ono podrośnie to znów postawią kuzynce ultimatum i każą wracać do pracy.

by ~4gnieszk4

Zastanawiam się...

Zastanawiam się i postanowiłam spytać Was, co Wy o tym myślicie.

Ostatnio było trochę historii na temat życia pewnych ludzi na koszt Państwa (czyli podatników). Chciałam dorzucić jeszcze jedną – dość symboliczną.

Alina miała 18 lat, gdy urodziła synka. Była w klasie maturalnej. Maturę zdała, można powiedzieć, z synkiem „przy piersi”. Po maturze zrobiła sobie rok przerwy w nauce z uwagi na dziecko. Utrzymywali ją rodzice, którzy rozwiedli się dosłownie chwilę przed jej porodem – mama, z którą mieszkała i która pomagała jej w opiece nad synkiem i tata, który płacił jej alimenty – do jej rąk, z uwagi na jej pełnoletność. Nie było sprawy sądowej o alimenty – dla ojca było rzeczą oczywistą, że ma obowiązek pomagać swojej córce, dopóki ona się uczy. Uwzględnił roczną przerwę w edukacji – sytuacja była taka a nie inna – i zadeklarował kwotę 500 zł miesięcznie pod warunkiem, że córka po roku przerwy podejmie edukację na stopniu wyższym.

Ojciec synka Alinki okazał się „niebieskim ptakiem”, zatem po przeprowadzeniu stosownych procedur sądowo-administracyjnych, Alina uzyskała alimenty na synka z Funduszu Alimentacyjnego w kwocie 500 zł (to chyba kwota maksymalna, jaką można uzyskać w takiej sytuacji).

Miała zatem dochód w wysokości 1000 zł – na siebie i dziecko – oraz utrzymanie u mamy.

Po roku Alinka dotrzymała słowa danego swemu ojcu i zapisała się na studia. Niewymagający, mało popularny kierunek. Wystarczyło bywać od czasu do czasu na zajęciach i mieć minimum wiedzy, żeby je ukończyć.

Gdzieś około 4 roku jej studiów wszedł w życie program 500+. Nasza Alina zatem – z uwagi na fakt bycia samotną, studiująca matką – załapała się na niego i jej dochód wyniósł już do 1500 zł miesięcznie.

Alina skończyła studia i obroniła pracę magisterską. Miała wówczas 26 lat. Z tej okazji otrzymała od swego ojca prezent – 2000 zł (jednorazowo). Jednocześnie jednak ojciec uznał, że nie jest już zobowiązany do płacenia alimentów, ponieważ córka zakończyła edukację. Zadeklarował jednak, że dopóki nie znajdzie ona pracy – będzie wciąż dawał jej pieniądze – 300 zł miesięcznie.

Przechodzę do clou piekielności – Minął rok od czasu ukończenia studiów. Alina ma teraz 27 lat. Mieszka w dość dużym mieście, gdzie nie ma żadnych problemów z uzyskaniem zatrudnienia – pod warunkiem jednakże, że ktoś chce pracować. Nie znam zupełnie przepisów, rządzących wypłatą z Funduszu Alimentacyjnego oraz zasiłkiem 500+ na pierwsze dziecko (bo nigdy mnie to nie dotyczyło), ale Alina twierdzi, że gdyby podjęła pracę na etat za minimalną 2000 brutto – zostałaby obu tych świadczeń pozbawiona.

Nasza mądrala zatem wykoncypowała sobie, że .... nie opłaca jej się pracować! Bo tak: praca (nie w jej zawodzie, ale taka, którą mogłaby bez kłopotów wykonywać) na etat za minimalną krajową da jej dochód w wysokości 1459,48 zł netto (2000 zł brutto ). Ponieważ jej dochód w chwili obecnej to 1300 zł - 500zł z Funduszu Alimentacyjnego + 500 zł z programu 500+ oraz 300 zł od ojca, Alinka osądziła, że za 159,48 zł (tyle wyniosłaby różnica pomiędzy zasiłkami a płacą) nie opłaca jej się rano wstawać z łóżka!

Rozmawiałam z nią kilka dni temu. Pytałam, czy patrzy tylko na pieniądze. Czy nie ma dla niej żadnego znaczenia nabycie doświadczenia zawodowego, którego kompletnie nie ma? A co z przyszłą emeryturą? Przecież wszystkie te świadczenia, które otrzymuje, są tylko czasowe (zwłaszcza pomoc finansowa od ojca). Czy nie jest to warte poświęcenia wygody życia na zasiłkach?

Do Aliny nie dociera. Ona liczy pieniądze – tu i teraz. Ma pieniądze darmo, bez wysiłku – a zostanie jej to odebrane, gdyby poszła do pracy.

Jakie jest Wasze zdanie?

Życie na zasiłkach

by KatzenKratzen

Często rano pijąc herbatkę przeglądam albo Facebooka, albo gazetę. Dziś przeglądając posty znajomych i obserwowanych osób natrafiłam na długą wypowiedź jednej z blogerek. Kobieta wskazała problem dotyczący zakupów, a mianowicie rozmiary, które są z kosmosu. Dołączyła nawet swoje zdjęcie: normalna figura, która nie mieści się w rozmiar 42 i pytanie dla kogo są to ubrania, bo na pewno nie dla ludzi. Czytając komentarze przypomniałam sobie historię sprzed kilku lat, a konkretnie kiedy byłam w gimnazjum.

Jako dzieciak zawsze byłam patyczakiem (skóra i kości). Zaczynając dojrzewać przybyło mi tu i ówdzie. Zaznaczam, że nie byłam młodym grubaskiem: po prostu mam bardziej kobiecą figurę, jestem zaokrąglona w odpowiednich miejscach i taką figurę miałam już w gimnazjum. Moje koleżanki, co do zasady były ode mnie chudsze: miały mniejsze uda, biust, tyłek. Wtedy to był dla mnie powód do wstydu i nie czułam się zbyt komfortowo. Pomimo narzekań mamy postanowiłam schudnąć.

Zrzuciłam kilka kilo (teraz myślę, że byłam idiotką, bo naprawdę nie było potrzeby) i wybrałam się na zakupy do popularnego sklepu z króliczkiem w logo. Tam po przymierzeniu spodni po prostu popłakałam się w przymierzalni. Okazało się, że pomimo tego, że ważyłam wtedy jakieś 50 kg przy wzroście około 165 nie było rozmiaru, który by na mnie pasował. Możecie sobie wyobrazić jak czuje się nastolatka, która wchodzi w okres dojrzewania, ma kompleksy, schudła i chce dorównać koleżankom. Pani ekspedientka skomentowała ten fakt z politowaniem mówiąc coś w stylu: "Jesteś za duża na nasze ubrania.". Jednocześnie wskazała, że uda i tyłek zawsze będą problematyczne, bo są większe.

Moja mama zabrała mnie do innego sklepu, znacznie porządniejszego i kupiła spodnie w normalnym rozmiarze, ale długo leczyłam się z kompleksu: jestem za duża, a moja dolna partia ciała już w ogóle.

Z biegiem lat zmieniło się moje postrzeganie samej siebie: przyjaciółki zazdroszczą mi figury, faceci chwalą ją, a ja zrozumiałam, że metka to tylko metka i śmieję się z takich sytuacji. Ale doskonale pamiętam co czułam w tamtej przymierzalni.

Dlatego dziwię się producentom, bo skoro nawet nastolatki nie wchodzą w ich ubrania to dla kogo je produkują? Dla wieszaków? Zwracam się też do nastolatek (o ile jakieś to czytają): naprawdę w większości przypadków to nie wy jesteście grube tylko te ubrania są nieprzystosowane. I pamiętajcie, że mając naście lat wasza figura wariuje i z biegiem lat pewnie zgubicie te dwa-trzy nadprogramowe kg. Najczęściej kobiety z brzydkich kaczątek stają się łabędziami.

uslugi zakupy

by no_serious