piekielni.pl

Pokaż menu
Szukaj

Top

Mam dziadka. Dziadek ma działkę i nadmiar wolnego czasu. Efektem tego na działce ma m.in. drzewka owocowe. Drzewo jak to drzewo - jest wyższe nieco od krzaka, do jego obsługi potrzebna jest więc drabina. I miał mój dziadek taką, używał jej od lat 70'. Drzewo jednak ma to do siebie, że rośnie - w przeciwieństwie do drabiny.

No i przychodzi któregoś dnia (jesienią) dziadek na obiad i kuśtyka. Mama zaczęła więc go przesłuchiwać i po 15 minutach zadawania krzyżowych pytań i wysłuchiwania wymijających odpowiedzi dowiedziała się prawdy:

(teraz proszę usiąść i złapać się za głowę)

Drabina była za krótka, więc dziadek dosztukował do niej dwie listewki (całkiem dobre listewki, które ktoś zupełnie głupio wywalił na śmietnik), przy pomocy sznurka (takiego konopnego, co tam w szufladzie leżał) i tak tej drabiny używał. Ale chyba związał za lekko, bo ja stanął na górze tej drabiny, to to łączenie się rozwiązało, drabina poleciała, a dziadek został uczepiony gałęzi. I tak wisiał. Póki nie spadł. A jak spadł, to teraz kuśtyka.

Po tym jak pierwsza fala żywej reakcji mojej mamy przeszła, a środki uspokajające zaczęły działać i mój wujek przestał w krótkich, żołnierskich słowach wyrażać swoją opinię nt. drabin, wiśni i jabłonek, doszliśmy wszyscy do porozumienia.

Ojciec pojedzie z dziadkiem na pogotowie zobaczyć, czy NA PEWNO nic mu się nie stało, a ja kupię mu drabinę.

Żeby było ciekawiej - faktycznie dziadkowi nic się nie stało, tylko się potłukł.

No to kupiłam - aluminiową, lekką (tak, że mogłam ją nieść jedną ręką), składającą się z trzech elementów, które można było dowolnie zestawiać, z zapięciami, żeby jak się te elementy zestawi, to konstrukcja była stabilna.

Pojechałam też na działkę i zabrałam starą drabinę z przywiązaną jedną listewką boazeryjną. I wszystkim nam się wydawało, że sprawa drabiny jest załatwiona. Do wczoraj.

…(werble)...

Jako że jestem jedyną osobą, która ma auto terenowe w rodzinie, oddelegowano mnie do odebrania dziadka z działki. Dziadek tam sobie chodzi pieszo.

No i ja przyjeżdżam i patrzę co dziadek robi - a on przycina drzewka. Stojąc na drabinie. Nie - nie na drabinie - na 1/3 drabiny aluminiowej, przedłużonej przywiązanymi do niej jakimiś patykami.

Powtórzyłam sobie trzy razy, że jestem białą lilią spokoju na falującej tafli urfa jeziora spokoju i pytam się go, co robi.

No drzewa przycina, bo już czas. No to widzę, ale dlaczego na 1/3 drabiny? Dlaczego sobie nie zestawił dziadzio dwóch elementów i nie zabezpieczył ich na te zapięcia, jak dziadziowi pokazałam? Tylko tak sztucznie drabinę przedłuża.

No bo:

- 1/3 drabiny jest w garażu. Dziadzio sobie nią wychodzi na dach garażu i zamiata. Ten dach garażu. Żeby był czysty.
- 1/3 drabiny jest w mieszkaniu. Bo dziadziowi wygodniej wyciągać rzeczy z szafek niż ze stołka. Dziadzio zabezpieczył górę drabiny dwiema skarpetkami, żeby nie porysować mebli na wysoki połysk, o które opiera 1/3 drabiny.
- no i 1/3 jest na działce, ale jest za krótka, żeby z niej obsługiwać drzewa, to se dziadzio dosztukował na długość.

!

A komórkę trzyma w domu w krysztale, bo nie chce żeby go inwigilowali. No i co z tego, że jak spadnie, to umrze. To będzie spokój.

I gadaj tu z nim.

by takatamtala

Mój kuzyn, ma skład materiałów budowlanych. Ponieważ codziennie ma do czynienia z ludźmi, piekielnych historii mu nie brakuje. Dziś opiszę kilka, które od niego usłyszałem i zapadły mi w pamięć.

Krzysiek jest uczciwy i tego samego oczekuje od swoich pracowników. Płaci w ustalonym terminie ustaloną wypłatę co do grosza, i oczekuje za to sumiennej pracy. Każdemu już na rozmowie o pracę powtarza, że nie toleruje cwaniactwa, oszukiwania i jakiegokolwiek okradania. Jak komuś coś w pracy u niego nie pasuje, to niech przyjdzie porozmawiać, może się uda dogadać.

Wszystkie auta z jego firmy tankują na pobliskiej stacji paliw. Krzysiek zna właściciela, dogadał się o jakiś tam rabat. Pewnego dnia dostał telefon od znajomego, że jest właśnie na tej stacji paliw, i jedna z ciężarówek Krzyśka tankowała się (ciężarówki są oklejone logiem firmy), podjechała do niej osobówka, kierowca ciężarówki wlał do niej też trochę paliwa, po czym osobówka odjechała. Tak- jeden z kierowców Krzyśka w biały dzień kradł paliwo na stacji oddalonej o kilka km od firmy. Krzysiek podziękował za informację, po czym zadzwonił do właściciela stacji z prośbą o nagranie z monitoringu. Dostał je bez problemu. Następnego dnia zaprosił do biura owego kierowcę, pokazał mu nagranie, po czym dał kartkę i długopis w celu napisania podania o rozwiązanie umowy o pracę.

Kierowca zaczął się zarzekać, że to pierwszy raz, i że tylko 20 litrów wlał żonie do osobówki, żeby do pracy miała na czym jeździć. Krzysiek powiedział, że go to nie interesuje, który raz, ile i po co, bo kradzież to kradzież, a mówił przecież już na samym początku, że nie toleruje kradzieży. Następnie kierowca-złodziej przyjął bardziej agresywną linię obrony- zaczął krzyczeć, że za taką sumę jaką Krzysiek mu płaci, to on nie jest w stanie utrzymać rodziny, i że Krzysiek nie wie jak to jest, bo on się o pieniądze nie martwi itd. Krzysiek odpowiedział mu tylko coś w stylu "No cóż, to teraz będziesz mógł znaleźć dobrze płatną pracę. A swoją drogą- skoro tak u mnie źle, to czemu tyle czasu siedziałeś? Przecież na łańcuchu Cię nie trzymam." Koleś nie odpowiedział nic.

Innym razem z warsztatu zginął zestaw kluczy, nic specjalnego, nowy wart ok. 200 pln. Złodziej jednak zapomniał o jednym "szczególe"- monitoringu. Co prawda kamery pod warsztatem sprytnie uniknął (przez co ujawnił się błąd w zainstalowaniu monitoringu), ale złapała go inna, nieco oddalona. Złodziejem okazał się jeden z pracowników. Po okazaniu mu nagrania z monitoringu spalił buraka, zaczął przepraszać i zarzekać się, że to się więcej nie powtórzy. Usłyszał jednak to samo co ten od kradzieży paliwa. Następnie powiedział, że on ma gdzieś, i on żadnego podania nie pisze. Krzysiek mu odpowiedział, że ok, że chciał mu pójść na rękę i nie wpierdzielać mu dyscyplinarki, ale skoro on woli... Po tych słowach koleś podobno pisał podanie w takim tempie, jakby wypracowanie na przerwie spisywał. :)

Na tym jednak nie koniec piekielności związanych z tym pracownikiem, a raczej to był ich początek. Koleś w ramach zemsty zaczął Krzyśkowi nasyłać kontrole z różnych instytucji. Czyli reasumując- został ewidentnie przyłapany na kradzieży, kuzyn poszedł mu na rękę, pozwalając aby zwolnił się sam, a nie został zwolniony dyscyplinarnie, a on w ramach "podziękowania" nasyłał mu kontrole. Krzysiek wtedy powiedział wprost, że "ostatni raz zlitował się nad jakąś łajzą".

Inny kierowca przejeżdżając ciężarówką obok swojego domu wstąpił do niego na chwilę. Jego dzieciaki wskoczyły do kabiny. "Rozsądny" tatuś zostawił je w środku same i poszedł po coś do domu. Któryś z dzieciaków spuścił hamulec postojowy, drugi drążek od zmiany biegów ustawił na luz- ciężarówka stoczyła się na stodołę. Ponieważ ciężarówka nie zdążyła się rozpędzić, skończyło się tylko na kilku obtarciach kabiny. A teraz pomyślcie- jakby któryś z dzieciaków w panice wyskoczył z kabiny, potknął się i wpadł pod koła? Albo jakby któreś z nich stało akurat pod tą stodołą i nie zdążyło odskoczyć na bok?

Krzysiek kiedyś spotkał jednego z pracujących u niego kierowców ciężarówek tuż przed wyjazdem ze składu. Zauważył, że facet coś źle wygląda, a kiedy podszedł blisko poczuł od niego alko. Okazało się, że koleś wieczór wcześniej był u sąsiada na imieninach, gdzie grzał ostro wódę blisko do północy, a następnego dnia na 7. rano przyjechał swoją osobówką ok. 15 km do roboty, a następnie planował jeździć ciężarówką. Krzysiek kazał mu spieprzać do domu i trzeźwieć, z tym że ma sobie załatwić jakąś podwózkę, bo jak zobaczy, że wsiada za kierownicę sam, to od razu dzwoni po policję. Powiedział mu też, ze jak jeszcze raz przyjdzie w takim stanie do pracy, to z miejsca wylatuje. Poza tym jeszcze tego samego dnia kupił alkomat, i od tamtej pory robi wyrywkowe kontrole trzeźwości swoim pracownikom.

Krzysiek złapał kiedyś dobrego klienta- budowa jakiegoś zakładu produkcyjnego. Była to jednak budowa z prawdziwego zdarzenia z restrykcyjnym BHPowcem, który ścigał wszystkich za nieprzestrzeganie regulaminu. Jednym z jego punktów był kategoryczny zakaz palenia papierosów z wyjątkiem wyznaczonych do tego miejsc ( podobno była jakaś budka na placu budowy z tabliczką "palarnia"). Jeden z kierowców Krzyśka olał ten punkt regulaminu, i został złapany przez wspomnianego wcześniej BHPowca, który solidnie go ochrzanił za to. Jako że był to pierwszy raz, skończyło się jedynie na tym ochrzanie. 2 dni później, ten sam kierowca, znowu złapany z kiepem w zębach. W dodatku nie miał założonego kasku, co było wymagane przez wyżej wspomniany regulamin.

BHPowiec mocno się wkurzył i kazał kierowcy wyjeżdżać z placu budowy. Następnie poszedł, poskarżył komu trzeba, i Krzysiek dostał telefon, że w związku z dwukrotnym złamaniem regulaminu obowiązującego na placu budowy, i to w tak krótkim czasie, wykonawca rezygnuje ze współpracy z jego firmą. Kierowca, przez którego to się stało w ogóle nie widział w tym swojej winy, i twierdził, że robią z igły widły, i że co komu przeszkadzało, że on sobie papieroska zapalił. Na pytanie co jemu przeszkadzało, żeby wytrzymać trochę bez fajka, albo iść do tej wyznaczonej palarni, już podobno nie odpowiedział.

Jak przypomnę sobie inne historie, i o ile te się spodobają, to dopiszę. :)

skład budowlany

by ~BlackEnergy

Mieszkam i pracuję na Wyspach.

Firma, w której pracuję zajmuje się projektowaniem urządzeń do fabryk samochodowych, procesu produkcji itd. Pracuję tam już około 7 lat, nie mogę narzekać. Kilka osób przyszło, kilka odeszło. Historia będzie o piekielnym pracowniku, z ostatniego naboru.

To gówniarz. Ma 22 lata, zaraz po szkole. Przyszedł, posłuchał rad starszych, zadawał pytania, w sumie geniuszem nie jest, ale sobie radził. Popracował 6 miesięcy, dostał stały kontrakt. Ochota do roboty trochę mu przeszła, zaczęło się 25-minutowe siedzenie w kiblu kilka razy dziennie, nic to, nie tylko on to robi, da się wytrzymać.

Pewnego razu wybrał się chłop na wakacje na Karaiby. Żeby nie przepłacać, pojechał na Dominikanę, tanio podobno i też fajnie. Może i tak jest, ale kiedy wrócił, okazało się, że stracił 15 kilo przez rzyganie i sranie, bo złapał jakiegoś bakcyla i trzymało go przez 3 tygodnie. Facet normalnie ważył 75 kilo i przy prawie 2m wzrostu przypominał bardziej stracha na wróble, wyobraźcie sobie jak wyglądał gdy ważył 60 kilo.

Poszedł do lekarza, sprawdzili mu flaki, wyszło że zapalenie ma jakieś. Wszyscy współczuliśmy, bo nie jesteśmy psycholami. Poszedł do szefowej, ona ludzka kobitka, pozwoliła mu jeść przy pracy coby trochę ciała odzyskać, on ścisła dieta, kurczak, ryż, KMINEK (słoik na tydzień, jak to pachnie to wiecie). I się zaczęło.

W ciągu miesiąca odzyskał trochę wagi, po dwóch miesiącach wyglądał prawie normalnie, po trzech zupełnie normalnie. Zaczęły się Happy Meale z Maca, naprzemiennie z ze zdrowym ryżykiem i kurczaczkiem, 3 razy dziennie. Wiecie jak bardzo rozprasza osoba jedząca jedzenie z mikrofali w cichym, niewielkim biurze? BARDZO. Zawłaszcza mnie. 3 razy dziennie, cały rytuał. Wstaje. Idzie do lodówki. Wyciąga kurczaczka, deseczkę, kroi kurczaczka, bo przecież nie będzie się wysilał i gryzł, dodaje do ryżyku, ciap, ciap, miesza dokładnie, bardzo, bardzo dokładnie. I do mikrofali. Na minutę, potem wstaje i idzie zamieszać. Kolejna minuta. Potem niesie to do biurka, dodaje kminku (zapach skarpetek po wuefie - tak to dla mnie pachnie), ciap, ciap trzeba pomieszać.

I je. Powolutku, widelec, nożyk, niby pracuje (telekinetyczne oczywiście, bo obie rączki zajęte), troszkę na telefon spoziera i je. Oczywiście niemiłosiernie zgrzytając tymi sztućcami o talerz (NIENAWIDZĘ tego dźwięku). I je z otwartą gębą. Mam ochotę go zabić. 3 razy dziennie. A już totalne walenie w ch*ja to to, że gość robi sobie przerwy o 12:30 na jedzonko (o 13:00 mamy 30 min przerwy), o 13:25 wstaje i przygotowuje sobie kolejne jedzonko i je do 14:00-14:10, a potem o 16:25 kiedy o 17 kończymy robotę. Każdy posiłek trzeba popić, najlepiej wodą. Z butelki. Plastikowej. Pomiętej. I zamiast przechylić ją i poczekać aż woda wleci do gęby to on SSIE. A butelka strzela.

Mówiłem mu 5 razy żeby tego nie robił, dzisiaj kiedy znowu zaczął pić, po moim komentarzu obruszył się, że przecież on nic nie poradzi bo tak jest jak się wysysa wodę z plastikowej butelki. Bez słowa poszedłem do szafki i wyciągnąłem szklankę i walnąłem ją przed nim na blat. Chyba zrozumiał że są inne sposoby picia. Tzn. lobie tak myśleć. Bo pewnie zrobi to znowu jutro.

A my mamy zapie*dol i nadgodziny, bo gówniarz odkrył pomysł na to jak się nie narobić.

biuro

by Betelgeuse

Popełniłam życiowy błąd i spędziłam weekend, udzielając awaryjnych i ekspresowych korków z chemii ogólnej, biochemii, farmakologii i fizjologii studentce pewnej stołecznej uczelni medycznej. Takie kombo, do pełni szczęścia zabrakło tylko anatomii i etyki w postępowaniu medycznym.

W życiu bym się nie ugięła, gdyby nie to, że Bardzo Była Uczennica to kuzynka dobrej przyjaciółki, której wisiałam od dawien dawna ogromną przysługę i w ten sposób przyszło mi spłacić dług. Dziewczyna ma jakieś warunki, jakieś poprawki, sesję mocno przedłużoną, średnio mnie to zresztą interesowało, ważne było dla niej, że potrzebuje pomocy na już, teraz, natychmiast, a dla mnie - co w zasadzie mam jej tłumaczyć.

Okazało się, że wszystko...
I niech mi stawy zaczną wyginać się w drugą stronę, jeżeli przesadzam. Wszystko. Zaczęłam z grubej rury - kazałam jej zaznaczyć na listach zagadnień wszystko, co już umie, żebym wiedziała, z czym się mierzymy. Dziewczynka po minucie czy dwóch gapienia się tępo w przestrzeń wyjąkała "No... ale ja nic jeszcze nie umiem. Dlatego korków potrzebuję, nie?".

Po bardzo niedługim czasie okazało się, że "nic" to bardzo trafne określenie. Podręczników i skryptów dziewczyna nie czyta, bo ich nie rozumie (i - w większości - ich nie posiada). Na zajęciach "trochę byłam, no wiesz, hehe, bo sprawdzali obecność, ale średnio ogarniałam". Dlaczego nie odpaliła choć Wikipedii, żeby tam sobie przeczytać absolutne minimum? Nie potrafiła powiedzieć.

Zdusiłam w sobie ubolewanie, szok, gorycz i resztę operetkowych odruchów i przeszłam do tłuczenia bazy pytań, bo nie streszczę jej kilkuset godzin wykładów i nauki własnej w 2 dni, może przynajmniej prawidłowe odpowiedzi zapamięta. Rozmowy o pytaniach wyglądały przeważnie tak:
- Ale ja nie rozumiem, o co chodzi w tym pytaniu.
- Którego słowa nie rozumiesz?
- Wszystkich...

Skracając przydługą opowieść - po raz pierwszy w życiu zdarzyło mi się spotkać studentkę IV roku, która planuje mieć napisane na dyplomie "lekarz-dentysta", a której trzeba było wyjaśniać, czym są - z chemicznego punktu widzenia - białka. Tak, białka. Jak trzynastolatkowi w gimnazjum. Przy aminokwasach jej twarz się rozjaśniła i zachwycona wystękała "aaaaa... TO BYŁO!...". Na całe szczęście, bo chyba bym udusiła dla dobra ludzkiej puli genetycznej.

Pod koniec drugiego dnia poinformowałam ją z mocą i przekonaniem, że nie ma najmniejszych szans zdać żadnego z egzaminów i zapytałam, jak zdała maturę z biologii i chemii.

Ściągała.
Najciekawsza była jej reakcja na moją złowrogą wróżbę - wzruszyła ramionami i stwierdziła, że "tatuś zadzwoni, zapłaci i dadzą jej zdawać znowu, w następnej sesji".
Zaciekawiłam się, kim jest tatuś.
Tatuś jest profesorem kardiochirurgiem. Nawet kiedyś byłam na jego wykładzie, tylko nazwiska nie skojarzyłam.
Zastanawiam się, dlaczego sam nie uzupełnia braków w wykształceniu córeczki. Może przejdę się na jego dyżur i zapytam.

niestety moja kuchnia

by Ursueal

Mieszkam od niedawna w Londynie. Piekielni są tutaj nasi rodacy. Powiedzcie mi proszę, jak można przyjechać do obcego kraju, kompletnie nie znając języka? Sytuacja z dzisiaj.

Kolejka w banku do punktu obsługi klienta. Przede mną chłopak mniej więcej około 30-stki. Gdy przychodzi jego kolej, mówi po polsku, że chciałby złożyć konto w tym banku. I nawija o warunkach, dokumentach itd. do babeczki - wyraźnie Hinduski, która z sekundy na sekundę robi coraz większe oczy. I pyta pana piekielnego z ujmującym uśmiechem: "Excuse me, sir, could you speak in english?”, na co pan piekielny niestety nie umiał odpowiedzieć.

Rozmówki polsko-angielskie trwały jeszcze dłuższą chwilę i nawet dość zabawnie się je obserwowało, jednak praca nie poczeka, więc postanowiłam pomóc (chyba bardziej pani obsługującej niż rodakowi). Przetłumaczyłam więc pani, że rodak chce założyć konto i pyta, jakie dokumenty będą mu potrzebne itd.

Pani przygotowuje ulotki, a ja w międzyczasie pytam: "Chłopie, co ty tu robisz sam, skoro ani be ani me po angielsku?”. Odpowiedź dosłownie mnie zabiła.

"Bo mi znajomi powiedzieli, że na Wyspach tylu Polaków, że każdy tutaj gada po naszemu, a nawet jak nie, to zawsze się znajdzie jakiś jeleń (czytaj w tym wypadku ja), który przetłumaczy.

Smutne jest tylko to, że znajomi mieli rację.

londyn bank

by szakilka

Odkryłem Piekielnych stosunkowo niedawno, więc sporo czytam i przypominam sobie przy poszczególnych historiach piekielności, których sam byłem uczestnikiem.

Mam kuzynkę, którą ze względu na bliski stopień pokrewieństwa i fakt, że sporą część życia mieszkaliśmy drzwi w drzwi nazywam siostrą. Otóż siostra parę lat temu nabyła auto osobowe, nówkę sztukę prosto z salonu. Ja wtedy chwilowo nie byłem zmotoryzowany, a miałem parę spraw do ogarnięcia daleko od domu więc mówię:
- Słuchaj siostra, jak masz czas i chęć to może pojechalibyśmy w weekend do Andrzeja (stary kumpel mieszkający na wsi). Oddam ci za paliwo, pogonisz auto 300 kilometrów w obie strony po świetnej drodze, nałykasz się świeżego powietrza, dzieciaki pojeżdżą na kucyku, pobawią się ze swoimi rówieśnikami, utytłają w błocie, zobaczą jak wygląda schabowy, gdy jeszcze mieszka w chlewiku i że mleko nie jest z kartonu tylko od krowy. Adam (siostry mąż) pomoże mi wieczorem przy butelce. Krótko mówiąc połączymy przyjemne z pożytecznym.

Siostra się zgodziła, pojechaliśmy, zrealizowaliśmy plan. Po powrocie do rodzinnego miasta podjechaliśmy na stację benzynową, zatankowałem pod korek, tak jak było auto zatankowane w momencie wyjazdu. I wtedy siostra mówi
- Wiesz brat, jeszcze 36,50 jesteś mi winny.
- No super, ale może coś bliżej, za co na przykład?
- Taka podróż to nie tylko koszt benzyny. Przecież olej się zużywa, opony, nabite kilometry obniżają wartość rynkową. No wiesz, taka amortyzacja.

Wynalazła jakieś wskaźniki zużycia i wyliczyła z góry ile auto według nich straci na wartości. Zawsze była poukładana, zorganizowana i oszczędna ciut ponad miarę, ale żeby coś takiego? No zamurowało mnie prawdę powiedziawszy. Pomijam fakt, że od Andrzeja nie wyjeżdża się z pustymi rękoma, więc pół bagażnika miała wyładowane konfiturami, sokami, przetworami i nalewkami. Ale to sprawa miedzy nią a Andrzejem.

Natomiast między mną a nią sprawa była taka, że parę tygodni wcześniej przez dwa dni tyrałem z jej mężem przy budowie drewnianego tarasu. Za dziękuję. Moimi narzędziami. I przez myśl mi głupiemu nie przyszło, żeby domagać się pieniędzy za stępione brzeszczoty do wyrzynarki, zużycie frezarki, czy kilkanaście roboczogodzin. W końcu pomagam dla rodziny, tak?

Choć cisnęły mi się na usta różne cięte (bardzo) riposty, wyjąłem z portfela bez słowa dwie dwudziestki, nie będę robił kwasu za durne 4 dychy. Jeszcze przyjdzie koza do woza , pomyślałem. Na głos powiedziałem tylko:
- Pewnie jak zwykle nie masz drobnych, więc zrób mi przelew na te 3,50.

by Majezon

Opowiastka pod tytułem "Uwielbiam straż miejską czyli hoplofobia poziomu żenującego".

Posiadam broń. Długą, palną i śmiertelnie niebezpieczną - jeżeli jest załadowana, przeładowana i stoi się po niewłaściwej stronie lufy. Tyle że taka sytuacja występuje wyłącznie na strzelnicy - oczywiście poza stawaniem przed lufą. W pozostałych przypadkach to narzędzie jest rozładowane, schowane w pokrowcu i co najwyżej może stłuc paznokieć, gdy spadnie na stopę. Niestety, według dzielnych strażaków miejskich, broń ma to do siebie, że zabija wszystkich w okolicy samą swoją obecnością. A tych, co przeżyją - zabija jeszcze raz, gwałci i potem znowu zabija.

Wracałem wieczorkiem, samochodem, ze strzelnicy, broń w pokrowcu zalegała na przednim siedzeniu, drzwi zablokowane centralnym zamkiem. Zatrzymałem się przed skrętem w uliczkę osiedlową, żeby przepuścić wolno drepczący patrol SM, sztuk dwie, płeć męska. Przechodząc przed maską jeden z nich odruchowo zajrzał do środka. Natychmiast obrócił się do kolegi i zaczął coś gardłować i pokazywać w moim kierunku. Ponieważ byłem zajęty kręceniem kierownicą, nie zwróciłem na to zbyt dużej uwagi, lecz ruszyłem i po przejechaniu może dwudziestu metrów zaparkowałem przed domem. Wysiadam i...

- Nie ruszaj się! - słyszę nagle wrzask zza pleców. Najpierw odruchowo skamieniałem, potem odwracam się i zobaczyłem dwie ciemne sylwetki biegnące w moim kierunku. Ponieważ jestem bardzo wyczulony na punkcie swojego bezpieczeństwa - zwłaszcza gdy przewożę broń - odchyliłem kurtkę, ukazując pistolet w kaburze przy pasku.

Tutaj mała dygresja dla osób nieobeznanych z tematem. Posiadacz pozwolenia sportowego może legalnie nosić załadowaną broń w miejscach publicznych, w sposób nie ujawniający jej posiadania. Czyli np. w kaburze przylegającej do ciała, ukrytej pod kurtką, wewnętrzną za paskiem, albo schowaną pod pachą - byle nie afiszować się jak kowboj z coltem na biodrze. Dokładnie reguluje to ubojka, czyli ustawa o broni i amunicji, oraz odpowiednie rozporządzenia MSWiA. A zdrowy rozsądek zaleca posiadanie załadowanej broni krótkiej do ochrony przewożonej, a rozładowanej broni długiej. Zwłaszcza gdy jest jej dużo - zdarzyła się próba odebrania karabinków wiezionych na zawody. Tutaj, co prawda, występował tylko jeden karabin w pokrowcu, ale liczy się zasada. Koniec dygresji, wracamy do opowieści.

Dwóch strażników wyhamowało prawie w miejscu i, z bezpiecznej odległości, zaczęło się:

- Co jest w samochodzie?! Nie dotykaj rewolweru(?), ręce na widoku!

Chłopakom ewidentnie włączył się hollywoodzki scenariusz. Szkoda tylko, że ich wrzaski nie były poparte dwoma lufami wycelowanymi w moją stronę, bo bez tego scena mocno traciła na wiarygodności. Gdy już zidentyfikowałem, że to nie dwa dresy chcą mi skroić samochód lub broń, odczułem dużą ulgę. Zakryłem kaburę, po czym z głupia frant łagodnie zapytałem:

- Stało się coś?

Nic innego mi nie przyszło do głowy, ale w tej sytuacji to była maksymalnie inteligentna wypowiedź, na jaką było mnie stać. Odpowiedź mocno mnie zdziwiła:

- Gleba! Na glebę! Kładź się! Rzuć broń!

Popatrzyłem pod nogi na opluty chodnik i już ze spokojem wycedziłem:

- Sam się kładź. Może byś mnie najpierw o pozwolenie zapytał, bara... strażniku miejski? To legalna broń, mam książeczkę przy sobie. Pokazać?

Strażniki pohamowały słowotok. Najwyraźniej dotarło do nich, że tym razem nie trafiły na bandytę z nielegalną klamką i nie zginą od razu jak poprzednim razem, więc już z mniejszym natężeniem decybeli zaczęli mnie rugać:

- Dlaczego pan ma broń w samochodzie i przy sobie? Nie wolno nosić broni na ulicy! To jest przestępstwo! Dokumenty! Tylko spokojnie i proszę nie dotykać broni! Co jest w samochodzie?

- Kałasznikow. A bo co?

Wręczyłem dowód osobisty i okazałem z daleka czerwoną książeczkę posiadacza broni. Nie chciałem się potem tłumaczyć ewentualnie wezwanej Policji, gdzie się podział ten dokument i dlaczego jest w kieszeni u strażnika, a nie u mnie. Po czym nastąpił dalszy ciąg tyrady. Nie będę jej dosłownie przytaczał, ale sens był taki: popełniłem przestępstwo; nie mam prawa nosić broni w miejscu publicznym; broń musi być przewożona w bagażniku; nie mam prawa transportować jej z domu, tylko muszę ją przechowywać na strzelnicy; broń nie może być załadowana; cywil nie może mieć kałasznikowa; nie wolno mieć naboi w magazynku, a broń musi być w pudełku, nie w kaburze (o, coś zaświtało, ten chyba czytał rozporządzenie - szkoda, że zdezaktualizowane od 2014 roku); broń może wystrzelić i będą dziesiątki ofiar!

Z całej tej tyrady sprzecznych bałwaństw tylko ostatnia rzecz trochę pokrywała się z prawdą, reszta to stek bzdur. Uświadomiłem panów, że kałasz jest rozładowany, więc nie ma bata, nie wystrzeli - a nawet jeśli zdarzy się cud, to zrobi dziurkę w dachu, a nie w przechodniach. Pistolet nie ma naboju w lufie (wiem, że są dwie szkoły noszenia - falenicka i otwocka), więc też wymaga pewnego manualnego zaangażowania przed rozpoczęciem masakry. Niestety, nie dotarło. Broń sama strzela, broń na ulicy to przestępstwo i konfiskata. W sumie - winien, pod ścianę, ostatni papieros, zakryć oczy? Tylko pan pożyczy spluwy, bo pluton egzekucyjny swojej nie ma.

- To ja poproszę o wezwanie Policji, skoro panowie boją się niekaranego, uczciwego obywatela z legalną bronią. Który w dodatku nie łamie w żaden sposób prawa, tylko wy jesteście niedouczeni - zaryzykowałem lekką obelgę.
- Oj, wezwiemy! Zobaczysz!
- Pożyczyć telefon?

Patrol pojawił się tempie ekspresowym - chyba zadziałało słowo-klucz "broń". Dzień dobry, co się tutaj dzieje, dowód poproszę. Panie strażnik, pan odda ten dowód! PESEL, baza danych, ile ma pan sztuk przy sobie? Gdzie reszta? W szafie S1, a gdzie ta szafa, a, za naszymi plecami (staliśmy pod moim domem). Obejrzeli książeczkę, chcieli odczytać numery z broni, ale zaczęło się robić ciemno. A na której strzelnicy pan był? Wpisał się pan do książki, czy mamy sprawdzić? A, no to nie ma sensu im d… zawracać. Przepisy pan zna? Wszystko w porządku, można iść. A właściwie to panom strażnikom o co chodziło?

I po wysłuchaniu długiej listy zarzutów jeden z policjantów nieparlamentarnie parsknął śmiechem. Drugi dał radę, chociaż widziałem, że było mu cieżko. Chyba był starszy stopniem, to i pewnie doświadczenie z kontaktach ze SM miał większe.

Zabrałem graty z samochodu, pożegnałem się z policjantami, ostentacyjnie ignorując strażników. Już z okna widziałem, jak jeden z policjantów coś im tłumaczy, a oni machają łapami. Ciemno już było, ale mam nieodparte wrażenie, że wyraz politowania dłuuugo nie schodził z twarzy starszego policjanta. Ubolewał pewnie srodze na stanem wiedzy prawnej reprezentantów tej jakże światłej, miejskiej formacji mundurowej. Mam nadzieję, że nie bardzo pojechał im po niebieskich pagonach, bo nie będę miał życia na dzielnicy, jeśli zechcą mścić upokorzenie.

straż miejska

by Azja

Mam ci ja matkę.
Jest to kobieta bardzo skrzywdzona. Przez życie, mojego ojca, własnych rodziców... Długa historia.
Ale nie o tym dziś.
Lata temu... Osiem chyba, wyszła ponownie za mąż. Po ponad 20 latach bycia rozwódką. Jej sprawa. Do wesela dołożyłem, szczęścia życzyłem. Wszystko było okej. Na pierwszy rzut oka. Na drugi zapytacie? Już nie.

Zacznijmy od tego że jej nowy ślubny to Ukrainiec. Nie mam nic do narodu. Ba! Nawet w moim garażowym zespole jest Ukrainka.
Ale... No właśnie ale! To banderowiec. Nie, nie ten z Wołynia. Tylko pseudo narodowiec.
Jak to, zapytacie... Otóż tak. Gość mnie nienawidzi. Dlaczego? Bo jestem Polakiem. Dlaczego ożenił się z Polką? Bo wiza się kończyła, a w kraju sytuacja niepewna.
Mej matce nie wolno posiadać Facebooka, bo go zdradza. Ona musi za*** coby dom utrzymać. On? Pracuje dwa dni w tygodniu. Resztę spędza do góry brzuchem z piwem.
Żona się skarży? To pach! W twarz.
Tak. Potrafi ją uderzyć. Jej reakcja? Bo tak u nich jest. I koniec.
Raz byłem świadkiem jak próbował. Jak myślicie? Jak długo go zasłaniała?

A co do bycia banderowcem jak wspomniałem? Wszem i wobec wygłasza hasła, że Polska to nie Polska... A Ukraina. Tylko jeszcze o tym nie wiemy. Generalnie pan na włościach. A mi tylko mamy szkoda. Bo to dobra kobieta. Ale syndrom sztokholmski jest silny. Nawet służby nie pomagają.
Mi pozostaje tylko widywać się z nią jak go nie ma (bo u kumpli na wódeczce), albo próbować łapać na mieście.

Nie mam już siły. Następne wpisy będą chyba z ciupy.

by IblisAlucardo

W nawiązaniu do historii #81366 sprawa nie dotyczy picia, ale właśnie mieszkańców wsi.

Mianowicie wybudowałem dom na wsi. Jeszcze w trakcie budowy domu padały pytania "A ty to kto ?" Nie rozumiałem o co chodzi dopóki przy mnie nie padały odpowiedzi w stylu "to syn tej z XXX co jej ojciec listonoszem był w YYY". Samo to mnie szokowało, bo co ma piernik do wiatraka skoro buduję się 15km dalej od posiadłości mojego dziadka i ludzi pierwszy raz w życiu widzę na oczy a tak w ogóle to jestem z miasta?
No i teraz najlepsze.

Zacząłem hodować na własne potrzeby kozy. I polubiłem to, bo mieć własny ser i mleko od kóz z pastwiska to jest to, co mnie relaksuje po pracy zawodowej.
I o hodowli oraz mentalności "nowomieszczuchów wiejskich" będzie.

Tytułem wstępu.
Wszystko zaczynam od zera. Dom pobudowałem w szczerym polu, nie odziedziczyłem żadnych zabudowań gospodarczych i inwentarskich, ze zwierząt miałem dotychczas tylko psa, tak więc dłuuga droga przede mną.

Ostatnio kupując siano i owies dla kóz usłyszałem historię na mój temat. Niby nic takiego bo padło stwierdzenie, że ta moja hodowla to się do telefonu do TOZu kwalifikuje..." na pytanie kto tak mówił, to padło stwierdzenie, że "nie powiem ci bo może znasz, a może i nie" To odpowiedziałem by przekazał tej tak bardzo troskliwej osobie, że jak jeszcze raz wspomni coś na mój temat to przyjadę, mordę obiję i opierniczę do trzeciego pokolenia wstecz.
Dlaczego mnie to rozdrażniło?
Bo w promieniu 40 km jestem JEDYNYM zarejestrowanym hodowcą kóz.
A wiem to od swojego WETa, który jednocześnie jest pracownikiem Powiatowego Inspektoratu Weterynarii i u którego z racji wypasania kóz na wolnym wybiegu regularnie badam stado.

Wspominam o tym bo moja jak i okoliczne wsie się "umiastowiły", w promieniu paru kilometrów ciężko jest kupić mleko i jaja z gospodarstw wiejskich. Miejscowi porzucili te hodowle na rzecz pracy w mieście lub zasiłków i zyskania wolności w postaci dysponowania czasem spożytkowanego w znacznej mierze na piwkowanie, małpkowanie lub raczenie się winkiem na ławeczkach w rynku, lub pod sklepami a potem dosłownie rozbijania się pod wpływem promili.

I tacy to "znawcy tematu" u których stodoły, obory, pomieszczenia gospodarcze odziedziczone po przodkach świecą pustkami, a sprzęt rolniczy rdzewieje w polu..
Po prostu nic się nie opłaca i po co to w ogóle robić jak można pod sklepem informacje i swoje mądrości życiowe wymieniać?
Bo najważniejsze to jest to czyj, kogo i skąd pochodzi.
Nic tylko po chłopsku "mordę obić", bo edukować nie ma sensu.

A wspominam o tym dlatego, bo gdy padły mi 2 kozy i starałem się dowiedzieć od tych nielicznych hodowców krów to dostałem trzeba przyznać szczerze udzieloną życzliwą informację, że to "trzeba mieć szczęście i czasami tak bywa, ale krew raz do roku trzeba by było zbadać stadu..." Ot tyle na temat chorób i leczenia zwierząt, gdzie weterynarz to co najwyżej do porodu jest potrzebny. A reszta społeczności wiejskiej stwierdziła, że po co mi w ogóle te kozy jak życie można znacznie lepiej spożytkować?

A w moim przypadku okazało się że sprawcą był pasożyt "pozyskany" od danieli i saren, z którymi moje kozy współdzielą pastwisko.
Uroki wolnego wybiegu.
Ale to ja jestem nienormalny, bo kto to słyszał kupy zwierząt do badań wozić. Zresztą kto normalny z miasta na wieś się wyprowadza? Pewnikiem nienormalny. A jak nienormalny to na pewno zwierzęta cierpią.

Trochę chaotycznie pod wpływem emocji napisane, ale wczoraj sąsiad "po miedzy" mi wspominał, że będzie kupował nowy samochód i czy mnie to nie będzie razić ? No moje zdumione pytanie "A co mnie to obchodzi" odpowiedział... Wiesz, na wsi to ludzie różnie reagują, więc wolę uprzedzić. Czyli że jak? Pić na ławeczce to spoko, ale starać się dorobić czegoś w życiu i cokolwiek posiadać lub mieć w planach poza piciem to w ogóle zło?

życie wieś

by Gienek

Los spłatał mi figla... Zaszłam w 3 ciążę. Niby nie tragedia, no ale żeby nie było za różowo to oczywiście coś się stać musiało. Ze względu na 2 poprzednie ciąże, które były jednym wielkim pasmem komplikacji zdecydowałam się na jednego z najlepszych w okolicy lekarzy, żeby zminimalizować jakiekolwiek ryzyko, ewentualnie, żeby szczerze mi powiedział co się dzieje i żeby niczego nie przeoczył.

No i początek świetnie, zero mdłości, ogólne samopoczucie świetne, do pracy chodzę, jestem pełna energii. I tak minęło 2 miesiące sielanki :) Zaczyna się 4 miesiąc i do akcji wkraczają komplikacje, najpierw delikatnie: za wysoki cukier (jakoś się unormowało, cukrzycy nie ma więc sukces), infekcja dróg moczowych, anemia, jakieś niedobory witamin... No nic, życie. W ciąży się zdarza. No ale znając moje szczęście (jeśli coś się może wydarzyć to na pewno spotka to mnie) to był dopiero początek. No i 2 tygodnie temu rozeszło mi się spojenie łonowe, co wiąże się z leżeniem plackiem. Ze względu na mój uraz kręgosłupa nie mogę nosić pasa ściągającego. I tak leżę.

Przy każdej zmianie pozycji wyję z bólu jak wilk do księżyca, wstaję tylko po to, żeby chłopaków wyszykować do szkoły i żłobka, bo wozi ich dobroduszna sąsiadka(w poniedziałek zaczęły się ferie, więc chłopcy cały dzień w piżamach). Lekarz sugeruje szpital, jednak zgodzić się nie mogę bo jednak w domu 2 dzieci, mąż dopiero zmienił pracę, więc wolnego nie dostanie, a nawet jeśli by dostał, to nie przedłużą mu umowy, która obowiązuje do końca lutego. I tak drugi tydzień leżę, przeczytałam cały internet, obejrzałam całą telewizje.

No ale tego też było mało. Dzwoni kuzynka, że jest w ciąży i bierze szybki ślub cywilny za 2 tygodnie puki jeszcze nie widać.
Prosi mnie o świadkowanie, bo mama zabroniła poprosić koleżanki, wszyscy gdzieś po świecie rozjechani, a ona to w sumie mnie najbardziej lubi. Grzecznie pogratulowałam, pożyczyłam szczęścia i zdrowia, ale świadkowania odmówiłam, no bo po 1 nie chodzę (jakby to nie zabrzmiało jeśli uda mi się wstać to poruszam się o balkoniku), po 2 musiałabym przejechać 300 km w rodzinne strony, a to jest dla mnie nie do przeskoczenia, po 3 ciąża ze względu na mój stan w sumie dość konkretnie zagrożona i wolałabym jednak nie ryzykować. Kuzynka trochę powzdychała, coś ponarzekała i rozmowa się skończyła.

Nie minęły 2 godziny i dzwoni moja mama i zaczyna się tyrada (tu wymienię od myślników zarzuty):
- odcinasz się od rodziny,
- nie szanujesz innych, jesteś egoistką,
- wymyślasz, na pewno twój stan nie jest tak poważny,
- co to za wyczyn postać 20 minut w urzędzie (na 3 piętrze, bez windy z balkonikiem :)),
- trzeba było w ciążę nie zachodzić jak wiedziałaś, że tak będzie,
- będziesz szukała chrzestnych, to żebyś nie była zdziwiona jak ci poodmawiają...

Ja się nie przejęłam zbytnio, odpowiadałam raczej zdawkowo w stylu NO, MASZ RACJĘ, NO WIEM.
W sumie najbardziej mnie tknęło to, że kiedy zaczęły się problemy mąż, mimo mojego sprzeciwu, zadzwonił do mojej matki i poprosił, żeby przyjechała w ferie pomóc przy dzieciach, bo jednak mój stan jest dość poważny i w każdej chwili mogę trafić do szpitala, to ta powiedziała, że nie da rad,y bo pies sam w domu nie będzie siedział do powrotu ojca z pracy.

KURTYNA

by bajkowa92