piekielni.pl

Pokaż menu
Szukaj

Top

Kupiłem domek letniskowy w sąsiedztwie Władysławowa tak mniej więcej 10 minut piechotą do jego centrum i tyle samo do plaży. Prosty murowany na poddaszu jeden pokój, na dole drugi oraz łazienka i kuchnia. Woda i ogrzewanie elektryczne pozwalają na teoretycznie całoroczne użytkowanie. No, ale w praktyce od Maja do Października. Traktuję to jako działkę gdyż albo pociągiem lub wozem 2,5h jazdy i jestem nad morzem.

W każdym razie mam piekielnych kuzynów.
Jedna ciocia z jej rodzinką w postaci męża i dzieciarni po 13-15 lat.
Druga ciocia z mężem, oraz ich córki po około 19-21 lat.
Normą jest domaganie się kluczy w okresie wakacyjnym, bo przecież rodzina, a w tych regionach koszt domu do wynajęcia to około 150-250zł doba.
Zawsze grzecznie odmawiam, a pomysłów mają co niemiara.
A to bo nad morzem drogo, a to córeczki chciały wpaść na weekend z paczką czytaj dwudziestoma osobami w postaci bydło przeszło itd.
Ale rozwaliła mnie ciotka co przyjechała z dziećmi.

Otóż długi weekend. Wjeżdżam w ulicę przy której stoi mój dom i w oddali widzę wóz ciotuni stojący pod moją bramą. Szybko skręcam w boczną i cicho podszedłem kawałek i tak siedzą w zapakowanym aucie całą rodziną i czekają na mój przyjazd. Cóż pojechałem na miasto i poszedłem na deptak, plażę potem obiadek i byłem w trakcie zakupów w robaczku z kropkami, gdy dzwoni ciotunia.

Gdzie jestem! Żadnego hej czy coś grzecznościowego.
Jak to wracam zaraz do domu tylko zakupy kończę.
By my już czekamy od kilku godzin!
Ok kupie w takim razie ciasto jeszcze i za 5 minut jestem.

Dzwonie po kilku minutach. No jestem w domu, gdzie jesteście.
No jak to pod bramą. Jaką bramą, pod blokiem nie mam bramy.
No jaką we Władysławowie.
Aaa tutaj, ale ja jestem w domu miałem jechać, ale cos mi wypadło.
K....wa, ojciec mówił, że jedziesz!!!
Co ja dzieciom powiem!!!

Sposób na darmowe nocowanie postaw przed faktem dokonanym.

rodzina

by libzol

Jestem behapowcem w pewnej firmie. Nadzoruję ponad 200 pracowników. Powiem tak. Kierowcy ciężarówek to są największe matoły z jakimi w życiu pracowałem. Większość z tych ludzi ma problem z pisaniem i czytaniem a ja muszę ich uczyć zasad BHP i bezpiecznej jazdy. Nie da się! Chociaż bym wychodził z siebie i stawał obok, to się nic nie da. Im się mózgi resetują metr za progiem sali szkoleniowej. Codziennością jest, że oni nie zdają prostych testów po szkoleniu. Nawet jak im dyktuję odpowiedzi, to źle zaznaczają i nie zdają!

Wszystkie szkolenia jak krew w piach. Oni k*rwa nie są w stanie przyswoić żadnych zasad BHP. Mają zdrowie i życie innych ludzi kompletnie za nic. Tłukę im do tych zakutych łbów, że zdrowie i życie człowieka jest bezcenne i że muszą uważać na innych na drodze bo nie mają z nimi szans. Myślicie, że to coś daje? Mamy 40 wypadków przy pracy rocznie...

Najgłupszy wypadek przy pracy kierowcy w mojej historii? Facet olał zalecenia ze szkolenia, nie stosował się do instrukcji producenta pasów do mocowania ładunków "on wie lepiej bo pracuje 10 lat". Tak k*rwa, naciągnął pas rurką, że jak go odpinał to pas wystrzelił jak kusza i mu uciął palec...

Nie jestem w stanie nauczyć tych durni do zapiania pasów! Oni uważają, że nie trzeba zapinać pasów jadąc ciężarówką. Facet zjechał z drogi do rowu. Wyj*bało go z siedzenia i tak przypi*rdolił głową w podsufitkę, że połamał kręgi...

Najtrudniejsza branża świata. Ludzie trzymajcie mnie, bo mi rozwali bebech ze śmiechu. Kierowcą tira nie zostaje się jak masz skończoną astronomię na Uniwersytecie Jagielońskim. Kierowcą tira zostaje się jak nie potrafi się robić w życiu k*rwa NIC. Ci goście byli w stanie przyswoić tylko umiejętność kręcenia kółkiem. 80% kierowców ma szkołę podstawową!

A co robią kierowcy ciężarówek każdy kto jeździ widzi. Mają w dupie wszystkich. Zajeżdżanie drogi na autostradach, bo sobie robią wyprzedzanie - wyścigi słoni na tempomatach bo jeden ma 89,5 a drugi 89,7 km/h, więc go wyprzedza bo policzył, że na 10000 km zaoszczędzi cztery minuty. Szeryfowanie na zwężkach i utrudnianie jazdy innym. Opona mu pęknie, to ją pi*rdolnie do lasu w krzaki albo zostawi na środku autostrady, żeby się ktoś na niej r*zj*bał.

Włączcie sobie CB i posłuchajcie rozmów kierowców ciężarówek. To jest taki rynsztok, że warszawski furman dostaje opadu szczęki.

Do tego dochodzą kradzieże paliwa. Każdy kierowca tira kradnie paliwo ze swojego samochodu. U nas montuje się dziesiątki zabezpieczeń na auta, żeby nie kradli, ale zawsze jesteśmy krok za nimi! Zawsze znajdą sposób, żeby spuścić. Jak wam tirowiec powie, że nie kradnie to go zapytajcie po ch*j mu plastikowe bańki na pace.

Kolejna rzecz - alkohol. Codziennie rano dymam przez firmę z alkomatem. Muszę k*rwa, nie mam wyjścia! Ci ludzie są nieodpowiedzialni. Jak się zapomnę i ich nie sprawdzę to się napi*rdolą po pracy jak stonka po opryskach. Nie piją w pracy, ale przychodzą w takim stanie, że ja biorę gościa na dmuchawkę o 12 w południe wychodzi wynik złoty dziewięćdziesiąt. Pytam się o co chodzi. On nie pił alkoholu! Gniotę go to mówi - wypił wczoraj 6 mocnych piw. Litrowych. Ale przecież piwo to nie alkohol!
Nie ma tygodnia, żeby nie złapać kierowcy, który przyszedł napi*rdolony do pracy.

U nas tego nie ma bo nasza branża cechuje się tym, że nie śpią w trasie, bo objeżdżają wszystko w jeden dzień pracy, ale co jeszcze robią tirowcy w innych firmach? Zgadzają się na każde zbydlęcenie jakie zaserwuje im pracodawca.

Wymyślono prawo o czasie pracy kierowców, które ma chronić innych przed nich zmęczeniem oraz ich samych przed nimi samymi, a to bydło to prawo łamie, grzebią przy tachografach, kombinują z kartami kierowcy.
Śpią na pakach, leją na koło, srają w krzakach jak zwierzęta, myją się pod kranami na stacjach benzynowych i wpi*rdalają karmę dla psów.
Nie ma takie upodlenia jakiego nie zniosą bo to są po prosty takie prymitywy.

Kierowca to nie jest najcięższy zawód. Kierowca to jest stan umysłu. Oni sami utrudniają sobie ten zawód, bo sami zgadzają się na takie traktowanie!

Na koniec dodam, żeby być sprawiedliwym - znam paru kierowców swoich pracowników, którzy na szczęście są wyjątkami od tego co napisałem. Ale niestety tych prawdziwych fachowców na poziomie można policzyć na palcach może dwóch rąk!

Firma_Transportowa

by BHPowiec23

Dnia dnia jedenastego listopada, musiałem być w Warszawie, pechowo bo w samym centrum.

Pojechałem firmowym autem, zaparkowałem przy ulicy Pięknej, nieopodal placu Konstytucji. Żeby nie było – auto zaparkowane prawidłowo w przeznaczonym do tego miejscu. Poszedłem załatwiać swoje sprawy i po powrocie zastałem urwane oba lusterka i połamane tylne światło. Na aucie było też kilka "wlepek" promujących patriotyzm i "narodowościową postawę", oraz kilka z panami Dmowskim i Piłsudskim okraszone cytatami.

Tak więc dziękuję "patryjotyczna" HOŁOTO za zniszczenie auta.

by E4y

Trochę o ubezpieczycielach.

Pewnego wczesnowiosennego dnia, wraz z małżonkiem zakupiliśmy własne autko. Nic specjalnego i zdecydowanie niemłodego ale w pełni spełniającego nasze oczekiwania. Pojazd na kredyt, więc o niego dbaliśmy i pieściliśmy. Niestety budżet domowy nie pozwalał wtedy na wykup miejsca na stołecznym parkingu i z tego też względu zdecydowaliśmy się na wykupienie polisy AC. Wiadomo, parking pod blokiem to jakaś stłuczona szyba może się trafić czy słupek niespodziewanie wyrosnąć. Ot, uroki życia na blokowisku.

W połowie sierpnia, wracamy zadowoleni z krótkiego urlopu i parkujemy naszego przyjaciela tak żeby widzieć go z okna balkonu. Mija sobie tydzień i stwierdzamy, iż wypadałoby nawiedzić pobliski park handlowy bo pustki w lodówce ,a i Młodemu kończą się pampersy. Uzbrojeni w ogromne pokłady cierpliwości (zakupy z małym dzieckiem to katorga) idziemy na parking, ustawiam się z wózkiem za autem, próbuję otworzyć a tu nic, nie ma charakterystycznego piknięcia. Zastanawiam się ki czort i jeszcze raz. Znów nic. Myślę sobie może bateria padła, otworzę z kluczyka... tylko coś mi nie pasuje, gdzie jest fotelik? Cóż się okazało? Na miejscu naszego brum-brum stoi sobie inne, prawie identyczne, w zasadzie z zewnątrz różniło się tylko tablicą rejestracyjną. (Na tym parkingu były trzy takie auta, różniły się rejestracjami i stanem technicznym) Nasze wychuchane auto odjechało, w bliżej nieznanym kierunku.

Wiadomo, kradzież to powiadamiamy policję. Zeznania itp. Wychodzimy ze świstkiem o zgłoszeniu kradzieży.

Pierwszego dnia roboczego dzwonie do ubezpieczycieli. OC gdzie indziej i AC też gdzie indziej.

Sprawa OC:
Uprzejmy konsultant poprosił o przesłanie mailem skanu wypowiedzenia umowy, decyzji o wyrejestrowaniu pojazdu i prośby o zwrot niewykorzystanej składki. Po 14 dniach od wysłania dokumentów dostaliśmy przekazem pocztowym pieniądze. (Miały być przelewem ale wcześniej zapomniałam potwierdzić nr konta i nie czekali na maila ode mnie tylko wysłali w ten sposób).
Czas od zgłoszenia kradzieży, przez wymagania ubezpieczyciela AC wydłużył się do miesiąca.

Sprawa AC:
Uprzejma konsultantka przejmuje zgłoszenie, potwierdza, zbiera opis, zachęca do skorzystania z ich aplikacji i zapytana informuje, że czas załatwienia wszystkich formalności i wypłaty odszkodowania to 30 dni. OK.
Po ponad tygodniu dostajemy dokumenty do wypełnienia. Muszę ponownie podawać wszystkie dane i wpisywać opis, mimo, że to miało być uzupełnione wcześniej. Odsyłam wszystkie posiadane ksera dokumentów i kluczyki. Dzwonię upewnić się czy mogę już wyrejestrować pojazd (Pani podczas pierwszej rozmowy uprzedziła, że ich konsultant skontaktuje się by zobaczyć oryginały). Pani na infolinii musiała sprawdzić, bo ona nie wiedziała. MOGĘ.

Po 3 tygodniach dostaję pismo, że nie mogą rozpatrzeć szkody, bo nie dostarczyłam decyzji o wyrejestrowaniu, umowy cesji i decyzji o umorzeniu. Ok, rozumiem. Niestety Pani konsultantka nie potrafiła mi odpowiedzieć jak miałam to zrobić skoro nie dostałam od nich umowy, a najpierw chcieli ksera dokumentów i wgląd w oryginały (dla niewtajemniczonych jak się wyrejestrowuje pojazd to dowód rejestracyjny i karta pojazdu zostają w urzędzie). Opiekun sprawy skontaktuje się po weekendzie. OK. zaczynam się lekko denerwować.
Zanim Pani zadzwoniła dostałam z policji pismo o wszczęciu postępowania w sprawie kradzieży. Kiedy umorzenie - nie wiadomo.

Telefon od opiekuna: Przecież w piątek wysłali umowę cesji (Aha, spoko, najpierw pismo, że nie wysłałam umowy a tydzień później, rzeczona umowa, widać da się). Decyzja o umorzeniu absolutnie konieczna, bo przecież może się okazać, że jednak nie ukradli mi auta tylko coś innego (np co? pożyczyłam złodziejowi?) ale tu już tylko brakuje tych dokumentów, wszystko jest sprawdzone, kluczyki oryginalne (serio? czyli jednak nie pożyczyłam) i oni czekają aż odeślemy. SUPER.

Na umowę czekaliśmy tydzień, nawet w międzyczasie umorzyli postępowanie. Dokumenty wysłałam za poręczeniem odbioru tego dnia kiedy je otrzymałam. Z umową było też pismo, które jasno mówiło, że w ciągu 14 dni od uzupełnienia dokumentacji wypłacą odszkodowanie. List wysłany poleconym priorytetowym, Pani w okienku na poczcie powiedziała, że w środę trafi do adresata. No to czekamy. Rozglądamy się już powoli za samochodem bo jesień i z małym dzieckiem to tak trochę ciężko a i uziemieni jesteśmy.

Mija 14 dni, 15, 16, 17... Tym razem dzwoni mąż, a Pani Konsultantka powiada, że 14 dni to mija dopiero pojutrze (spoko) i że pieniądze będą najpóźniej 2 dni później. ŚWIETNIE, szukamy auta.

Mija wyznaczony termin, nawet wróciła zwrotka (nota bene 14 dni w systemie nijak się miało do daty na zwrotce) a tu nic. Czekamy jeszcze dwa dni i mąż (chyba przeczuwając, że jeśli ja zadzwonię to będę bardzo niemiła i niekulturalna) sam złapał za telefon. I tu uwaga, akcja się zagęszcza.

Najpierw Pani szła w zaparte, że nie wysłaliśmy dokumentów, a gdy mąż zaczął być niemiły to nagle system pokazał, że jednak otrzymali komplet, ale te 14 dni to na ustosunkowanie się do nich a nie na decyzję, i co my chcemy skoro to dopiero 65 dzień od zgłoszenia a oni mają 90 na rozpatrzenie. Mąż zdecydowanie przestał być miły, a mi opadło wszystko co mogło.

Finał? Zgłoszenie szkody 21.08, decyzja i wypłata 7.11. Dodatkowo ogromny niesmak, dużo stresu i kilka wiązanek w kierunku niekompetentnych pracowników.

I teraz pytanie kto był bardziej piekielny, my domagając się odszkodowania czy ubezpieczyciel przeciągając wszystko i kompletnie olewając klienta?

Na koniec tylko smutna refleksja: kiedyś złodzieje mieli choć trochę honoru. Nic w całej tej historii nie zabolało mnie tak jak kradzież fotelika i kocyka które były w aucie, to w końcu rzeczy małego dziecka...

uslugi

by Znajdka

Historia mojego kuzyna, dodana za jego zgodą.

Kuzyn miał dziewczynę. Super się dogadywali, sprawiali wrażenie wręcz pary idealnej.

Ostatnio dziewczyna zerwała z nim i śmiertelnie się na niego obraziła.
Dlaczego? Bo nie chciał iść z nią w przyszłym roku na koncert Guns N' Roses.
A to, że w dniu koncertu wypada pierwsza rocznica śmierci ojca i siostry kuzyna, było dla niej najwyraźniej niezbyt poważnym powodem.

Jak na to patrzę, to może nawet dla niego lepiej, że się rozstali.

by kluskaa

Jestem na ostatnim roku szkoły plastycznej. W związku z tym, oprócz napisania matury, muszę wykonać pracę dyplomową i, w miarę możliwości, także aneks do niej - może nim być rzeźba, seria fotografii... Cokolwiek, w czym uczeń czuje się dobrze i co może podwyższyć ocenę na dyplomie ukończenia szkoły. W moim przypadku, padło na portrety podróżnych - w końcu dojeżdżam do szkoły pociągiem, a moim ulubionym motywem rysunkowym są twarze. To tyle tytułem wstępu.

Dwa dni temu, zauważyłam w pociągu ciemnoskórego mężczyznę. Miał bardzo charakterystyczny typ urody, taki, jakiego prawie nigdy nie malowałam. Poprosiłam go o zgodę na sportretowanie, a gdy ją wyraził, usiadłam i zaczęłam pracować nad szkicem. Po paru minutach, pociąg zatrzymał się na stacji, i do wagonu wsiadła kobieta z... "lekką" nadwagą. Popatrzyła do mojego szkicownika tak nachalnie, jakby była krytykiem egzaminującym dzieło sztuki, rozejrzała się, po czym ustawiła się tak, żeby dokładnie zasłonić mi widok na "modela". Wszystkie okoliczne miejsca siedzące wokół były już zajęte, więc nie mogłam się przesiąść, pozostała zatem tylko jedna opcja.

- Proszę panią, czy mogłaby pani się przesu... - zaczęłam, ale ona zmiażdżyła mnie spojrzeniem, od którego uschłaby roślina:
- NIE.
- Ale pani zasłania mi...
- CZY JESTEŚ GŁUCHA, TĘPA WARIATKO?! - wybuchła - Mam PRAWO stać, gdzie chcę!

Jestem bardzo odporna na buractwo. Naprawdę. Ale jak ktoś mnie wyzywa, w dodatku bez powodu, to tego już nie potrafię znieść. Wstałam z siedzenia, przecisnęłam się obok babsztyla (co nie było łatwe, ze względu na jej gabaryty), po czym usiadłam przed nią na podłodze i ponowiłam pracę. Nie była ona łatwa, ze względu na inny punkt patrzenia, ale na szczęście miałam już mniej więcej rozrysowaną twarz i zostało mi tylko pocieniowanie (nie mogłam tego zrobić z pamięci, ponieważ kolor skóry mężczyzny był naprawdę ciemny i nie mam zbyt wiele doświadczenia z rysowaniem osób o jego karnacji). Po chwili jednak baba dosyć mocno trąciła mnie stopą.
- Posuń się. Nie widzisz, że blokujesz innym przejście?!
- Mam prawo siedzieć, gdzie chcę - oświadczyłam - A skoro osoba tak... szeroka jak pani może blokować przejście, to czemu nie ja? W końcu obok mnie jest się dużo łatwiej przecisnąć.

Kobieta poczerwieniała ze złości, spróbowała chwycić (!) mnie za włosy, ale w tym momencie, mężczyzna, którego próbowałam narysować, wstał i dosyć stanowczo kazał babsztylowi mnie zostawić i przestać prowokować awanturę. Poparła go studentka, która siedziała obok niego i do tej pory była wpatrzona w swój telefon. Napastniczka, rozwścieczona do granic możliwości, poczłapała do konduktora tak szybko, jak tylko pozwalały jej tłuste nogi, wywrzaskując o brudnych imigrantach i pannach lekkich obyczaju udających artystki. Gdy wrócili i poproszono nas o opowiedzenie dlaczego się kłócimy, babsztyl spróbował skłamać, że specjalnie nie daję jej przejść i ją wyzywam od grubasów (???). Nikt jednak nie kwapił się do potwierdzenia jej słów. O dziwo, kazano jej też wysiąść na następnej stacji.

Ja zaś do tej pory zastanawiam się. Po co to było? Dlaczego ta wredna baba próbowała przeszkodzić mi w rysowaniu? Czy była aż tak zazdrosna? Miała okres? Co prawda, rysunek mam i wszystko dobrze się skończyło, jednak co się przez nią nadenerwowałam, to jej...

pociąg

by ~ArtystkaAutystka

Do szkoły w której uczę, pewnego dnia przyszły dwie młode dziewczyny z propozycją przedstawienia.

Przedstawienie miało polegać na pokazaniu zalet jedzenia warzyw, owoców, rezygnacji z mięsa i ogólnie zdrowego odżywiania.

Wszystko wyglądało bardzo profesjonalnie, miała być wystawa, występ artystyczny, piosenki, film, rozmowa z ekspertem do spraw odżywiania i coś tam jeszcze. Wszystko za darmo w ramach wolontariatu na rzecz uświadamiania najmłodszych jak ważne jest zdrowe odżywianie.

Po prosu brać. Dodatkowo te dziewczyny naciskały, żeby przeprowadzić ten pokaz jak najszybciej bo chcą to pokazać w całym województwie, a czasu mało, najlepiej by było już następnego dnia.

Oczywiście dnia następnego było to niemożliwe, bo trzeba przygotować salę, przedyskutować to z pozostałymi nauczycielami itd. Chociaż i tak chciała to zorganizować w rekordowo szybkim tempie.

No i tutaj szczęśliwie pojawiłem się ja. Miałem coś do załatwienia w gabinecie i całkiem przypadkowo dyrektorka zapytała się mnie o salę gimnastyczną, czy planuję coś w takim a takim dniu.
Dodatkowo przedstawiła mi całą sytuację.

Tutaj zapaliła mi się lampka, jako że dosłownie parę dni wcześniej czytałem o "pokazie" w jednej ze szkół podstawowych, na której zamiast przedstawienia o zdrowym odżywianiu, pojawiły się plakaty cierpiących i maltretowanych zwierząt oraz tego jak powstaje mięso przeznaczone do spożycia. Była z tego nie mała afera chyba na całą Polskę.

Zapytałem dziewczyny, czy to nie one są z tej "organizacji uświadamiającej" ale po ich minach już wiedziałem, że mam rację.

Dyrektorka podziękowała za propozycję, dała im do zrozumienia jak bardzo debilnym pomysłem jest takie "przedstawienie" dla dzieci w wieku zaczynającym się od lat 7.

Jedna coś tam pogadała pod nosem, że taki pokaz powinien być obowiązkiem dla szkół, żeby dzieci wiedziały skąd bierze się mięso.

Może i miała trochę racji, warto powiedzieć dzieciom skąd jest mięso, ale w sposób dostosowany do ich wieku.

szkoła

by ~Owo

Kilka dni temu miałam podobną sytuację co Marvel98 w opowieści 80600.

Moja przygoda miała miejsce w Stokrotce. Tu również kolejka do kasy składała się z kilku osób, ja byłam druga, zaraz po panu, który właśnie płacił.
Gdy tylko skończył, na jego miejscu pojawiła się pani w dość widocznej ciąży, trzymając w ręku kilka produktów. Ponieważ ja chciałam przejść do strefy pakowania, a ciężarna stanąć z lewej strony "okienka" (pleksi, które odgradza nas od kasjerki), zderzyłyśmy się z lekkim odbiciem :)
Ciężarna nie spojrzała na mnie, tylko od razu zwróciła się do kasjerki:
- Dzień dobry, jestem w ciąży, proszę mnie obsłużyć poza kolejnością.

Wiecie co, nie mam nic przeciwko ludziom, którzy domagają się swoich praw. Należy im się. Jednakże wypadałoby przy tym skorzystać również z dobrego wychowania i chociażby zapytać kolejkowiczów, czy moglibyśmy ją przepuścić. Pani tego nie zrobiła, co wywołało mój sprzeciw. Udało mi się zareagować przed kasjerką.

Ja: - Przepraszam, ale z jakiej racji?
Ciężarna: - Takiej, że jestem w ciąży?
Ja: - Ja również i co dalej? (była to nieprawda, ale kto to udowodni?)
Ciężarna: - U pani nie widać.

Stojąca za mną starsza pani prychnęła, położyła mi rękę na ramieniu i powiedziała:
- Proszę dać spokój, widocznie niektórym ciąża odbiera kulturę.

Ciężarna została skasowana. Bez słowa dziękuję, czy przepraszam, opuściła sklep.

sklepy

by ~Kropka95

Historia którą opiszę zdarzyła się na przełomie grudnia- stycznia. Jechałem wtedy autem dość późno jak tamte warunki pogodowe bo było to około 21 i do tego w terenie górzystym. Jadąc autem zauważyłem auto jadące na światłach awaryjnych, slalomem i w dodatku z rozbitą przednią szybą i uszkodzonym bokiem auta. Możecie mnie nazywać konfidentem, ale ten kierowca zbliżał się do miejscowości dość gęsto zamieszkanej gdzie dzieci latają jak chcą po drodze sam bym kilka razy kogoś potrącił.

Wezwałem patrol policja i jechałem za człowiekiem dobre 7km (zima trudne warunki). Dyżurny przełączył mnie do patrolu. Auto zostało zatrzymane. Dzień później dowiedziałem się że chłop miał 2 promile. I wcześniej uderzył o bandę.

Sądząc po blachach jakie miał na aucie do domu mógł mieć jeszcze z dobre 20km przez 3 miejscowości. Z tego miejsca chciałbym podziękować Policji za szybką akcję.

by kamilx11

Nie miała baba kłopotu, wzięła sobie...
współlokatorkę.

Pół roku temu, po uciułaniu kasy na depozyt, postanowiłam zainwestować we własne cztery kąty.
Po obejrzeniu dwudziestu paru domków, wybór został dokonany, oferta zaakceptowana, a ja dostałam klucze.
W pracy się oczywiście pochwaliłam, co nie było niczym dziwnym - większość z nas była na etapie kupna domów i poza robieniem prawa jazdy i kupnem auta, jest to cały czas najpopularniejszy temat.

Jedna koleżanka miała akurat problem, bo nie dogadywała się ze współlokatorami, i od słowa do słowa, ona i jej przyjaciółki namówiły mnie do podnajęcia jej pokoju, a że z asertywnością u mnie krucho, to odstąpiłam jej większą sypialnię. ("No bo wiesz, ty będziesz miała trzy pokoje, a ja tylko ten jeden..." i temu podobne bzdury). Dogadałyśmy się na śmiesznie niską cenę i E. Zaczęła się wprowadzać.

E. pokazała pazurki jeszcze zanim się wprowadziła. Na etapie przemalowywania "swojego" pokoju poprzestawiała mi wszystko w łazience "żeby ładniej było". Ja tam "ładniej" chromolę, wolę żeby było wygodniej i, przede wszystkim, praktycznie :-) Po opieprzu zrezygnowała z wprowadzenia się, ale parę dni później zmieniła zdanie i wysłała mi płaczliwą wiadomość na fejsie, że ona by jednak chciała, bo nie ma gdzie się podziać. Głupia byłam i się zgodziłam :-)

Wprowadziła się miesiąc wcześniej niż było ustalone, nie dając mi szansy na rozpakowanie się - przywaliła moje kartony swoimi, a jej szafa straszyła w salonie przez prawie dwa miesiące. Dopiero informacja o tym, że przychodzą meble do salonu i jadalni zmusiła ją do zabrania większości swoich klamotów, ale o usunięcie niektórych mebli, np. gigantycznej szafki na buty, doprosić się nie mogłam.

O rozpakowaniu nie było mowy - bo ona nadgodziny robi i jest zmęczona. Każda próba oczyszczenia przeze mnie jakiegoś kąta jadalni lub salonu czy nawet półki w celu jej reorganizacji, kończyła się tym, że w tym kącie czy na półce magicznie znajdowały się jej rzeczy.

W jadalni stała szafka, którą miałam wziąć do pokoju, o czym uprzedziłam E. Następnego dnia zawalona została jej kuchennymi rzeczami. Nie widziałam problemu dopóki nie organizowałam sobie sypialni - uprzedziłam, że będę się meblować, niestety, E. nie opróżniła szafki. Za to wyleciała do mnie z pretensjami, że poustawiałam jej rzeczy na podłodze.

Problem był także z ogrzewaniem - jestem z natury zimnolubna - nie funkcjonuję dobrze w wysokich temperaturach, zimą często śpię przy uchylonym oknie. E. podkręcała temperaturę do poziomu tropiku - pół biedy, jak robiła to, kiedy mnie nie było w domu, gorzej jak spałam po nocce, bo mój pokój nagrzewał się nawet jak miałam skręcone kaloryfery - od rur. Budziłam się wtedy z migreną i gigantycznymi zawrotami głowy.
"Bo mi jest zimno" - zgłaszała pretensje ubrana w koszulkę na ramiączka. W końcu, zdenerwowana, zerwałam ze ściany i schowałam termostat, co może nie było sympatyczne, ale inne argumenty nie docierały.

Na wolnym wyjeżdżałam do mojego K., czasem na cztery dni. Jasnym było, że biorę ze sobą dwie lub trzy pary butów - wyjściowe, do trekkingu i coś jeszcze. Po powrocie nigdy nie miałam ich gdzie odstawić, bo na ich miejscach na półce pojawiały się pudełka, butelki, czy nie wiadomo co...  to samo ze składaną suszarką na pranie, wiadomo, używa się jej dzień lub dwa i odstawia na miejsce... tylko że miejsca już nie było. I tylko później foch i pretensje, że odważyłam się jej rzeczy odstawić, jak ona znalazła sobie takie fajne miejsce.... próby dyskusji kończyły się fochem. Bo o wiele łatwiej jest wysłać wiadomość na fejsie i grać pokrzywdzoną przez los przed przyjaciółkami...

"Pożyczenie" czegoś, np. przyrządów do ćwiczeń, kończyło się tym, że musiałam ich szukać u niej w pokoju. I tłumaczenie, że ma je odkładać na miejsce kończyło się fochem. Bo ona nie rozumie dlaczego ja zabrałam przyrząd z jej pokoju, i nie odłożyłam do niej z powrotem. Mój przyrząd. 

Wyrzucanie śmieci w jej wykonaniu polegało na tym, że wyjmowała pełne worki z kosza i odstawiała je na wycieraczkę, a ja "się niepotrzebnie czepiam, poza tym ona się po zmroku boi wyjść do ogródka". Ogródka, otoczonego dwumetrowym murem...

Jest tego dużo więcej, ale podejrzewam, że już teraz ta historia jest trochę przydługa :-)

Piekielne byłyśmy obie. Ona, że nie potrafiła uszanować cudzej przestrzeni i dostosować się do mnie, ja że nie wykazałam się większą asertywnością i poleciałam na kasę - bo przeprowadzka i urządzanie domu kosztowały mnie kupę kasy. Lepiej by mi było przeżyć te pół roku o chlebie i wodzie niż ze współlokatorką. Wiem jedno - limit pomagania ludziom wyczerpał mi się na jakiś czas, tym bardziej, że wyprowadzając się w czerwcu, nie zapłaciła mi, "bo odjęła sobie za brak ogrzewania zimą", a pokój zostawiła w stanie do remontu: pomalowała go sobie na ciemno szaro i nie przemalowała z powrotem wyprowadzając się (co miała zrobić). Musiałam kupić nową obsadę do lampy i nowe karnisze, bo stare zdekompletowała.

Powiem jedno: nigdy więcej współlokatorów czy współlokatorek.
A Wam, drodzy czytelnicy Piekielnych, udzielę jednej rady: jak ktoś Wam powie, że jest współlokatorem idealnym, to uciekajcie gdzie pieprz rośnie, bo macie do czynienia z egotykiem, któremu się wydaje, że wie wszystko i nie ma z taką osobą żadnej dyskusji.

Uprzedzę pytanie, dlaczego nie wywaliłam tego stworzenia wcześniej: bo mam głupi zwyczaj dotrzymywać słowa. Obiecałam jej mieszkanie do końca czerwca i nie chciałam wyjść na osobę niesłowną, tym bardziej, że pracujemy w tej samej firmie i mamy mnóstwo wspólnych znajomych.

by GoshC