piekielni.pl

Pokaż menu
Szukaj

Top

Byłam wczoraj na spacerku z psem w godzinach porannych (świt miał być zaraz). Spotkałam w drodze powrotnej sąsiada, który też akurat wracał do domu (a deszcz padał).

Nasze psiaki się znają i lubią, więc szalały na smyczach, a my rozmawialiśmy - o psach oczywiście. Miło czas mijał, psy rozbawione, my ich pilnujemy, coby nikomu pod nogi nie wpadły.

Sąsiad jest starszym panem, który niedawno (3 lata temu) stracił żonę i zdecydował po jej śmierci adoptować psa ze schroniska. Wybrał schroniskowego brzydala. Jamnikowaty klusek z poważną nadwagą. Z psem chodzi dziennie w sumie 8 godzin i odchudza go w zdrowy sposób, czyli non stop kontrola weterynaryjna, specjalnie dostosowane jedzenie i wydatki większe niż na utrzymanie człowieka miesięcznie. Ale są szczęśliwi. On i pies. Bo psiak chudnie, powoli, ale skutecznie. Nie ma szoku dla organizmu, stawy są kontrolowane, a i pan zyskuje na zdrowiu.

W pewnym momencie przechodziła niedaleko panna (maksymalnie 22 lata?), róż, pełny makijaż, szpile i pies rasy york na rękach. Zatrzymała się i zaczęła, dosłownie odwracając wzrok od nas, mówić do drzewa obok:

- Widzisz, Borys, ja cię tak nigdy nie zapuszczę, jak taki zapijaczony głąb. Bo ja cię kocham i ze mną będziesz szczęśliwy.

I to nie było mruczenie pod nosem, oj nie. To był półkrzyk do nas. Moja psina jest szczupła i wysportowana, więc od razu wiadomo było, o co chodzi.

Ponieważ znam sytuację sąsiada, odwróciłam się do niej i powiedziałam: "Kochana, ten pies jest bardziej zadbany niż ty".

I co?

Usłyszeliśmy od panienki: „Osz ty kur*o, pijak psa tłuszczuje (?), a ty mi mówisz, że źle wyglądam?! Ty szmato! Nie popuszczę Ci kur*o!”. I poszła.

Sąsiad niestety wziął sobie słowa do serca i tak stał chwilę, po czym nie byłam w stanie rozpoznać łez w deszczu. Wydukał tylko: "kocham go, robię, co mogę”. Pocieszyłam go, na ile mogłam i się rozeszliśmy.

Żonę stracił po tym, jak za późno został rozpoznany rak, więc myślę, że jego potrzeba dbania o kogoś to forma walki z własnym sumieniem. I trafi się taka osoba, która zwykłymi słowami rani cię do serca.

P.S. Zdaję sobie sprawę z tego, że gdyby dziewczyna wiedziała to, co my, to by pewnie (oby) zareagowała inaczej, ale poszła po prostu ostra wymiana zdań, raniąca tego, kto najmniej zasłużył...

by Nieja

Historii o dzieciach tutaj dużo, a więc dorzucę swoją.
Już tutaj podobne widziałam, ale co tam - to chyba świadczy o autentyczności...
Nie odbiegajmy jednak od meritium.

Jeden z moich wielu kuzynów ma synka. Nic nadzwycajnego samo w sobie, ale bardziej niecodzienne jest to, że dziecko - jeśli nie ma ojca w pobliżu - wszystko może.
A raczej mogło, ale dlaczego nastąpiły zmiany, opowiem za chwilę.

W czasach liceum plastycznego spędzałam niemalże całe dnie poza domem. Lekcje potrafiły trwać do 18tej (od 8mej), a potem jeszcze zajęcia dodatkowe na skończenie prac (Prac robionych w szkole nie wolno nam było z jakiegoś powodu brać do domu). Znalezienie się w mieszkaniu o godzinie 16tej było błogosławieństwem.
Podczas jednego takiego wczesnego powrotu zastałam cioteczkę zaśmiewającą się przy kawce z moją babcią. Poiformowały mnie, że syn kuzyna bawi się w moim pokoju.
Mój mózg po całym tygodniu (był piątek) i minionych dziewięciu godzinach w szkole się wyłączył, więc niczego złego nie podejrzewając, poszłam się rozpakować.

Otworzyłam drzwi do pokoju i stanęłam z rozdziawionymi ustami.
Kiedy rano wychodziłam zostawiłam w miarę ogarnięte miejsce.. Zastałam scenę z Apokalipsy.
Dzieciaczek niepilnowany przez nikogo dosłownie zniszczył mój pokój. Zwięzła lista jego dokonań w trakcie 2ch godzin(!):

- połamane wszelkie rodzaje kredek i ołówków. Nie. Nie upuszczone i połamane w środku - połamane na kawałki, które walały się po dywanie
- no właśnie, dywan... Dziecior wylał na niego wszystkie odczynniki plastyczne, jakie miałam: olej lniany, terpertyna, werniks, odczynniki do wywołynia zdjęć ... Na łóżko też (Wszystko zamknięte w oznaczonych butelkach z wielkim czerwonym napisem "Toksyczne", coby nie było wątpliwości co to jest, w szafce wysoko ponad zasięgiem wtedy mojego trzyletniego brata - mądrala podstawiła sobie stołek - mój brat i tak by nie dostał. Wszystko potraktowane tymi wspaniałościami było wynoszone i wykonywane na balkonie lub w piwnicy)
- rozkruszone pastele wsmarowane w łóżeczko braciszka
- plótna pocięte nożykiem do papieru
- potargane lub poplamione rysunki
- zawartość farb wyciśnięta do puszki z zaprawą malarską (Nie, tego już się nie dało używać)
- komoda pomazana farbami olejnymi
- pomazana pisakami ściana
- plama z farby akrylowej na suficie!! (Nie musicie w to wierzyć, ja nawet zdrapując tą farbę nie wymyśliłam jak to zrobił)
- woda do czyszczenia pędzli do spółki z colą wylana na laptop i ksiązki (Trzymałam na wierzchu, choć wysoko, żeby były pod ręką, w końcu były bezpieczne... Ta, chyba przed moim bratem, który wolał swoje zabawki i rozumiał, że mojego komputera się nie rusza choć był 2 lata młodszy...)
- powyrywane włosie z pędzli
- powyrywane kartki z książek

Zanotowałam to dosłownie w ciągu sekundy, by w ciągu następnej dostrzec tego małego gnojka, jak siedzi na środku tego Armagedonu i szpilką maltretuje chomika...
Miałam ochotę go zabić (gówniarza, nie chomika), jak Boga i szatana kocham.
Po prostu złapać za gardło i wyrzucić z piątego piętra przez zamknięte okno.
Zamiast tego walnęłam plecak prosto w kałużę terpentyny, odebrałam mu chomika, którego odłożyłam do klatki upewniwszy się, że nie stała mu się krzywda. A na histeryczne pretensje smarkacza zrobiłam to, co mój tata miewał robić, gdy byłam niegrzeczna jako dzieciaczek - tylko tak z 50 razy agresywniej. Lanie.

Złapałam jedną z niewielu rzeczy, które ocalały z tej anihilacji - metrową metalową linijkę do rysunków technicznych - chwyciłam dzieciaka za kark i przełożywszy sobie przez kolano, sprałam solidnie, aby popamiętał na całe życie.
Babcia z Ciotką nade mną krzyczały, szarpały, żebym gówniarza puściła, ale ostatecznie wkurzyły mnie jeszcze bardziej i jak na co dzień mam sporo cierpliwości, tak wtedy okrzyczałam (i zwyzywałam, czego jednak się wstydzę) również je.

Wzajemne przekrzykiwanie się nasiliło, kiedy wrócił mój tata z bratem z przedszkola. Zobaczywszy tę katastrofę ryknął na ciotkę, babci kazał się nie wpier...ć, bo to po części jej wina, a potem zadzwonił po kuzyna (swojego brata). Ten, jak zobaczył co się stało, najpierw wlał synowi, przy akompaniamencie krzyków ciotki, którą później sam owrzeszczał z góry na dół. W tym czasie do domu przyszła jeszcze moja mama i aż przysiadła, kiedy stanęła oko w oko ze zniszczeniami. Mój brat w płacz, ja też - kilka lat pracy zamieniło się w strzępy. No cyrk, a nie dom.

Ostatecznie, kiedy wszyscy dorośli wzięli po kielichu na uspokojenie, zasiedliśmy do komputera taty (bo mój zniszczony), co by wycenić szkody. O tym, że ciotka burczała, że po luj mi takie drogie pisaki i kilka rodzajów kredek, albo , że na takim śmierdzącym terpentyną i odczynnikami do wywoływania zdjęć łóżku można spać etc. etc. nie będę się rozpisywać.
Wyszło kilka tysięcy złotych, co wujek skończył oddawać ledwo pół roku temu. Choć naprawdę muszę mu oddać, że świetny z niego facet, pokrył wszystkie koszty włącznie z remontem i ratami za laptop. Złoty chłop.

A podsumowanie jest takie, że chomik przez długi czas bał się ludzi, a pokój wymagał remontu i nowych łóżek. Laptop poszedł do kolegi, który na szczęście był w stanie uratować trochę zawartości dysku. W szkole musiałam gęsto się tłumaczyć z braku prac, a skompletowanie ponownie całego arsenału narzędzi trwa do dziś.


Z trochę lepszych wiadomości można napisać, że wujek zainteresował się bardziej synem (rychło w czas...) i po kilku poważnych i ponoć głośnych rozmowach z ciotką, ona też zaczęła zwracać uwagę na jego zachowanie. Mały mnie bardzo nie lubi i odtąd nie pojawiają się u nas w domu. Nie żal mi. I odczuwam wręcz sadystyczną satysfakcję z tego, że wbiłam mu do tej pustej głowy, że czyny mają swoje konsekwencje.

A puenta?
Nie bójcie się wymierzać swoim dzieciom kar, kiedy robią źle. To im nie zaszkodzi.

Chaotycznie to wyszło, ale do dziś mnie nosi na samo wspomnienie.

rodzinka

by konto usunięte

Od jakiegoś czasu poszukiwałam pracy i natrafiałam na wiele piekielności, co zresztą pokrótce usiłowałam Wam opowiedzieć. Poszukiwania miały mierne skutki, a więc postanowiłam założyć własną firmę. Skutkiem czego poszukiwałam osób do pracy. Zobaczyłam co dzieje się z drugiej strony medalu i o zgrozo - jak w tym kraju ma być dobrze?

Wiedziałam jak czują się osoby poszukujące pracy, więc postanowiłam lepiej potraktować osoby aplikujące na moje ogłoszenia. Odpowiadałam na wiele pytań, choć odpowiedzi na nie, były jasno i wyraźnie opisane w ogłoszeniu. Dziękowałam za każdą złożoną aplikacje. Informowałam o kolejnych etapach, warunkach, byłam elastyczna. I chyba dlatego spotkało mnie to:

1. A za ile, bo ja nie wiem czy mi się chce. Ale niech mi pani powie, bo nie wiem czy mi się będzie opłacało jechać na tą rozmowę. To niech pani do mnie zadzwoni za dwa dni, to ja dam znać czy przyjadę. Ej, serio?

2. Połowa osób nie odebrała telefonu, w większości przypadków tam gdzie włączyła się automatyczna sekretarka, nagrałam wiadomość z prośbą o kontakt, ale NIKT nie oddzwonił.

3. Dzwonię do dość młodej dziewczyny i pytam czy jej zgłoszenie jest nadal aktualne, odpowiada że zależy za ile, bo nie wie czy będzie jej się opłacało i czy będzie miała co do garnka włożyć. Ponieważ był to mój któryś z kolei telefon i byłam już dość zdenerwowana, zapytałam dość nieprzyjemnie czy teraz gdzieś pracuje? Odpowiedziała że nie. Więc zapytałam co teraz wkłada do garnka? Wiem nie powinnam była, ale do jasnej ciasnej dzwonię bo chce dać pracę, może nie za 6 tysięcy miesięcznie dla złodziei i idiotów, ale jednak minimalną krajową rzetelną pracą by zarobiła. Ale nie, po co?

4. Większość zgłoszeń bez CV choć wyraźnie napisałam że tylko na podstawie CV zgłoszenia będą rozpatrywane.

5. Gdy sama wysyłałam CV do pracodawcy posługiwałam się dość sztywną formułą, aczkolwiek widzę że to był dobry pomysł. Przytoczę Wam kilka formuł, które dostałam:
- jestem zainteresowana ofertą pracy i jestem wstanie dojerzdzać pozdrawiam;
- cv do oblookania:) - :);
- rządam odpowiedzi.

Cóż teraz trochę liczb, łącznie zgłosiło się 67 osób. 32 osoby to pula nieodebranych, bądź wyłączonych telefonów i naprawdę nikt nie oddzwonił. Z pozostałych 34 osób 30 nie dało mi dojść do głosu, bo albo za ile albo gdzie, bo nie wiedzą czy będą mogli dojechać, jakie godziny bo nie wiadomo czy zdążą. W efekcie mam jutro 4 rozmowy kwalifikacyjne i jestem przerażona.

Ludzie szanujmy się trochę.

Jestem ciekawa co Wy na to. Może po tych rozmowach będzie materiał na następną historię.

Edycja: Ta fala nienawiści mnie zniesmaczyła. Ludzie.... zastanówcie się trochę.
Rzeczywiście nie stać mnie aby zaproponować wysokie stawki ale ja wiem jak to jest kiedy długo szuka się pracy i wiem jak to jest pracować za dużo mniej niż minimalna krajowa. Zjechaliście mnie jak bym nie wiem co złego zrobiła. Uważam że jeśli pracowałam długo ciężko harując za mniej niż myślicie, to jeśli teraz swojemu pracownikowi chcę dać tą minimalną, to nie powinnam się wstydzić za swoje postępowanie. A wręcz przeciwnie jestem dumna z tego. Jasne jestem początkującym przedsiębiorcą i może się nie uda ale zrobię wszystko żeby było inaczej i żeby wprowadzić inne standardy zatrudniania pracowników. Tak jak pisałam w historii wszystkie informacje były dokładnie opisane, gdzie,co i za ile.
Nie przeczytałam wszystkich bo było mi zwyczajnie przykro. Dziękuję tym "racjonalnym".

praca

by malaczarna89

Do wszystkich ludzi, przeciwnych „Czarnemu Piątkowi”
Problem aborcji eugenicznej to punkt wyjścia do całej sytuacji, bo narodziny chorego dziecka, to dopiero początek.

Aborcja eugeniczna to zawsze dramat i to nie tylko dla kobiety. A co z jej mężczyzną i potencjalnym rodzeństwem – wiecie jaka to trauma tłumaczenie rodzeństwu, że brat siostra jest chory, że nie może być zazdrosne, o to że mu się poświęca więcej opieki, że nie ma się czego wstydzić przed kolegami. Drodzy aktywiści religijnej dysputy – średniowiecze już dawno minęło i kobieta przestała być narzędziem szatana, więc nie osądzajcie jej od czci i wiary, za to że podejmuje tą traumatyczną decyzję.

Niezaprzeczalny fakty są takie, że urodzenie chorego dziecka stawia kobietę i cała rodzinę przed kolosalnym wyzwaniem.
Po pierwsze świadomość, że nosi się pod sercem chore dziecko może doprowadzić do depresji, bo zawsze dobra matka traktuje to jako swoją porażkę – myślenie, że to z jej winy i że to ona zawiodła jest prostym krokiem po diagnozie prenatalnej - nie zawsze tak jest, ale to częste.
Po drugie spłycanie aborcji eugenicznej do zespołu Downa, to obraza dla innych rodzin i schorzeń, o których nie majcie pojęcia, a które tak jak u mojego syna są rzadkie w skali globalnej.
Po trzecie – podtrzymywanie ciąży za wszelką cenę to w niektórych dzieci w brzuchu matki, to wskazywanie w niektórych przypadkach na kilkumiesięczną torturę dziecka i jego rodziny w imię jakiejś ideologii, której rodzina i rodzice mogą nie podzielać. Zwracam Wam uwagę, że zgodnie z prawem międzynarodowym tortury są zakazane. Tyle się ludzie oburzają na Guantanamo, gdzie tortury mają jakiś przynajmniej teoretyczny cel-zniszczenie terroryzmu. Takie narzucanie się z „moim zdaniem” jest jak zamach samobójczy w Berlinie, Nicei czy innym mieście. Terroryści też twierdzą, że znają jedyną i prawdziwą drogę postępowania. A takiej nie ma, bo ilu ludzi, tyle dróg do rozwiązania problemów tego świata. Swoją drogą w Guantanamo powinni uczyć, Ci co stoją pod szpitalem Bielańskim z tymi sławetnymi. Niby nic nie robią (prócz magicznego strażnika, który siedzi w aucie obok), ale pastwią się nad biednymi kobietami, które muszą podjąć najtrudniejszą decyzję w życiu. Powinni dostać Nobla za torturowanie bez bezpośredniego kontaktu z „skazaną”.

Nie zgadzasz się że mną ok, ale nie osądzaj mnie i nie stawiaj mnie pod ścianą, bo nie znasz wszystkich faktów. Co innego aborcja tzw. eugeniczna, a co innego zwykła. Tą drugą prędzej można określać jako zło, bo jest często jedynym „rozwiązaniem” uchylenia się od odpowiedzialności za swoje czyny.

Skoro jesteście przeciwni aborcji to zacznijcie od podstaw. Zgodnie z nauczaniem kościoła – wszelka antykoncepcja jest zakazana. Skoro jesteście przeciwni zrobienia tego zabiegu w legalnych warunkach, to zróbcie obywatelski projekt ustawy o całkowitym zakazie antykoncepcji. W końcu zanim powstanie embrion, to jego poprzedników jest komórka jajowa i plemniki. Wtedy będzie już kompletne średniowiecze. Dzieci będą się rodzić na potęgę, a ewentualne niechciane ciąże będą usuwać wszelkiej maści szamani, uzdrowiciele i inne oszołomów, bo teraz lekarz, który nie powołuje się na klauzulę sumienia jak prof. Dębski z szpitala bielańskiego to ewenement.

Do wszystkich przeciwnych aborcji!!!
Wiecie jak wygląda opieka nad chorym dzieckiem?
Ja wiem, bo takie mam i to na szczęście w tym całym nieszczęściu w wersji super light.

Mój syn nie ma podpiętych żadnych kabli, rurek, nie ma pozakładanych żadnych konstrukcji na ciele, nie używa wózka inwalidzkiego, porusza się samodzielnie i nie musi leżeć permanentnie w łóżku, bo nie ma bezwładnego ciała.
Walczycie o to by te dzieci się narodziły, bo mają do tego święte prawo. Ma się urodzić, bo to jego naturalne prawo, a potem niech cierpi i niech się rodzice bujają z tym problemem, bo o to co będzie dalej z tymi dziećmi jakoś nie walczycie. Takie myślenie, że końcu spłodzili dziecko to niech się z nim bujają śmierdzi bezdusznością w stopniu totalnym.
Fakty są takie, że ciąg dalszy, co po porodzie już nie jest w kwestii zainteresowania społecznego, lepiej o tym zapomnieć, a na ulicy odwrócić wzrok w drugą stronę.

Ja miałem okazję poznać 2 rodziny, które wymiękły. W jednej rodzice zostawili dziecko w szpitalu i zwiali za granicę, w drugiej urodziły się bliźniaki. Ojciec wymiękł i odszedł od rodziny. Ciężka choroba dziecka tak się zakończyła dla obu rodzin, bo sprawa ich przerosła.

Niestety żyjemy w czasach, gdzie życie i zdrowie ludzkie się wycenia w każdym aspekcie. Tylko nie mówcie, że tak nie jest, bo jest – w końcu NFZ wycenia każdy zabieg, czy nawet ile ma kosztować śniadanie w szpitalu.

Czy wiecie jak wygląda życie rodziców chorego dziecka?

Opowiem Wam.

Maciej miał być zdrowy wg. lekarzy, tylko rozwijał się wolniej. Ostatnie miesiące ciąży żona spędziła na oddziale ciąży zagrożonej. To mi lekarka powiedziała, że jest problem, bo prawdopodobnie mamy syna z nierozpoznaną wadą genetyczną. Żona dowiedziała się ode mnie po paru dniach o tej wiadomości, kiedy już w miarę doszła do siebie. Wiecie co to nosić taki ciężar w sobie, by chronić rodzinę przed tą wiadomością? Nie macie pojęcia i nie życzę Wam tego. Pierwsze miesiące życia Maćka, to określanie co mu dolega i skąd się wzięło. Wynik – Ring chromosomu 15, żadne z rodziców nie jest nosicielem – po prostu chromosomy się źle posklejały, ot przypadek.

Moja żona zrezygnowała z pracy, by poświecić się dziecku. Dostaje zasiłek w ramach opieki- który wzrasta od 5 lat co rok o 100 zł i teraz to jest 1500 PLN i to finito – na tyle Państwo wycenia 24 godzinne poświęcenie matki dla dziecka. Dobre i to bo jeszcze parę lat temu i tego by nie było. Dostaje też zasiłek pielęgnacyjny 153 zł. Co starcza na 3-4 opakowania pieluch. Tyle jest warte pielęgnowanie dziecka wg. Państwa.
Mieliśmy dostać 1200 w ramach 500+, ale rządzonym się odmieniło. Maciek urodził się jako drugi, więc już sienie kwalifikuje do tego

Dostajemy też ulgę transportową przy rozliczeniu rocznym 1000 zł w ramach dowożenia dziecka do lekarzy, na terapie itp. My mamy szczęście bo mieszkamy w Krakowie, ale do szpitala w Prokocimiu, gdzie mógłbym dostać stały meldunek – przyjeżdżają rodziny po pomoc z całej Polski. Tyle pomocy niezależnie, czy dzieciak ma szczęście mieć lekkie problemy, czy jest w ciężkim stanie.

Aaa jeśli chodzi o temat szpitali – to jest przeżycie. Jeśli nie doświadczyliście kilkutygodniowego, czy kilkumiesięcznego pobytu (tak, tak – wiecie, że w szpitalu w Prokocimiu jest szkoła? to tam dzieci się kształcą w trakcie wielomiesięcznych pobytów), to nie wiecie co, to za atrakcja.

Posiedźcie sobie na stołku przez kilkadziesiąt nocy, bo leżak nie zawsze jest dostępny. Część z Was może odwiedziła szpital raz na dłużej, ale miejcie to za stan permanentny, to zrozumiecie co to znaczy. Swoją drogą to paradoks, że w grudniu w markecie budowlanym zlokalizowanym obok szpitalna można kupić leżaki plażowe. Przypadek???

Więcej paradoksów – proszę bardzo:
1. Zgodnie z nowymi przepisami, nie przysługuje mi karta inwalidy, która jeszcze parę lat temu jako rodzicowi dziecka niepełnosprawnego była przynależna z automatu. Wystarczyła zmiana rozporządzenia i mimo, że wożę dzieciaka na rehabilitacje, do szpitali, do przedszkola specjalnego, to już mi się nie należy. Wystarczyła zmiana tekstu rozporządzenia i syn wyzdrowiał-CUD. Nie piszę o tym, że tęsknię za nią, by mi było łatwiej, bo nigdy jej nie chciałem. Uważałem, że inni mają gorzej i nie będę im dla własnej wygody zabierał koperty
2. Jako rodzicowi dziecka niepełnosprawnego przysługują nam darmowe przejazdy komunikacja miejską, ale miesiąc mi zajęło ustalenie z MPK, czy tylko do przedszkola, czy po całym Krakowie. Każdy urzędnik mówił, co innego. Dopiero jak wróciła z urlopu urzędniczka z działu prawnego, to dostałem opinię wiążącą. Przepisy tak są skonstruowane, że nikt nic nie wie.
3. Syn ma orzeczenie czasowe, gdyż wada genetyczna nosi wg urzędników znamiona uleczalności. W jaki sposób nie mam pojęcia. Pewnie nastąpi CUD
4. Tzw. „opieka nad dzieckiem”, gdy jest chore to clu paradoksów. Ponieważ żona nie pracuje, to ona mi nie przysługuje. To nic że drugim dzieckiem trzeba się zaopiekować, gdy matka siedzi z chorym w szpitalu. To nic, że matka też potrzebuje wytchnienia. Skoro siedzi w domu i „nic nie robi”(o tak spotkaliśmy się z takimi opiniami) , to jak będzie w szpitalu 2 -3 -8 tygodni to nie problem, to nic się nie stanie. Niech się zarżnie przy opiece nad chorym dzieckiem po operacji – mąż nie ma jej prawa w tym pomóc (to tak w kwestii przysięgi małżeńskiej "w zdrowiu i chorobie). Jedyne sensowe rozwiązanie – żona w dzień, śpi w domu, a mąż śpi w nocy w szpitalu przez kilka tygodni. Tym samym obydwoje odpoczywają w komfortowych warunkach – żona praktycznie cały czas, czy jest w szpitalu lub w domu – w końcu nic nie robi.Maż odpoczywa śpiąc na leżaku z wyjącą pompą infuzyjną na głową lub zasuwając w pracy.

Tyle możecie się dziś dowiedzieć. Przemyślcie swoje postępowanie i zainteresujcie się tym co się dzieje z chorymi dziećmi po porodzie, bo dla Was nie jest to nośny temat – prościej jest powiedzieć do kobiety przeżywającej traumę – Ty morderco, a nie zastanowić się jakie są powody jej decyzji i jak polepszyć byt już narodzonych i ich rodzin które walczą w dzień, w dzień.

Do tego trzeba takich bojowników o dobre życie jak Anna Dymna, która walczy o już narodzonych, czy Jurek Owsiak, którego dziełem życia jest ulżyć chorym.

A jeśli jesteście przeciwni, by matka i dziecko nie cierpiały lub by skazać ich na wegetacje, to zachowajcie to zdanie dla siebie i nie narzucajcie się z opinią jak terroryści z państwa islamskiego, bo od tego jest krok, by tak jak w USA strzelano do klinik aborcyjnych z imieniem Boga na ustach.

Kraków

by ~OjciecMacieja

Mam dobrego znajomego, który dostał w prezencie ślubnym od jakiegoś bogatego wujka z Ameryki samochód. Auto godne czarnego charakteru z filmów z Bondem, a mój kolega raczej wyglądem i aparycją przypomina Lebowskiego (jak i ja).

No to parkujemy w centrum Warszawy na „wlocie" do ul. Złotej. Idziemy do Złotych Tarasów, wracamy po jakimś czasie, a koło naszego auta kręcą się jakieś dresiki. Zachwyt niesamowity, bo autko raczej rzadko spotykane w Polsce. Ja się na tym nie znam, ale tyle wiem, że to samochód z lat 70. Kolega podchodzi do dresików, coś tam z nimi gada o silniku i innych takich, ale to nie w dresikach problem.

Od strony Złotych idzie w naszą stronę policja. Szybkim, gniewnym krokiem. Zatrzymali się przy nas w pozach bojowych. Lustrują zniesmaczonym wzrokiem najpierw mnie, potem dresików, który już się ulatniali, a na sam koniec zatrzymają wzrok na moim koledze.

Policja: Proszę się odsunąć od samochodu.
Kolega: ?
P: Nie będziemy się powtarzać.
K: Ale o co chodzi? źle zaparkowany?
P: Nie twój interes, pijaczku.

Mój kumpel wsadził rękę pod pazuchę bluzy, żeby sięgnąć do kieszeni po klucze od auta. W tym momencie jeden ze stróżów prawa zrobił skok w stronę mojego kumpla, złapał go za ramię i wykręcił mu rękę. Drugi wsadził mojemu koledze rękę do w/w kieszeni (zapewne sądząc, że znajdzie tam jakąś broń), ale tam były tylko te klucze.

P: Komu to okradłeś, k***a?
Ja: Ale on nie...
P: *mało kulturalnie kazał mi być cicho*
K: W środku mam wszystkie dokumenty, mogą panowie zobaczyć.

No to jeden z "niebieskich" otworzył drzwi i sięgnął, gdzie mu kolega powiedział i rzeczywiście tam były, wszystkie dokumenty. Potem, jak już go puścili, pokazał im dowód i prawko (czyli to, co miał przy sobie).

Wsiadłam już z kolegą do środka, a panowie policjanci jeszcze pukają w szybkę.

P: Rozumie pan, że musieliśmy zareagować?
K: Nie.

Nic dalej z tego nie wyszło, nawet nas nie spisali. Ale czy jak ktoś wygląda "inaczej", to zaraz musi być menelem? To przykre.

policja

by syl19

W oparciu o jedną historię.

Kolega prawnik ma za wóz dobre Audi. Gdzieś wyczytuje, że w jego modelu jest coś nie tak z jakimś procesorem. Pojechał do serwisu i rzeczywiście coś nie tak.

Wymiana 4500PLN.

9 dni później kolega dowiaduje się, iż w całej UE te wymiany były za darmo, bo akcja przywoławcza. Awantura i sąd.

Tłumaczenie, no tak:

„Wiedzieliśmy, co szwankuje, ale akurat naszego ASO zapomnieli powiadomić, że ma być to za darmo”.

polska

by fotograf

Lata temu w szkole mojej córki.

Ewa chodziła do pierwszej klasy. Wiem, że wiele matek uważa swoje dzieci za genialne, natomiast fakt jest taki, że na wywiadówkach często otrzymywałam sygnały, że jest dobrą uczennicą, bardzo aktywną na lekcjach, nierzadko do odpowiedzi zgłaszała się tylko ona lub jako jedyna znała prawidłową odpowiedź.

Po którymś kolejnym zebraniu zostałam poproszona do wychowawczyni. Czy coś się stało, Ewa przestała się zgłaszać, siedzi cicho, zapytana odpowie prawidłowo, ale nie przejawia już inicjatywy.

W domu rozmawiam z małą, odpowiedziała mi: „Mamo, a po co ja mam się zgłaszać, skoro pani i tak nigdy mnie nie wybiera? Sama jedna z klasy rękę podnoszę, nikt więcej, już na końcu zmieniam lewa/prawa, bo mi drętwieje, a pani pyta i pyta innych, chociaż oni nie wiedzą”.

Cóż. Telefon do wychowawczyni, relacja z rozmowy, odpowiedź nauczycielki: „Ja wiem, że Ewa jest zawsze przygotowana, ale chcę zmobilizować i resztę klasy”.

Z jednej strony jak najbardziej kobietę rozumiem, ale z drugiej niech się nie dziwi, że dzieciak miał dość bezskutecznego machania ręką pod sufitem.

szkoła

by ejcia

Właśnie wróciłam do domu, po 6 godzinach spędzonych w samochodzie. Jestem wściekła jak sto diabłów (podobnie jak moja rodzina), więc z góry przepraszam za ewentualną chaotyczność historii.

Być może wiecie, że dziś w Warszawie jest strajk taksówkarzy przeciwko Uberowi. W związku z tym zablokowane jest całe miasto.

Również na dzisiaj zaplanowany był pogrzeb mojej ciotki. Była kuzynką mojego dziadka i bardzo bliską osobą dla mojej babci oraz mojej matki. Zdecydowaliśmy, że jedziemy jednym samochodem, prowadził mój tata. Plan zakładał wyjazd o 9 by spokojnie pojechać do kwiaciarni odebrać wiązankę, następnie pojechać po moją babcię i wspólne dotarcie na pogrzeb o godz. 12.

Wyjechaliśmy faktycznie o 9, lecz już przy wyjeździe z dzielnicy zastał nas korek. Pojechaliśmy okrężną drogą - też korek. Mosty Siekierkowski i Poniatowskiego zapchane. Taksówkarze popylali 5km/h blokując wszystkie pasy ruchu. Policja kierowała na drogi objazdowe, lecz nie poprawiało to sytuacji gdyż korki robiły się wszędzie.

Drogą, którą powinniśmy pokonać w 45 minut, toczyliśmy się 3 godziny. Po zjeździe z Poniatowskiego zadzwoniłam do babci by przedstawić sytuację. Zdecydowaliśmy, że babcia pojedzie metrem na Kabaty, a stamtąd odbierze ją wujek. W momencie, gdy udało nam się przedrzeć przez cholernych taksówkarzy i dojechać do kwiaciarni - wybiła 12. Pogrzeb się zaczął a my mieliśmy przed sobą jeszcze (teoretycznie) kolejne 30 minut na dojazd do miejsca pogrzebu. Jechaliśmy półtorej godziny.
W międzyczasie mojemu tacie, który prowadził, zrobiło się słabo, więc zrobiliśmy postój, a następnie ja go zmieniłam.

Na miejsce pochówku dojechaliśmy w momencie, gdy było już po wszystkim i tam spotkaliśmy się z babcią. Mojej mamie było bardzo przykro, bo zmarła ciotka była dla niej bardzo bliska i zależało jej na ostatnim pożegnaniu z nią.

Do domu wróciliśmy okrężną drogą, która na szczęście nie była aż tak zakorkowana, ale jednak tłok był dużo większy niż zazwyczaj.

Mogę powiedzieć tylko jedno: drodzy taksówkarze: walcie się. Blokowanie miasta, w poniedziałek, w godzinach szczytu to sku*%@#. Przejrzałam na szybko kilka artykułów w internecie i komentarze pod nimi i zapewniam, że w dniu dzisiejszym strzeliliście sobie w kolano tym strajkiem. Od dzisiaj dla mnie i wielu moich znajomych istnieje tylko i wyłącznie Uber.

A tak na marginesie, sama idea tego strajku wprawia w oburzenie. Żeby jeszcze ci taksiarze poprawiali jakość swoich usług, ale nie. Buntują się, żeby zaszkodzić konkurencji, która oferuje usługę znacznie wyższej jakości.

No to dzisiaj zaszkodzili sobie, na bardzo, bardzo długo.

nienormalni taksiarze

by ZjemTwojeCiastko

Czytając różne historie o pielęgniarkach, przypomniała mi się historia mojej śp. babci.

Moja babcia zachorowała na raka trzustki i jej stan przez rok coraz bardziej się pogarszał. Ostatnie miesiące to ciągłe wizyty w szpitalach. Po jednej takiej wizycie, moja babcia nie chciała już tam wracać. A co się stało? Jako, że była bardzo schorowana, miała mniejszą kontrolę nad swoimi potrzebami fizjologicznymi. Podczas pobytu w szpitalu przytrafiła jej się jedna niekomfortowa sytuacja z tym związana, czego się bardzo wstydziła.

Co zrobiła pielęgniarka? Wyzwała ją i poniżyła. Nie wiem jakich słów użyła, ale płacz babci sprawił, że chciałam tą kobietę udusić. Zainteresowało nas to, kiedy chcieliśmy ją zabrać do szpitala (wiadomo, aby jakoś ratować czy ulżyć w cierpieniu), a ona nie chciała o tym słyszeć i stanowczo odmówiła mając w łzy w oczach. W końcu zwalczyła wstyd i opowiedziała co się stało, tłumacząc, że przecież nie chciała tego zrobić.

Ja wszystko rozumiem, ale jeśli jesteś pielęgniarką, to wiesz na co się piszesz i okaż trochę szacunku ludziom schorowanym, bo sama nie wiesz co cię czeka w przyszłości.

słuzba_zdrowia

by martina323

Hej, kolęda, kolęda.

Niedawno nasza parafia wreszcie dostała wikarego, który miał odciążyć obowiązki proboszcza i natłok nowych parafian (niedawno wybudowano obok nowe osiedle apartamentowców, które należy do naszej parafii).

Gdy był u nas, widziałem jego nietęgą minę. Zapytaliśmy, co się stało. On odpowiedział, że "będzie ciężko”.

Ano ludzie plotki o nim rozsiewają i to nie byle jakie:

- że pedofil;
- że zawłaszczył teren przy kościele na potrzeby Kościoła, bo kosił tam trawę, w której zazwyczaj przesiadywały okoliczne żuliki;
- że ma rodzinę na boku i tak naprawdę nie był chory, tylko pojechał do swojej rodziny;
- ma piątkę dziewczynek i też z nimi sypia;
- że jak załatwił zgodę na budowę parkingu przykościelnego, to na pewno na lewo w urzędzie miasta;
- tak naprawdę to codziennie nie jeździ na studia, tylko na dupy, ale do okolicznego miasta, więc nikt nic nie wie;
- podobno w poprzedniej parafii uderzył dziecko i dlatego jest tutaj (nieważne, że to jego pierwsza);
- że przekonuje proboszcza, żeby zamontować kamery w kościele i alarm, żeby podglądać parafian (wtf?).

Kto jest piekielny? Ludzie, którzy oceniają schematycznie i mielą ozorem, byleby mieć o czym gadać, czy media, które takie schematy ludziom do łbów tłuką?

parafia

by konto usunięte