piekielni.pl

Pokaż menu
Szukaj

Top

Święta to także czas spotkań z rodziną.
Rozmawialiśmy o wychowywaniu dzieci i tym jak reagować na pewne zachowania. Oczywiście ciężko w tych sprawach o jednomyślność, choć to co zrobiła bratowa ma moją pełną aprobatę, choć dla niektórych może być piekielne (czytaj teściowa i mama).

Bratowa z córeczką czteroletnią były na zakupach, niestety po drodze do kasy mijały dział z zabawkami. Córka złapała lalkę i do koszyka wkłada.
[Bratowa]: Odłóż zabawkę, mamusia nie ma tyle pieniążków, żeby ją kupić. [Córka]nie reaguje na to i próbuje pchać wózek do kasy. Ponowna prośba też nie daje efektu. Cóż, bratowa odpuściła i zapłaciła za wszystko w kasie. Gdzie piekielność? Upatrywałem jej w tym, że tak łatwo się poddała i pozwala córce rządzić, ale nie...

Kolacja. Kanapki z wędliną, warzywami.
Śniadanie podobne, kolejna kolacja też.
Następne śniadanie już tylko chleb z masłem, podobnie i kolacja bez rarytasów. Córka nieco zdziwiona, ale nie komentowała do następnego dnia i śniadania gdy znowu na stole były tylko kanapki z masłem.

[C]: Mamusiu, a gdzie wędlinka?
[B]: Mamusia mówiła, że nie ma pieniążków na zabawkę, ale się uparłaś to teraz nie ma pieniążków na wędlinkę.
Po śniadaniu córeczka z płaczem przybiegła z lalką i mówi, żeby oddać ją w sklepie, bo woli kanapki z wędliną.
Oczywiście babcie uważają ją teraz za złą matkę, która znęca się nad ich ukochaną wnusią, a ja uważam, że to dobra lekcja dla dziecka.

wychowanie

by krzychum4

Czasami się zastanawiam, jak bardzo można "wyrzec się zasad moralnych dla osiągnięcia jakichś korzyści, zwłaszcza materialnych". Niestety, nie mogę użyć tego słowa, ale sama definicja powinna wystarczyć.

Teraz historia właściwa.

Zmarli rodzice mojej dziewczyny. Matka od dłuższego czasu chorowała, niestety walkę przegrała. Ojciec strasznie to przeżył i kilka dni później, dziewczyna idąc go obudzić, znalazła go martwego. Dostał zawału w nocy.

Wyobraźcie sobie teraz, jaki to jest potężny cios dla 19 letniej dziewczyny, stracić obojga rodziców w ciągu 2 tygodni.

Drugiego dnia po śmierci ojca, dostałem SMSa o treści "proszę, przyjedź jak najszybciej" Wystraszyłem się, w takiej sytuacji miałem już najgorsze przed oczami.

Pobiegłem do szefa, wytłumaczyłem jaka sytuacja, wyszedłem wcześniej z pracy i pojechałem.

Widok jaki zastałem na miejscu wyglądał tak:
Dziewczyna zapłakana siedziała na ziemi, a na fotelach i kanapie siedziała jej ciotka, wujek i kuzynka.

Na moje pytanie "co się stało" odpowiedział wujek "wyjdź stąd, to sprawy rodzinne, przybłęda niech się nie wpiernicza" z tym, że nie o pierniku tu mowa, a o dali.

Zignorowałem dziada i zapytałem dziewczyny co się stało. Jedyne co w tamtym momencie odpowiedziała to "Wyrzuć ich stąd, nie ważne jak, mają zniknąć na zawsze, nie chce ich widzieć" w płaczu.

Cóż, na początku spokojnie próbowałem ich wyprosić, skoro padła taka prośba, no ale na rodzince nic to nie robiło. Nadal miałem się nie wpierniczać. Rozmowa przybierała trochę na sile, padło sporo obraźliwych słów w moją stronę itp. No ale w końcu pogrożenie policją lub usunięciem siłą, jakoś przekonali się do wyjścia, jednocześnie odgrażając się w stronę dziewczyny, że sprawa nie jest zakończona i ma się szykować, bo oni nie będą czekać w nieskończoność.

Sytuacja jakoś się uspokoiła, dziewczyna też i jakoś od słowa do słowa przedstawiła mi całą sytuacje. Wyglądało to tak.

Rodzinka przyjechała. Dziewczyna myślała, że przyjechali pomóc w tych trudnych chwilach czy coś, ale nie. Nic z tych rzeczy.

Otóż, rodzinka stwierdziła, że skoro Kasia została teraz sama, to jej taki wielki dom nie jest potrzebny i oni z chęcią się zamienią na swoje 2 pokojowe mieszkanie, w którym mieszkają w 5 osób. To nawet nie była propozycja, tylko nakaz. Oni już mają wszystko ustalone i najlepiej jakby do niedzieli się wyniosła(tak, tego słowa użyli), bo będą mieć auto żeby przewieźć swoje graty.

Po odmowie zaczęli nie tylko naciskać na nią, ale nawet wyzywać od samolubnych bachorów, że ona nie wie jak im ciężko się żyje w tym małym mieszkaniu, że się jej w dupie poprzewracało od dobrobytu, że nie zna życia. Później kłamali w żywe oczy, że byli z jej rodzicami umówieni, że jak coś im się stanie to mogą się wprowadzić do Kasi, żeby ta nie była sama, a że jest pełnoletnia i im NIEPOTRZEBNA bo mają swoje dzieci to ma się wynieść. I że w ogóle powinna się cieszyć i być im wdzięczna, że oferują jej stare mieszkanie, bo mogliby sobie je sprzedać i Kasia by została na bruku.

Powiedzieli też, że oni choćby po trupach to jej ten dom wydrą, bo umowa na gębę jest wiążąca i oni pójdą do sądu, bo nikt im nie udowodni, że takiej umowy nie było.

To jeszcze nie koniec, na drugi dzień do Kasi przyjechali dziadkowie, wielce zdziwieni, że ona nie chce oddać wujostwu domu, bo po co jej samej taki duży. Przecież w mieszkaniu będzie miała lepiej i oni w ogóle nie rozumieją dlaczego się nie zgadza i że robi niepotrzebne zamieszanie w rodzinie. Powinna się zgodzić i już, a nie wymyślać.

Na pogrzebie ojca wujostwo jeszcze nastawiało przeciwko Kasi innych członków rodziny, że ona tak i owaka. Niektórzy się z nimi zgadzali. Na szczęście była tam jedna ciotka, siostra tego pseudo wujka i jedyna, która naprawdę interesowała się Kasią, prawdziwie jej pomagała itp. W żołnierskich słowach wytłumaczyła obecnej rodzince, co sądzi na ten temat i że jak jeszcze raz spróbują takich praktyk, to ona zrobi z nimi porządek. A jako, że ciotka jest z tych osób, przed którymi każdy w rodzinie czuje respekt, to jakoś sytuacja się uspokoiła.

Nie na długo. Tydzień po pogrzebie Kasia dostała telefon od babci, czy przestałą już wydziwiać, bo czas ucieka, a czym szybciej się wyniesie tym lepiej. Tutaj już nie wytrzymała. Wykrzyczała że mają się wszyscy pierniczyć i zostawić ją w spokoju.

Czasami się zastanawiam, jak nisko jeszcze może upaść istota zwana człowiekiem.

rodzina

by ~Paralizator

Pani sprzątająca u mnie w pracy podzieliła się ze mną opowieścią o właścicielu obiektu, który zasłużył na Złotą Cebulę w konkursie na największego sknerę biznesu.

Żeby zaoszczędzić na kosztach utrzymania budynku, ekipie sprzątającej kazał przychodzić z własną wodą (! - bo zużywają na własną pracę, a pewnie w dodatku kradną z jego krwawicy) i pokrywać część kosztów odprowadzania ścieków (! - bo brudną wodę wylewają do jego kanalizacji). Po proteście i tłumaczeniu, że nikt nie wywozi mu z budynku beczek Chlorowianki Kran Deluxe, nikt też wwozić nie ma zamiaru, a woda do sprzątania jest niezbędna stwierdził, że rozwiąże sprawę inaczej - przed przyjściem sprzątaczy zakręcał główny zawór wody i wydawał sprzątającym po pięciolitrowej butli kranówki na głowę. Bo w domu patrzył, jak żona sprząta i wyliczył, że tyle wystarczy.

Ceremonia taka odbyła się raz. Pan podobno nie mógł zrozumieć, dlaczego firma sprzątająca wymówiła umowę świadczenia usług w trybie natychmiastowym - i to jeszcze z winy zleceniodawcy, tacy bezczelni ci sprzątacze byli.

by Ursueal

Coś związanego z poprzednimi moimi historiami.
Napisałam tam, że pasożyt, który zagnieździł się w moim łonie rośnie itd.
Dostałam 4 wiadomości prywatne w stylu "Uszanuj uczucia matek, które kochają i chcą dzieci, a ich mieć nie mogą. Nazywanie tak kochanego stworzenia jakim jest dziecko to obraza dla wszystkich rodziców"- blblabla, w skrócie oczywiście, bo wiadomość miała kilkadziesiąt linijek chyba z podobnymi tekstami. W podobnym guście.
Dostałam też wiadomości, że ja jestem piekielna, straszna, zła matka, nazywając moje "PIMPI_RIMBI/ BEJBI/ DZIDZIUSIACZKA" takimi ksywkami jak pasożyt, diabelskie nasienie, mały gówniarz, "siurek", "zygotka" itp

Ludzie, serio?! To tak razi w oczy? Bo nie widzę powodu, żebym miała zmieniać przyzwyczajenia. Moje dziecko to pasożyt. To wredny Siurek, co mi spać nie daje i przymusza do wstawania 50 razy w nocy do toalety, wysysa mi witaminy itd.
Może mam nie po kolei w łepetynie?
Bo dla mnie to zwykły żart, śmieszek , a nie oznaka, że dziecka nie chciałam i nie kocham. :)

Aż się chce nawiązać do memów i napisać:
"Krzycz na swoje dzieci w sklepach/ przedszkolach/ domach, bo są niegrzeczne- nikt nie reaguje.
Nazwij swoje dziecko (płód) pasożytem i wszystkim odpie*dala"

Nie generalizuje. Są ludzie normalni, którzy rozumieją żart.

by OlwiaJ

Wojna międzypokoleniowa :)

Mój serdeczny kolega się ożenił nieco później niż średnia krajowa. Wraz z ożenkiem zdecydował, że życie pod skrzydłami mamusi należy zakończyć i należy utworzyć samodzielną komórkę społeczną zwaną rodziną. Niestety jego szanowna mamusia nie mogła zrozumieć, że jej ukochany synek, zaledwie trzydziestolatek, chce i może stać się od niej niezależny.

Pomimo znaczącej odległości, nawiedzała go z wizytacją dość często. Zbyt często. Zapewne miłość synowska i przyzwyczajenie powodowały, że niespecjalnie przeciwstawiał się swojej matce. A mamusia powodowała z każdym przyjazdem małe tsunami w jego rodzinie. Z pozoru wszystko wyglądało na pełną zrozumienia troskliwość i chęć niesienia pomocy. Tyle że niesienie tej pomocy objawiało się chęcią dalszego sterowania synkiem i podporządkowania sobie synowej.
Znacie to?

A to okazywało się, że synowa nie potrafi gotować, nie wie jak należy sprzątać, a jak pojawił się wnuk, to i nie potrafi o niego zadbać. Wszystko oczywiście w rękawiczkach, małe złośliwości pod płaszczykiem dobrych rad, prezenty w formie proszku do prania czy nawet papieru toaletowego (bo synowa źle kupuje). Wszystko na tyle umiejętnie, że synowa nie mogła wskazać nic złego, ale czuła się mało komfortowo w tej sytuacji.

Nadszedł czas świąt i synowa przeszła do kontrofensywy.
Zostali zaproszeni do domu szanownej mamusi kilka dni przed świętami.
Wojna została wypowiedziana następnego dnia rano. Babcia, z wielką troską w głosie, stwierdziła, że wnuczek jakiś taki słabowity, pewnie mało spacerów ma, bo matka cały czas poświęca na pracę i przez to zaniedbuje jej i swojego synka.

Po powrocie ze spaceru zastała synową rozwieszającą świeżo uprane firany!
- ja wiem, że przed świętami mamusia była zajęta, ale one były tak zakurzone i szare...
- mamusia pójdzie do okulisty, wiadomo, że na starość (cios bezpośredni) wzrok się psuje, a widziałam, że w cieście skorupki się zaplątały...
- niech mamusia poda przyprawy na stół, bo wczoraj obiad był zbyt mdły...
- to ja odkurzę mieszkanie, bo widzę, że mamie trudno już sięgnąć wszędzie, a wnuczek wrażliwy na kurz, więc trzeba choć raz na tydzień sprzątnąć...

Tego typu pomoc i odzywki trwały dwa dni. Panowie wycofali się na bezpieczne pozycje, a atmosfera w domu gęstniała tak, że smog krakowski się chowa.
Ciosem kończącym (według kolegi) była uwaga synowej:
- mamusia pozwoli, znam się trochę na przeróbkach krawieckich, to trochę poluźnię tę sukienkę, bo widać, że nieco przyciasna się zrobiła...

Od roku wizytacje zmieniły się w wizyty, choć panowie twierdzą, że spotkanie ich pań bardziej przypomina spotkanie dwóch tygrysów przyglądających się który pierwszy okaże słabość.

by Rak77

Do niedawna pracowałem w pewnym oddziale. Zabiegowym. Taka specyfika, że sami faceci w gabinecie. Było nas tam sporo, z młodzieżą jakieś 17 sztuk. Wiadomo, każdy dostawał kilka dyżurów w miesiącu. Takich całodobowych. W gabinecie była leżanka, więc między robotą zdrzemnąć się było gdzie. Do tego, mieliśmy swój kibelek z prysznicem.

Jestem cukrzykiem. Na insulinie. Z racji zawodności systemów leczenia, czasem każdemu się zdarza, że cukier spadnie. Czuję to, więc jak tylko pojawiają się objawy, zjadam coś słodkiego i po krzyku. Gdybym nie zjadł - to co innego. Mogłoby się to skończyć śpiączką. Toteż, trzymałem w gabinecie torbę z żelaznymi zapasami słodyczy. Trzymałem ją niezamkniętą, zresztą po co? Sami swoi, dorośli ludzie z dużą maturą...

I tu zdziwienie. Kilkakrotnie, kiedy sięgałem do torby, znajdowałem w niej puste opakowania. Pytałem koleżków, kto był łaskaw się częstować - zero odzewu, głupie uśmieszki dwóch z nich... Pewnego dnia akurat spadł mi cukier. Lecę do torby, a tam pustka. Jeden nadgryziony batonik się wala. Musiałem się ratować zawartością cukiernicy.

Następnego dnia zrobiłem awanturę. Jeden się przyznał, ale wyśmiał moje pretensje. Bo mu się nie chciało zejść do sklepiku, a przecież głodny był. To sobie wziął i zapomniał mnie powiadomić... Cóż, skoro pracuję z gówniarzami, zacząłem zamykać torbę na klucz. Chwilę potem, zaczęły mi ginąć kosmetyki z łazienki. Z zamkniętej, podpisanej kosmetyczki! Żel pod prysznic musiałem kupować na każdy dyżur, bo cudownie odparowywał. Tym razem żaden ze współpracowników się nie przyznał...

Minęło trochę czasu.
Stwierdziłem, że trzeba chamstwo ostatecznie wytępić.
Zostawiłem torbę ze słodyczami na wierzchu, do każdego ciastka wstrzyknąłem lek moczopędny.
Rano ujrzałem dyżurnego, szarego na twarzy i z zapadniętym ciemiączkiem. Spytałem tylko: Ile ciastek?
- Ale skąd wiesz?
- Pytam grzecznie, ile?
- Pięć...

Była to dawka spora, nie zabójcza dla młodego, zdrowego faceta, ale cała noc w toalecie do przyjemności chyba nie należy... Potem wziąłem się za problem kosmetyków. Jak? Najprościej. Kupujesz żel w nieprzezroczystej butelce. Odlewasz trochę. W to miejsce dolewasz tuszu do pieczątek. A potem patrzysz, kto na odprawie wygląda jak smerf z sinicą... Do odejścia z oddziału nie miałem już problemów z amatorami cudzej własności...

słuzba_zdrowia

by anuubis

Sytuacja sprzed 10 minut.

Drogą rowerową jedzie sobie na pięknym miejskim rowerze puszysta dziewczyna. Nagle wyprzedza ją "mistrz kierownicy" odziany w dżinsy, białe adidaski i bluzę, na rowerze po młodszym bracie z komunii, z krzykiem "pedałuj gruba, pedałuj!" i w tym momencie, zaaferowany dogryzaniem biednej dziewczynie, jebudu! Wjechał w przystanek! Dziewczyna przejęta zsiada z roweru, podchodzi z pytaniem, czy nic mu się nie stało, na co włącza się starszy pan, który na przystanku stał:

"Ani mi się waż mu pomagać, chamowi! Sam się wypie*dolił, sam się teraz ogarnie".

Aż miło! :-)

rower cham przystanek

by meszuger

Jest to moja pierwsza historia, ale mam sporo piekielności w moim życiu.

Gdy lat miałem 17 moja Mama ciężko zachorowała na dość wredną odmianę raka. Wiadomo było, że choroba ta daje 0% szans na przeżycie i tylko można łagodzić objawy i starać się normalnie żyć. A i nie dodałem - rok wcześniej przed postawieniem diagnozy Mamie mój ojciec porzucił nas dla młodszej kobiety i hulaszczego trybu życia.

I tak łączyłem naukę z pracą i opieka nad Mamą, z niewielką pomocą dziadków i mojego serdecznego przyjaciela.
Ostanie 3 lata jej życia były bardzo ciężkie. Zmarła w roku, gdy spełniło się jej marzenie o moim dostaniu się na studia.
Nie ukrywam, było mi ciężko i emocjonalnie i finansowo, ale zdarzył się cud. 6-tka w Lotto po opłaceniu podatku 11mln 342tys.
Ukryłem ten fakt przed światem i po małych udogodnieniach dla siebie i mocnej pomocy finansowej dla przyjaciela na rozkręcenie firmy, która dodam obecnie doskonale funkcjonuje, to żyję z odsetek i nie szastam pieniędzmi. Chcę skończyć studia i dopiero wtedy coś popróbować rozkręcić.

Ale czemu napisałem o piekielności?
Otóż mój tata przypomniał sobie o mnie. A mianowicie brakuje mu środków do życia bo zdrowie już nie takie, a alkoholika nikt nie chce zatrudnić. To wymyślił, że co z tego iż porzucił rodzinę chce alimenty od syna.
Założył sprawę i myślał, że swoim gadanym przegada sąd i mojego adwokata (wybuliłem 15.000 na niego), ale alimentów nie dostał. W każdym razie musiałem ujawnić swój majątek i niestety tatuś rozhuśtał to całej rodzinie, co gdy ja potrzebowałem pomocy miała mnie poniżej pleców.

Nawet nie wiedziałem, że mam tylu krewnych.
Jeśli jesteście ciekawi ich pomysłów to opiszę, jeśli nie to nie.

ludzie

by Hedica

W moim życiu przyszedł przełomowy moment - otwieram własny gabinet! Kredyty zaciągnięte, lokal wynajęty, sprzęt już do mnie jedzie, więc przede mną najtrudniejsze zadanie - kompletowanie załogi.

Jedną z najważniejszych osób w gabinecie jest asystentka stomatologiczna. To nie jest tak, jak wielu się wydaje, kobieta od "przynieś, podaj, pozamiataj". Ogarnia wiele papierów, sterylizację, konserwację, dezynfekcję, narzędzia, materiały oraz zabiegi profilaktyczne. Jest niesamowitą pomocą w gabinecie, dlatego zasługuje na identyczny szacunek jak lekarze. Profesjonalna asystentka kończy studium lub kursy, które kończą się egzaminami, dlatego nie może nią zostać ot tak, każdy z ulicy.

To tyle tytułem wstępu.
Pamiętacie historię z wredną ciotką, która nie chciała płacić za moje wypełnienia? Właśnie mamy ciąg dalszy.

Oczywiście przez długi czas była obraza majestatu i opowiadanie każdemu, kto się nawinął, jaką jestem bezczelną gówniarą i jak chciałam ją naciągnąć. Mniej więcej pod koniec listopada po rodzinie rozeszła się wieść o tym, że otwieram gabinet. Jedną z pierwszych osób, która się do mnie zgłosiła, była ciotunia, która wręcz zażądała, żebym zatrudniła chociaż jedną z jej bezrobotnych córeczek, to MOŻE jakoś zapomni o tym przykrym incydencie z przeszłości. Wytłumaczyłam jej, że do pracy w gabinecie szukam jedynie lekarzy i asystentek, które muszą mieć odpowiednie wykształcenie, co spotkało się z oburzeniem, że jak to? Jej córeczki wszystkie są takie wykształcone, a zresztą "do zamiatania to chyba nie trzeba mieć papierów, he, he, he?". Powiedziałam tylko, że jeśli chcą, to rozmowy kwalifikacyjne będę przeprowadzać tego i tego dnia, niech przyjdą.

Szczerze powiedziawszy nie spodziewałam się, że którakolwiek przyjdzie, ale jednak stawiła się najmłodsza z nich. Oprócz niej byłam umówiona jeszcze z czterema paniami, oczywiście każda miała w CV albo jakieś doświadczenie, albo przynajmniej ukończoną szkołę czy kursy. Kiedy doszło do mojej kuzynki, wywiązała się taka rozmowa:

[K]uzynka: To co, darujemy sobie rozmowę? He, he, he, he.
[J]a: Muszę być uczciwa wobec pozostałych pań, dlatego zadam ci te same pytania. Ile czasu będziesz sterylizowała narzędzia w 121 stopniach?
[K]: Eee... Z 10 minut?
[J]: Do jakiego kosza wyrzucisz moje zużyte rękawiczki?
[K]: A to ty sama ich nie możesz wyrzucić?
[J]: Jakie kleszcze podasz mi do usunięcia górnego pierwszego trzonowca?

Pytania, które zadałam kuzynce to podstawa podstaw. Dla innych pań były one prostsze niż tabliczka mnożenia, jednak kuzynka bez wykształcenia w tym kierunku nie miała o takich rzeczach pojęcia. Na do widzenia usłyszałam:

[K]: Mama miała rację, odkąd zostałaś tą pseudo dentystką jesteś jeszcze głupsza niż kiedyś!


Szykują się ciekawe święta :)

stomatologia

by Sadystka

Wprawdzie mamy dopiero luty, ale już bym chciał zgłosić kandydatkę na Matkę Roku.

Wracam ja sobie do domu ze spaceru z (a jakże) Dieslem na smyczy.
po drodze przechodziłem koło "Stonki" i lekko się zawahałem. Przydałoby się parę podstawowych produktów do domu, bo coś przeciąg po szafkach i lodówce. Jednak jak zobaczyłem ogrom błocka w miejscu gdzie normalnie psa parkuję szybko wybiłem sobie pomysł z głowy.

Ale dzięki temu przypadkowemu przystankowi miałem "przyjemność" zapoznać bohaterkę tej historii.
Otóż ze sklepu wytarabania się Dziewoja w wieku 20-40 lat (spod szpachli ciężko było stwierdzić) z nosidełkiem i zakupami w obu rękach. Kompletnie się na tym nie znam, ale chodzi o górną część wózka dziecęcego, takiego z pałąkiem, które można odpiąć od podwozia i nosić ze sobą jeśli ktoś ma na tyle siły. Pierwsza yśl to jakk dziewczę uradziło robienie zakupów z taką niemałą "torbą" w ręce, ale przecież rozprawki z tego pisał nie będę.

Ruszam po przekątnej przez parking i kątem oka widzę jak mamusia dociera do kilkunastoletniego Scenica (taki Megane, co udaje vana), otwiera z pilota (taki wypas wersja) i... ładuje zakupy na tylne siedzenie, a dziecko na dach. WTF? Chyba powinno być odwrotnie tym bardziej, że pada deszcz.

Ale piekielność dopiero miała nastąpić. Mamusi zadzwonił telefon. Nie przerywając procedury ewakuacyjnej zaczęła paplać, wsiadła do samochodu, uruchomiła silnik i ruszyła.
Zrobiłem dwa kroki do przodu zaczynając machać łapami i wrzeszcząc żeby pani jednak się zatrzymała i zabrała zgubę z dachu samochodu. Ja drę ryja, pies szczeka, pani trąbi i kłapie paszczą wykrzywioną w moją stronę (dźwięku z wewnątrz auta nie miałem).
Jako że nie miałem zamiaru zejść jej z drogi, żeby mnie nie potrącić łaskawie nacisnęła na hamulec. Jak łatwo się domyślić dzieciątko z gracją zjechało po przedniej szybie, masce i wylądowało u mnie na rękach, zamiast w kałuży.

Tu chyba dotarło do Matki Roku, że stan posiadania się jej trochę nie zgadza, bo wysiadła z samochodu ze słowami: "Zabierz łapy od mojego dziecka pedofilu, bo wezwę policję!!!"
Tak mnie zatkało, że nosidełko oddałem bez słowa, z dziewoja zapakowała je do bolida i odjechała w sobie tylko znanym kierunku.
Brak słów.

parking

by izamarkow