piekielni.pl

Pokaż menu
Szukaj

Top

Czasami się zastanawiam, jak bardzo można "wyrzec się zasad moralnych dla osiągnięcia jakichś korzyści, zwłaszcza materialnych". Niestety, nie mogę użyć tego słowa, ale sama definicja powinna wystarczyć.

Teraz historia właściwa.

Zmarli rodzice mojej dziewczyny. Matka od dłuższego czasu chorowała, niestety walkę przegrała. Ojciec strasznie to przeżył i kilka dni później, dziewczyna idąc go obudzić, znalazła go martwego. Dostał zawału w nocy.

Wyobraźcie sobie teraz, jaki to jest potężny cios dla 19 letniej dziewczyny, stracić obojga rodziców w ciągu 2 tygodni.

Drugiego dnia po śmierci ojca, dostałem SMSa o treści "proszę, przyjedź jak najszybciej" Wystraszyłem się, w takiej sytuacji miałem już najgorsze przed oczami.

Pobiegłem do szefa, wytłumaczyłem jaka sytuacja, wyszedłem wcześniej z pracy i pojechałem.

Widok jaki zastałem na miejscu wyglądał tak:
Dziewczyna zapłakana siedziała na ziemi, a na fotelach i kanapie siedziała jej ciotka, wujek i kuzynka.

Na moje pytanie "co się stało" odpowiedział wujek "wyjdź stąd, to sprawy rodzinne, przybłęda niech się nie wpiernicza" z tym, że nie o pierniku tu mowa, a o dali.

Zignorowałem dziada i zapytałem dziewczyny co się stało. Jedyne co w tamtym momencie odpowiedziała to "Wyrzuć ich stąd, nie ważne jak, mają zniknąć na zawsze, nie chce ich widzieć" w płaczu.

Cóż, na początku spokojnie próbowałem ich wyprosić, skoro padła taka prośba, no ale na rodzince nic to nie robiło. Nadal miałem się nie wpierniczać. Rozmowa przybierała trochę na sile, padło sporo obraźliwych słów w moją stronę itp. No ale w końcu pogrożenie policją lub usunięciem siłą, jakoś przekonali się do wyjścia, jednocześnie odgrażając się w stronę dziewczyny, że sprawa nie jest zakończona i ma się szykować, bo oni nie będą czekać w nieskończoność.

Sytuacja jakoś się uspokoiła, dziewczyna też i jakoś od słowa do słowa przedstawiła mi całą sytuacje. Wyglądało to tak.

Rodzinka przyjechała. Dziewczyna myślała, że przyjechali pomóc w tych trudnych chwilach czy coś, ale nie. Nic z tych rzeczy.

Otóż, rodzinka stwierdziła, że skoro Kasia została teraz sama, to jej taki wielki dom nie jest potrzebny i oni z chęcią się zamienią na swoje 2 pokojowe mieszkanie, w którym mieszkają w 5 osób. To nawet nie była propozycja, tylko nakaz. Oni już mają wszystko ustalone i najlepiej jakby do niedzieli się wyniosła(tak, tego słowa użyli), bo będą mieć auto żeby przewieźć swoje graty.

Po odmowie zaczęli nie tylko naciskać na nią, ale nawet wyzywać od samolubnych bachorów, że ona nie wie jak im ciężko się żyje w tym małym mieszkaniu, że się jej w dupie poprzewracało od dobrobytu, że nie zna życia. Później kłamali w żywe oczy, że byli z jej rodzicami umówieni, że jak coś im się stanie to mogą się wprowadzić do Kasi, żeby ta nie była sama, a że jest pełnoletnia i im NIEPOTRZEBNA bo mają swoje dzieci to ma się wynieść. I że w ogóle powinna się cieszyć i być im wdzięczna, że oferują jej stare mieszkanie, bo mogliby sobie je sprzedać i Kasia by została na bruku.

Powiedzieli też, że oni choćby po trupach to jej ten dom wydrą, bo umowa na gębę jest wiążąca i oni pójdą do sądu, bo nikt im nie udowodni, że takiej umowy nie było.

To jeszcze nie koniec, na drugi dzień do Kasi przyjechali dziadkowie, wielce zdziwieni, że ona nie chce oddać wujostwu domu, bo po co jej samej taki duży. Przecież w mieszkaniu będzie miała lepiej i oni w ogóle nie rozumieją dlaczego się nie zgadza i że robi niepotrzebne zamieszanie w rodzinie. Powinna się zgodzić i już, a nie wymyślać.

Na pogrzebie ojca wujostwo jeszcze nastawiało przeciwko Kasi innych członków rodziny, że ona tak i owaka. Niektórzy się z nimi zgadzali. Na szczęście była tam jedna ciotka, siostra tego pseudo wujka i jedyna, która naprawdę interesowała się Kasią, prawdziwie jej pomagała itp. W żołnierskich słowach wytłumaczyła obecnej rodzince, co sądzi na ten temat i że jak jeszcze raz spróbują takich praktyk, to ona zrobi z nimi porządek. A jako, że ciotka jest z tych osób, przed którymi każdy w rodzinie czuje respekt, to jakoś sytuacja się uspokoiła.

Nie na długo. Tydzień po pogrzebie Kasia dostała telefon od babci, czy przestałą już wydziwiać, bo czas ucieka, a czym szybciej się wyniesie tym lepiej. Tutaj już nie wytrzymała. Wykrzyczała że mają się wszyscy pierniczyć i zostawić ją w spokoju.

Czasami się zastanawiam, jak nisko jeszcze może upaść istota zwana człowiekiem.

rodzina

by ~Paralizator

Sytuacja sprzed 10 minut.

Drogą rowerową jedzie sobie na pięknym miejskim rowerze puszysta dziewczyna. Nagle wyprzedza ją "mistrz kierownicy" odziany w dżinsy, białe adidaski i bluzę, na rowerze po młodszym bracie z komunii, z krzykiem "pedałuj gruba, pedałuj!" i w tym momencie, zaaferowany dogryzaniem biednej dziewczynie, jebudu! Wjechał w przystanek! Dziewczyna przejęta zsiada z roweru, podchodzi z pytaniem, czy nic mu się nie stało, na co włącza się starszy pan, który na przystanku stał:

"Ani mi się waż mu pomagać, chamowi! Sam się wypie*dolił, sam się teraz ogarnie".

Aż miło! :-)

rower cham przystanek

by meszuger

Wprawdzie mamy dopiero luty, ale już bym chciał zgłosić kandydatkę na Matkę Roku.

Wracam ja sobie do domu ze spaceru z (a jakże) Dieslem na smyczy.
po drodze przechodziłem koło "Stonki" i lekko się zawahałem. Przydałoby się parę podstawowych produktów do domu, bo coś przeciąg po szafkach i lodówce. Jednak jak zobaczyłem ogrom błocka w miejscu gdzie normalnie psa parkuję szybko wybiłem sobie pomysł z głowy.

Ale dzięki temu przypadkowemu przystankowi miałem "przyjemność" zapoznać bohaterkę tej historii.
Otóż ze sklepu wytarabania się Dziewoja w wieku 20-40 lat (spod szpachli ciężko było stwierdzić) z nosidełkiem i zakupami w obu rękach. Kompletnie się na tym nie znam, ale chodzi o górną część wózka dziecęcego, takiego z pałąkiem, które można odpiąć od podwozia i nosić ze sobą jeśli ktoś ma na tyle siły. Pierwsza yśl to jakk dziewczę uradziło robienie zakupów z taką niemałą "torbą" w ręce, ale przecież rozprawki z tego pisał nie będę.

Ruszam po przekątnej przez parking i kątem oka widzę jak mamusia dociera do kilkunastoletniego Scenica (taki Megane, co udaje vana), otwiera z pilota (taki wypas wersja) i... ładuje zakupy na tylne siedzenie, a dziecko na dach. WTF? Chyba powinno być odwrotnie tym bardziej, że pada deszcz.

Ale piekielność dopiero miała nastąpić. Mamusi zadzwonił telefon. Nie przerywając procedury ewakuacyjnej zaczęła paplać, wsiadła do samochodu, uruchomiła silnik i ruszyła.
Zrobiłem dwa kroki do przodu zaczynając machać łapami i wrzeszcząc żeby pani jednak się zatrzymała i zabrała zgubę z dachu samochodu. Ja drę ryja, pies szczeka, pani trąbi i kłapie paszczą wykrzywioną w moją stronę (dźwięku z wewnątrz auta nie miałem).
Jako że nie miałem zamiaru zejść jej z drogi, żeby mnie nie potrącić łaskawie nacisnęła na hamulec. Jak łatwo się domyślić dzieciątko z gracją zjechało po przedniej szybie, masce i wylądowało u mnie na rękach, zamiast w kałuży.

Tu chyba dotarło do Matki Roku, że stan posiadania się jej trochę nie zgadza, bo wysiadła z samochodu ze słowami: "Zabierz łapy od mojego dziecka pedofilu, bo wezwę policję!!!"
Tak mnie zatkało, że nosidełko oddałem bez słowa, z dziewoja zapakowała je do bolida i odjechała w sobie tylko znanym kierunku.
Brak słów.

parking

by izamarkow

Robię duże zakupy w centrum handlowym. Najpierw łaziłem po sklepach, potem zwykłe tygodniowe w supermarkecie. Zostawiłem torby w aucie, ale nic to, wrzucam luzem do koszyka wszystko co kupiłem i wracam do samochodu, otwieram bagażnik i przekładam przedmiot po przedmiocie, układając w odpowiedni sposób w torbach żeby dojechały w całości.

Samochód z tych krótszych, więc cały razem z wózkiem mieszczę się na swoim miejscu parkingowym, zupełnie nie zakłócam przejazdu alejką.

Dojeżdża kobieta i stoi - rozglądam się wokół, żadnego wolnego miejsca, pierwsze jakieś 20 aut dalej od supermarketu. Ta stoi. Cóż, jak lubi, to niech stoi, przepakowuję się dalej.

Dojeżdża samochód, staje za nią, stoi chwilkę i trąbi. Ona wrzuca kierunkowskaz - widać chce wjechać tam, gdzie ja stoję. Gestem pokazuję, że jeszcze nie odjeżdżam, ona dalej stoi. Widać lubi, niech stoi.

Koleś za nią, zaczyna trąbić, za nim kolejne samochody, robi się mały korek. Babka żywiołowo gestykuluje do lusterka.

Skończyłem się przepakowywać, zamykam samochód i idę odprowadzić wózek. Kobieta w tym momencie wyskakuje z samochodu i zaczyna na mnie drzeć ryja, że chyba coś jest ze mną nie w porządku, bo idę odprowadzić wózek, a przecież widzę, że ona czeka. Pokazuję gestem gdzie są wolne miejsca i idę dalej w kierunku wiaty na wózki. Kobieta się na chwilę zapowietrza, a potem odchodzi do swojego auta, rzucając mi przez plecy, że jestem żałosny, bo dla głupiego funta z wózka zmuszam ją do blokowania całej alejki...

No chyba jednak to nie ja jestem żałosny.

supermarket parking

by Tenzprzeciwkacomakotairower

Dziś długo i szczegółowo o układach, kolesiostwie, relacjach sąsiedzkich i braku poszanowania dla pewnych wartości i opinii ekspertów.

Dawno, dawno temu, kiedy to jeszcze ludzie mieszkali pod strzechami, nie było prądu i samochodów, nim zbudowano pierwszą lokomotywę parową i zanim zdradzieckie świnie z Rosji, Austrii i Prus zdecydowały się rozebrać Polskę... ktoś posadził drzewo. Szczęśliwym trafem dzisiaj znajduje się ono przy granicy naszego podwórka. Po naszej stronie :)

W 2014 roku, sołtys oznajmił nam, że energetyka życzy sobie usunięcia gałęzi idących na druty i zajmą się tym do południa dnia następnego.

Po powrocie z pracy zastaliśmy na podwórzu tak grube konary(!), że można by z nich poskładać nowe, sporych rozmiarów drzewo. Zdrowe konary. (Powód tak brutalnego oszpecenia ziomka był zgoła inny niż druty. Obcięli z duuuuuużym zapasem).

Szczęście, że nie obcięli tych "zagrażających" gałęzi przy samej ziemi.
Od tego czasu strzeżemy naszej trzystuletniej perełki jak oka w głowie.

Pewnego dnia, nagle, przestała się do mnie odzywać sąsiadka. Nie odpowiadała na "dzień dobry", nie otwierała drzwi. Ki czort? - se myślę.

A tu po dwóch tygodniach przychodzi list polecony:
Adresat: Piekiełko 14,
Nadawca: Piekiełko 12.

O.o

A w liście:
"Szanowni państwo, wasze ch*jowe drzewo mje wk*rwia, macie je wyciąć, bo jak nie, to do sądu pójdę.
Spie*dalajcie,
Pelagia Sąsiadka".

Tylko, że było to napisane grzeczniej i tak jakoś bardziej urzędowo. Po ustaniu chęci nabicia jej na widły, odpowiedzieliśmy kulturalnie, również listownie (borze iglasty, jakie to śmieszne przez płot pisać listy, zamiast normalnie pogadać, ale skoro kobieta tak chce...) że dziękujemy, ale z husqvarną, to od naszego ziomka z daleka.

I wtedy nawiedzili nas sołtys z wójtem:
"Drzewo jest chore, nie ma to tamto, rżniemy, bo pół gminy zginie za sprawą drania. Dobry wójt da szybko zgodę, zorganizujemy sprzęt i jutro wycinamy skurczybyka! Pani Candela, same korzyści, nawet trochę opału pani odstąpimy, a reszta na ogrzanie sali wiejskiej pójdzie, dla dobra wsi naszej."

Odmówiliśmy.

W związku z tym zalała nas fala listów od sąsiadki, że ona się boi, że jej córka się boi, że jej pies się boi, że jej kury się nie niosą, a dzieci w Afryce głodują przez to cholerne drzewo. Jest suche, jest chore, jest umarte, won mi z tym. I mi zacienia podwórze! (Czy widzenie słońca na północy, to już jednostka chorobowa?)

No dobra, pomyśleliśmy, może ten ich strach jest ważniejszy niż nasza miłość do ziomka drzewa. Może i oni wiedzą coś czego my nie wiemy. Wywróżyli apokalipsę z wnętrzności czarnego koguta albo rozsypali sól...
Trzeba zapytać eksperta od drzew. A nawet trzech.

I wiecie co? Wszyscy stwierdzili jednogłośnie, że drzewo jest okazem zdrowia, jest piękne, mega wartościowe, przeżyje nas wszystkich, ale dla spokoju ducha sąsiadki usuniemy suche gałęzie, uformujemy tak, żeby było mniej czułe na wiatr i będzie wszystko na glanc. Żeby nie było, że się nie przejmujemy.

Na zabiegi pielęgnacyjne wykonywane przez specjalistę, wydaliśmy pierdyliard pesos. Specjalista, łażąc po drzewie, zlokalizował kilka gatunków ściśle chronionych porostów, które zgłosił ludziom od ściśle chronionych porostów.

I tym oto sposobem drzewo stało się nie do ruszenia.

Nasze starania oczywiście spłynęły po sąsiadce i władzy czcigodnej jak po kaczce. Jeszcze przez jakiś czas przychodził spam od sąsiadki, że "ch*j tam jacyś eksperci, ONA WIDZI że drzewo je uschłe, bo ono ma dziurę!!! I wyciąć to w pi*du, ale już!". Tak, w drzewie jest dziupla. Straszna choroba.

Postanowiliśmy, że nie będziemy się dalej z nimi pieścić i napisaliśmy wniosek do gminy o ustanowienie pomnika przyrody. Kryteria wymiarowo-wiekowe ziomek spełnia kilkakrotnie. I nasi eksperci również napisali takie wnioski. I nasz prawnik też napisał taki wniosek.

Odpowiedź?
1. Przyszła po czasie.
2. Pisana na kolanie przez wójta, albo jego przydupasa (do tego powinna zostać zwołana rada gminy)
3. Odmowa.
4. W uzasadnieniu wójt rzecze, że "nie ma mowy, drzewo je uschłe, wszyscy to wiedzo i wcale nie je cenne dla gminy".

A co, moim zdaniem, jest prawdziwym powodem tej burzy? Ano to, że sąsiadka musi zagrabiać jesienią liście. I im na wiosnę pszczoły bzyczą. I dlatego trzeba się pozbyć tak wartościowego drzewa.

Czy wspominałam, że sołtys, wójt i sąsiadka to krewni?

PS. Drzewo oficjalnie stało się nasze, po wyznaczeniu granic, o których wspominałam w tej: http://piekielni.pl/73959 historii. Od tego czasu w sąsiadkę diabeł wstąpił.

PS.2. Specjalista, który usuwał posusz, stwierdził fachowym okiem, że bezpieczna wycinka tego drzewa zajęłaby kilka tygodni. Jak sołtys z wójtem chcieli to zrobić cichcem w jedno popołudnie? Tego najstarsi Indianie nie wiedzą...

A, i drzewo powinien obejrzeć ktoś kompetentny, wycinka nie powinna zależeć od widzimisię wójta. Pachniało to przekrętem na kilometr. No i trzeba jeszcze nadmienić, że nasza gmina ma najmniejszą liczbę pomników przyrody z całego powiatu.

Wiejskie eksperty, psia ich mać.

PS.3. A po nagłośnieniu sprawy...

Pół gminy ma nas za wariatów, bo po co chronić, pielęgnować, ładować hajsy w przyrodę, kiedy można się pozbyć, wyłożyć teren polbrukiem i jeszcze dobre drewno do kominka mieć. Niepojęte.

Za to druga połowa nas szczerze podziwia i kibicuje. Zjawiają się też ciekawscy, podziwiający nasz prywatny cud natury.

Dopóki żyjemy, będziemy cię bronić, ziomku :)

by Candela

Mam dla Was dość przygnębiającą, a zarazem piekielną historię o tym, jak rodzice sprawiają, że ich własne dziecko zaczęło ich nienawidzić.

Zacznę od tego, że tak długo jak byłem dzieckiem, nie żyło mi się w domu rodzinnym źle, choć zawsze byłem traktowany jak piąte koło u wozu. Jestem najmłodszym dzieckiem z całego licznego rodzeństwa, nota bene młodszym średnio o 12 lat. Ale według rodziny jestem tym najmniej udanym dzieciakiem. Dla zobrazowania Wam jak to wyglądało, w opinii osób trzecich byłem relatywnie(nie sposób żyjąc w takim towarzystwie wyjść bez szwanku) normalnym człowiekiem w domu Januszów i Grażyn. W sumie byłem zwykłym patałachem. A oto jak stałem się persona non grata w moim domu. Podobno z mojej winy.

Akt I - Zaręczyny.
Tak. Choć brzmi to dziwnie, pierwszym etapem całego procesu było właśnie to. Chodziło głównie o to, że moja rodzina nie wyraziła na to zgody, ponieważ mi NIE WOLNO się zaręczyć, póki moje rodzeństwo tego nie zrobi. Kiedy ten front ofensywy na mnie upadł, piekielna rodzinka stwierdziła, że chcę odebrać całą uwagę mojej siostrze, która zaręczyła się miesiąc po mnie, wobec czego mam natychmiast zerwać zaręczyny. Cóż, ten postulat też umarł z krzykiem na ustach. Zostały więc wytoczone kolejne działa: zniszczą mi ślub i wesele. Z kolei ten argument nadział się na własny miecz. Z ukochaną nie mieliśmy zamiaru brać ani ślubu kościelnego (tylko cywilny), ani robić wesela. Skończyło się na tym, że oni na pogańskim ślub, na którym wódki jak cywilizowani się nie napiją [Sic!], zamiaru przyjść nie mają. Były wytaczane coraz to głupsze argumenty, jak za drogi pierścionek zaręczynowy, ale one są niewarte uwagi.

Akt II - Kierowca - mechanik.
Jako, że jestem jedyną osobą w piekielnej rodzince która skończyła studia, a precyzując WAT, wyżej wymienieni stwierdzili, że nie muszą oddawać aut do mechanika, ponieważ od tego jestem ja. Piekielność się zaczęła, kiedy wzniosłem sztandar buntu. Stałem się "niewdzięcznym gnojem". Oczywiście moje siostry mają samochody, jednak są strasznymi ignorantkami jeśli chodzi o ich użytkowanie i eksploatację. Wypadki z ich winy były średnio raz na 1 - 2 miesiące. Nigdy nie doceniały poczynionych przeze mnie napraw, szybko doprowadzając do tych samych awarii, i uważały, że moim świętym obowiązkiem jest je naprawiać. Oczywiście za darmo. I aby nie było wątpliwości - koszty części miałem pokrywać ja. Dlaczego w tytule jest kierowca? Mianowicie dlatego, że jazda i w ogóle motoryzacja od wczesnego dzieciństwa jest moją pasją. A mając w domu 4 samochody, nigdy nie było mi dane ich prowadzić, ponieważ "taki idiota jak ja nigdy nie powinien dostać prawa jazdy i na pewno zaraz spowoduje wypadek". Nadmienię, że prawo jazdy zrobiłem tak szybko tylko dlatego, że jeden stary Golf miał być mi udostępniony. A od kiedy mam prawko, nie miałem ani jednego wypadku pożyczając auto mojego wówczas przyszłego teścia.

Akt III - Auto służbowe
To będzie krótko. Od razu po studiach (ach te znajomości i nepotyzm ^^) dostałem lukratywną pracę, w której między innymi przydzielono mi auto służbowe. Od razu padły 3 kwestie: 1) Jakim prawem mam auto służbowe przed moim rodzeństwem. Mam je natychmiast oddać. 2) Pieniądze które przeciętny człowiek wydaje na miesięczne utrzymanie prywatnego auta (podliczyli mnie na 2200PLN/miesiąc) mam oddać im. (Śmiech na sali) 3) Skoro jeżdżę za darmo, mam je teraz wszędzie wozić. W tym moje liczne rodzeństwo do miejsc zatrudnienia. Na nic z tych rzeczy się nie zgodziłem, odebrałem resztę prywatnych ruchomości z "rodzinnego" domu, i z życzeniami rychłej i bolesnej śmierci, oraz złamanym żebrem z powodu rzutu w plecy tłuczkiem do mięsa odjechałem w kierunku zachodzącego słońca.

piekielna_rodzina

by ~Legion101

Historii o dzieciach tutaj dużo, a więc dorzucę swoją.
Już tutaj podobne widziałam, ale co tam - to chyba świadczy o autentyczności...
Nie odbiegajmy jednak od meritium.

Jeden z moich wielu kuzynów ma synka. Nic nadzwycajnego samo w sobie, ale bardziej niecodzienne jest to, że dziecko - jeśli nie ma ojca w pobliżu - wszystko może.
A raczej mogło, ale dlaczego nastąpiły zmiany, opowiem za chwilę.

W czasach liceum plastycznego spędzałam niemalże całe dnie poza domem. Lekcje potrafiły trwać do 18tej (od 8mej), a potem jeszcze zajęcia dodatkowe na skończenie prac (Prac robionych w szkole nie wolno nam było z jakiegoś powodu brać do domu). Znalezienie się w mieszkaniu o godzinie 16tej było błogosławieństwem.
Podczas jednego takiego wczesnego powrotu zastałam cioteczkę zaśmiewającą się przy kawce z moją babcią. Poiformowały mnie, że syn kuzyna bawi się w moim pokoju.
Mój mózg po całym tygodniu (był piątek) i minionych dziewięciu godzinach w szkole się wyłączył, więc niczego złego nie podejrzewając, poszłam się rozpakować.

Otworzyłam drzwi do pokoju i stanęłam z rozdziawionymi ustami.
Kiedy rano wychodziłam zostawiłam w miarę ogarnięte miejsce.. Zastałam scenę z Apokalipsy.
Dzieciaczek niepilnowany przez nikogo dosłownie zniszczył mój pokój. Zwięzła lista jego dokonań w trakcie 2ch godzin(!):

- połamane wszelkie rodzaje kredek i ołówków. Nie. Nie upuszczone i połamane w środku - połamane na kawałki, które walały się po dywanie
- no właśnie, dywan... Dziecior wylał na niego wszystkie odczynniki plastyczne, jakie miałam: olej lniany, terpertyna, werniks, odczynniki do wywołynia zdjęć ... Na łóżko też (Wszystko zamknięte w oznaczonych butelkach z wielkim czerwonym napisem "Toksyczne", coby nie było wątpliwości co to jest, w szafce wysoko ponad zasięgiem wtedy mojego trzyletniego brata - mądrala podstawiła sobie stołek - mój brat i tak by nie dostał. Wszystko potraktowane tymi wspaniałościami było wynoszone i wykonywane na balkonie lub w piwnicy)
- rozkruszone pastele wsmarowane w łóżeczko braciszka
- plótna pocięte nożykiem do papieru
- potargane lub poplamione rysunki
- zawartość farb wyciśnięta do puszki z zaprawą malarską (Nie, tego już się nie dało używać)
- komoda pomazana farbami olejnymi
- pomazana pisakami ściana
- plama z farby akrylowej na suficie!! (Nie musicie w to wierzyć, ja nawet zdrapując tą farbę nie wymyśliłam jak to zrobił)
- woda do czyszczenia pędzli do spółki z colą wylana na laptop i ksiązki (Trzymałam na wierzchu, choć wysoko, żeby były pod ręką, w końcu były bezpieczne... Ta, chyba przed moim bratem, który wolał swoje zabawki i rozumiał, że mojego komputera się nie rusza choć był 2 lata młodszy...)
- powyrywane włosie z pędzli
- powyrywane kartki z książek

Zanotowałam to dosłownie w ciągu sekundy, by w ciągu następnej dostrzec tego małego gnojka, jak siedzi na środku tego Armagedonu i szpilką maltretuje chomika...
Miałam ochotę go zabić (gówniarza, nie chomika), jak Boga i szatana kocham.
Po prostu złapać za gardło i wyrzucić z piątego piętra przez zamknięte okno.
Zamiast tego walnęłam plecak prosto w kałużę terpentyny, odebrałam mu chomika, którego odłożyłam do klatki upewniwszy się, że nie stała mu się krzywda. A na histeryczne pretensje smarkacza zrobiłam to, co mój tata miewał robić, gdy byłam niegrzeczna jako dzieciaczek - tylko tak z 50 razy agresywniej. Lanie.

Złapałam jedną z niewielu rzeczy, które ocalały z tej anihilacji - metrową metalową linijkę do rysunków technicznych - chwyciłam dzieciaka za kark i przełożywszy sobie przez kolano, sprałam solidnie, aby popamiętał na całe życie.
Babcia z Ciotką nade mną krzyczały, szarpały, żebym gówniarza puściła, ale ostatecznie wkurzyły mnie jeszcze bardziej i jak na co dzień mam sporo cierpliwości, tak wtedy okrzyczałam (i zwyzywałam, czego jednak się wstydzę) również je.

Wzajemne przekrzykiwanie się nasiliło, kiedy wrócił mój tata z bratem z przedszkola. Zobaczywszy tę katastrofę ryknął na ciotkę, babci kazał się nie wpier...ć, bo to po części jej wina, a potem zadzwonił po kuzyna (swojego brata). Ten, jak zobaczył co się stało, najpierw wlał synowi, przy akompaniamencie krzyków ciotki, którą później sam owrzeszczał z góry na dół. W tym czasie do domu przyszła jeszcze moja mama i aż przysiadła, kiedy stanęła oko w oko ze zniszczeniami. Mój brat w płacz, ja też - kilka lat pracy zamieniło się w strzępy. No cyrk, a nie dom.

Ostatecznie, kiedy wszyscy dorośli wzięli po kielichu na uspokojenie, zasiedliśmy do komputera taty (bo mój zniszczony), co by wycenić szkody. O tym, że ciotka burczała, że po luj mi takie drogie pisaki i kilka rodzajów kredek, albo , że na takim śmierdzącym terpentyną i odczynnikami do wywoływania zdjęć łóżku można spać etc. etc. nie będę się rozpisywać.
Wyszło kilka tysięcy złotych, co wujek skończył oddawać ledwo pół roku temu. Choć naprawdę muszę mu oddać, że świetny z niego facet, pokrył wszystkie koszty włącznie z remontem i ratami za laptop. Złoty chłop.

A podsumowanie jest takie, że chomik przez długi czas bał się ludzi, a pokój wymagał remontu i nowych łóżek. Laptop poszedł do kolegi, który na szczęście był w stanie uratować trochę zawartości dysku. W szkole musiałam gęsto się tłumaczyć z braku prac, a skompletowanie ponownie całego arsenału narzędzi trwa do dziś.


Z trochę lepszych wiadomości można napisać, że wujek zainteresował się bardziej synem (rychło w czas...) i po kilku poważnych i ponoć głośnych rozmowach z ciotką, ona też zaczęła zwracać uwagę na jego zachowanie. Mały mnie bardzo nie lubi i odtąd nie pojawiają się u nas w domu. Nie żal mi. I odczuwam wręcz sadystyczną satysfakcję z tego, że wbiłam mu do tej pustej głowy, że czyny mają swoje konsekwencje.

A puenta?
Nie bójcie się wymierzać swoim dzieciom kar, kiedy robią źle. To im nie zaszkodzi.

Chaotycznie to wyszło, ale do dziś mnie nosi na samo wspomnienie.

rodzinka

by litlle_trouble1

Mam znajomą, znajoma ma siostry i ojca. Sprawa nie jest taka jednak prosta, bo ojciec z matką się rozstał i płaci alimenty.
Jest ich trzy i wszystkie są pełnoletnie, jednak uczące się.
Historia będzie z perspektywy koleżanki i za jej przyzwoleniem.

Ojciec płaci więcej niż zasądził sąd - powiedzmy, że ma 400 na jedną, a płaci około 700. Nie spóźnia się z przelewami, nie uchyla się od obowiązku.
Oczywiście nie byłoby historii gdyby wszyscy byli zadowoleni.

Jedna z sióstr uznała, że jej mało.
Oczywiście do pracy pójść nie chce, nawet dorywczo. Co zrobiła? Zamiast poprosić ojca o dodatkowe pieniądze, napisała list. Ale JAKI list.
Oficjalny, w którym zwraca się do ojca per "pan" i wręcz żąda większych pieniędzy.
Jak się łatwo domyślić, ojciec się wkurzył. I nie dał większych pieniędzy - ba, zapłacił tyle, ile powinien czyli te 400 zł.

Dziewczyna oburzona, jak on śmiał. Ona to zgłosi.
Zgłosiła. Nie wiem, w którym momencie się zorientowała, że to był błąd. Zażądano od niej dokumentu, że się uczy. Okazało się, że studia rzuciła.
Została bez alimentów. Ojca nie przeprosiła.

Alimenciara

by Poziomeczka

Kilka miesięcy temu opuściliśmy nasze mieszkanie po to, by wprowadzić się do pięknego domu.
Mieszkanie było remontowane w kwietniu poprzedniego roku. Mieliśmy być tam dłużej, ale że prace przy budowie domu szły nad wyraz szybko, dobrze i efektywnie nasza przeprowadzka znacznie się przyspieszyła. Mieszkanie było duże, w nowym budownictwie, na strzeżonym osiedlu.

Cóż... oboje z mężem wolimy mieszkać w domu, toteż mieszkanie przygotowaliśmy typowo pod wynajem dla kilku osób. Metraż duży, pokojów też kilka, więc czemu nie?

Jako, że na nową miejscówkę zabraliśmy tylko to, co niezbędne - ubrania, sprzęty typu laptopy, lokówka, inne duperele i większość rzeczy zwyczajnie kupiliśmy nowych - meble, wszelkie AGD (o wiele bardziej pasujące kolorystycznie do wystroju), tamte "graty" pozostawiliśmy do użytku nowym lokatorom.

Muszę zaznaczyć, że nic nie było zepsute, brzydkie i stare, tak że przyszli lokatorzy mieli gotowe mieszkanie do użytkowania: zawierające wszelkie 'omeblowanie' (dostawiliśmy łóżka do pokoi, w których ich nie było, dokupiliśmy biurka). Wszystkie potrzebne sprzęty AGD - pralkę połączoną z suszarką, lodówkę, zmywarkę... itd. Na stanie mieszkania były również suszarki na pranie stojące, deska do prasowania, żelazko, odkurzacz, blender, garnki, sztućce, talerze, toster, frytkownica - full wypas. Nie jakieś kompletowe, za nie wiadomo ile pieniędzy, ale wszystko czyste i zadbane.

Lokatorzy znaleźli się niespodziewanie szybko, patrząc na lokalizację i cenę. Zgrana grupa znajomych - studentów i pracujących. Nieważne.
Mili ludzie, a wśród nich również miła, sympatyczna dziewoja. Ok. Mogą mieszkać. Umowa podpisana, bez jakichkolwiek zastrzeżeń.

I tu muszę zaznaczyć, że z uwagi na wysoką kaucję, którą pobraliśmy od nich, oraz nasze lenistwo, postanowiliśmy zostawić większość zwykłych środków czystości. Po co mieliśmy się męczyć z wożeniem, noszeniem, a z pewnością im by się bardziej przydały, jako, że mieli jeszcze pomalować sobie ścianę, zamontować wieszaczki, półki itd.

Więc taki mały gest z naszej strony - pełny schowek 'sprzątacza': około 40 worków do odkurzacza (kupujemy hurtowo zza granicy, a w nowym miejscu odkurzacz zupełnie inny), płyny do szyb, palety ręczników papierowych, kilka paczek ściereczek, po dwa-trzy opakowania chusteczek nawilżanych do toalet, do kuchni, do łazienki, do mebli, wszelkie spraye do powierzchni, płyny do WC, płyny uniwersalne, kostki do zmywarki, proszki - po 10 kg (których ja użyłam raz i odstawiłam ze względu na uczulenie), kostki do WC i masę innych dupereli, które zostały po wyprowadzce i po sprzątaniu domu. Ok, ludzie byli zadowoleni, w końcu wiadomo nikomu się nie przelewa.

I dziś...

Leżę w wannie, dostaję sms od wyżej wspomnianej dziewoi (sprawdziłam w umowie - 25-letniej): "Skończyły się ręczniki papierowe, worki na śmieci, płyn do WC, zmywaki druciaki i pasta do podłóg".

Myślę sobie, że pomyłka. Każdemu się zdarzyć może. Swoją drogą zdziwiłam się, że w przeciągu 2 miesięcy wyparowało tyle worków, ale nie moja sprawa. Zażywam kąpieli dalej, relaksuję się, dostaję ponowną wiadomość: "Doszedł do Pani sms?".
Odpisuję, że tak, że nic nie szkodzi, że mi też się zdarza wysłać źle wiadomość.

I wtedy dowiedziałam się, że to nie pomyłka i zapytana zostałam na kiedy możemy się umówić, żebym przywiozła te rzeczy.
Szczerze? Wmurowało mnie. Jak? Ja? Czemu? Dlaczego? Po co?
Zadzwoniłam do babki i pytam, bo nie bardzo rozumiem. I muszę przyznać, że mnie zaskoczyło dziewczę:

Ona myślała, że to w moim interesie leży kupowanie do domu środków czystości, a że pokłóciła się lekko z resztą składu, to postanowiła zapytać, kiedy przywiozę chemikalia. Odpowiadam, że tam nie mieszkam, więc nie wiem czemu miałabym ingerować w ich życie, ich wynajem. 25-latka była zdziwiona i zbulwersowana, bo "To mój obowiązek. Jak się wprowadzali to środki były, skończyły się i ja MUSZĘ (!) je zapewnić, bo TAK SIĘ ROBI (!)".

Mi coraz bardziej szczena opada i dociekliwie pytam, czy aby na pewno jest trzeźwa, zdrowa, czy to żart, bo nie widzę powodu, dla którego miałabym przeznaczać swoje pieniądze na ich czystość.
I tu koło się zamyka, bo "to mój OBOWIĄZEK, skoro jestem właścicielką lokum, że oni płacą za wynajem, że tak się nie robi, że jestem nie w porządku, że jak tak można... że... że...że....".

Próbowałam tłumaczyć - jak grochem o ścianę. Dziewczę podało święty argument: "Moja mama zna się na tym i mówiła, że to należy do pani zadań, więc pytam... kiedy może Pani dowieźć te rzeczy..."
Ciśnienie trochę mi skoczyło, ale bardziej przez tłumiony śmiech i szczere zdziwienie, połączone z niedowierzaniem, jak człowiek może myśleć w ten sposób.

Gadała również, że najistotniejsze są worki do odkurzacza, bo nie ma ich już 2 tydzień. Z ciekawości chciałam się dowiedzieć, co oni z nimi zrobili - zjadali?, skoro mi jeden worek wystarczał na tydzień, a odkurzam praktycznie codziennie.

I tu tez facepalma zaliczyłam niemałego: dziewczyna odkurzała swój pokój i po każdym odkurzeniu pokoju, łazienki czy innego pomieszczenia wywalała worek z odkurzacza i zakładała nowy.

Wybuchnęłam śmiechem w słuchawkę. Niepohamowanym. Poważnie.
Nie umiałam tego wytłumić. Może i to niegrzeczne, ale jakoś mało mnie to interesowało, co o mnie pomyśli rozmówczyni.

Na sam koniec dodała, że wysyła mój numer swojej matuli i że z nią mogę sobie porozmawiać, a jej mam dać znać, kiedy przyjadę.

Cóż, matka dziewczęcia zadzwoniła. Z ryjem. Że nie spełniam warunków umowy. Że oszukuję. Że to skandal. - Jednym słowem masa biadolenia na temat prosty i dla mnie oczywisty.
Dobiegło do mych uszu gadanie o policji i złodziejach, gdy się rozłączać już chciałam.

Cóż.. Może faktycznie to ze mną jest coś nie tak? Może czasy się zmieniły? Powiedzcie mi.

Bo o ile mogę zrozumieć kupno żarówek do domu, worków do odkurzacza czy tabletek do zmywarki (choć tu mam pewne opory), to tego, że miałabym sponsorować lokatorom w mieszkaniu resztę środków piorąco-myjących, nijak nie potrafię ogarnąć.
Tym bardziej, że przy przekazywaniu kluczy napomknęliśmy, że środki zostawiamy, bo pewnie im się przydadzą na start.

Świat do reszty zwariował. A swoje dziecko od najmłodszych lat będę chyba uczyć zaradności, żebym nie musiała za nie załatwiać różnych spraw, gdy będzie już dawno po osiągnięciu pełnoletności.

Jedno trzeba przyznać - wyobraźni paniom nie brak. Sama bym nie wpadła w życiu na taki pomysł.

dom mieszkanie wynajem

by OlwiaJ

W oparciu o jedną historię.

Kolega prawnik ma za wóz dobre Audi. Gdzieś wyczytuje, że w jego modelu jest coś nie tak z jakimś procesorem. Pojechał do serwisu i rzeczywiście coś nie tak.

Wymiana 4500PLN.

9 dni później kolega dowiaduje się, iż w całej UE te wymiany były za darmo, bo akcja przywoławcza. Awantura i sąd.

Tłumaczenie, no tak:

„Wiedzieliśmy, co szwankuje, ale akurat naszego ASO zapomnieli powiadomić, że ma być to za darmo”.

polska

by fotograf