piekielni.pl

Pokaż menu
Szukaj

Top

Od jakiegoś czasu poszukiwałam pracy i natrafiałam na wiele piekielności, co zresztą pokrótce usiłowałam Wam opowiedzieć. Poszukiwania miały mierne skutki, a więc postanowiłam założyć własną firmę. Skutkiem czego poszukiwałam osób do pracy. Zobaczyłam co dzieje się z drugiej strony medalu i o zgrozo - jak w tym kraju ma być dobrze?

Wiedziałam jak czują się osoby poszukujące pracy, więc postanowiłam lepiej potraktować osoby aplikujące na moje ogłoszenia. Odpowiadałam na wiele pytań, choć odpowiedzi na nie, były jasno i wyraźnie opisane w ogłoszeniu. Dziękowałam za każdą złożoną aplikacje. Informowałam o kolejnych etapach, warunkach, byłam elastyczna. I chyba dlatego spotkało mnie to:

1. A za ile, bo ja nie wiem czy mi się chce. Ale niech mi pani powie, bo nie wiem czy mi się będzie opłacało jechać na tą rozmowę. To niech pani do mnie zadzwoni za dwa dni, to ja dam znać czy przyjadę. Ej, serio?

2. Połowa osób nie odebrała telefonu, w większości przypadków tam gdzie włączyła się automatyczna sekretarka, nagrałam wiadomość z prośbą o kontakt, ale NIKT nie oddzwonił.

3. Dzwonię do dość młodej dziewczyny i pytam czy jej zgłoszenie jest nadal aktualne, odpowiada że zależy za ile, bo nie wie czy będzie jej się opłacało i czy będzie miała co do garnka włożyć. Ponieważ był to mój któryś z kolei telefon i byłam już dość zdenerwowana, zapytałam dość nieprzyjemnie czy teraz gdzieś pracuje? Odpowiedziała że nie. Więc zapytałam co teraz wkłada do garnka? Wiem nie powinnam była, ale do jasnej ciasnej dzwonię bo chce dać pracę, może nie za 6 tysięcy miesięcznie dla złodziei i idiotów, ale jednak minimalną krajową rzetelną pracą by zarobiła. Ale nie, po co?

4. Większość zgłoszeń bez CV choć wyraźnie napisałam że tylko na podstawie CV zgłoszenia będą rozpatrywane.

5. Gdy sama wysyłałam CV do pracodawcy posługiwałam się dość sztywną formułą, aczkolwiek widzę że to był dobry pomysł. Przytoczę Wam kilka formuł, które dostałam:
- jestem zainteresowana ofertą pracy i jestem wstanie dojerzdzać pozdrawiam;
- cv do oblookania:) - :);
- rządam odpowiedzi.

Cóż teraz trochę liczb, łącznie zgłosiło się 67 osób. 32 osoby to pula nieodebranych, bądź wyłączonych telefonów i naprawdę nikt nie oddzwonił. Z pozostałych 34 osób 30 nie dało mi dojść do głosu, bo albo za ile albo gdzie, bo nie wiedzą czy będą mogli dojechać, jakie godziny bo nie wiadomo czy zdążą. W efekcie mam jutro 4 rozmowy kwalifikacyjne i jestem przerażona.

Ludzie szanujmy się trochę.

Jestem ciekawa co Wy na to. Może po tych rozmowach będzie materiał na następną historię.

Edycja: Ta fala nienawiści mnie zniesmaczyła. Ludzie.... zastanówcie się trochę.
Rzeczywiście nie stać mnie aby zaproponować wysokie stawki ale ja wiem jak to jest kiedy długo szuka się pracy i wiem jak to jest pracować za dużo mniej niż minimalna krajowa. Zjechaliście mnie jak bym nie wiem co złego zrobiła. Uważam że jeśli pracowałam długo ciężko harując za mniej niż myślicie, to jeśli teraz swojemu pracownikowi chcę dać tą minimalną, to nie powinnam się wstydzić za swoje postępowanie. A wręcz przeciwnie jestem dumna z tego. Jasne jestem początkującym przedsiębiorcą i może się nie uda ale zrobię wszystko żeby było inaczej i żeby wprowadzić inne standardy zatrudniania pracowników. Tak jak pisałam w historii wszystkie informacje były dokładnie opisane, gdzie,co i za ile.
Nie przeczytałam wszystkich bo było mi zwyczajnie przykro. Dziękuję tym "racjonalnym".

praca

by malaczarna89

Mam dobrego znajomego, który dostał w prezencie ślubnym od jakiegoś bogatego wujka z Ameryki samochód. Auto godne czarnego charakteru z filmów z Bondem, a mój kolega raczej wyglądem i aparycją przypomina Lebowskiego (jak i ja).

No to parkujemy w centrum Warszawy na „wlocie" do ul. Złotej. Idziemy do Złotych Tarasów, wracamy po jakimś czasie, a koło naszego auta kręcą się jakieś dresiki. Zachwyt niesamowity, bo autko raczej rzadko spotykane w Polsce. Ja się na tym nie znam, ale tyle wiem, że to samochód z lat 70. Kolega podchodzi do dresików, coś tam z nimi gada o silniku i innych takich, ale to nie w dresikach problem.

Od strony Złotych idzie w naszą stronę policja. Szybkim, gniewnym krokiem. Zatrzymali się przy nas w pozach bojowych. Lustrują zniesmaczonym wzrokiem najpierw mnie, potem dresików, który już się ulatniali, a na sam koniec zatrzymają wzrok na moim koledze.

Policja: Proszę się odsunąć od samochodu.
Kolega: ?
P: Nie będziemy się powtarzać.
K: Ale o co chodzi? źle zaparkowany?
P: Nie twój interes, pijaczku.

Mój kumpel wsadził rękę pod pazuchę bluzy, żeby sięgnąć do kieszeni po klucze od auta. W tym momencie jeden ze stróżów prawa zrobił skok w stronę mojego kumpla, złapał go za ramię i wykręcił mu rękę. Drugi wsadził mojemu koledze rękę do w/w kieszeni (zapewne sądząc, że znajdzie tam jakąś broń), ale tam były tylko te klucze.

P: Komu to okradłeś, k***a?
Ja: Ale on nie...
P: *mało kulturalnie kazał mi być cicho*
K: W środku mam wszystkie dokumenty, mogą panowie zobaczyć.

No to jeden z "niebieskich" otworzył drzwi i sięgnął, gdzie mu kolega powiedział i rzeczywiście tam były, wszystkie dokumenty. Potem, jak już go puścili, pokazał im dowód i prawko (czyli to, co miał przy sobie).

Wsiadłam już z kolegą do środka, a panowie policjanci jeszcze pukają w szybkę.

P: Rozumie pan, że musieliśmy zareagować?
K: Nie.

Nic dalej z tego nie wyszło, nawet nas nie spisali. Ale czy jak ktoś wygląda "inaczej", to zaraz musi być menelem? To przykre.

policja

by syl19

Czytając różne historie o pielęgniarkach, przypomniała mi się historia mojej śp. babci.

Moja babcia zachorowała na raka trzustki i jej stan przez rok coraz bardziej się pogarszał. Ostatnie miesiące to ciągłe wizyty w szpitalach. Po jednej takiej wizycie, moja babcia nie chciała już tam wracać. A co się stało? Jako, że była bardzo schorowana, miała mniejszą kontrolę nad swoimi potrzebami fizjologicznymi. Podczas pobytu w szpitalu przytrafiła jej się jedna niekomfortowa sytuacja z tym związana, czego się bardzo wstydziła.

Co zrobiła pielęgniarka? Wyzwała ją i poniżyła. Nie wiem jakich słów użyła, ale płacz babci sprawił, że chciałam tą kobietę udusić. Zainteresowało nas to, kiedy chcieliśmy ją zabrać do szpitala (wiadomo, aby jakoś ratować czy ulżyć w cierpieniu), a ona nie chciała o tym słyszeć i stanowczo odmówiła mając w łzy w oczach. W końcu zwalczyła wstyd i opowiedziała co się stało, tłumacząc, że przecież nie chciała tego zrobić.

Ja wszystko rozumiem, ale jeśli jesteś pielęgniarką, to wiesz na co się piszesz i okaż trochę szacunku ludziom schorowanym, bo sama nie wiesz co cię czeka w przyszłości.

słuzba_zdrowia

by martina323

Jeśli coś jecie, nie radzę czytać.

Kiedy byłam małą dziewczynką, mój dziadek hodował króliki. Nie na mięso, miał dwie spore działki i króliki służyły do zjadania ton trawy, które tam rosły.

Pewnego roku pozwolił mi wybrać sobie moje własne zwierzątko, którym miałabym się opiekować. Trafiło na małą, puchatą kulkę. Samiec, na imię dostał, zgodnie z umaszczeniem, Szarak.

Kochałam to maleństwo i opiekowałam się nim z niewielką pomocą mamy, aż wyrósł z niego naprawdę spory osobnik.

Jakiś czas później przyjechała do nas w odwiedziny ciocia. Teraz już wiem, że to smakoszka mięsa króliczego i zawsze kupowała od dziadka najbardziej dorodne sztuki, ale wtedy małej letmefly powiedziano, że ma swoją hodowlę i pożycza samce do rozmnażania.

Rano dowiedziałam się, że ciocia chce zabrać Szaraka. Pożegnałam się z nim, dumna z tego, że zostanie tatusiem. Kiedy wróciłam ze szkoły, gotowy był pożegnalny obiad, ciocia wyjeżdżała i postanowiła przygotować swoją specjalność.

Mięso było dziwne, nie dojadłam więc do końca. Odłożyłam widelec, a wtedy moja ciocia oburzonym tonem powiedziała:
- No jak to, nie smakuje ci twój ulubiony króliczek?

Kiedy zrozumiałam, co się stało, poczułam ścisk w żołądku i samoistnie zwymiotowałam na swój talerz.

Ciocia do dziś nie rozumie, czemu niezbyt za nią przepadam.

królik piekielna ciocia dzieciństwo

by letmefly

Parę lat temu wraz z rodziną wynajmowaliśmy dom. Taki najzwyklejszy, nie duży. Z małym, ogrodzonym podwórkiem. Do domu przylegało małe pomieszczenie - kotłownia, komórka - jak kto chce sobie to nazwać. Posesja wynajęta od starszej pani, zdawałoby się bardzo sympatycznej i pomocnej. Do czasu.

Pozwolę sobie wypunktować.

1. Okazało się, ze do "naszej" ogrodzonej posesji przylega małe pole również należące do pani. Oczywiście dowiedzieliśmy się o tym już po przeprowadzce, ale w końcu nie nasz sprawa, nie? No nie.. Pani zapowiedziała, ze "oj, oj, ja tylko raz na jakiś czas przyjdzie sobie tutaj popracować na tym poleku". Czy wspomniałam, ze aby dojść do pola pani musiała przejść przez nasze podwórko? Jak możecie się spodziewać, pani przychodziła prawie codziennie (!), żadnego uprzedzenia, no bo po co. Otwierała sobie furtkę, przechodziła nam pod oknami i cały dzień siedziała na tym polu. Niezręcznie nam było spędzać czas na zewnątrz, cały czas pod obserwacja. Uh - oh.

2. Wspomniałam, ze mamy psa? Wyrośniętego sznaucera olbrzyma. Pani o tym wiedziała, nie miała nic przeciwko. Nie widziała również problemu, kiedy prosiliśmy ja, żeby nas uprzedzała, ze przyjdzie i żeby w żadnym wypadku nie wchodziła sama na podwórko. Jasne? "Oj tak, tak". Pies lubił sobie biegać, często zostawialiśmy drzwi od domu otwarte, żeby mógł się swobodnie poruszać. Po paru dniach jednak zaczęło to szanownej pani przeszkadzać. Powiedziała, ze mamy psa trzymać w domu, bo ona ma prawo wchodzić kiedy chce i pies na nią szczeka, kiedy próbuje otworzyć furtkę. Jasne...

3. Psa trzymać w domu, tak? Pewnego wieczoru wracamy do domu, a tutaj światło świeci się na strychu (na który można się dostać przez wspomniana kotłownie). Mały karpik, bo już tutaj blisko północy, a baba siedzimy nam nad głowami. Znowu, ani psa wypuścić ani nic, bo zaraz przecież może schodzić... W końcu, zeszła i puka nam do drzwi. Po co? Żeby zrobić awanturę, ze pies szczeka cały dzień i na pewno zrujnował cały dom... No, szczeka, bo ktoś mu chodzi pod oknami, a potem łazi po strychu...

4. Moja ulubiona sytuacja. Jestem w domu sama z psem, rodzice wyjechali na parę dni. Wczesny poranek, chce psiaka wypuścić na podwórko, a tutaj zonk. Patrzę przez okno i co widzę: pani właścicielka wraz z jakąś inną, obca kobieta siedzą sobie na ławeczce na podwórko i rozmawiają. Poczekałam pol godziny, godzinę... W końcu już zdenerwowana zapięłam psu smycz i tak z nim wyszłam (biedak już zaczynał piszczeć pod drzwiami). Kobiety nakrzyczały na mnie, ze im przeszkadzam i ze pies na nie szczeka. Jako, ze byłam już niezłe wkurzona wyczynami tej baby, powiedziałam jej co myślę o niej i jej postępowaniu. Wielce obrażone w końcu sobie poszły.

5. Nie było miesiąca, żeby pani nie robiła nam awantur na temat rachunków. Zalegaliśmy? Nie płaciliśmy? Nie. Rachunki przychodziły na pani adres, ona je sobie otwierała, a potem krzyczała na nas, ze za dużo zużywamy prądu, wody, itp. Wszystko to doprowadziło moja mamę (kobietę naprawdę wrażliwą), do nerwicy. Zaczęła bać się tej kobiety i przestała otwierać jej drzwi.

Podobnych sytuacji było MNÓSTWO. Kobieta nie potrafiła zrozumieć, ze kiedy wynajmuje komuś dom wraz z podwórkiem, to nie może sobie od tak, codziennie (!), wchodzić jak do siebie i naprawdę utrudniać nam życie. Wytrzymaliśmy tam zaledwie kilka miesięcy...

#wynajem

by Flame

Przeglądałam topkę i na zasadzie jakichś dziwnych przeskoków skojarzeń mojego mózgu przypomniała mi się historia, która przydarzyła się mojemu ojcu. Tym razem nic zabawnego, piekielność czysta.

Ojciec razem z kolegą, jego żoną i malutkim dzieckiem mieli wyjechać na wakacje. Nawet nie pamiętam dokąd, Egipt czy Turcja, coś w ten deseń. W każdym razie 2-tygodniowa wycieczka, przeloty, hotele, srele i wszystko, co potrzebne, opłacone. Wylot z Katowic, dokąd mieli jakieś 300 km. Żeby się nie bawić w parkingi, pojechali autobusem.

Akurat kurs pasował im taki, że przynajmniej 2 godziny w Katowicach mieli wolne, w związku z czym weszli do jakiegoś baru i panowie strzelili sobie po piwku. Jak zrozumiałam opowieść, siedzieli na zewnątrz. Jak wiadomo, mężczyźni dojrzewają później :D, więc zaczęli się wydurniać. Nie, nie robili nic złego, po prostu opowiadali głupie żarty, śmiali się głośno, a żona kolegi obserwowała wszystko z politowaniem. Piwo się kończy, a tu podchodzą... panowie policjanci.

Ojciec spytał, czy chodzi o to, że są za głośno i jeśli tak, to przepraszają, bla bla bla. No nie, nie chodzi o to, tam i tak wielki hałas, więc nikomu nie przeszkadzają. Chodzi o to, że są pijani (?) i nie mogą opiekować się dzieckiem. Żadne protesty i próby wyjaśnienia nie przyniosły efektu, trzeba ich zabrać na komisariat.
- Nic to, że wypili tylko po jednym piwie, pijani są i koniec,
- Nic to, że żona kolegi nie wypiła nawet tego jednego piwa, wiec nawet gdyby byli zalani w trupa, to ona mogła się dzieckiem zająć,
- Nic to, że to dziecko nie było mojego ojca i on się w ogóle nie musiał nim zajmować (ani i nie zamierzał),
- Nic to, że niedługo samolot, wycieczka, wakacje - na komisariat i koniec.

Policjanci zgarnęli ojca i kolegę, bo co oni niby mieli zrobić... uciekać? pobić ich? Wszelkie próby wyjaśnień czy prośby o porozmawianie z jakąkolwiek wyższą instancją były olewane. Żona kolegi została z dzieckiem, wzięła taksówkę, odebrała męża, natomiast nie pozwolono jej odebrać mojego ojca. Moja mama akurat była w pracy, pojechał po ojca kolega. Bo samego wypuścić go nie można. W końcu autorytarnie stwierdzono, że pijany i cudzym dzieckiem się nie może zajmować.

Wycieczka oczywiście przepadła wszystkim.

Może mi ktoś wytłumaczyć logikę policjantów?

policja

by Etincelle

Kilka lat temu, przebywając akurat na terenie hali handlowej na "Górniaku" w Łodzi, poczułem niecierpiącą zwłoki fizjologiczną potrzebę.

Podobnie jak większość ludzi w podobnym położeniu, rozpocząłem poszukiwania toalety. Pani przez okienko podała mi cenę skorzystania z przybytku, uzależnioną od celu wizyty - pisuar abo kabina. Problem pojawił się, gdy postanowiłem zapłacić. Nie starczyło mi drobnych na pisuar, a ze 100 zł pani nie miała wydać. Zachowałem się jednak tak, jak nakazał mi pęcherz i zwyczajnie poprosiłem o jednorazową zniżkę (nie chciała się zgodzić na zapłacenie po fakcie, jak rozmienię kasę).

Usłyszałem odpowiedź, do której się oczywiście zastosowałem.

„Dobrze, ale nie umyje pan rąk.”

Łódź hala handlowa

by Ephaltes

Kiedyś, dawno temu, prowadziłem sklep z poligrafią (głównie zaproszenia ślubne itp. - współpracowałem z drukarnią, ale to mniej ważne dla historii).

Miałem w ciągu dnia dużo czasu, zwłaszcza rano, paru klientów dziennie, ale konkretnych. Sprowadza się to do tego, że miałem niekiedy sporo wolnego czasu, coby gadać z ankieterami i innymi…

I o tych innych mi chodzi.

Przykład. Dzwoni dziewczę, mówi, że prowadzą portal internetowy, promujący takie firmy jak moja i bardzo potrzebują, coby i mnie zamieścić na stronie. Pytam przekornie: "a jakie to?". Odpowiada "właśnie o takim profilu, jak pana firma".

W tym momencie już wiem, że ona nie ma pojęcia, czym się zajmuję. Pyta mnie, pod jakimi hasłami mnie znaleźć, jak mnie wpisać, pod czym mnie szukać, słowa klucze, w międzyczasie chwali, jakiego to nie mają pozycjonowania na www - dzięki nim mnie od razu znajdą.

Na stwierdzenie, że tym się zajmuje franczyzodawca i jesteśmy największym dostawcą tego typu usług i pierwsi zawsze w wyszukiwarkach, nie reaguje, tylko dalej swoje.

Ja, jako że klientów nie ma, ciągnę rozmowę, dziewczyna obiecuje kokosy, zapewnia, że im zależy tylko na moim dobru. Spoko, jak chcecie mnie wpisać do bazy danych portalu (w życiu o nim nie słyszałem, a starałem się być na bieżąco w branży), to nie ma problemu - firmie każda reklama się przyda.

Pół godziny mija, dziewczę, po szybkim tempie zachwalania profitów, jednym tchem wręcz rzuca: "to rozumiem, że fakturę wysłać na adres zarejestrowania firmy - 315 zł brutto miesięcznie".

Spodziewałem się tego, więc odpowiedziałem, że nie ma problemu, jak chcą mnie umieścić w swojej bazie, to nie muszą za to płacić (taki ze mnie troll). Zdziwiona: "ale jak to?", ja na to: "ależ to pani do mnie dzwoni, ja chcę tylko pani pomóc przecież".

No rozłączyła się, ciekawe czemu.

by Losiu

Ostatnio trafiłem tu na historię o podwiezieniach, i przypomniała mi się moja sprzed kilku lat.
Godzina 21-22, siedzę nad projektem, który muszę oddać na uczelni następnego dnia. Dzwoni telefon - znajomy z mojej miejscowości- ani żaden specjalnie bliski, ani bardzo daleki.
- Cześć Bartuś! Słuchaj, taka sprawa jest, potrzebuję transportu z takiego i takiego miejsca.
- Cześć! No niestety nie pomogę, ślęczę właśnie nad projektem na jutro na studia, i nie dam rady się wyrwać.
- No ale to tylko na chwilę, w tę i z powrotem...
- Sorry, ale i tak już wiem, że 2:00, a może nawet i 3:00 w nocy mnie zastanie, no nie mam czasu.
- No trudno. Narazie.

Za jakieś 15 minut dzwoni ponownie:
- Słuchaj, na serio nie dasz rady? Kurde, obdzwoniłem rodzinę, znajomych. Ten piwo właśnie wypił, tamten ma auto w warsztacie, tamten w robocie, jeszcze inny jest akurat w drugim końcu Polski na szkoleniu. Chwila przerwy dobrze ci zrobi, he he.

I wiecie, przekonał mnie. :) Pomyślałem sobie, że 20-30 minut przerwy dobrze mi zrobi, a w dodatku skojarzyłem sobie, że po drodze będę miał stację paliw, gdzie mają dobrą kawkę, to sobie wypiję i przy okazji kupię coś na umilenie tych kilku godzin pracy. No i oczywiście pomogę komuś, może kiedyś jak ja będę potrzebował podwózki, to się odwdzięczy.
- No dobra, podskoczą po ciebie, ale słuchaj - tak raz dwa. Zadzwonię jak będę w pobliżu, to już wyskoczysz przed blok, i jak podjadę to tylko wskoczysz i pojedziemy do domu, bo jak mówię, spieszy mi się, nie mam czasu. Podaj mi jeszcze numer bloku.
- Tak, tak, jasne. Dzięki stary, tyłek mi ratujesz. Blok 11, w tym i w tym miejscu szukaj.
Wyjeżdżając z wspomnianej wcześniej stacji zadzwoniłem do niego, że za 2-3 minuty będę, żeby się zbierał. Odpowiedział, że już schodzi. Zajeżdżam pod blok - nie widać go. W pobliżu brak wolnych miejsc parkingowych, więc "przytuliłem się" na chodniku i czekam, myśląc, że za chwilę zejdzie. Nie było go z 2 minuty więc dzwonię:
- Gdzie jesteś?
- Już, już. Zakładam buty i schodzę.
- Dawaj szybko, bo na chodniku stoję, jeszcze zaraz mandat dostanę.
- Już lecę.
Minęło kolejne 5 minut, nadal go nie ma. Dzwonię - odrzucił połączenie. Myślę "Schodzi już". No ale skąd. Za jakieś 2 minuty dzwonię znowu. Tym razem po prostu nie odbiera telefonu. Zaczęło mnie to już wkurzać. Miał być szybki kurs, a już z 10 minut ślęczę pod tym blokiem. Po upływie 15 minut zacząłem dzwonić raz za razem, lecz nadal nie odbierał telefonu. Podał mi tylko numer bloku, nie mam pojęcia, w którym mieszkaniu jest, ba, nie wiem nawet, na którym piętrze, więc nie będę dzwonił domofonem po mieszkaniach szukając gościa. Minęło blisko 20 minut, patrzę w lusterko- radiowóz. No to pięknie... Podjechali obok, otworzyli szybę, ja zrobiłem to samo.
- Panie kierowco, tu nie wolno parkować.
- Tak wiem, czekam na kolegę, już schodzi i znikamy stąd.
- Poczeka Pan na niego w innym miejscu.
- Dobra, już odjeżdżam.
Odetchnąłem z ulgą, że trafiłem na ludzkich policjantów, i zacząłem krążyć w okolicy, szukając miejsca parkingowego. Jednocześnie podjąłem kolejną próbę dodzwonienia się do znajomego. Nie odbierał nadal, a ja nie mogłem znaleźć miejsca, więc wkurzony jak 150 wykręciłem i pojechałem w stronę domu. Byłem w połowie drogi, czyli jakieś 5-10 minut kiedy znajomy oddzwonił. Postanowiłem mu się "odwdzięczyć" - pierwsze połączenie odrzuciłem, następnych nie odbierałem. Dopiero wstawiając auto do garażu postanowiłem jednak odebrać.
- No i gdzie ty jesteś?
- Do garażu właśnie wjeżdżam.
- Do jakiego garażu?
- Do swojego.
- Ale jak to?! Przecież miałeś po mnie wpaść, dzwoniłeś nawet, że już jesteś!
- No i byłem. Stałem ze 20 minut jak palant, o mało nie dostałem mandatu, bo policja nadjechała jak stałem na chodniku. Nie miałem gdzie się przeparkować, ty nie odbierałeś, więc się zawinąłem.
- Ajj no bo bateria mi padła, yyy (tu się najwidoczniej zorientował, że zła ściema) tzn. wyciszony miałem, i nie słyszałem jak dzwoniłeś, a się zagadaliśmy jakoś ze znajomymi i tak wyszło... Weź przyjedź, ja już tu pod blokiem czekam, nigdzie się nie ruszam.
- O nie, stary! Straciłem przez ciebie blisko godzinę, nie mam zamiaru tracić ani minuty więcej.
- Pięknie mnie załatwiłeś! No dzięki ku*wa!

Tu we mnie się zagotowało.
- Może jeszcze ku*wa jakieś pretensje będziesz miał?! Mówiłem ci wyraźnie, że mi się spieszy, a ty to olałeś ciepłym moczem. Na dodatek bezczelnie mnie okłamywałeś, że już idziesz. Co sobie myślałeś, że jak jakiś służący będę stał i czekał aż jaśnie pan raczy zechcieć jechać? Skoro nie szanujesz mnie i mojego czasu, to nie licz, że ja będę szanował ciebie.
- A spie**alaj!
Nad projektem siedziałem do 4:00, bo nie dość, że dużo czasu straciłem na tą bezsensowną podróż, to jeszcze przez długi czas nie mogłem się uspokoić i w pełni skupić nad pracą.

A znajomy oczywiście opowiedział wspólnym znajomym jaki to jestem zły i jak go paskudnie zostawiłem na lodzie, przy okazji ubarwiając i układając nowe wersje swoich usprawiedliwień. Po przedstawieniu mojej wersji wielu znajomych przyznało mi rację, ale i wielu trzymało stronę znajomego, twierdząc, że skoro już tyle czekałem to mogłem poczekać jeszcze chwilę. No spoko, tylko skąd mogłem wiedzieć, skoro znajomy nie raczył odebrać telefonu?

Podobnie pewnie będzie z użytkownikami Piekielnych - część przyzna mi rację, a część powie, że piekielny byłem ja. No cóż - ja osobiście nie czuję się winny i w razie jak (tfu tfu) znowu mi się przytrafi taka sytuacja, to nie będę czekał nawet 20 minut, tylko odjadę po 5-ciu. Nie mam napisane "frajer" na plecach.

by ~Bartekkk

Pisałem poprzednio o smrodzie i wróciło wspomnienie.

Lata 80’.

Nasz pies, znaczy suka, rasy bokser (Gusia). Kochane wielkie bydlę, ale ze swoim psim niepojętym światem i odchyłami, których nie udało się moim rodzicom oduczyć (rodzice wzięli ją od ludzi, którzy zupełnie sobie z nią nie radzili). Sikanie na łóżko i masowa eksterminacja okolicznych kotów, to było jej hobby. Kolejnym było tarzanie się w padlinie i gdy tylko wyniuchała porządnie zgniłą padlinę, to dla niej były najlepsze perfumy. Piekielny, kochany pies.

Często z rodzicami i oczywiście z psem, gdy tylko przyszedł sezon, jeździliśmy na grzyby. Lasy Sobiborskie, pełne grzybów, niezbadanych do końca historii, a czasem i jakiegoś truchła. Na przykład takiej sarny – dla Gusi pełen wypas. Wysmarowała się tym gnijącym mięsem od czubka nosa do końca jej krótkiego ogona. Potem, zanim się ją zobaczyło między drzewami, najpierw było ją czuć.

Cóż, zaczynało się ściemniać, czas wracać do domu – kilkanaście kilometrów jazdy maluszkiem z psem walącym tak, że łzy płynęły. Do domu! Jak najszybciej! Wszystkie okna pootwierane na oścież, gaz do podłogi i jazda, jakoś wytrzymamy. No ale niestety, jak pech, to pech. Maluszek zapierdzielający 130 km/h, z moją szanowną rodzicielką za kółkiem, został zhaltowany przez panów z MO. Pan milicjant ładnie zasalutował i się przedstawił, spytał: „A co pani tak szarżuje” i wkładając łeb do auta już zaczyna prosić o prawo jazdy. Wystarczyły dwa wdechy. Nagle wyprostował się wyglądając dość niewyraźnie, odsalutował i stwierdza: „Proszę jechać”. No to pojechaliśmy.

Czasem w środkach komunikacji miejskiej można spotkać potwornie śmierdzącego menela, zazwyczaj ma dokoła siebie mnóstwo wolnego miejsca. Inkarnacja Gusi? A może totalny smród jest sposobem, by wszyscy Ci dali święty spokój?

by Shizoid