piekielni.pl

Pokaż menu
Szukaj

Top

Dziś chcę poruszyć jeden szczegół, z którym spotykam się w historiach na tym portalu i irytuje mnie on coraz bardziej.

Chodzi o stwierdzenie rozpoczynające lub kończące historię:
"to mój pierwszy wpis, przepraszam za błędy, bądźcie wyrozumiali". Aż chce mi się zapytać - to przy drugiej/trzeciej/entej historii błędów nie zrobisz? Do którego wpisu można robić błędy?

Każdy robi jakieś błędy, to normalne, literówki zdarzają się bardzo często, jednak do tego się nie czepiam. Jednak jeśli ktoś nie czyta przed wysłaniem najeżonej błędami historii lub w przypadku wątpliwości nie sprawdza prawidłowej pisowni, to już dla mnie szczyt lenistwa.

Dbajmy o nasz piękny, lecz trudny język. Nie dajmy się stłamsić "madkom kture majom horom curkie i nie wiedzom o co fszysdkim hodzi z tom ortograwiom". Bądźmy dumni, że umiemy posługiwać się naszym pięknym językiem już od pierwszej historii na piekielnych.

piekielni

by vigilum

Modny ostatnio temat zabierania bogatym i rozdawania biednym.

Były ulewy, całkiem mocne ulewy. Kilka stodół się zawaliło, kilka dachów zerwało. Od zwykłej burzy różni się to tym, że było z tego powodu kilka ofiar. Przykre, niemniej, od nikogo niezależne. I podniosło się larum o treści mniej więcej „O Pani, dach zawaliło, ni mom z horom curkom gdzie iś. Dej na chlep.”

Co dziwne, rząd na tę prośbę zareagował pozytywnie. Co jeszcze dziwniejsze, będą remontować nie tylko domy, ale też pomieszczenia gospodarcze, a nawet jest plan wypłacania ekwiwalentu finansowego dla przemysłu drzewnego, bo nie sprzedadzą w tym roku swojego drewna. Beata Szydło na konferencji sprzed 10 minut obiecała im nawet dokupić sadzonki! Podsumowując, od przyszłego roku nie wykupuję ubezpieczenia na dom (1200 zł rocznie) oraz mieszkanie (300 zł) oraz przestaję się martwić o interesy, bo przecież jeśli pogoda pokrzyżuje mi plany w firmie, to Beata da na sadzonki czy co tam akurat mi żywioł zniszczy. Za zaoszczędzone pieniądze kupię sobie coś fajnego, a „w razie W” zawsze można wydrzeć papę do telewizji, jak ci wszyscy "janusze z podkarpacia", nieznający słowa ubezpieczenie.

Czekam na minusy od podobnych socjalistów uważających, że im się należy i inni mają dać, bo im deszczyk zalał lepiankę nieremontowaną od 1984.

by sufrazystka

Moja najlepsza przyjaciółka obchodzi urodziny za kilka dni. Chciałam jej zatem sprawić prezent: ciuch, na który od dawna bardzo choruje, ale ze względu na trudną sytuację finansową odmawia go sobie za każdym razem, gdy go widzi.

Uznałam, że kupię jej tę sukienkę. Urodziny ma się raz w roku, nie jest to kwota niemożliwa dla mnie (240 zł), przyjaźń od 20 lat, wielokrotnie mogłam na nią liczyć, w każdej sytuacji, więc po przejrzeniu świnki skarbonki i zaskórniaków wysupłałam kwotę niezbędną do zakupu.

Kupię tego ciucha, byleby nie widzieć więcej łamiącego serce smutku wymalowanego na twarzy koleżanki spowodowanego świadomością, że sama jej nie kupi, bo ma ona większe wydatki niż ładna kieca.

Ważne dla historii jest, że moja przyjaciółka nosi rozmiar od XS do M (w porywach). Ja z kolei się w rozmiar S nie zmieszczę. Nie te kształty.

Wchodzę do eleganckiego - na pierwszy rzut oka - butiku, podchodzę do równie eleganckiej ekspedientki i uprzejmie rozpoczynam konwersację.

[J]: Dzień dobry, chciałabym zapytać o tę sukienkę na wystawie. Czy byłaby ona w rozmiarze S? (model na manekinie był tak mały, że powiedziałabym, że to XS).
[E] Mierząc mnie wzrokiem z góry na dół w dość… nieprzyjemny sposób i uśmiechając się wymuszenie, odpowiada: To jest S-KA droga pani.
[J]: Naprawdę? A czy mogłabym ją zobaczyć? Na oko wydawała się mniejsza niż standardowe S.
[E]: Ale po co pani? Przecież to widać, że pani się w nią nie zmieści. I to gołym okiem widać.

O ty raszplo wołowa - pomyślałam, ale staram się obrócić wszystko w żart.

[J]: Tak pani myśli? Ja myślałam, że ta "dieta cud" pomogła i zmieszczę się. W każdym razie proszę mi ją pokazać - mówię radośnie i podchodzę do manekina odzianego w wystawową kieckę.
[E]: Przepraszam, ale czy pani ogłuchła? Nie pokażę pani tej sukienki, zniszczy ją pani, mierząc. Jest pani ZA GRUBA, rozumie to pani?

W tym momencie przestałam udawać miłą klientkę. Bezpodstawnego chamstwa nie zdzierżę.

[J]: Nie prosiłam o komentarze na temat mojego wyglądu. Prawo nie zabrania kupować osobom w rozmiarze większym niż S sukienek z tą metką. Nawet jeśli moim rozmiarem byłoby XL albo 50XL, to mam pełne prawo kupić to, na co mam ochotę. Jeślibym kupiła garsonkę za 20 tysięcy i zrobiła z niej szmatę do podłogi - to moja sprawa. Domagam się tej konkretnej sukienki. Natychmiast.
[E] Chyba powiedziałam, że jesteś za gruba i ci jej nie pokażę, bo ją zniszczysz. Jak schudniesz to wróć!

W tym momencie skończyłaby się moja i uprzejmość i cierpliwość i gdy szykowałam się do wyjaśnienia w żołnierskich słowach, że się zagalopowała, to weszła pani, która przedstawiła się jako właścicielka i zapytała, o co chodzi. Poprosiłam, by sprawę przedstawił jej pracownik.

[E]: Pani Haniu, bo ta kobieta chce kupić naszą sukienkę z wystawy w rozmiarze S. I jej uprzejmie tłumaczę, że się w nią nie zmieści.
[W]łaścicielka: Wydaje mi się, że ta rozmowa przebiegła nieco inaczej. Słyszałam dość sporo, by stwierdzić, że twoje zachowanie było skandaliczne. Pomówimy o tym za chwilę. Podaj pani tę sukienkę, Beato.*

Sukienkę mi przyniesiono z wielkim fochem. Znam wymiary przyjaciółki tak dobrze jak swoje, więc gdy sukienka znalazła się w moich rękach widziałam, że przyjaciółka się w nią nie wciśnie lub, jeśli już - będzie bardzo, bardzo opięta.

[J] Pani Beato… Miała pani rację. S-ka będzie nieco za mała na mnie. Mogłabym zobaczyć tę samą w rozmiarze M?

[W]łaścicielka: Proszę poczekać, przyniosę ją. Beato, zajmij się wyłożeniem towaru, który przywieźli dzisiaj.

Właścicielka wróciła z sukienką w wybranym rozmiarze. Z miejsca wiedziałam, że będzie idealnie pasować na przyjaciółkę. Pomimo tej całej sytuacji, zdecydowałam się wziąć.

[W] To będzie… 99,99 zł.

Zgłupiałam i patrzę na metkę kiecki: Jak wół, że 239,99 zł. Pytam, czy to aby nie pomyłka.

[W]: Nie, nie pomyłka. Za to, jak została pani potraktowana, przygotowałam dla pani mały rabacik w ramach przeprosin za koleżankę. Zostanie ona odpowiednio ukarana. Bardzo przepraszam za zaistniałą sytuację, która nigdy nie powinna mieć miejsca. Mam nadzieję, że pomimo tego incydentu wróci pani do nas.

Mile zaskoczona (bardzo mile!) podziękowałam i wyszłam z sukienką.

Wróciłam jednak po chwili, by zapytać o czas wymiany bądź zwrot i słyszałam fragment rozmowy kierowniczki z ekspedientką: ...to jest niedopuszczalne. Ciągłe skargi! To był twój ostatni wybryk w tej pracy. Z własnej kieszeni pokryjesz mi różnicę tej sukienki.

Chrząknęłam, by elegancko zwrócić na siebie uwagę i móc zapytać o to, po co się wróciłam. Pani z uśmiechem przedstawiła mi warunki wymiany i zwrotu. Podziękowałam i wyszłam.

Mam wymarzoną sukienkę dla przyjaciółki, zaoszczędziłam ponad połowę, a arogancja pracownicy spotkała się z natychmiastową reakcją. Nie każda kobieta musi mieć wymiary 90/60/90, ale nikt nie ma prawa zwracać się do niej w taki sposób. Nieważne czy waży 50, 70 czy 150 kg.

*Imiona oczywiście zmienione.

Sklepy

by Nehelenia

Jakiś czas temu zdarzyła mi się nagła przeprowadzka, w związku z czym szukałam pokoju "na teraz" i nie mogłam za bardzo wybrzydzać.

Była to moja pierwsza przygoda z wynajmem, nie znałam standardów przeciętnego mieszkania pod wynajem, więc kilka niepokojących rzeczy nie wzbudziło moich podejrzeń:

1. Właściciele nie zapewnili nic poza PRL-owskimi meblami.

Praktycznie cała reszta była własnością moich współlokatorów, zaczynając od firanek i wycieraczki do butów, po odkurzacz i wszystkie naczynia. Tak, nawet głupią zmiotkę musieliśmy załatwiać na własną rękę. Kilka razy prosiliśmy o suszarkę na pranie, ale właścicielka odprawiła nas tekstem "jak sami nie kupicie, to nie będziecie szanować”(sic!).

2. Właściciele chcieli dostawać pieniądze do ręki.

Kiedy nie miałam odliczonej równowartości czynszu (nie był zaokrąglony do pełnych setek ani do pięćdziesiątek, a osiedlowe bankomaty często nie miały niższego nominału) właściciel nie wydał reszty, bo jak stwierdził: "nie ma obowiązku mieć przy sobie". Drugi raz nie popełniłam tego błędu.

Jedna ze współlokatorek próbowała raz dzień przed opłatą zadzwonić i poprosić, żeby miał przy sobie 30 zł na wydanie. Przez telefon wszystko ok, podczas zapłaty sytuacja j.w.

Wiele razy próbowaliśmy wynegocjować wpłaty na konto bankowe, bez efektów.

3. Kiedy czynsz odbierał właściciel, to przynajmniej się fatygował, aby wejść do mieszkania. Kiedy po pieniądze przyjeżdżała jego żona, musieliśmy schodzić z gotówką do niej na parking, bo sama przyznała, że nie chce jej się wchodzić na trzecie piętro.

4. Opłaty były odbierane zawsze dziesiątego dnia miesiąca. O ile rozumiem, że opóźnienie terminu mogło być dla nich niewygodne, o tyle nie rozumiem, czemu nie zgadzali się również na przesunięcie opłat np. na jeden dzień wcześniej.

Kiedy kogoś nie było w mieszkaniu tego dziesiątego (bo np. była to sobota/niedziela i pojechał do domu) doliczali 10 zł za każdy dzień opóźnienia.

Na przelewy na konto nadal się nie zgadzali.

5. Raz współlokatorka musiała pilnie wyjechać i zostawiła mi pieniądze, abym to ja zapłaciła jej czynsz. Właściciel przy zapłacie nie robił problemów, policzył gotówkę, zapisał, że ma opłaty od wszystkich. Cały następny tydzień wydzwaniał do koleżanki, że ma niezapłacony czynsz i naliczał pieniądze za opóźnienie.

Dopiero gdy z dwójką pozostałych współlokatorów potwierdziliśmy, że płaciliśmy całość za mieszkanie, dali jej spokój.

6. Właściciel przychodził w dziwnych porach, sprawdzać, czy mamy porządek.

Nie byłoby to uciążliwe, bo nie wchodził nikomu do pokoju, oglądał tylko kuchnię i łazienkę. Często jednak przychodził, kiedy nikogo z nas nie było w mieszkaniu (środek tygodnia, każdy w pracy albo na uczelni) i wydzwaniał z awanturą, że jak to tak mamy czelność udawać, że nas nie ma i trzymać go pod drzwiami, mamy go natychmiast wpuścić etc.

7. Kiedy złożyłam wypowiedzenie, nagle się okazało, że media jednak nie są wliczone w czynsz (chociaż przed podpisaniem umowy twierdzili, że są) i doliczyli mi dodatkowe opłaty, od początku mojego pobytu tam, które miałam uiścić, albo oni nie przyjmą wypowiedzenia.

8. Wyprowadzałam się z końcem czerwca, a zwrotu kaucji jak na razie na oczy nie widziałam. Kiedy zabierałam swoje rzeczy, usłyszałam, że za kilka dni zadzwonią umówić się na zwrot pieniędzy.

Ok, zrozumiałam, że muszą obejrzeć, w jakim stanie zostawiam mieszkanie i potrącić za ewentualne szkody. Czekałam tydzień, później drugi, a telefonu ani widu ani słychu, kaucji też.

Dzwoniłam sama, ale ani właścicielka ani jej mąż nie odbierali. Spróbowałam z innego numeru i cud: kobieta odebrała po drugim sygnale. Kiedy dowiedziała się, z kim rozmawia rzuciła bardzo dojrzałe: „oddam, kiedy oddam, kończę z panią rozmowę”.

Dlaczego się od razu nie wyprowadziłam i dałam się tak traktować? Jak wspomniałam na początku historii, był to mój pierwszy wynajmowany pokój i nie do końca wiedziałam, jak to powinno wyglądać. Znałam za to masę opowieści o piekielnych współlokatorach, a w tamtym mieszkaniu z całą trójką można się było dogadać w praktycznie każdej sprawie, nie było problemów ze sprzątaniem, wynoszeniem śmieci czy dokupieniem czegokolwiek.

Właściciele to starsi ludzie, więc część piekielnych zachowań tłumaczyłam sobie ich wiekiem.

A gdyby ktoś z czytających szukał pokoju w stolicy Wielkopolski, to nie polecam wynajmować od emerytowanego wojskowego i jego żony, pani doktor z Uniwersytetu Medycznego.

Ja niedługo spotkam się z nimi w sądzie.

wynajem_mieszkania poznań

by Florka

Dostałam stanowisko menadżera w McDonaldzie. Oczywiście oprócz układania grafiku, zamawiania potrzebnych towarów i nadzoru, smażę kotlety, sprzątam i obsługuję.

Co w tym piekielnego?

Komentarze, często od znajomych. - No ale to wstyd! Jak można pracować po studiach w Macu? Już wolałbym być bezrobotny! (acha...) - Nic innego nie było? Może jakiś kolejny staż, gdzie cię jednak zostawią? To lepsze niż smażenie frytek (koleżanka po tym samym kierunku, nie przepracowała dnia, na utrzymaniu męża, zajmuje się dzieckiem). - Hahaha! I co? Proponujesz frytki do zestawu? Ale beka (Jakiś pijany koleś na domówce, kiedy zapytał gdzie pracuję.

Czy naprawdę praca w Macu to taki wstyd? To kilka przykładów szydzenia z mojego miejsca pracy, śmieszkowania i dowartościowywania się moim kosztem.

Nie rozumiem, uważam to stanowisko jako pracę jak każdą inną, to znacznie lepsze niż siedzenie na bezrobociu czy łażenie na wszelkiej maści staże za marne grosze.

Już mi się odechciewa mówić gdzie pracuję, a lubię swoją pracę...

mcdonald

by ~olaolaola234

Jadę sobie do pracy. Godziny raczej przedpołudniowe, w autobusach luźno.

Wyjmując z torebki książkę, niechcący "wypadłam" sobie z niej podpaskę (nówkę zapakowaną, żeby nie było wątpliwości). No nic strasznego, pochyliłam się, podniosłam kolorowy pakiecik, schowałam. Koniec historii? Oczywiście, że nie.

Siedząca obok mnie pani, na oko ~60 lat, widząc całą sytuację najpierw mocno poczerwieniała, a potem nachyliła się do mnie:

- Ale pani to tak nie wstyd?

Na moje nic nierozumiejące spojrzenie kontynuowała:

- No bo tak publicznie... takie rzeczy... Nie wstyd pani? Ja bym nie pokazywała, że to moje. To nie wypada w ogóle.

Patrzę na okładkę książki - no kryminał, ale chyba żaden wstyd?

- No TO. Wie pani. TO - babeczka pochyla się bliżej i zaczyna szeptać - No... damskie waciki, wie pani... Było kopnąć pod fotel czy coś, żeby nikt nie widział.

Przyznam, że zaczęłam się śmiać. Pani obraziła się i stwierdziła, że teraz to kobiety w ogóle skromności i wstydu nie mają.

Mnie bawi, chociaż nieco piekielne jest to, że dorosła kobieta wstydzi się powiedzieć "podpaska" i tego, że połowa ludzkości miewa okres ;)

by ZaZuZa

Dostałem kilka dni temu telefon z mojego poprzedniego miejsca zatrudnienia. Od byłego kierownika. Pomijając litanię gróźb, obelg, rzucania mięsem pod moim adresem, straszeniem sądami i kilkoma innymi rzeczami, chodziło o to, że przeze mnie, mimo, że nie pracuję tam już ze 2 lata, firma poniosła znaczne straty na narzędziach.

A tak konkretnie. Pisałem kiedyś program dla konkretnej formy odlewniczej, którą ten zakład wykonywał na frezarkach. Pisany był pod konkretną formę i przede wszystkim, konkretny materiał, więc były również do tego dopasowane obroty, posuwy, wymiana narzędzi w bębnie, itd.

Z rozmowy z moim byłym kierownikiem dowiedziałem się, że zmienili rodzaj materiału, z którego te formy są robione. Na trochę twardszy. Taki wybór odbiorcy, nie wnikałem. Tyle, że żaden z technologów nie wpadł na to, by zajrzeć do tego programu i go po prostu w pewien sposób zaktualizować, w oparciu o nowe dane.

Więc poprzednio, gdy szły 2-3 frezy na całą partię (200 sztuk), teraz idzie nawet do 40. Narzędzia łamały się jak zapałki, jednak kierownictwo, zamiast poszukać przyczyny, postanowiło od razu znaleźć winnego. Przypomnieli sobie, że program pisałem ja, dodali dwa do dwóch i wyszło im, że to moja wina.

Byłego kierownika wyśmiałem, na odchodne usłyszał jedynie, że moja odpowiedzialność za te programy skończyła się w momencie, gdy rozwiązaliśmy umowę o pracę.

poprzednie miejsce zatrudnienia

by PluszaQ

Jestem kelnerką. Pomimo kilu lat stażu nadal zadziwia mnie, jak niektórym gościom wydaje się, że cały wszechświat kręci się wokół nich.

Godzina 14, po godzinach największego ruchu. Wchodzi młoda dziewczyna, żadnego dzień dobry, siada przy największym stoliku i rozkłada się na nim z jakimiś papierami. Podchodzę, witam się, podaję kartę. Dziewczę nadal nic. Po paru minutach, widząc, że nie wykazuje żadnego zainteresowania menu, pytam się czy jej coś podać. Mówi, że czeka. Ok, nie ma sprawy. Póki mam wolne stoliki dla innych gości... Po ok.40 min, dołączył do niej jakiś chłopaczek, wyłożył kolejną kupę papierów na stół, poszczebiotali sobie chwilę i zaczęli coś komentować konspiracyjnym szeptem. Podchodzę i pytam się, czy coś im podać. Spojrzeli na mnie z irytacją i rzucili od niechcenia:
- Dwie kawy.

I tak leniwie leciał sobie czas, ja sobie sprzątam, coś tam notuję, co jakiś czas robię rundkę między stolikami. Widząc, że nasza urocza parka już wypiła kawę, pytam się czy coś jeszcze im podać. Poprosili o wodę z kranu. Podałam. A dodam, że w Niemczech z wodą z kranu jest tak - mogę ją podać za darmo (i najczęściej tak robię), ale mogę też doliczyć ją do rachunku. Takie jest prawo. Ale o tym później.

O 17 zamykamy, do 16:45 można zamawiać napoje. O tej właśnie godzinę pochodzę znów do młodych, aby poinformować, że jeżeli chcą coś jeszcze zamówić, to ostatni dzwonek. Ledwo otworzyłam usta, a panienka jak się nie wydrze:

- CZY PANI MUSI TU W KÓŁKO ŁAZIĆ I SIĘ NAM W NOTATKI GAPIĆ?! PRZESZKADZA PANI!

Aha. No ok. To bez słowa podałam im rachunek. Znowu panienka oburzeniem:

- A co to jest?
- Rachunek, proszę go uregulować, bo zamykamy za 15 min
- Pfff, a nie! Bo my chcemy jeszcze dwie kawy, a dopóki ich nie wypijemy, nie może nas pani wyrzucić.
- Taaak? Ale widzi pani, nie podam już państwu kawy, bo gdyby dała mi się pani wypowiedzieć 3 min temu, to by pani wiedziała, że właśnie 3 min temu mieli państwo okazję złożyć ostatnie zamówienie.

Poburczeli pod nosem, po czym pytają oburzeni:

- Zwariowała pani? Dlaczego pani nam dolicza wodę z kranu? Woda jest za darmo

- Niestety, u nas nie jest.

- Ale pani nie ma prawa żądać za to pieniędzy

- ...

- My jesteśmy studentami i się na tym znamy, nie zapłacimy za to!

- Tak? A ja jestem kelnerką i akurat na tym, co nam wolno w lokalu, a czego nie, znam się lepiej niż państwo. Bez urazy.

- Dobrze, to poprosimy fakturę, bo będziemy to konsultować z prawnikiem! To jest naciągactwo.


Podałam fakturę, zapłacili rachunek. O 17 proszę ich o opuszczenie lokalu, gdyż zamykamy. A oni są k..wa zdziwieni.

- Co? Zamykacie? O tej godzinie? Ale my jesteśmy studentami, gdzie my mamy iść z notatkami? Tu już zapłaciliśmy za kawę I WODĘ!

No nie wiem, dokąd macie iść. Może do biblioteki? Parku? Domu? Gdziekolwiek byle nie tu?

Na odchodne pomarudzili jeszcze, że mogłam im na początku (o 14) powiedzieć, że zamykam o 17, to by nie inwestowali tu w kawę.

gastronomia

by digi51

Teraz produkują takie piękne kolory włóczek, że każdy mój sweterek wzbudza zachwyt. Ciężko coś podobnego znaleźć w sklepie, szczególnie jakość materiału jest widoczna.

Miałam już nikomu nic nie robić na zamówienie, ale skoro jedna z koleżanek bardzo chciała, a jej mąż jest stolarzem to stwierdziłam, że ubijamy interes. Ja jej sweterek, a ona mi półki i rozliczymy się wyłącznie z materiałów.

Co na to koleżanka?
- Chyba Cię popier- papier, bo wykonanie takich półek to kupa roboty.

No co ty nie powiesz...

by krystalweedon

W sumie nie wiem jak to skomentować... Po prostu – standardowa akcja w wykonaniu mojej familii.

Sytuacja następująca: mam na wsi rodzinę, wujkowie i ich dwie córki – starsza (S) i młodsza (M). Wszyscy mieszkają, a raczej mieszkali, w jednym domu – wujek, ciotka i S na dole, M i jej rodzina na piętrze. Rodzina mocno po przejściach z powodu alkoholizmu wujka, co odbiło się na zdrowiu jego pociech – obie od zawsze mocno chorowały, choć nam, krewnym, wiadomo było tylko o dolegliwościach na ciele.

M szybciej urodziła dzieci. Pomijam fakt, iż ma je z żonatym mężczyzną, który mimo braku rozwodu z poprzednią partnerką mieszka u nich na piętrze i pije więcej niż wujek w swoim najgorszym okresie alkoholizmu. Kuzynka ta jest osobą średnio rozgarniętą, z problemami emocjonalnymi, zainteresowaną wyłącznie swoimi pociechami. Niedawno zaś wyszło na jaw, że od liceum cierpi na schizofrenię i do czasu zajścia w ciążę brała na to leki. Gdy weszła w stan błogosławiony, odstawiła je i do tej pory ich nie bierze. Ma coraz większe urojenia, coraz rzadziej wychodzi ze swojego pokoju na piętrze, a ostatnio ubzdurała sobie, że wujkowie chcą odebrać jej dzieci, więc mają oni kategoryczny zakaz wchodzenia do jej części domu. Podobny los spotyka prawie wszystkich. W zasadzie tylko jedna z sióstr wujka ma tam jeszcze wstęp.

S, choć potomstwa się nie dorobiła, to zawsze wzorowo dbała o gospodarstwo domowe. Wie ona jak zając się zwierzętami, jak zaorać i czym obsiać pole, jeździ traktorem, w zasadzie niczego się nie boi (M dla porównania dostaje ataku paniki, gdy zobaczy gryzonia lub płaza, choćby na zdjęciu), a gdy w domu brakowało pieniędzy, jeździła za granicę by wspomóc rodziców. Jednakże niedawno doszły mnie słuchy, że wyprowadziła się z rodzinnego domu, i to po dużej awanturze.

Poszło o to, komu rodzice przepiszą gospodarstwo. Wszyscy byli przekonani, że to właśnie S je otrzyma, podczas gdy M wybuduje się obok, na terenie coraz rzadziej używanego sadu.

Wujkowie jednak zmienili zdanie. Wydziedziczyli S i przepisali wszystko chorej, niestabilnej emocjonalnie M, która przez swoje urojenia, ma ich teraz za swoich wrogów.
Dlaczego tak postąpili?

Dowiedzieli się, że ich S jest lesbijką i ma partnerkę.

dom_na_wsi

by ~takasytuacja