piekielni.pl

Pokaż menu
Szukaj

Top

Temat, który poruszę będzie budził kontrowersje, niektórzy mnie zhejtują. Nie piszę tego w czyimś imieniu, tylko we własnym. To będą moje odczucia i przemyślenia.

Wiecie co jest prawdziwą piekielnością? Nie kurier, nie kanar czy pracownik infolinii. Oczywiście to są piekielności jednostek dotyczące innych jednostek. Według mnie prawdziwą piekielnością jest obecny świat. Podkreślam jeszcze raz, wypowiadam się w swoim własnym imieniu, nie w imieniu lewicowców, prawicowców, państwowców itp.

Zaczynamy od naszej ojczyzny. Politycy podzielili nas Polaków. Podzielili nie ze względów jakichś ideologii (chociaż częściowo to z tego wynika). Podzielili nas żeby ugrać kapitał polityczny. Robią to przez obsmarowanie kogoś, straszenie kimś itp. Nie ma w naszym kraju jakiejś partii, na którą mógłbym ze spokojem serca zagłosować. Podobają mi się niektóre pomysły z lewa jak i z prawa. W obecnej chwili kiedy powiem, że jakiś pomysł rządzących mi się podoba zostaje nazwany naziolem, katolem, itp. Kiedy powiem że podoba mi się pomysł opozycji, zostaję nazwany lemingiem, sługusem Niemców itp. Widzicie o co mi chodzi? Nieważne jakim człowiekiem jestem, ważne za kim jestem. Ludzie przez pryzmat polityki zaczynają na siebie spoglądać z pogardą. Lewa czy prawa strona ma swoje skrajne odmiany, tak było, jest i będzie. W tej chwili ludzie próbują każdego zaszufladkować. Jeszcze nie tak dawno nie było tego.

Świat.

Temat na czasie, czyli kto jest czemu winien? Nie chodzi mi o treść ustawy, która budzi kontrowersje (chociaż dla mnie nic tam kontrowersyjnego nie ma). Chodzi mi o reakcje zagranicznych mediów oraz naszych. Jak Norwegia/Francja (media) może zarzucać państwu polskiemu lub narodowi polskiemu kolaboracje z Niemcami? Rozumiem zarzut że byli Polacy którzy się z Niemcami układali, ale to nie był ogół społeczeństwa tylko jednostki. Niektórzy Żydzi też się kumali z Niemcami i jakoś nikt nie twierdzi że Żydzi są współwinni zagłady ich narodu. Jak Niemiecka gazeta może napisać „Polski obóz zagłady”?

Boli mnie też że w naszych czasach pojawia się kult Hitlera. Najgorsze jest w tym to że u nas też się ten kult pojawia. Jak może Polak oddawać hołd Hitlerowi?!?! Jeszcze o ile w Niemczech czy innych krajach osi można jakoś pokrętnie to zrozumieć (chęć bycia wielkim i silnym nie licząc się przy tym z innymi) to o tyle w Polsce jest to dla mnie niewyobrażalne. Jak można podziwiać kogoś kto gardzi tobą?!?!

Jak to w ogóle jest że każdy każdemu chce na siłę wpierać swoją racje, a gdy ktoś się nie da przekonać, to obrzuca się go wyzwiskami. Mówię tu nie o rzeczach które się tyczą ogółu (bo jakieś reguły są potrzebne), tylko o sporach, które dotyczą indywidualnych preferencji, np: spór o to czy ktoś ma być veganem lub ma jeść mięso i pić mleko. Inny przykład homoseksualistów. Niech sobie będą, zawsze byli, z jakiej racji ktoś komuś może zabronić w domu penetrować kiszkę koledze. Z drugiej strony jak homoseksualista może ode mnie wymagać żeby go akceptować, nie mówię tu o tolerowaniu, bo tolerować go muszę (jego sprawa). Ja myślę swoje ty myśl swoje i koniec. Może się komuś nie podobać moja brzydka twarz? MOŻE. Może nie podobać mi się murzynka/Azjatka/Europejka? MOŻE. Byle bym jej/jego z tego powodu nie obrażał.

Takich przykładów jest dużo, dużo więcej. Kiedyś wydaje mi się, że więcej ludzi było jednomyślnych, społeczeństwa nie były tak podzielone. Co się dzieje z obecnym światem?

PS. Zdaje sobie sprawę, że mogę nie mieć racji. Niektóre argumenty mogą do kogoś nie trafiać, ale póki nikogo nie obrażam, mogę myśleć co chcę.

Świat

by arni90

Poszłam dzisiaj z Młodą na lodowisko. Na łyżwach jeżdżę "od zawsze", a Młoda (8 lat) złapała "lodowego bakcyla" już rok temu. Nie jeździmy trzymając się za rączki, nawet za bardzo nie zwracamy na siebie uwagi, ja po prostu jadę, a Młoda trenuje umiejętności. Przyzwyczaiłam się już, że na tafli rzadko potrzebuje mojego wsparcia, ot, czasem w przelocie rzuci informacyjnie: "mamo, wywróciłam się", po czym jedzie dalej. Dzisiaj było inaczej.

Młoda podjeżdża do mnie i płaczliwym głosikiem informuje, że "ten pan mi przeszkadza!". OK, skarbie, to odjedź dalej od tego pana i tyle. "Mamo, ten pan się ze mnie wyśmiewa!". No to nie zwracaj uwagi. "Mamo! Ten pan we mnie wjechał! Specjalnie!!!". Stanęłam na chwilę (dłuższą) przy bandzie i poobserwowałam "tego pana".

Żaden "pan", tylko gówniarz 16-17 lat. Znajdujący niepojętą uciechę w przeszkadzaniu na lodowisku najmłodszym jego użytkownikom. Zajeżdżał drogę, efektownie hamował tuż przed "wybranym" dzieckiem, dogadywał jadąc tuż obok - głównym przesłaniem jego docinków było: "co się pchasz no lodowisko, jak nie umiesz jeździć!". Oj, chłopczyku kolorowy, tak to my się bawić nie będziemy... Poobserwowałam jeszcze chwilę i już wiedziałam - owszem, jeździł o wiele lepiej od mojego dziecka. Ale o wiele gorzej ode mnie.

Wróciłam do jazdy. Tuż obok "tego pana". A repertuar złośliwości miałam o wiele szerszy od niego. Zajeżdżanie drogi jest tak banalne, że pokusiłam się o nie chyba tylko raz (no może dwa...), oprócz tego było symulowanie ewolucji, które byłyby zbieżne z jego torem jazdy, ale jakoś tak nie zostały jednak wykonane, jazda tuż przed nim z żółwią prędkością, która zadziwiająco wzrastała, gdy usiłował mnie wyprzedzić i kilka innych trików, które chyba go zdenerwowały, bo w końcu zdecydował się wyrazić swoje niezadowolenie słownie.

- Ej! Przeszkadzasz mi jeździć!

- Och, przepraszam, nie zauważyłam że jeździsz. Nie zwracam uwagi na ludzi miotających się bez sensu po lodowisku.

Nie załapał.

- Jak jesteś ślepa, to nie wychodź na taflę! Ja tu próbuję jeździć!

- To może byś popróbował gdzie indziej? Jakaś kałuża przed domem czy coś takiego... Po co się pchasz na lodowisko, jak nie umiesz jeździć?

Tym razem zatrybił, ale to chyba tylko dlatego, że Młoda przejeżdżając obok pomachała mi radośnie. Nadął się, zagulgotał prawie jak indyk i wypalił:

- Mamuśka ty się tu nie wymądrzaj, tylko o dziecko zadbaj!

Uśmiech w stylu jadowita żmija + rekin tuż przed capnięciem zdobyczy. I grzeczna odpowiedź:

- Ależ zajmuję się. W najlepszy możliwy sposób, czyli neutralizując jedyne zagrożenie, z jakim się tutaj spotkała. Czyli ciebie.

Chyba miał dość. Ale ja nie. Tak, byłam wredna i "przylepiłam się" do niego aż do końca rundy na lodowisku. Już nawet nie musiałam nic robić, sama świadomość, że jestem tuż obok spowodowała, że cały entuzjazm do jazdy (hmmm... do przeszkadzania innym w jeździe?) z niego wyparował.

No, wredna i piekielna mamuśka ze mnie...

lodowisko

by Xynthia

Mam dziadka. Dziadek ma działkę i nadmiar wolnego czasu. Efektem tego na działce ma m.in. drzewka owocowe. Drzewo jak to drzewo - jest wyższe nieco od krzaka, do jego obsługi potrzebna jest więc drabina. I miał mój dziadek taką, używał jej od lat 70'. Drzewo jednak ma to do siebie, że rośnie - w przeciwieństwie do drabiny.

No i przychodzi któregoś dnia (jesienią) dziadek na obiad i kuśtyka. Mama zaczęła więc go przesłuchiwać i po 15 minutach zadawania krzyżowych pytań i wysłuchiwania wymijających odpowiedzi dowiedziała się prawdy:

(teraz proszę usiąść i złapać się za głowę)

Drabina była za krótka, więc dziadek dosztukował do niej dwie listewki (całkiem dobre listewki, które ktoś zupełnie głupio wywalił na śmietnik), przy pomocy sznurka (takiego konopnego, co tam w szufladzie leżał) i tak tej drabiny używał. Ale chyba związał za lekko, bo ja stanął na górze tej drabiny, to to łączenie się rozwiązało, drabina poleciała, a dziadek został uczepiony gałęzi. I tak wisiał. Póki nie spadł. A jak spadł, to teraz kuśtyka.

Po tym jak pierwsza fala żywej reakcji mojej mamy przeszła, a środki uspokajające zaczęły działać i mój wujek przestał w krótkich, żołnierskich słowach wyrażać swoją opinię nt. drabin, wiśni i jabłonek, doszliśmy wszyscy do porozumienia.

Ojciec pojedzie z dziadkiem na pogotowie zobaczyć, czy NA PEWNO nic mu się nie stało, a ja kupię mu drabinę.

Żeby było ciekawiej - faktycznie dziadkowi nic się nie stało, tylko się potłukł.

No to kupiłam - aluminiową, lekką (tak, że mogłam ją nieść jedną ręką), składającą się z trzech elementów, które można było dowolnie zestawiać, z zapięciami, żeby jak się te elementy zestawi, to konstrukcja była stabilna.

Pojechałam też na działkę i zabrałam starą drabinę z przywiązaną jedną listewką boazeryjną. I wszystkim nam się wydawało, że sprawa drabiny jest załatwiona. Do wczoraj.

…(werble)...

Jako że jestem jedyną osobą, która ma auto terenowe w rodzinie, oddelegowano mnie do odebrania dziadka z działki. Dziadek tam sobie chodzi pieszo.

No i ja przyjeżdżam i patrzę co dziadek robi - a on przycina drzewka. Stojąc na drabinie. Nie - nie na drabinie - na 1/3 drabiny aluminiowej, przedłużonej przywiązanymi do niej jakimiś patykami.

Powtórzyłam sobie trzy razy, że jestem białą lilią spokoju na falującej tafli urfa jeziora spokoju i pytam się go, co robi.

No drzewa przycina, bo już czas. No to widzę, ale dlaczego na 1/3 drabiny? Dlaczego sobie nie zestawił dziadzio dwóch elementów i nie zabezpieczył ich na te zapięcia, jak dziadziowi pokazałam? Tylko tak sztucznie drabinę przedłuża.

No bo:

- 1/3 drabiny jest w garażu. Dziadzio sobie nią wychodzi na dach garażu i zamiata. Ten dach garażu. Żeby był czysty.
- 1/3 drabiny jest w mieszkaniu. Bo dziadziowi wygodniej wyciągać rzeczy z szafek niż ze stołka. Dziadzio zabezpieczył górę drabiny dwiema skarpetkami, żeby nie porysować mebli na wysoki połysk, o które opiera 1/3 drabiny.
- no i 1/3 jest na działce, ale jest za krótka, żeby z niej obsługiwać drzewa, to se dziadzio dosztukował na długość.

!

A komórkę trzyma w domu w krysztale, bo nie chce żeby go inwigilowali. No i co z tego, że jak spadnie, to umrze. To będzie spokój.

I gadaj tu z nim.

by takatamtala

Przyjdź do biznesowej kawiarni z dzieckiem, wywal cyca do karmienia, i miej pretensję do obsługi, że ludzie (klienci) są nietolerancyjni i przeprowadzając spotkania biznesowe niekoniecznie chcą patrzeć na twoje nabrzmiałe od mleka cycki. Awanturuj się że jesteś "matką" i masz przywilej, i prawo karmić gdzie i kiedy chcesz, olej fakt, że łazienka jest na tyle obszerna i przystosowana, że tam na spokojnie można karmić.

Ps. W miarę stała klientka, pielęgnująca na siłę wśród personelu i ludzi kult "madki polki karmiącej". Jezu.. nie polecam.

ps2. Jak się dziecku "ulało" na tapicerkę, to oczywiście winnych nie było. Niech się bariści z mlecznym rzygiem zmagają...

by RudaRakieta

Mój kuzyn, ma skład materiałów budowlanych. Ponieważ codziennie ma do czynienia z ludźmi, piekielnych historii mu nie brakuje. Dziś opiszę kilka, które od niego usłyszałem i zapadły mi w pamięć.

Krzysiek jest uczciwy i tego samego oczekuje od swoich pracowników. Płaci w ustalonym terminie ustaloną wypłatę co do grosza, i oczekuje za to sumiennej pracy. Każdemu już na rozmowie o pracę powtarza, że nie toleruje cwaniactwa, oszukiwania i jakiegokolwiek okradania. Jak komuś coś w pracy u niego nie pasuje, to niech przyjdzie porozmawiać, może się uda dogadać.

Wszystkie auta z jego firmy tankują na pobliskiej stacji paliw. Krzysiek zna właściciela, dogadał się o jakiś tam rabat. Pewnego dnia dostał telefon od znajomego, że jest właśnie na tej stacji paliw, i jedna z ciężarówek Krzyśka tankowała się (ciężarówki są oklejone logiem firmy), podjechała do niej osobówka, kierowca ciężarówki wlał do niej też trochę paliwa, po czym osobówka odjechała. Tak- jeden z kierowców Krzyśka w biały dzień kradł paliwo na stacji oddalonej o kilka km od firmy. Krzysiek podziękował za informację, po czym zadzwonił do właściciela stacji z prośbą o nagranie z monitoringu. Dostał je bez problemu. Następnego dnia zaprosił do biura owego kierowcę, pokazał mu nagranie, po czym dał kartkę i długopis w celu napisania podania o rozwiązanie umowy o pracę.

Kierowca zaczął się zarzekać, że to pierwszy raz, i że tylko 20 litrów wlał żonie do osobówki, żeby do pracy miała na czym jeździć. Krzysiek powiedział, że go to nie interesuje, który raz, ile i po co, bo kradzież to kradzież, a mówił przecież już na samym początku, że nie toleruje kradzieży. Następnie kierowca-złodziej przyjął bardziej agresywną linię obrony- zaczął krzyczeć, że za taką sumę jaką Krzysiek mu płaci, to on nie jest w stanie utrzymać rodziny, i że Krzysiek nie wie jak to jest, bo on się o pieniądze nie martwi itd. Krzysiek odpowiedział mu tylko coś w stylu "No cóż, to teraz będziesz mógł znaleźć dobrze płatną pracę. A swoją drogą- skoro tak u mnie źle, to czemu tyle czasu siedziałeś? Przecież na łańcuchu Cię nie trzymam." Koleś nie odpowiedział nic.

Innym razem z warsztatu zginął zestaw kluczy, nic specjalnego, nowy wart ok. 200 pln. Złodziej jednak zapomniał o jednym "szczególe"- monitoringu. Co prawda kamery pod warsztatem sprytnie uniknął (przez co ujawnił się błąd w zainstalowaniu monitoringu), ale złapała go inna, nieco oddalona. Złodziejem okazał się jeden z pracowników. Po okazaniu mu nagrania z monitoringu spalił buraka, zaczął przepraszać i zarzekać się, że to się więcej nie powtórzy. Usłyszał jednak to samo co ten od kradzieży paliwa. Następnie powiedział, że on ma gdzieś, i on żadnego podania nie pisze. Krzysiek mu odpowiedział, że ok, że chciał mu pójść na rękę i nie wpierdzielać mu dyscyplinarki, ale skoro on woli... Po tych słowach koleś podobno pisał podanie w takim tempie, jakby wypracowanie na przerwie spisywał. :)

Na tym jednak nie koniec piekielności związanych z tym pracownikiem, a raczej to był ich początek. Koleś w ramach zemsty zaczął Krzyśkowi nasyłać kontrole z różnych instytucji. Czyli reasumując- został ewidentnie przyłapany na kradzieży, kuzyn poszedł mu na rękę, pozwalając aby zwolnił się sam, a nie został zwolniony dyscyplinarnie, a on w ramach "podziękowania" nasyłał mu kontrole. Krzysiek wtedy powiedział wprost, że "ostatni raz zlitował się nad jakąś łajzą".

Inny kierowca przejeżdżając ciężarówką obok swojego domu wstąpił do niego na chwilę. Jego dzieciaki wskoczyły do kabiny. "Rozsądny" tatuś zostawił je w środku same i poszedł po coś do domu. Któryś z dzieciaków spuścił hamulec postojowy, drugi drążek od zmiany biegów ustawił na luz- ciężarówka stoczyła się na stodołę. Ponieważ ciężarówka nie zdążyła się rozpędzić, skończyło się tylko na kilku obtarciach kabiny. A teraz pomyślcie- jakby któryś z dzieciaków w panice wyskoczył z kabiny, potknął się i wpadł pod koła? Albo jakby któreś z nich stało akurat pod tą stodołą i nie zdążyło odskoczyć na bok?

Krzysiek kiedyś spotkał jednego z pracujących u niego kierowców ciężarówek tuż przed wyjazdem ze składu. Zauważył, że facet coś źle wygląda, a kiedy podszedł blisko poczuł od niego alko. Okazało się, że koleś wieczór wcześniej był u sąsiada na imieninach, gdzie grzał ostro wódę blisko do północy, a następnego dnia na 7. rano przyjechał swoją osobówką ok. 15 km do roboty, a następnie planował jeździć ciężarówką. Krzysiek kazał mu spieprzać do domu i trzeźwieć, z tym że ma sobie załatwić jakąś podwózkę, bo jak zobaczy, że wsiada za kierownicę sam, to od razu dzwoni po policję. Powiedział mu też, ze jak jeszcze raz przyjdzie w takim stanie do pracy, to z miejsca wylatuje. Poza tym jeszcze tego samego dnia kupił alkomat, i od tamtej pory robi wyrywkowe kontrole trzeźwości swoim pracownikom.

Krzysiek złapał kiedyś dobrego klienta- budowa jakiegoś zakładu produkcyjnego. Była to jednak budowa z prawdziwego zdarzenia z restrykcyjnym BHPowcem, który ścigał wszystkich za nieprzestrzeganie regulaminu. Jednym z jego punktów był kategoryczny zakaz palenia papierosów z wyjątkiem wyznaczonych do tego miejsc ( podobno była jakaś budka na placu budowy z tabliczką "palarnia"). Jeden z kierowców Krzyśka olał ten punkt regulaminu, i został złapany przez wspomnianego wcześniej BHPowca, który solidnie go ochrzanił za to. Jako że był to pierwszy raz, skończyło się jedynie na tym ochrzanie. 2 dni później, ten sam kierowca, znowu złapany z kiepem w zębach. W dodatku nie miał założonego kasku, co było wymagane przez wyżej wspomniany regulamin.

BHPowiec mocno się wkurzył i kazał kierowcy wyjeżdżać z placu budowy. Następnie poszedł, poskarżył komu trzeba, i Krzysiek dostał telefon, że w związku z dwukrotnym złamaniem regulaminu obowiązującego na placu budowy, i to w tak krótkim czasie, wykonawca rezygnuje ze współpracy z jego firmą. Kierowca, przez którego to się stało w ogóle nie widział w tym swojej winy, i twierdził, że robią z igły widły, i że co komu przeszkadzało, że on sobie papieroska zapalił. Na pytanie co jemu przeszkadzało, żeby wytrzymać trochę bez fajka, albo iść do tej wyznaczonej palarni, już podobno nie odpowiedział.

Jak przypomnę sobie inne historie, i o ile te się spodobają, to dopiszę. :)

skład budowlany

by ~BlackEnergy

Długo tu nie zaglądałem - w sumie nie było o czym pisać

Tym razem o szczycie "Kalinizmu" (tego od Kalego i kradzieży krowy), albo o mrocznej stronie solidarności jajników ...

Samego bohatera opowieści miałem okazję poznać, historię usłyszałem od wspólnych znajomych.

Bohater tej historii jest singlem - nie stetryczałym starym kawalerem z problemami, ale "wzorcowym" singlem z dobrym zawodem, dobrymi zarobkami i jak mam zwyczaj takich ludzi określać - pieniądze go lubią.

Jak to czasami bywa jak ktoś ma szczęście do pieniędzy, to niekoniecznie w związkach, to w związku z tym od paru lat facet wiedzie radosny żywot singla - nie ma zobowiązań, to stać go na fajny samochód (nie jeden), inwestowanie w siebie i realizację różnej maści zachcianek.
Jeden z koleżanek jegomościa nie pasowało chyba, że "takie ciacho się marnuje" i postawiła go wyswatać z jakąś swoją koleżanką.

Wszystko szło pięknie-cudnie do momentu kiedy facet się zorientował, że dziewczyna ma jakieś dziwne wahania nastrojów.
Jako, że gość parę razy się już sparzył w związkach, to postanowił posprawdzać czy rzeczywiście coś jest na rzeczy czy to może on jest przewrażliwiony.

Niestety wyszło, że jest - dziewczyna była po takich doświadczeniach, że dla paru ludzi by starczyło. Były mąż zostawił ją w ciąży z zaje...tym długiem, dziewczyna ze stresu straciła dziecko, do tego doszło jeszcze parę innych rzeczy, co za skutkowało próbą samobójczą i dziewczyna cały czas jest pod opieką psychiatryczną.

Gość się z dziewczyną rozmówił (rozstali się) w trakcie rozmowy wyszło, że to ich wspólna znajoma "zabroniła jej" mówić o swojej przeszłości, argumentując - taki fajny facet, chcesz go od razu wystraszyć. Gość się wk... pojechał do tej wspólnej znajomej i zapytał się wprost - co on jej takiego zrobił, że chciało go na taką życiową minę wsadzić.

Jak z przekazu usłyszałem jaką argumentacją posłużyła się znajoma gościa to..., można kompletnie stracić wiarę w ludzi.
Facet usłyszał że jest świnią, gdyż "dziewczyna po takich przejściach, a ty też ją kopnąłeś, ona też ma prawo do szczęścia".

Na pytanie (co prawda retoryczne, albo z grupy tych, na które nie można logicznie odpowiedzieć) - czemu to szczęście ma być jego kosztem, i jak tak dba o szczęście koleżanki, to czemu nie poznała go z własnym bratem, który też jest singlem - z rozbrajającą szczerością odpowiedziała "po co mi w rodzinie osoba z takimi problemami".

by Vege

WF - teoretycznie rozumiem, czemu istnieje ten przedmiot. Wiadomo, zdrowo jest, by każde dziecko od czasu do czasu się trochę poruszało, szczególnie, że niektórym nie chce się tego robić po szkole. Ale nie rozumiem dwóch rzeczy: po pierwsze, czemu WF jest na normalną ocenę, a po drugie, czemu tak duży nacisk na nim kładzie się na gry zespołowe?

Gdy na w-fie mieliśmy zajęcia typu aerobik, bieganie, siłownia czy inne tego typu, radziłam sobie całkiem nieźle. Nie byłam i do tej pory nie jestem wybitną sportsmenką, ale dostawałam 3, 4, sporadycznie nawet jakąś 5. Ale w grach zespołowych zawsze byłam... zła. Po prostu zła. Nie radziłam sobie zupełnie.

Gdy graliśmy w koszykówkę, nie umiałam trafić do kosza. Czasem mi się to udawało podczas ćwiczeń (wiecie, gdy np. każdy musi wykonać dwutakt, ustawia się kolejeczka do kosza i wtedy się rzuca), ale podczas zwykłej gry - nie wiem, może to od stresu, może od czegoś innego - nie udawało mi się nigdy. Podczas grania w siatkówkę, gdy musiałam wykonać zagrywkę, piłka NIGDY nie przelatywała mi przez siatkę - nie wiem czemu, ale nie umiałam wykonać dostatecznie mocnego uderzenia, piłka leciała o wiele za nisko i trafiała w środek siatki. W innych grach też słabo sobie radziłam, ale w inne gry grało się rzadko. A tak to, niezależnie od szkoły, w kółko koszykówka-siatkówka-koszykówka-siatkówka.

To, że dostawałam słabe oceny np. za zagrywkę na ocenę, średnio mnie ruszało. Ale ruszało mnie to, że przez swoje beznadziejne umiejętności byłam wyśmiewana. Nikt (nawet przyjaciółki, chociaż one akurat się nie śmiały) nie chciał mnie mieć w drużynie. Byłam wybierana zawsze na końcu, a drużyna, która musiała mnie przyjąć, była... bardzo średnio zadowolona. Po jakimś czasie uczono się, że najlepiej udawać, że mnie wcale nie ma w drużynie. Np. podczas gry w kosza nikt mi raczej nie podawał piłki, chyba że naprawdę nie dało się dorzucić do nikogo innego z drużyny. Zwykle, nawet gdy udało mi się tę piłkę złapać (co należało do rzadkości) to szybko ją traciłam - ktoś z przeciwnej drużyny mi odbierał, albo sama mi "uciekała", bo w kozłowaniu też byłam kiepska (umiałam kozłować podczas chodu, podczas biegu - niekoniecznie).

W szkole podstawowej i gimnazjum przynajmniej się starałam. Naprawdę PRÓBOWAŁAM "dać z siebie wszystko" i jakoś poprawić swoje umiejętności. W liceum przestało mi się chcieć. I tak nie przynosiło to żadnych efektów, więc obrałam inną taktykę - przestałam się starać. Podczas gry w kosza stawałam gdzieś z boku i udawałam, że mnie nie ma. Podczas siatkówki, gdy piłka leciała w moją stronę, robiłam unik, by nie dostać po łbie. Miałam za to obniżoną ocenę z zachowania na w-fie, ale przynajmniej po jakimś czasie takiego "bojkotu" nauczycielka doszła do wniosku, że przestanie mnie wystawiać do gry - zostałam sędzią, co całkiem lubiłam, ale ocenę i tak miałam zaniżoną.

Chociaż skończyłam szkołę dobre pięć lat temu, to do tej pory się wzdrygam, przypominając sobie szkolny w-f. O wiele bardziej podobał mi się ten przedmiot na studiach, gdzie po prostu każdy wybierał co chce robić - ja akurat chodziłam na pływanie. Nie rozumiem czemu w szkole tak bardzo wałkuje się tę siatkówkę i koszykówkę (u chłopaków jeszcze piłkę nożną, my, dziewczyny, akurat grałyśmy w nią rzadko). Nie każdy musi i chce mieć umiejętności w tych dziedzinach.

szkoła

by ~Aneta10

Urodziny dla dzieci na kręgielni. Super sprawa, co? Niestety, nie dla wszystkich.

Poszliśmy z kobietą pograć. Przez pierwsze 5 minut było fajnie, po czym na torze obok zaczęły się urodziny. Dwoje opiekunów (chyba rodzice) i około ośmioro małp. Przepraszam, dzieci oczywiście, ale ich zachowanie sugerowało co innego.

Na początku niesamowite doznania słuchowe. Nie wiem, czy dzieci nie potrafią mówić? Potrafią tylko krzyczeć i piszczeć? Jazgot był niesamowity, wręcz paraliżujący. Ekipa budowlana z młotami pneumatycznymi i wiertarkami udarowymi nie narobiłaby takiego hałasu jak te bachory. Oczywiście opiekunowie nie pomyśleli, żeby je uciszyć. Rodzice też widocznie nie wpoili im zasad kultury i zachowania w miejscach publicznych. Potem jednak było znacznie gorzej...

Otóż "dzieci" zaczęły "grać".

Torów było 7, "dzieci" "grały" na jednym, ale były wszędzie. Biegały, skakały, szalały i nadal wrzeszczały niczym wspomniane na początku małpy. Biorę zamach przed rzutem, a tu sru - przebiega gówniak przede mną, znaczy między mną a torem. Biegały też po samych torach i zabierały bez pytania kule innym graczom, z innych torów. Opiekunowie i obsługa kręgielni nadal zero reakcji.

Największą piekielnością jest to, że przez te niewychowane małpiszony i niepoczuwających się do jakiegokolwiek zapanowania nad tym zwierzyńcem dorosłych, ja, moja kobieta i kilkoro innych osób miało męczarnię i katusze zamiast miłej zabawy. Piekielne jest też to, że rodzice nie nauczyli swoich "pociech" jak należy się zachowywać, też byłem dzieckiem i nie przypominam sobie bym ja lub ktokolwiek z moich rówieśników tak się zachowywał.

Mała rada dla was, a nauczka dla nas - jak idziecie na kręgle to zapytajcie, czy przypadkiem tego dnia i o tej godzinie nie ma tam przypadkiem urodzin dla dzieci.

dzieci

by ~SKK

Pomimo zaawansowanego wieku mam prawo jazdy od zaledwie trzech lat. Tak wyszło.

Jeżdżę sobie różnie, raz lepiej raz gorzej, w mieście przeważnie boję się panicznie, żeby nie zrobić komuś krzywdy, na autostradzie włącza mi się „tryb nieśmiertelności” zatem jadę „szybko i bezpiecznie”, ot taki przeciętniak w dieslu 2,0, 143 KM.
3 lata bez wypadku i bez mandatu.

Popełniam błędy i robię dziwne rzeczy. Czego NIGDY nie zrobię?

Nie wsiądę za kółko po alkoholu. Żadnym, po żadnym "łyku", nawet najmniejszym. Nawet nie przestawię auta z miejsca na miejsce. Bo chodzi o "granicę, której przekroczyć nie wolno".

Teoretycznie do 0,5 to jest wykroczenie ale mnie nie chodzi o 0,5 tylko o zasadę – o łamanie granic. Bo skoro mogę jechać po pół butelki piwa to czemu nie po całym? A skoro nie po całym, to czemu nie po dwóch? A skoro po dwóch to czemu nie po pół litra? Rozumiecie – przekroczenie granic. Nie przekroczę.

No i co?

Impreza w gronie znajomych. Jadę samochodem z dwiema opcjami – będę kierowcą rozwożącym i nie piję / nie będę kierowcą – zostawiam auto pod domem znajomych i piję.

- No odwieź mnie, przecież jesteś samochodem.
- Tak, przyjechałam samochodem i pytałam trzy razy, czy będę kogoś odwozić. Odpowiedź była, że nie, zatem oznajmiłam wszem i wobec, że samochód tu zostaje, ja wracam taksówką, a po auto przyjadę jutro wieczorem.
- Przecież wypiłaś do tej pory tylko dwa piwa, widziałem!
- O dwa za dużo. Nie pojadę i nie proś.
- Niekoleżeńska jesteś, to daj samochód Markowi, on nas odwiezie.
- Sorry, ale nie. Marek wypił więcej, niż ja.
- No i co z tego? On jest trzeźwy!

Impreza integracyjna (na szczęście już tam nie pracuję!).
Przyjechałam samochodem od razu z zamiarem zostawienia go pod biurem do soboty. Nikt nie widział, że przyjeżdżam autem, bo zaparkowałam z dala od miejsca imprezy (biuro i knajpa w tym samym budynku, na różnych piętrach) – tak przynajmniej sądziłam, że nikt nie widział).

- Katsssseee... n.. odwieśśś szefa do domkuuu... ale jusssssss... ha ha ha.
- Pseprassssam szefffffie, ale wypiłłłłam.....ha ha ha.
- No to soooo? Odwieśśś, bo jutro poszukasz nowej prasssyyy ha ha ha.
(Coś zaczyna przeświecać przez opary alkoholu).
- Szefie, zamówię panu Ubera, na mój koszt, zawiezie pana, OK?
- Jakiego ssssnowósz Ubera??? Odwieśśś mnie ty, ale jussss!!!

Dla odmiany impreza rodzinna. Ustalam z rodzicami – przyjeżdżam autem, ale ponieważ śpię u nich, mogę wypić. Rano badanie alkomatem (posiadam) i wracam, jak będę mogła.

- Ciociu, taksówkę cioci zamawiam.
- Że co?? Że ja płacić mam? A czy wasza Katzen nie ma czasem prawka i auta pod domem???
- Katzen piła alkohol, nie pojedzie.
- No to co, że piła? Ile tam ona wypiła? Piwek parę! Mój Gieniuś po takiej ilości to w trasę jeździ, a o ile ma większy wóz niż ona!

Mój skromny przyczynek w temacie tolerancji dla pijanych kierowców.

pijani kierowcy

by KatzenKratzen

Mieszkam i pracuję na Wyspach.

Firma, w której pracuję zajmuje się projektowaniem urządzeń do fabryk samochodowych, procesu produkcji itd. Pracuję tam już około 7 lat, nie mogę narzekać. Kilka osób przyszło, kilka odeszło. Historia będzie o piekielnym pracowniku, z ostatniego naboru.

To gówniarz. Ma 22 lata, zaraz po szkole. Przyszedł, posłuchał rad starszych, zadawał pytania, w sumie geniuszem nie jest, ale sobie radził. Popracował 6 miesięcy, dostał stały kontrakt. Ochota do roboty trochę mu przeszła, zaczęło się 25-minutowe siedzenie w kiblu kilka razy dziennie, nic to, nie tylko on to robi, da się wytrzymać.

Pewnego razu wybrał się chłop na wakacje na Karaiby. Żeby nie przepłacać, pojechał na Dominikanę, tanio podobno i też fajnie. Może i tak jest, ale kiedy wrócił, okazało się, że stracił 15 kilo przez rzyganie i sranie, bo złapał jakiegoś bakcyla i trzymało go przez 3 tygodnie. Facet normalnie ważył 75 kilo i przy prawie 2m wzrostu przypominał bardziej stracha na wróble, wyobraźcie sobie jak wyglądał gdy ważył 60 kilo.

Poszedł do lekarza, sprawdzili mu flaki, wyszło że zapalenie ma jakieś. Wszyscy współczuliśmy, bo nie jesteśmy psycholami. Poszedł do szefowej, ona ludzka kobitka, pozwoliła mu jeść przy pracy coby trochę ciała odzyskać, on ścisła dieta, kurczak, ryż, KMINEK (słoik na tydzień, jak to pachnie to wiecie). I się zaczęło.

W ciągu miesiąca odzyskał trochę wagi, po dwóch miesiącach wyglądał prawie normalnie, po trzech zupełnie normalnie. Zaczęły się Happy Meale z Maca, naprzemiennie z ze zdrowym ryżykiem i kurczaczkiem, 3 razy dziennie. Wiecie jak bardzo rozprasza osoba jedząca jedzenie z mikrofali w cichym, niewielkim biurze? BARDZO. Zawłaszcza mnie. 3 razy dziennie, cały rytuał. Wstaje. Idzie do lodówki. Wyciąga kurczaczka, deseczkę, kroi kurczaczka, bo przecież nie będzie się wysilał i gryzł, dodaje do ryżyku, ciap, ciap, miesza dokładnie, bardzo, bardzo dokładnie. I do mikrofali. Na minutę, potem wstaje i idzie zamieszać. Kolejna minuta. Potem niesie to do biurka, dodaje kminku (zapach skarpetek po wuefie - tak to dla mnie pachnie), ciap, ciap trzeba pomieszać.

I je. Powolutku, widelec, nożyk, niby pracuje (telekinetyczne oczywiście, bo obie rączki zajęte), troszkę na telefon spoziera i je. Oczywiście niemiłosiernie zgrzytając tymi sztućcami o talerz (NIENAWIDZĘ tego dźwięku). I je z otwartą gębą. Mam ochotę go zabić. 3 razy dziennie. A już totalne walenie w ch*ja to to, że gość robi sobie przerwy o 12:30 na jedzonko (o 13:00 mamy 30 min przerwy), o 13:25 wstaje i przygotowuje sobie kolejne jedzonko i je do 14:00-14:10, a potem o 16:25 kiedy o 17 kończymy robotę. Każdy posiłek trzeba popić, najlepiej wodą. Z butelki. Plastikowej. Pomiętej. I zamiast przechylić ją i poczekać aż woda wleci do gęby to on SSIE. A butelka strzela.

Mówiłem mu 5 razy żeby tego nie robił, dzisiaj kiedy znowu zaczął pić, po moim komentarzu obruszył się, że przecież on nic nie poradzi bo tak jest jak się wysysa wodę z plastikowej butelki. Bez słowa poszedłem do szafki i wyciągnąłem szklankę i walnąłem ją przed nim na blat. Chyba zrozumiał że są inne sposoby picia. Tzn. lobie tak myśleć. Bo pewnie zrobi to znowu jutro.

A my mamy zapie*dol i nadgodziny, bo gówniarz odkrył pomysł na to jak się nie narobić.

biuro

by Betelgeuse