piekielni.pl

Pokaż menu
Szukaj

Top

O kierowcach, którzy po dobrej i prostej szosie poza terenem zabudowanym jadą 70 km/h bo więcej się boją...

Wielu czytelników takiego serwisu bierze takich kierowców w obronę, mówiąc że jadą z taką prędkością, bo prowadzą bezpiecznie. Otóż nie, nie prowadzą bezpiecznie. Strach przed jazdą 90 km/h to tylko jeden z objawów braku umiejętności, który może objawić się w kryzysowej sytuacji także przy prędkości 60 km/h. Z poważnym skutkiem.

Moja ciotka ze strony ojca jest właśnie takim kierowcą. Mówi że "pyrka sobie sześcdziesiątką", bo więcej nie umie i zawsze jakoś dojedzie.
Jakiś czas temu ciotka jechała dwupasmową drogą szybkiego ruchu. 60 km/h. Na szczęście prawym pasem. Pewnym momencie silny poryw wiatru przewrócił pustą naczepę, która zatarasowała drogę (oba pasy w poprzek, awaryjny nie). Kilka samochodów jadących lewym pasem znacznie szybciej (może i 120 km/h, bo tyle tam wolno) zdążyło wyhamować przed powaloną naczepą. Ciotka nie, mimo że hamowała z tylko z 60 km/h. Zagapiła się, zareagowała bardzo późno, przywaliła w wyhamowany samochód stojący przed blokadą drogi. Zamknęła oczy i hamowała. Jakby wiedziała że nie zdąży wyhamować, mogła odbić w prawo, zmieściłaby się pasem awaryjnym. Ale nie patrzyła, nie myślała, brak odruchów.

Morał z tego taki, że jak ktoś wie, że mu brakuje umiejętności by jechać 90 km/h, to żeby jechać 60 km/h też mu brakuje umiejętności, tylko o tym nie wie.

kierowcy

by Wuadek

O tym jak aplikowałem na stanowisko lektora języka angielskiego w pewnej "szkole językowej".

Skończyłem filologię i postanowiłem poszukać pracy związanej. Trafiłem na rozmowę do czegoś, co nazywało się błędnie szkołą językową. Dlaczego błędnie? Wyjaśnię pod koniec.

Przychodzę, wita mnie wytapetowana i bardzo lubiąca solarium pani, zadaje kilka standardowych pytań, po czym daje do rozwiązania test ze znajomości języka. Tu pierwszy raz zadałem sobie pytanie - gdzie jestem? Na rozmowie o pracę, czy na lekcji w gimnazjum? Pytanie stąd, że test był na poziomie gimnazjum. Rozwiązałem go w 5 minut, z wynikiem 100%. Następnie pani zajrzała do mojego CV i mówi:
- Napisał pan, że interesuje się historią. Konkretniej?
- XX wiek, Polska i Europa.
- To proszę mi powiedzieć od czego zaczęła się druga wojna światowa.
- Od prowokacji gliwickiej [tu opisuję pokrótce].
- Dobrze - cieszy się pani - większość mówi, że od ataku na Westerplatte. Dobrze!
Myślę sobie - o, znowu w szkole jesteśmy? No ale ok... Zrobiłem pozytywne wrażenie, może być tylko lepiej. A tu niespodzianka. Pani wyciąga mikrofon.
- Będziemy śpiewać?
- Nie. Wylosuje pan temat, na który się pan będzie wypowiadał przez dwie minuty. Nagranie przeanalizuje nasz metodyk i podejmie decyzję.

No dobra. Losuję karteczkę i... "Co lubisz robić w wakacje?" Serio? W liceum i na studiach dyskutowaliśmy o polityce, religii, gospodarce, mówiliśmy po angielsku równie swobodnie jak po polsku, a ona mi teraz każe przez dwie minuty mówić na temat rodem z drugiej klasy podstawówki, który wyczerpuje się w 20 sekund? No nic, próbuję. Tak jak spodziewałem, wyczerpałem temat w niecałe pół minuty. Pani niezadowolona:
- Przecież pan nie zna angielskiego!
- Znam. Ogólnie to byłem przygotowany na to, że cała rozmowa będzie po angielsku i będziemy rozmawiać o czymś bardziej sensownym niż co lubię robić w wakacje.
- Jak pan chce rozmawiać po angielsku, jak pan nie zna angielskiego?! - prychnęła nerwowo.
- No to spróbujmy.
- Nie! - krzyknęła - Pan nie zna angielskiego!
- Skoro tak pani mówi...

Kto nie zna, ten nie zna, ale to ja chciałem rozmawiać po angielsku, a ona nie. Minęło kilka sekund, ochłonęła trochę i mówi:
- MIMO WSZYSTKO wyślę nagranie do metodyka.
O dzięki ci za łaskę. Wiedziałem już, że mnie nie przyjmą, a i mnie zmalała ochota na pracę u nich, ale chciałem pociągnąć tę farsę do końca.
- Proszę mi powiedzieć, jak wygląda praca u państwa? - pytam.
Spodziewałem się tego, co w każdej szkole językowej, czyli grupy, plany zajęć, itd. O ja naiwny.

Tutaj się zbliżamy do tego, dlaczego firma ta była szkołą językową tylko z nazwy. Otóż praca polegała na tym, że oni znajdują mi klienta na terenie całego województwa, ja do niego jadę, on im płaci, a oni za godzinę lekcyjną płacą mi 20 zł. Czyli takie pośrednictwo przy korepetycjach.
- Jak mam dojeżdżać do klienta?
- Ma pan samochód - stwierdziła pani.
- Na jakiej zasadzie są rozliczane zwroty za paliwo?
- Nie ma zwrotów.
- Czyli państwo znajdują mi klienta w dowolnym miejscu na terenie województwa, ja mam do niego jechać i wrócić na własny koszt, a państwo mi zapłacą 20 zł za godzinę lekcyjną?
- Tak to u nas wygląda.
- To nie musi pani wysyłać tego nagrania do metodyka.

Pani prychnęła, ja wyszedłem.

szkoła praca

by ~MXM

Od czasu do czasu sprzedaje jakieś drobiazgi na eBayu.

W połowie sierpnia jakaś babka kupiła ode mnie sukienkę na eBayu. Czekałam ok. 10 dni na wpłatę, potem zaczęłam jej przypominać o zaległej płatności. Wymówek miała wiele, a to była w szpitalu, a to na urlopie, a to wypłata jej się spóźniała. Po kilku grzecznych mailach zgłosiłam eBayowi brak wpłaty i po kilku dniach poprosiłam o zwrot prowizji, który otrzymałam, a klientka dostała ostrzeżenie. Wysłała mi bardzo nieprzyjemnego maila z pretensjami i kłamstwem, że pieniądze przelała. Olałam to.

Kobieta kilka dnia później kupiła przez Kup Teraz inny przedmiot, zapłaciła natychmiast przez PayPala, a ja, jak Pan Bóg przykazał, wysłałam następnego dnia. Kilka dni później zgłosiła eBayowi, że chce oddać przedmiot, bo ma plamy. Jako osoba ugodowa zaakceptowałam zwrot, wysłałam dane do zwrotu i tyle. W mailu od eBaya dostałam info, że po otrzymaniu przesyłki jestem zobowiązana zwrócić klientce wszelkie poniesione koszty. Klientka prawdopodobnie dostała podobnego maila, gdyż zaczęła wypisywać do mnie wulgarne maila typu "najpierw oddaj kasę, to ci wyślę sukienkę, debilko" lub "odpisz, oszustko" "oddawaj kasę, naciągaczko".

Witki mi opadły jak po pracy przeczytałam te wiadomości, więc, że sprawa była groszowa, oddałam jej pieniądze i poprosiłam, aby więcej się ze mną nie kontaktowała. Końcem końców wygrała, miała towar, którego wadliwości nie mogłam zweryfikować i zwrot pieniędzy.Koniec? Gdzieżby. Pani była na tyle uprzejma, że wystawiła mi negatywa. Zgłosiłam sprawę eBayowi, poddając w wątpliwość uczciwość i kulturę osobistą klientki, podkreślając, że nie rozumiem, jakim prawem kobieta wystawia mi negatywa, skoro otrzymała zwrot kasy i zatrzymała towar. Ja jako sprzedawca nie mam żadnego prawa wystawić klientowi nega. Odpowiedź eBaya:

"Klient ma prawo wystawić komentarz zgodny z własnymi odczuciami".

Na moje pytanie dlaczego sprzedawca nie ma prawa wystawić komentarza zgodnego własnymi odczuciami dostałam odpowiedź:

"Po otrzymaniu wpłaty sprzedawca nie ma podstaw wystawić komentarza innego niż pozytywny"

Czy tylko mi się wydaje, że eBay wysłał logikę na spacer?

sklepy_internetowe

by digi51

Odnośnie historii 80028.

Jechałam tramwajem, miejsca zajęte, więc przycupnęłam na schodach w taki sposób, by nie przeszkadzać nikomu. Obok mnie siedziała matka z dzieckiem w spacerówce.
Wsiadła starsza kobieta. Początkowo myślałam, że to babcia dziecka, jakaś ciotka czy chociaż znajoma matki, ale z rozmowy wynikało, że panie się nie znają. Myślałam tak, bo babcia co rusz, to potrząśnie rączką dziecka, a to pogłaszcze po stópce. Dzieciak uśmiechnął się - babcia już z łapami by go podnieść i mocuje się (był zapięty w pasy), i przytula.
Matka nic.

Nie wiem jak dla was, ale jakby mi obca baba zaczęła obmacywać dziecko, tym bardziej brać je na ręce bez mojego pozwolenia, to bym ją momentalnie sprowadziła do parteru.
Nie wiem też, dlaczego obcy ludzie roszczą sobie prawo do dotykania, zaczepiania CUDZYCH dzieci bądź zwierząt.
Raz, że dziecko jest uczone braku kontroli nad własnym ciałem - skoro każdy obcy może je potarmosić. A potem pewnie "pocałuj ciocię, przytul wujka (czy tego chcesz, czy nie)".

Dwa, że dziecko nauczone takiej ufności, puszczone kiedyś na plac zabaw, nie będzie widziało nic złego w pójściu z panem opowiadającym o małych kotkach w piwnicy - bo nie zostało nauczone granic.
Podobnie jak straszenie - "ta pani cię weźmie", "zostawię cię tutaj i sobie pójdę" - i powodzenia potem z oddaniem potomstwa do przedszkola...

dzieci obcy ludzie zaczepianie

by bazienka

Ach ci Janusze biznesu...

Po wczorajszym rodzinnym spotkaniu nie mogę zrozumieć, jak można było wpaść na tak "genialny" pomysł.

Wujkowi (mężowi mojej chrzestnej, u której wspomniana impreza była) umyślało się zakładanie firmy. Ale nie byle jakiej. Chce otworzyć małe centrum obróbcze, czyt. kupić frezarkę i na niej robić formy odlewnicze. Na dokładnie takiej samej zasadzie, jak firma, w której pracuje. Oczywiście głównym ogniwem spajającym całe przedsięwzięcie mam być ja. Bo mam wiedzę, doświadczenie, znam rynek (guzik prawda, bo praktycznie mnie on nie interesuje), mam pieniądzeb(odkładane na ślub w przyszłym roku), a poza tym, dostęp do narzędzi(pożyczka z zakładu na wieczne nieoddanie, lub jak kto woli, zwykła kradzież).

W jego zamyśle miało by to wyglądać mniej więcej tak:
1. Frezarkę kupujemy na zasadzie, że on daje ile może, a ja dorzucam resztę. Co wychodzi w proporcji mniej więcej 1/3 do 2/3, na moją niekorzyść.

2. On udostępnia budynek gospodarczy, taki do kapitalnego remontu, gdzie trzeba zrobić porządną instalację elektryczną, centralne, wodę, wylewki, tynki, poprawić, bądź wymienić wiecznie cieknący dach. O podziale kosztów adaptacji nie wspomniał, ale znając go, nie dałby grosza, bo przecież udostępnia budynek.

3. Narzędzia "pożyczałbym" od siebie z firmy. Pracowalibyśmy na nich do momentu aż nie dorobimy się własnych (znając jego pazerność - nigdy), bądź do momentu aż się nie zużyją. Wtedy następowałaby podmiana na nowe.

4. Kupowaniem materiałów, szukaniem klientów, pisaniem programów, jak również pracą na samej obrabiarce, zajmowałbym się ja. On mógłby robić ewentualnie dowozić stalowe bloki na formy z hurtowni.

5. Przeszkolenie go, tak by sam mógł frezarką się zająć (nie mówię programem), czyli, założyć narzędzia do bębna, uzupełnić chłodziwo, wyprzątnąć wióry i inne czynności, które nie wymagają jakiejś specjalistycznej wiedzy, raczej odrobiny praktycznej, oczywiście w grę nie wchodzi, bo przecież ja to umiem. Więc on nie musi.

Słuchałem jego rozważań przez jakieś 10 minut. A im dłużej to trwało, tym bardziej dusiłem się w sobie ze śmiechu.

Odmówiłem, przy jego ogromnym zdziwieniu i oburzeniu, że jak mogę taki genialny interes zabijać w zalążku.

Z imprezy zwinęliśmy się wcześniej, niż planowaliśmy, bo mieliśmy dość kąśliwych uwag wujka przy częściowym poparciu reszty zaproszonych gości.

Dzisiaj rano zadzwonił, po części z przeprosinami za to, że go trochę poniosło wczoraj, a po części z próbą dalszego przekonania mnie do tego "złotego interesu", jak to zgrabnie określił.

Czy tylko ja mam przeczucie, że z mentalności wujka jeszcze nie wyszła głęboka komuna?

janusz biznesu

by PluszaQ

Piszę tę historię z dwóch powodów - by opisać piekielność pewnej allegrowiczki i by się poradzić. Wujek Google przekopany, rozwiązania nie jestem pewna.

Na początku września zamówiłam na alledrogo sztuczne futerko. Wygrana licytacja, cena niska, przelew puszczony. Sprzedająca ma tylko jeden negatyw sprzed roku (na dodatek bez żadnego wyjaśnienia), królują pozytywy.

Nastaje cisza, piszę maila, parę dni później sprzedająca pisze, że futerko uszkodzone, blabla (sama wiadomość była mocno chaotyczna, najeżona błędami i średnio zrozumiała), więc spytałam o uszkodzenia i poprosiłam o więcej zdjęć.

Znowu cisza. Weszłam po raz kolejny raz na stronę przedmiotu i szukam rzekomych uszkodzeń. Coś tam znalazłam, doszłam do wniosku, że w sumie ciężko byłoby je ukryć więc pytam czy zwrot aktualny. Mijają dwa dni, kobieta milczy więc piszę smsa (numer telefonu był w informacjach o sprzedającym). Dzień później po raz kolejny napisałam maila z tym samym pytaniem i o dziwo otrzymałam odpowiedź twierdzącą. Wysłałam numer konta. To było zeszłą środę. Dziś wysłałam kolejnego maila. Odpowiedź? Brak.

Żeby nie było, że ktoś powie - babka zajęta, nie ma czasu na odpowiedź czy puszczenie maila. Cóż, skoro każdego dnia przynajmniej raz dziennie loguje się na allegro, to raczej ma.

Kwota niby niezbyt wysoka - 40 złotych, ale jednak. Zastanawiam się czy zgłaszanie na Allegro cokolwiek pomoże...

allegro

by ~djfknv

Słowem wstępu: udzielam korepetycji z języków obcych. Piekielnych sytuacji z tym związanych nazbierało się mnóstwo, do tego stopnia, że myślałam, że nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Do dziś.

Napisałam do ucznia z zamiarem umówienia się na kolejną lekcję. Spytałam, czy widzimy się w tym tygodniu, odpisał, że nie da rady. Dobrze, myślę sobie, to ja w międzyczasie poszukam jakichś ćwiczeń, które będzie mógł zrobić sam. Dodałam załącznik i kliknęłam "wyślij", a u klops w postaci komunikatu, że moja wiadomość nie może zostać wysłana.

Tak, zablokował mnie na messengerze.

A wystarczyło napisać dwa zdania, że zmienił zdanie i nie jest już zainteresowany.

korepetycje uczniowie

by sassyclassy

Jak pisałem, miałem do wydania trochę drewna, za nieduże pieniądze. Dziś zadzwonił do mnie koleś, że się zdecydował, i był bardzo zniesmaczony tym iż drewna nie ma.
Ale może wpierw opiszę w skrócie jego rozmowę na OLX.

Moje ogłoszenie "Drewno świerk około 3m3 cena 200zł BEZ DOWOZU" plus zdjęcie.

Jego zapytania:
Jaka cena?
Gdzie do odbioru?
Ile tego jest?
Kiedy cięte?
Czy sezonowane?
Nie da rady Pan transportu?
On musi przemyśleć sprawę.

Wydzwania od rana, bo on zdecydował się kupić to drewno i dlaczego nie czekałem, przecież skoro on się zastanawia, to czekaj człowieku.

olx

by bayhydur

Historie o piekielnych kontrolerach i równie piekielnych pasażerach się tu przewijają.
W mojej jednak piekielny nie pojawił się osobiście... ale swąd siarki i tak się uniósł.

Jadę sobie prawie pustym tramwajem, oprócz mnie siedzi jeszcze jedna kobieta i babcia na oko dawno po 60.
W środku trasy kontrola.
Babcia niemrawo próbuje włożyć bilet do kasownika. Zbiera jej się na płacz. Kontroler sprawdził mnie i podchodzi do babci.
(dialog oddaję najlepiej jak pamiętam)

- Co pani robi?
- Ja bym chciała skasować...
- Proszę pani, kasowniki się zablokowały, teraz się nie da skasować.
- Ale ja muszę! Jak dostanę kolejną karę, to nie będę miała co jeść! Niech pan zrozumie...
- Jaką karę? A pani nie powinna już jeździć za darmo?
- Nie, bo przepisy się zmieniły...
- Które? - kontroler baranieje, ja w duchu też.
- No, teraz osoby starsze jeżdżą za bilety normalne bez wyjątków.
- Kto pani takich bzdetów nagadał?
- No, inny kontroler.
- Kiedy? Nikt go nie poprawił?
- W piątek, jechałam wtedy sama - kontroler widocznie potrzebował chwili, żeby ochłonąć.

Przeprosił babcię, poszedł sprawdzić pozostałą pasażerkę, wrócił i zaczął tłumaczyć, że nie musi płacić, jeśli ma powyżej 70 lat. Poproszona, babunia okazała mu dowód osobisty, z którego dobitnie wynikało, że ma 82 lata. Z dalszej rozmowy wynikło, że właśnie jechała zapłacić "karę" z piątku. Kontroler pozłorzeczył na kolegę po fachu, a następnie wysiadł z babcią na przystanku w pobliżu ZIKit-u.

Niby happy end, ale w ten sposób wyrywać pieniądze od starej kobiety?
Ludzie...

komunikacja_miejska

by kawaimonster

Zwykle raczej unikam wchodzenia w interakcję z problemowymi ludźmi. Czasami jednak sami pchają się pod nos.

Pewnego dnia stałam przy przystanku wracając z wyjścia ze znajomymi. Z racji tego, że było to dość luźne spotkanie, nie byłam ubrana elegancko, tylko po swojemu. Koszulka jakiegoś zespołu, jeansy i glany. Kilka metrów dalej (na tyle blisko, że słyszałam ich rozmowy) siedziały dwie kobiety, na oko po 60-tce. Słyszałam ich uwagi skierowane w stronę mojego ubioru, że jak ja śmiem się tak publicznie pokazywać itp. Nie zwracałam na nie za bardzo uwagi, niech sobie mówią co chcą. Minęło trochę czasu i wreszcie przyjechał mój autobus. Powędrowałam dumnie w stronę drzwi, a kiedy miałam już wsiadać, babcie wskoczyły tuż przede mnie, awanturując się, że starszych się przepuszcza i wytykając mi jaka jestem zła i niewychowana. W autobusie było stosunkowo niewielu ludzi, więc zajęłam miejsce, gdzie są cztery fotele na przeciwko siebie. Zwykle jak jestem sama to tam nie siadam, ale przewidywałam podróż na przynajmniej 20 minut i jakoś nie uśmiechało mi się stać przez tyle czasu, zwłaszcza, że było już dość późno. Zaczęłam szukać słuchawek w plecaku, co jest bardzo trudne, jeśli nosi się od x czasu nie sprzątaną kostkę. Kiedy je w końcu znalazłam, odruchowo rozejrzałam się po autobusie. Obok mnie stały te dwie babki. Patrzyły się na mnie, ale nie zareagowałam, tylko włączyłam sobie muzykę i odwróciłam się w stronę okna. Po jakimś czasie jedna z nich stuka mnie w ramię. Ja nie wiem o co chodzi, więc wyciągam słuchawki i się odwracam. Wtedy nastąpiła krótka wymiana zdań między mną [J] a [P]anią.

[P]- Możesz się przesiąść?
Zaniemówiłam. Było dużo wolnych miejsc w całym autobusie.
[J]- Może mi pani wyjaśnić?
[P]- Zajmujesz za dużo miejsca i my, starsze kobiety, nie mamy gdzie usiąść.
[J]- Jest wiele innych miejsc, choćby tutaj.
Mówiąc to wskazałam na dwa miejsca na przeciwko mnie. I tu zaczyna się piekielna część. Pancia podniosła wrzask, że pewnie ją na pętli słyszeli.
[P]- Jak możesz się tak do mnie zwracać?! Ja swoje przeżyłam i wiem więcej niż ty! Jeszcze obok takiego SZatanisty jak ty mam usiąść?! Patrzcie państwo! Chwila i na mnie jakiś urok rzuci!

Pominę wyzwiska na temat mojego braku szacunku do innych i obelgi kierowane w stronę metalowych zespołów. Nie przesiadłam się. Nie mówiłam nic więcej. Po prostu wróciłam do słuchania muzyki. Stały obok mnie dopóki nie wysiadłam. Nawet wtedy nie zajęły miejsca, o które tak bardzo się wykłócały. Jakaś mała część mnie żałowała, że nie potrafię jednak rzucać uroków XD

komunikacja_miejska

by jdmmand