piekielni.pl

Pokaż menu
Szukaj

Aż musiałem założyć konto, gdyż w odniesieniu do jednej historii z wykorzystywaniem pracownika, to sam tego doświadczyłem.

Zaraz po studiach, w branży spożywczej zatrudniłem się w jedynym dość małym zakładzie w mojej okolicy. Ogólnie kierownik laboratorium, czyli rób co szef każe. Było to w połowie lat 90tych ubiegłego wieku. Pensja niska, ale przy bezrobociu w mojej okolicy było to spełnienie marzeń.
W każdym razie przepisy się zmieniały, no i właściciel chciał mieć jak on to nazywał "Zertifikaty". I pojawił się szkopuł, bo aby taki zakład je uzyskał, musiał mieć pracownika takiego jak ja, czyli, albo mój kierunek studiów, lub 3-letnie doświadczenie na moim stanowisku i kurs specjalizujący (około 12.000 zł).

Poszedłem z tą wiedzą do pracodawcy, a ten jak zaczął...
W każdym razie ma gdzieś moją prośbę, ON ma już chętnych na moje miejsce za te same pieniądze.
Cóż, wiedziałem, że w zakładzie około 90km dalej szukają na to samo stanowisko więc podziękowałem.
Kasa była 7 (słownie siedem) razy większa.
A mój były zakładzik szukał pracownika z uprawnieniami, ale niestety dawał powiedzmy 1000zł jak normalne firmy dawały 5000zł.

firmy

by bayhydur

A propos grosika reszty i niedoboru personelu w supermarketach.

Polo Market. Chciałam kupić sok za 2,49. Miałam 2 zł w jednym krążku i 49 żółtych krążków. Jedna kasa otwarta. Kolejka na jakieś 10 osób. Spoko, nie spieszy mi się. Jestem przy kasie, pani pika: 2,49 poproszę. Proszę, odpowiadam i zsypuję z dłoni bilon.
Pani: - Ja mam to liczyć? - gigantyczne oburzenie wyrażone głosem i gestem, pani wskazała na siebie palcem.
Ja: - Nie, pani może mi zatańczyć i zaśpiewać, a do liczenia może zawołać koleżankę.
Pani: - Czy pani nie widzi jakie są kolejki? Ludzie się denerwują, a pani płaci czymś takim.
Ja: - Ja płacę pieniędzmi, a problemy kadrowe sklepu mnie nie interesują.

Nie doczekałam aż doliczy, w nosie mam pultające się bez powodu baby (chłopów też).

Polo

by ~Bubu

Sądziłam, że historie o Januszach są przesadzone. Sądziłam, że kupując konia nie spotkam aż tyle piekielności.

Ale od początku. Mam konika, staruszek robi już właściwie za kosiarkę do trawy. Do tej pory jeździłam sobie też na takim końskim dzieciaku, ale dzieciak nam ładnie wyrósł i przyszło się rozstać. No więc pora na operację "znaleźć nowego konia".

Wymagania naprawdę nie z kosmosu. Ma być zdrowy, przede wszystkim. Oprócz tego ma być zdolny, bo to dla mnie inwestycja. No i koń typowo dla kobiety, czyli raczej drobniejszy, bo ja mam 160 w kapeluszu i ciężko mi takiego końskiego "karka" jeździć. Przedział wiekowy 3-6 lat. Oto co znalazłam.

1. Bardzo fajny 5-latek. Trochę ponad budżet, ale cena i tak dość niska, jak na taką klasę konia. Opisany mniej więcej jako "Chętnie skaczący, z dobrymi prognozami na przyszłość. Skacze wszystko, nie boi się." Koń prawie 400km ode mnie, więc żeby nie jechać na próżno uruchamiam kontakty i co się dowiaduję od kolegi? Otóż on konia zna, pół roku temu koń miał wypadek na przeszkodzie i od tamtej pory boi się nawet drąga na ziemi, dlatego sprzedają. Podziękowałam.

2. Koń 6 lat, tym razem kobyłka. W ogłoszeniu same zdjęcia, filmu brak. Rzut beretem ode mnie, więc umawiam się i jadę. Przyjeżdżam na miejsce i widzę, że koń już osiodłany i ktoś na nim jeździ. Koń cały mokry i z dość ostrym kiełznem w pysku. Zapala się czerwona lampka. Podchodzę i wywiązuje się dialog:
[ja]: Dzień dobry, ja przyjechałam tego konia oglądać.
[jeździec]: I chce pani pewnie wsiąść?
[ja]: No tak.
[jeździec]: I gdzie się chce pani zatrzymać, na płocie, czy w rowie?

W tym momencie przybiega właściciel konia. Zaczyna wychwalać, jaki to spokojny i pewny koń. Po czym każe facetowi, który na niej siedział pojeździć dookoła i pokazać mi konia. Koń na próbę ruszenia zaczyna się wspinać i prawie przewraca na plecy.

3. Wałaszek 3-letni "wstępnie zajeżdżony". Dla mnie to magiczne pojęcie oznacza, że na konia można wsiąść, jest chociaż trochę gazu i hamulca. Ale dla innych oznacza to konia wyglądającego jak przerośnięty źrebak, który boi się człowieka, a przy próbie siodłania odwala rodeo niczym Mustang z Dzikiej Doliny. Również podziękowałam.

4. I wreszcie wydawało się, że znalazłam tego jedynego. Wałaszek 6 lat, super się jeździło. No to robimy badania. Właściciel mocno odradzał, że po co badania, że widać, że zdrowy. Byłam nieugięta. Okazało się, że koń po kontuzji. Jest szansa 50/50, że w ciągu następnych 5 lat nie zostanie on inwalidą. Powiedziałam o tym właścicielowi i zostałam zwyzywana od góry do dołu. Podziękowałam.

Konia ostatecznie przywiozłam z kraju tulipanów i zielska. Profesjonalnie, szybko, grzecznie i bez krętactwa. Niestety ma zagraniczne papiery, co też przysporzyło mi sporo piekielności, ale to już inna historia.

by cheekibreeki

Ostatnio mieliśmy kilka ciepłych dni, a ja sporo sprawunków do załatwienia. Spędzając kilka godzin na bieganiu po mieście w tę i we wtę, można odczuć pragnienie, toteż pobiegłam do najbliższego sklepu na horyzoncie, którym była Biedronka. Woda za złotówkę w łapę i do kasy. Przy kasie daję pani banknot dziesięciozłotowy, co pani kasjerka potraktowała jako osobisty atak. Zmierzyła mnie groźnym wzrokiem z góry na dół i równie groźnym głosem warknęła:
- DROBNIEJ! ZŁOTÓWKĘ DAWAJ!
Dokładnie w te słowa.

Nie, nie dałam, a gdyby nie to, że przemili ludzie przepuścili mnie w kolejce i nie chciałam ich blokować, postarałabym się narobić pani nieprzyjemności. Zważywszy jednak na dobre dusze, odpowiedziałam tylko niemiło, że drobnych nie dam i pani powinna być milsza, po czym zabrałam resztę, wodę i wyszłam z podniesionym ciśnieniem.

PS. Tak, wiem, że kasjerka nie ma obowiązku mi wydać reszty, jednak ma obowiązek przestrzegać zasad kultury osobistej, grzeczna prośba nie boli.
PS2. "Gorszy dzień" też nie jest w moich oczach wytłumaczeniem, bo zły nastrój nie tłumaczy zwykłego chamstwa. Sama miałam okazję pracować z ludźmi, ale nie wylewałam na nich swoich frustracji.

sklepy

by Nikusia1

Od czasu do czasu zamawiam jak zapewne większość z was coś przez internet. Od jakiegoś czasu z portalu, gdzie przesyłka leci z Państwa Środka. Nie są do duże paczki, mieszczą się w takiej ciut większej kopercie.
I cały czas mam problem z naszą kochaną pocztą.

Jeden to czas dostawy. Paczki mają śledzenie do czasu dostarczenia do kraju nadawcy. Ostania paczka zamówiona, po trzech dniach zarejestrowana i wysłana lotem do Polski. Czwartego dnia ląduje na lotnisku Chopina i znika. Przynajmniej na tydzień. Jedna zniknęła na dwa miesiące. Nie wiem, chyba je obwożą po całej Polsce, żeby sobie pozwiedzały.

A drugi problem to odbiór. Mieszkam w dużym mieście, ale w dzielnicy starej i zaniedbanej, dlatego nie było do niedawna w okolicy punktu poczty polskiej i po każdą paczkę trzeba było iść do głównego oddziału. Nie powiem wiecznie kolejki, w których czekało się przynajmniej pół godziny, ale panie pracujące tam robiły wszystko szybko i sprawnie, a i "dzień dobry" odpowiadają.

Listonosz, który ma nasz rewir zna nas wszystkich z imienia, a osoby w moim wieku choć jestem osobą dorosłą - od dzieciaka. Awizo dla niego jest ostatecznością, dzwoni do domu, żeby sprawdzić czy ktoś jest a jak nie to wie, że co może, to może zostawić u sąsiadów.

No i jakiś czas temu dwie minuty od domu powstał punkt poczty. Ucieszyłam się ja i wszyscy dookoła. Ogólnie można na nim wszystko załatwić, ale głównym zadaniem jest obsługa paczek. Pojawił się też nowy listonosz, Pan Widmo gdyż nigdy go nie widziałam. On obsługuje większe przesyłki.
Od tego czasu wieczny problem z paczkami.

Najpierw koleżanka opowiadała, że miała problem odebrać paczkę do jej narzeczonego. Awizowaną chociaż miała być dostarczona do domu, a ona w nim czekała. Pomimo iż miała upoważnienie pani stwierdziła, że nie wyda i koniec. Z tego co pamiętam skończyło się na awanturze i skardze. Pomyślałam sobie, że pewnie przesadza.

Teraz ja. Z około dwudziestu przesyłek do skrzynki, dostałam jedną. I to też przez przypadek gdyż nasz listonosz zobaczył ją w głównym punkcie i przyniósł, bo i tak miał do nas polecony. A tak za każdym razem w skrzynce jest awizo opisane, że paczka nie mieści się w skrzynce. Idę do punktu i dostaję paczuszkę, która mieści mi się w dłoni.

Z odbiorem też jest problem. Z tego co się dowiedziałam od kogoś kto Pana Widmo złapał, on tych paczek w ogóle nie bierze. Po prostu jeździ z pliczkiem awizo. Ile w tym prawdy, nie wiem.
Na awizo jest pieczątka, że paczkę można odebrać w punkcie dzisiaj albo jutro. Nie ma w niej, że paczka po godzinie 18. Na miejscu pracują przynajmniej trzy osoby, dwie panie obsługują petentów. Dla jednej nie jest problem wydać paczkę, która jest na miejscu przed godziną 18. Skoro jest to wydaje. Druga, jak się okazało, ta sama, z którą znajoma miała jazdę ma wieczny problem. To z wydaniem tego samego dnia, a i z wydaniem rano następnego.
A bo trzeba wstać i poszukać. No i jeszcze trzeba powzdychać, że trzeba poszukać. Rodzicielka moja mówiła, że jak poszła wysłać polecony to marudzenie było, że trzeba parę groszy reszty wydać. Bo nie miała wyliczonego. Nie miała, bo bankomat nie wydaje nominału mniejszego niż 10 złotych.
A w punkcie nie można płacić kartą.

Dodatkowo punkt jest tak mały, że w kolejce zmieszczą się maksymalnie trzy osoby. A petentów wiecznie dużo, bo starsze osoby płacą tam rachunki.
I tak się zastanawiam, czy można zmienić punkt obioru paczek zwykłych, bo już wolałam przejść się na główną pocztę.

poczta

by Rogijelenia

Hobbystycznie robię biżuterię. Głównie dla siebie. Kiedyś robiłam też dla znajomych, ale po trzech ostatnich akcjach już tego nie robię.

Akcja nr 1:
Koleżanka z którą kontakt urwał się po studiach cudownym zrządzeniem losu, odnalazła mnie na portalu społecznościowym dla profesjonalistów. Pogadałyśmy trochę i nagle propozycja: "A może byśmy się na kawę spotkały?". W sumie czemu nie, to był moment, w którym poruszałam się głównie na trasie dom-praca-dom-praca-praca-dom. Warto zatem wyjść do ludzi, zobaczyć, że tam też istnieje życie.

Umówiłyśmy się w Złotych Tarasach, bo to w sumie samo centrum miasta, nawet średnio rozgarnięta, orientująca się na Pałac Kultury, osoba znajdzie. Trochę poplotkowałyśmy, powspominałyśmy wspólnych znajomych i nagle koleżanka pyta:
- A skąd masz takie ładne kolczyki?
Zgodnie z prawdą odpowiadam, że sama sobie robię.
- O, to może i mi zrobisz?
- Jasne, tylko musisz elementy wybrać, ja je potem kupię i oddasz mi kasę.
- Ale jak to?
- Normalnie, będę zamawiać za dwa dni różne rzeczy dla siebie, ty sobie wybierzesz jakie te kolczyki chcesz to dołożę do zamówienia.
- Ale to ja myślałam, że to będzie za darmo.
- Ok, wtedy możesz kupić wszystko sama i przynieść do mnie.

EFEKT: Foch nieziemskich rozmiarów i obraza na cały świat. Bo nasza wspólna koleżanka Anna jej powiedziała, że będzie za darmo. Tylko jakoś moja cudownie odnaleziona przyjaciółka wygodnie przemilczała fakt, że Anna dała mi całą siatkę naszyjników, bransoletek i innego "śmiecia", który u nich w sklepie nie schodził, a ja go sobie mogłam rozmontować na elementy.

Akcja nr 2:
Młoda matka, z rodziny, chciałaby sobie dorobić w czasie kiedy będzie siedzieć w domu. Cel chwalebny. Tylko nie rozumiem dlaczego to dorabianie sobie to miało być robienie bransoletek z wykorzystaniem moich materiałów i narzędzi.

EFEKT: Nie zgodziłam się i przez jej część rodziny zostałam wyklęta.

Akcja nr 3:
Dziewczyna która napisała do mnie na FB po tym jak wstawiłam zdjęcia. Znajoma znajomego, ja osobiście jej nie znałam.

Dziewczę napisało, że bardzo ładny komplet (bransoletka+zawieszka na łańcuszek+kolczyki) i że ona by chciała.
- Nie ma problemu, mogę sprzedać ten który wystawiłam.
- A nie, bo ja bym chciała w innych kolorach.
- Ok, nie ma problemu, jakich?
- No, żeby było bardziej niebieskie.

Tu już mi trochę ciśnienie skoczyło. Wykorzystane koraliki były niebieskie, w tym ich typie nie ma koloru bardziej niebieskiego.

- W tym typie koralików nie ma bardziej niebieskiego odcienia.
- Ale ja widziałam.

I dostaję na messengerze zdjęcie zupełnie innego typu koralików.

- Ok, mogę takie zamówić. Czas oczekiwania to 3-4 dni. Przed zamówieniem poproszę o dokonanie wpłaty połowy wartości zamówienia na moje konto w jednym z systemów transakcyjnych.
- Ale ja teraz nie mam pieniędzy.
- To proszę do mnie napisać jak pani będzie miała.

I tutaj usłyszałam jaka to jestem zła i niedobra, bo nie chcę jej pomóc. Ona nie ma pieniędzy a chciałaby mieć coś ładnego. Z ciekawości zajrzałam gdzie pracuje, ale dowiedziałam się tylko, że "Szlachta nie pracuje".

hobby

by Chantall

Krótka historia o Madce i Ojcu.

Byłem ostatnio w pensjonacie w górach. Jednej nocy w ogólnodostępnej jadalni piętro pod moim pokojem, dwie pary postanowiły sobie urządzić wieczorek przy kartach. Jedna z nich była z 2-3 letnim dzieckiem. Po północy dziecko zaczęło płakać na cały pensjonat krzycząc "mama, do góry, spać, do góry".

Panowie przedrzeźniali dziecko "do dziury, do jakiej dziury, hahaha, hihihi", a dziecko wyło coraz głośniej budząc cały pensjonat.

Zszedłem na dół, zapytałem co się dzieje, że ludzie są tu po to by wypocząć, a nie słuchać wrzasków i usłyszałem od Madki roku:

- To przecież dziecko! Nie zaknebluje go. Sam se go pan ucisz jak panu przeszkadza.

Kiedy zasugerowałem, że dziecko płacze, bo chce spać, odparła"
- Pan mi nie mów kiedy ja mam swoje dziecko kłaść, to moje dziecko.

Na głupotę nie ma ratunku.

by morsik84

Dyskusja na jednej grupie z facebooka, przypomniała mi moją rozmowę telefoniczną z Intrum Justitia (kto nie wie, to firma ściągająca długi).

Wydzwaniali do mnie notorycznie. Mam wpłacić kasę i to już, jak tego nie zrobię komornik wejdzie mi do domu i wszystko zabierze! Po kolejnym ich uciążliwym telefonie i tłumaczeniu, że nie mam długów i nic im nie zapłacę, kobieta mówi do mnie, że mam dług i MUSIAŁAM o nim wiedzieć, bo (i teraz czytajcie uważnie, bo ja słuchając zbierałam szczękę z podłogi).
Cytuję rozmowę (mniej więcej)

IT - PANI Z INTRUM,
JA

JA- Proszę pani nie wiem o jakim długu mówimy, bo niemożliwym jest abym jakiś miała, mnie w kraju nie było, a jedyny jaki miałam to został spłacony.
IT- Ależ jak to pani o niczym nie wiedziała, przecież w czerwcu 2012 roku, pani MAMA z nami rozmawiała i mówiła, że przebywa pani w Anglii, o długu panią poinformuje i pani wszystko szybko spłaci.
I TU ZAPALIŁA MI SIĘ CZERWONA LAMPKA, DLACZEGO? Dowiecie się czytając dalej ;)
JA- Kiedy pani rozmawiała z moją mamą?
IT- W czerwcu 2012 roku.

Wiedząc, że przecież wszystko mają w systemie, pytam:

JA- Aha, to proszę mi podać numer telefonu, z którego dzwoniła do państwa moja mama, bo rozumiem, że macie to w systemie?
IT- (zapowietrza się, tak konkretnie) Ależ pani mama była u nas OSOBIŚCIE!
JA- (szok, niepowierzenie, ale pytam) To państwo mają swoją filię w Wygwizdowie? Jak tak, to gdzie?
IT- Ależ nie, my jesteśmy w WARSZAWIE! I pani mama tu u nas była! Sama z nią rozmawiałam.
JA- Rozumiem. To w takim razie mamy niezły problem. Bo jak dobrze pamiętam, a jeszcze z moją pamięcią jest całkiem nieźle, to w LIPCU 2008 ROKU Moja mama zmarła i byłam na jej pogrzebie. Tylko teraz widzę, że muszę udać się do krematorium i zapytać czy ktoś im nie zwiał przed paleniem, bo jak matka 4 lata po śmierci, lata po Warszawie i mówi, że jestem w Anglii, w której nigdy nie byłam, to jest coś nie tak.
IT- (żebyście słyszeli tę panikę) To może pani TEŚCIOWA?
JA- Pudło! Ona też umarła...

Dalsza część rozmowy zbędna, bo babę wyzwałam. Jak sprawdziłam wszystko, to dzwonili żebym spłaciła dług, o którym pisałam, że jest spłacony, a i poszłam z tym na policję. W razie dalszego "nękania" mogę bezpośrednio zgłosić sprawę do prokuratury.

Tak że, moi drodzy, nie wpłacajcie im nic, bo ja żądając przesłania dokumentów, zostałam olana, a skarga na ową panią została zwyczajnie też olana. Napisali mi, że nie dopatrzyli się niczego rażącego ze strony ich pracownika... Oceńcie sami jakie było zachowanie tej kobiety.

intrum justitia

by Ojej

Sytuacja z teraz. Kanary. Ale piekielni nie są oni ani osoba bez biletu, lecz przypadkowy pasażer...

Wchodzą kanary i sprawdzają bilety. Siedziałam na jednym z poczwórnych siedzeń, trójka panów obok po drugiej stronie z akcentem obcym, a naprzeciwko mnie jakaś pani również z akcentem. Jeden z panów miał nieskasowany bilet, więc kontroler mówi dokument albo płacimy. Pan grzecznie płaci od razu i byłoby po sprawie, ale nie, bo musi się wtrącić obrończyni pokrzywdzonych.

Bo na pewno im nie działają czytniki, na pewno go dyskryminują, że oni przecież w ogóle nie mogą brać pieniędzy na miejscu (?) i że ona tego tak nie zostawi! Wyjmuje telefon, dzwoni gdzieś i się pyta. Rozmówca ją uświadomił, a ona "ale jak to ja jestem w szoku!" I zaczyna nalegać żeby to sprawdził i podaje szczegóły linii. Potem się jeszcze odgrażała, że poniosą konsekwencje.

Dodam, że kontrolerzy byli kulturalni, tak samo jak pan bez ważnego biletu. Czy awantura na pół trasy była potrzebna? Najwyraźniej tak.

komunikacja_miejska

by Wishyine

Znajoma właśnie wstawiła na fejsie pełen jadu i nienawiści post pod adresem pewnej lokalnej pizzerii.

Czym jej ta pizzeria zawiniła, pytacie?

Znajoma wstawiła na fejsowym funpagu pizzerii zdjęcie swoje i narzeczonego i napisała coś w rodzaju "Hejka, to ja i mój narzeczony. Dziś jest nasza 2. rocznica narzeczeństwa. Bardzo lubimy waszą pizzę. Czy dostaniemy darmową pizzę, żeby świętować nasze narzeczeństwo?"

Na co pizzeria uprzejmie im pogratulowała rocznicy i zaprosiła na swoją stronę internetową, by skorzystali z aktualnych promocji (w domyśle: by zapłacili za pizzę jak każdy).

Znajoma się wściekła i opluła pizzerię na swojej ścianie, nie szczędząc im wymówek, jacy to oni są skąpi i niewrażliwi.

No kurde.

Roszczeniowi ludzie

by Strzyga
Następna strona