piekielni.pl

Pokaż menu
Szukaj

W 2013, gdy awansowałem w pracy i znacząco podniosły się moje zarobki, to stać mnie było na zamianę mojej kawalerki na coś większego. No i zamieniłem się. Wszystko na prawie notarialnie, wszystkie formalności dopełnione. W momencie podpisywania aktu mieszkanie na czysto w opłatach, umowach mediów i wszyscy wymeldowani.

Mijają 3 lata i zaczynam dostawać listy z firm windykacyjnych na nazwisko Iga Piekielna. Trochę dziwne, bo zamieniałem się z Anną Piekielną i ona była właścicielką oraz jedyną zameldowaną, ale powiadomiłem ją i dowiedziałem się, że jej córka Iga w 2010 wyprowadziła się po czym przestała utrzymywać kontakt z matką.
Cóż listy wrzucałem do zwrotów, a awiza spokojnie wyciągałem ze skrzynki i niszczyłem.

W 2016r pojawili się pierwsze wizyty windykatorów. Opryskliwi poszukujący Igi. Na odpowiedź, że jej nie znam grozili, że wrócą z policją. To grzecznie zapraszałem z policją i jakoś żaden nie wracał.

W 2017r miałem wizytę komornika. Komornik okazał się normalny, bo jak stwierdził "Teoretycznie mógł zajmować mienie, ale na 100% gdybym złożył skargę na jego działanie i powiadomił media to miałby przesr...e". Ale powiedział mi sprawę dotyczącą kredytu wziętego w 2014r przez Igę, adres z dokumentu i wszędzie indziej mój.
Czyli ewidentnie Iga wzięła kredyt na nieważny dowód. Jak? Nie wiem.

A czemu piszę?
Bo wczoraj miałem wizytę innego komornika, ale w drzwiach powiedziałem mu "mieszkam tu od 2013r i mam na to akt".
Nic nie powiedział poza "do widzenia".

ludzie

by libzol

Jadę sobie autkiem ulicą dwukierunkową. Przed skrzyżowaniem są pasy, zatrzymuje się żeby przepuścić pieszych. Stoję już chwilę (pani zdążyła dojść niemal na drugi koniec chodnika), gdy koło mnie miga błyskawica.

Jakiś król szos postanowił ominąć mnie na przejściu, przed skrzyżowaniem, jadąc po pasie dla kierowców z naprzeciwka, spokojnie przekraczając czterdziestkę (czyli nie ma szans, żeby zobaczył, czy nie puszczam jeszcze np. dziecka), ponieważ musiałby czekać jakieś 5 sekund, zanim bym ruszyła. Na szczęście tym razem nikogo nie było na przejściu, ani żadne auto nie skręcało ze skrzyżowania...

Nie zapamiętałam rejestracji i nie mam kamerki.

by Akwilla

Nie lubię alkoholu. Za wyjątkiem tych w słodyczach. Nie smakuje mi. Oprócz tego w moim rodzinnym domu jest alkoholizm. Mam nadzieję, że to wyjaśni moje zachowanie.

Jakoś we wrześniu spotkałam się ze znajomym, Krzysztofem. Długo pisaliśmy na gadu-gadu, aż zdecydowałam się pokazać mu miasto. Gdy przyjechał do mnie autobusem, około godziny 15, po wyjściu pokazał mi reklamówkę, a w niej cztery puszki po piwie i dwie puste butelki w których wcześniej pływał Desperados. Myślę sobie "ok, spokój, może to tylko pozory". Jakże się myliłam.

Poszliśmy do pizzerii. Tam oprócz pizzy zamówił dwie butelki piwa. Zaczęły się problemy z koncentracją, rozumieniem, co do niego mówiłam. Załatwiłam mu nocleg, pokazałam jakiś pub, ale jeszcze po drodze kupił setkę wódki "na rozgrzanie". Miałam dość, oddaliłam się pod pretekstem autobusu. Po tej sytuacji próbowaliśmy się dogadać, ale nie wyszło.

Gdy opowiadałam o tym spotkaniu innym znajomym, jeden z nich na wieść o takich ilościach alkoholu w przeciągu kilku godzin napisał: "Aż tak się denerwował spotkaniem, żeby się tak uchlać?"

Może to i lepiej, że nie piszemy ze sobą.

by InessaMaximova

Znajomej niespodziewanie w sobotę wypadła praca i nie miała z kim zostawić córki. Mała mnie zna i lubi więc poprosiła mnie. Plan był taki, że jak będzie ładna pogoda to zabiorę małą na plac zabaw do parku i tam znajoma wracając z pracy ją odbierze.

Pogoda była ładna, więc idziemy do parku. Plac zabaw prawie pusty, parę dzieciaków i matek, a na ławce siedzą dwie starsze kobiety. Siedziały blisko więc urywki rozmów było słychać, szczególnie, że niektóre wypowiedzi chyba specjalnie mówiły głośniej. Na przykład takie, że jaki to ze mnie świetny ojciec, że zajmuję się swoim dzieckiem, że nie wszystkie obowiązki związane z dziećmi spadają na matkę, że inne matki powinny się uczyć.

Jakoś nie czułem się zobowiązany wyprowadzać ich z błędu, tym bardziej, że nie mówiły do mnie, a mała to prawdziwy wulkan energii i lepiej nie spuszczać jej z oczu nawet na sekundę. Czas mijał, babcie jak siedziały tak siedzą i widzę, że zbliża się do nas znajoma. Mała jak ją zobaczyła to wystartowała z wielkim okrzykiem "mamaaaaa" i leci jej na szyję. Idę za nią i czekam aż się wyściskają. Tutaj dodam, że już od czasu gimnazjum witamy się długim i mocnym uściskiem dłoni i tak było też tym razem. I tutaj nastąpiło kolejne podwyższenie tonu rozmowy dwóch staruszek:

- No czy ty to widziałaś? Nawet nie przytuli, buziaka nie da, zero czułości i tak przy dziecku!
- Jak tak można, a potem dziecko wyrasta na takie bezduszne, biednemu nie pomoże, miejsca w autobusie nie ustąpi bo wzorców nie ma!
- Tylko kariera im w głowie, na miłość czasu nie ma, co to za rodzice są?!
- Takim to opieka już dawno powinna dziecko zabrać, dać do rodziny gdzie okazuje się uczucia!

Nam zbierało się już na śmiech i tylko mijając te kobiety rzuciłem, że nie jesteśmy małżeństwem i to nie moje dziecko. Odchodziliśmy z placu zabaw w komentarzach o kobietach lekkich obyczajów co robią dzieci, a potem szukają frajerów, którzy je utrzymają.

plac_zabaw staruszki komentarze

by MlodyGniewny

Pewna kamienica postanowiła podłączyć się pod MPEC.
W tym celu zamówiła inwentaryzację wszystkich kondygnacji - łącznie z piwnicą - oraz przewodów kominowych.
Bo podobno żadnej dokumentacji nie ma, sanitarny nie ma na czym rysować rurek i grzejników, poza tym trzeba wydzielić miejsce w piwnicy na węzeł.
Dokumentacja oddana, odebrana, protokół spisany, pieniądze zainkasowane.

Po dwóch miesiącach dzwoni do mnie jeden z inwertorów, że jest afera z działem wspólnot u administratora i mam tam iść na dywanik, bo są uwagi do dokumentacji. Tyle, że w umowie czarno na białym mam napisane, że uwagi do dokumentacji można wnosić przez tydzień po oddaniu, a ja mam protokół z odbioru sprzed dwóch miesięcy, nie wnoszący zastrzeżeń. Czyli są po terminie. Oni nie ja.

Do działu wspólnot idę z panem Pawłem z działu technicznego, który dokumentację odebrał.
- Czy pani sobie wyobraża, że mu teraz z każdym lokalem będziemy szli do sądu zmieniać zapisy w księgach wieczystych, bo pani inaczej wyszło?! - przyszpiliła mnie pani Bożenka już na progu.
- Inwentaryzacje robi się z obmiaru w naturze, a ja żadnej dokumentacji wyjściowej nie miałam, bo podobno nie było - wyrecytowałam na jednym wydechu linię obrony.
- Jak nie było? Jak nie było? A była pani u nas? Mamy pełny obmiar lokali z wykupu razem z komórkami w piwnicy! - i szast mi na biurko teczką.
- A po ile są różnice?
-Zazwyczaj od 0.1 do 0.3m2 na mieszkanie, ale w lokalu nr 3 0.7!

W tym momencie moje myśli zaczęły lecieć dwutorowo: na pierwszym torze jeden głos mówił, że skoro jest wspólnota, to mieszkania muszą być wykupione, czyli ktoś, gdzieś, kiedyś musiał je mierzyć do tego wykupu. No logiczne przecież. No mogłaś o tym wcześniej pomyśleć Talu!
Na drugim torze drugi głos, zachowując lodowaty spokój, zwracał mi uwagę, że w lokalu nr 3 jest jeden pokój więcej, bo sobie facet postawił ścianę z cegieł w środku pokoju i podzielił go na dwa.

Wskazuję więc na ten fakt Pani Bożence i porównuje obmiar do KW i mój, i jak byk u mnie jest ta ściana, a tam nie ma.
- I on ją na stropie drewnianym postawił, bez podparcia u dołu - jęknął Pan Paweł, który wie, że tak nie można.
- Proszę mi skorygować wymiary i usunąć tą ścianę z tego mieszkania! - założyłam w tym momencie, że Pani Bożence nie chodzi o to, żebym w lokalu nr 3 przeprowadziła prace rozbiórkowe, tylko żebym sfałszowała dokumentację.
- Inwentaryzację przeprowadza się na podstawie obmiaru i jest odbiciem stanu istniejącego - powtarzam.
- Ale mi się powierzchnie nie zgadzają.
- Ale dla projektu przyłącza to żadna różnica - wtrąca się Pan Paweł.
- Ale ja to będę musiała korygować w sądzie.
- Ale po co? Przecież to są materiały dla sanitarnego do innego projektu!
- Ale mi się w książce obiektu nie zgadza! Poza tym...- otworzyła rzut piwnic - pani nie zaznaczyła, które piwnice są czyje!
- Zaznaczyłam - wskazuje na tabelkę gdzie czarno na białym jest kto jaką komórkę zajmuje.
- Tu pani pokazała kto jaka komórkę UŻYTKUJE, a nie POSIADA. W KW!
- Ja nie miałam takich informacji!
- To trzeba było po nie przyjść.
- Ale ja tego nie miałam w umowie!
- Ale z punktu widzenia po co ta inwentaryzacja? To nie ma znaczenia!b- dodaje pan Paweł.
- Ale JA nie wiem, która komórka należy do kogo. Bo oni mają po jednej komórce w KW, a trzy w użytkowaniu! I te wszystkie komórki są prawie takie same wielkością, więc po ich metrażach nie dojdzie.
- Ale po co to przeprowadzać przez sąd? To miała być tylko inwentaryzacja budowlana.
- Niech to idzie do sanitarnego i tyle. 0.1 m to płytki na ścianie zajmują. Z punktu widzenia dokumentacji na przyłącza MPEC ani te 0.1 m na mieszkanie ani ta dodatkowa ściana nie robią różnicy - Pan Paweł.
- Niech pani weźmie obmiary z KW i przerysuje je jako swoją inwentaryzację!
- Ale to jest poświadczenie nieprawdy! Nie mogę tamtej ściany wykasować i nie będę biegać po kamienicy i pytać się, kto ma którą komórkę w KW a którą w użytkowaniu.
- Ja nie będę biegać po sądach!

I tu proszę Państwa mamy pat.

by takatamtala

Parę lat temu (około sześciu) wybrałam się z mężem na krótkie, 5-dniowe wakacje nad morze do Jastarni. Akurat z naszego miasta i z powrotem mieliśmy niewielki wybór dojazdu jako osoby niezmotoryzowane. Pociąg albo... pociąg.

Pobyt w Jastarni do dziś wspominamy miło. Pogoda akurat idealna na wakacje. Ciepło, miło i bez deszczu. Pokoik był tani, lecz niejeden hotel mógłby się wzorować na nim.

Wykupiliśmy odgórnie bilety "tam i z powrotem", na całą trasę, bez przesiadek i zmian wagonów. W obie strony miejsca rezerwowane w "przedziale" (czy jak to się nazywa ten mały pokoik na 6 osób). Obydwa kursy odbywały się w nocy.

Droga do Jastarni:

Pociąg miał powiedzmy 3 części. Lokomotywa, wagony jadące na Półwysep Helski oraz wagony dojeżdżające do Trójmiasta i tam odczepiane.

Wsiedliśmy i poszliśmy do naszego przedziału. Tam matka z dwójką dzieci i troje pijących piwo (marki zwierz) studentów. Wtedy sama byłam studentką i również zdarzyło mi się pić piwo w pociągu, ale... oni po prostu byli niekulturalni w swoim zachowaniu. Bekanie jak bekanie, ale pluli na podłogę, puszczali jakiś Hip-Hop, byli mega głośno i klęli nad wyraz bardzo. A dzieciaki na oko miały jakieś 4 i 7 lat.

Sprawdziłam bilety i stwierdziłam, że to nasz przedział. Poprosiłam o ustąpienia nam miejsca, które rezerwowaliśmy. W odpowiedzi usłyszałam (ja i mój M.), że oni byli tu pierwsi. Mój M. dałby spokój i poszukałby innego miejsca (był po pracy i od razu ruszaliśmy na urlop, żeby nie tracić czasu i pewnie zasnąłby stojąc... a ich było trzech), ale przecież byłam ja.

Poprosiłam jeszcze raz grzecznie, żeby ustąpili nam miejsca, bo są zarezerwowane. Jeden z tych chłopaków (siedzący w środku po prawej, brzydki szatyn) powiedział, że ich to nie obchodzi i mają gdzieś czy są rezerwowane czy nie, bo oni tu siedzą, piją kuuuulturalnieeeee piwo i nigdzie nie idą. Cóż, ważyłam wtedy z 55 kg i miałam kiepski dzień... Powiedziałam, krzycząc, wprost: Wyp....ć, natychmiast!

Nie wiem co ich przekonało. To, że jestem nienormalna, czy to, że jestem nienormalna po nienormalnym dniu. Ten sam koleś, który pyskował powiedział, że trzeba było normalnie poprosić i uniósł ręce tak, jakbym miała zaraz wbić mu miecz gdzieś pod pachę (akurat kojarzy mi się z Wiedźminem).

Usiedliśmy w przedziale. Drzwi zamknięte. Zasłonki zasunięte. Mój M. zasnął, nawet zbytnio nie komentując (prócz tego, że znowu musiałam wyglądać jak psychopatka - taki wrodzony urok własny, który ostatnio szwankuje). Dzieciaki też zasnęły. A kobieta, która jechała z tymi dzieciakami po prostu mi podziękowała szeptem. Tylko kiwnęłam głową. Komentarz tu chyba niekonieczny. Względna cisza. Ale...

...towarzystwo, które "wyrzuciłam" rozłożyło się na końcu wagonu, bodajże 3 przedziały dalej, przy toalecie. Muzyka grała dalej. Pili dalej. Klęli dalej i palili w kiblu. Jakoś za Bydgoszczą poszłam do toalety. Jeszcze nie była zniszczona, ale w sedesie leżało kilka petów i ja... ja jako osoba paląca otworzyłam okno, bo tam zwyczajnie nie dało się oddychać. Wróciłam do przedziału. Chłopaków było słychać, ale osoba, która jest zmęczona po prostu zaśnie mimo tego stłamszonego przez drzwi hałasu i stukotu, a nawet nie obudzi się, gdyby ją okradali. Raz, chwilę po tym jak wróciłam z toalety, jeden z tych kolesi zajrzał do przedziału, że niby zostawili torbę i złapał za jedną z dwóch toreb, które miałam z moim M. postawione na półce. Od razu wstałam i ją złapałam.

- Ale to torba kolegi.
- To moja torba, a jak kolega taki odważny to niech sam po nią k... przyjdzie.

Ten wyszedł i nikt się już nie pojawił. Biletów też nikt nie sprawdzał, ale ja już starałam się nie spać do końca drogi. Poprosiłam kobietę siedzącą w przedziale, żeby dała mi znać, jak będą wysiadać. Nie musiała, bo nie zasnęłam. Co jakiś czas ktoś kręcił się przy drzwiach i zaglądał przez niedociągniętą zasłonkę. Zrobiłam trochę więcej miejsca zasłonce, żebym sama mogła widzieć kto zagląda, a zaglądały ciągle te same twarze. W pewnych momentach nawet słyszałam "ciiiii" albo "śpi?" albo "zobacz" itp.

Ta grupa jechała z nami aż do Jastarni i tam wszyscy wysiedliśmy (prócz kobiety z dziećmi, bo wysiedli wcześniej). Po drodze zdążyłam kupić w Gdańsku gorącą herbatę od babeczki "dworcowej" z wózkiem i iść drugi raz do toalety oraz przestrzec inną kobietę z małym dzieckiem przed pójściem do tej konkretnej toalety, bo tam był syf i mogiła i... jak do ciężkiej anielskiej można tak zniszczyć toaletę. Urwana deska, narzygane, pełno popiołu i papieru toaletowego na podłodze... Nie zrobiłam zdjęcia, bo bym teraz dodała bo ciężko to sobie wyobrazić w wersji "przed" i "po" w kilka dosłownie godzin. Poprosiłam też przechodzącego konduktora (nie sprawdzał biletów w tym przedziale, ale wiedziałam, że idzie, bo ludzie uciekali) o interwencję... hmm... powiedział im, żeby nie palili...

Mi osobiście byłoby wstyd, gdybym zostawiła taki syf, ale przecież to było publiczne... prawda? Wtedy współczułam osobom, którym przyjdzie to sprzątać. Kto takich ludzi wychowuje? Konduktor nie mógł zareagować? Może nie mógł, nie znam tak prawa. A od tamtego czasu zmieniło się wiele razy...

Droga powrotna:

Pociąg był o 21 z hakiem. Od razu poszliśmy do naszego przedziału i o dziwo przez większość czasu prócz nas do przedziału nikt nie wsiadał (przewinęły się ze 3 osoby na krótkich odcinkach. Jeden facet nawet pytał czy to ten przedział i sama potwierdzałam patrząc na jego bilet)... Nie było non stop chlejących osób itp. Nawet toaleta była jakaś bardziej przyjazna dla człowieka.

Podróż trwała kilka godzin. O ile wcześniej byłam niewyspana przez chamstwo ze strony klientów PKP, o tyle tym razem próbowałam spać zaczepiona ręką o drzwi do przedziału. Tak zawiesiłam sobie sznurek na rękę i na klamkę.

9.

Tyle razy sprawdzano bilety, które mieliśmy. Za każdym razem sprawdzał nas ten sam człowiek z wąsem. Bo to miał być niby zawsze "przedział dla osób pracujących na kolei". Mój M. obudził się na dwie kontrole. A ja za każdym razem pokazywałam bilety i za każdym razem potwierdzałam, że faktycznie jedziemy tam gdzie jedziemy i że to jest ten wagon i te same miejsca. A ten facet nachalnie wchodził z czajnikiem na prąd do przedziału. Nie wiem po co, bo w gniazdkach prądu nie było jak jechaliśmy kilka dni wcześniej, tak samo teraz. Jak o tym piszę to tak sobie myślę: może szukał działającego gniazdka? Nie wiem.

Z tego wyjazdu żałuję tylko, że tego konduktora z poprzedniego akapitu nie było w drodze do Jastarni. Może wtedy ta historia wyglądałaby inaczej. Spokojniej. I nie spaliłabym się śpiąc na kocyku pierwszego dnia nad morzem...

PKP wakacje morze Jastarnia

by ~LubieCzasemMiecUrlop

Historia 80688 przypomniała mi o moich perypetiach z nową na polskim rynku firmą Geis (a może to stary gracz, który zmienił nazwę?).

Towar zamówiony dnia pierwszego (dla historii nieistotne są dni tygodnia, których nie pamiętam - ważne, że były to dni robocze) rano. Powinien być dnia drugiego. Nie był. Dnia trzeciego też nie był. Był dnia czwartego. Pani kurierka otwarcie przyznała, że "miała za dużo paczek i nie przyjechała, bo musi kiedyś odpocząć". Cóż - jakby mi się nie spieszyło, to towar zamówiłbym do paczkomatu, płacąc 8 zł, a nie 24, a i tak dostałbym go szybciej. Wybrałem kuriera, bo zamówione urządzenie było potrzebne na już - jego brak wstrzymywał budowę.

Efekt olewactwa firmy Geis: wstrzymana na dwa dni budowa, odwołana najęta ekipa, odwołana dostawa betonu, zmarnowane okienko pogodowe. Nie wiadomo, kiedy będzie się dało dalej prowadzić prace (potrzeba bezdeszczowej pogody z temperaturą powyżej +5 stopni przez przynajmniej 3 doby non stop). Straty pójdą w grube tysiące, o ile pogoda nie będzie wyjątkowo łaskawa.

Firma co prawda reklamację przyjęła, ale okazało się, że nie ma sobie nic do zarzucenia. Stanowczo odradzam korzystanie z tej pseudofirmy.

by timo

Historia sprzed kilku tygodni (poniedziałek przed 01/11).
Dla odmiany nie będzie o hienach cmentarnych, a o ludziach brzydkich i ładnych.
Nie oszukujmy się, osoby o ładnej aparycji mają czasami w życiu nieco łatwiej, zwłaszcza w sytuacjach, kiedy stronami jest płeć przeciwna.

Jak się podróżowało przed Wszystkimi Świętymi, opowiadać nie trzeba. Pech chciał, że w ten wtorek praca trochę się przeciągnęła i musiałam lecieć na ostatnią chwilę na pociąg. Pociąg, wiadomo, przeładowany, ale o ile w przedsionkach przy drzwiach nie szło szpilki wcisnąć, to już pomiędzy siedzeniami było trochę luzu.
Przecisnęłam się pomiędzy ludźmi, stanęłam w miarę stabilnym miejscu, żeby w razie hamowania było się czego uwiesić i czekam.

Zerkam w lewo, w prawo, bo to nawet nie ma jak książki wyciągnąć, a tu proszę: w poczwórnym siedzeniu (po 2 siedzenia z każdej strony skierowane do siebie) jest jedno wolne miejsce od okna. Podchodzę, widzę 3 chłopaków w mundurach, na oko 20, i pytam czy miejsce jest wolne. Szybko zostaję poinformowana, że nie, kolega zaraz przyjdzie. Głupio mi się trochę zrobiło, ale nic, na siłę im się tam nie wpakuję. Odsuwam się z powrotem na moje stabilne miejsce.

Pociąg rusza.
Nie minęła minuta, słyszę, że panowie za moimi plecami zaczynają się śmiać. Odwracam się, a oni zdążyli już zaprosić jakieś ładne dziewczę na to wolne miejsce (tego 4 kolegi, ani widu ani słychu). Nie powiem, dziewczyna rzeczywiście była śliczna, ale nie myślałam, że w ten sposób rozdysponowuje się miejsca w pociągu.
Rozumiem, że młodzi Panowie, może z wojska na przepustce, albo co, ale...

Dodam tylko, że niecałą minutę później ustąpił mi miejsca Pan około 40 jak zobaczył, że stoję.
Normalnie bym nie usiadła, ale wiecie, miałam całą nogę w ortezie, od kostki po prawie biodro, więc skorzystałam.
Ps. Podziękowania dla Miłego Pana.

pociąg

by downthedrain

Początek listopada.
Poczta w dużym mieście wojewódzkim.
Przetarg na obsługę doręczania paczek wygrywa nowa firma. Ma podstawić 14 aut na rejony i 3 na odbiory pocztexów.
Firma obstawia 11 rejonów, z tym że nowi kurierzy nie znają w ogóle miasta.

Robi się dym na całego.
Kierownik i dyspozytorzy logistyki poczty ściągają wszystkich wolnych kierowców, zawieszone są zaplanowane urlopy.

Jeżeli ze strony logistyki poczty jeszcze udaje się nieobstawione 3 rejony ogarnąć i dodatkowo robić odbiory PX, to niestety firma zewnętrzna daje ciała po całości.
Sytuacja robi się dramatyczna. Przyjeżdżają dyrektorzy (władcy marionetek jak potocznie się ich nazywa). Opieprz, ochrzan oraz wszystkie plagi egipskie zostają zwalone na Bogu ducha winnych kierowników i dyspozytorów.
Rozpoczynają się rozmowy z poprzednimi kurierami.
Uff, jednak wrócą.

Gdzie tu piekielność, zapytacie się moi drodzy czytelnicy?
Ano, właśnie owi władcy marionetek klepnęli przetarg i zmianę firmy doręczającej na początku sezonu "paczkowego".


Ps.
* Żal mi tylko klientów PP, którzy czekali i jeszcze niestety czekają na swoje paczki.

poczta

by bolo191

Dzisiaj w Daleszycach niedaleko Kielc miał miejsce wypadek. Prawdopodobnie pijany 60-latek wpadł pod autobus, który zmiażdżył mu głowę - śmierć na miejscu. Nie minęło dużo czasu, jak w sieci pojawiło się zdjęcie z ciałem denata z wypływającą z głowy zawartością.

Co piekielnego? Przesłane zdjęcie to selfie. Jakiś chłopak zrobił sobie selfie ze zwłokami leżącymi na ulicy...

Daleszyce Idiota

by Althing
Następna strona