piekielni.pl

Pokaż menu
Szukaj

Całkiem niedawno zrobili u nas w pracy remont toalet. Co jako pierwsze rzuciło się w oczy po otwarciu nowych przybytków?

Zniknęły ręczniki papierowe (zostały dmuchawy) do rąk i spray do dezynfekcji desek. Z pięciu podajników na mydło zrobiły się dwa.

Cóż, mam nadzieję, że się inwestycja zwróci.

PS. Wszystkie nowe deski klozetowe, jedna po drugiej, połamały się w pierwszym tygodniu użytkowania.

praca modernizacja

by xlchtloi

Pamiętacie moją (niestety) przyszłą szwagierkę z jednej z historii? Zapraszam do zapoznania Anny: http://piekielni.pl/78111

Dziś bardzo "umiliła" mi urodzinowy wieczór. Ale od początku.

Pisałam z jej córką Karoliną (z którą mam dobry kontakt i od długiego czasu mam wrażenie, że jestem jej jedyną osobą na tyle bliską, z którą może porozmawiać na każdy temat, bo przecież z zaborczymi rodzicami nie porozmawia). Dowiedziałam się, że Karolina wybiera się do nas jutro i zostanie do przyszłej soboty. Napisała mi to, bo była pewna, że wiem. No nie wiem.

Pytam się mojego P., czy wie coś na ten temat. Nie.

Zdziwił mnie nieco fakt, że przyjeżdża, bo ferie w naszym województwie już się skończyły, a Karolina nadal się uczy. Odpisałam jej zgodnie z prawdą, że jej babcia (mama P., która mieszka w drugiej części domu) na pewno się ucieszy, ale nas niestety nie będzie, bo wyjeżdżamy na kilka dni w Karkonosze. Wszystko już zarezerwowane i opłacone.

Dosłownie dwie minuty po tej wiadomości, do P. dzwoni telefon. Anna.

Z ich rozmowy wynikało, że MAMY JUŻ TERAZ ZARAZ ODWOŁAĆ WYJAZD, bo ktoś się musi Karoliną zająć. Bo ferie minęły, ale ona musi zmienić otoczenie i odpocząć. Po jakimś czasie wyszło na to, że ona z Danielem (mężem) jadą do jakiegoś SPA i zwyczajnie nie mają gdzie zostawić nieletniej córki.

Ogólnie już dawno zauważyłam, że Anna nasz dom (i niestety połowicznie jej) traktuje jak "przechowalnię na dziecko". Młodą zostawiają na ferie, nie ma sprawy, my ją bardzo lubimy, ale już nie raz rozmawialiśmy z Anką na ten temat. Ona nie widzi w tym nic złego, "bo przecież rodzina musi się wydawać". Ale nie sądzę, by nastolatka cieszyła się z dwóch tygodni spędzonych na za*upiu, w większości w towarzystwie 70-letniej babci. Dla mnie to ciężka sytuacja, bo jak by nie było - nadal jestem obcą osobą, przynajmniej dla Anny i Daniela, i nie zamierzam młodej nastawiać przeciwko rodzicom. W naszych rozmowach poruszamy różne kwestie i staram się jedynie dawać jej pewne wskazówki (nie mogę też napisać nic wprost, bo Anna sprawdza młodej telefon i laptopa; a młoda nie protestuje...). Może to co robię jakoś pomoże.

P. jako brat Anny wiele razy starał się jej tłumaczyć, że Karolina raz na jakiś czas powinna odejść od nauki i iść do kina ze znajomymi, przecież nie ma dziesięciu lat. Jedyny argument Anki to to, że z P. nie mamy jeszcze dzieci, więc nie powinniśmy się wtrącać.

A co do jutrzejszego przyjazdu Karoliny, Anna zaproponowała, że może by Karolcia z nami pojechała w te góry? Ona zapłaci. Na słowa Anny P. najpierw zabił ją śmiechem przez telefon, a potem powiedział, co myśli o tym, jak traktuje własne dziecko i nas. Jestem pewna, że przywiozą Karolinę i to jej najbardziej współczuję, a my z wyjazdu nie zamierzamy rezygnować.

Edit:
Wyjechaliśmy, Karoliny w sobotę nie przywieźli. Dostaliśmy za to dziś rano telefon od Anny, że oni PRZYPADKIEM PRZEJEŻDŻAJĄ przez Jelenią Górę (jadąc z Wrocławia do nas, co jest baaardzo nie po drodze) i spytała, czy może byśmy mogli się spotkać na jakąś pizzę, skoro już też tu jesteśmy. Chyba tylko głupi przystałby na jej propozycję, zapewne skończyłoby się na próbie "wciśnięcia" nam Karoliny. P. odpowiedział, że plany nam się zmieniły i jednak nie jesteśmy w tej okolicy. Potem zasypywała nas SMS-ami. Potem zgodnie stwierdziliśmy, że przed wyjściem na szlak telefony wyłączamy. Swój teraz włączyłam, tylko 6 wiadomości i 4 nieodebrane. P. nie chce włączać.

Rodzina

by mabmalkin

Historia o stypie przypomniała mi ostatnie spotkanie z częścią mojej rodziny.

Moi rodzice mieszkają na wsi. Mają niewielkie gospodarstwo, powstałe z połączenia ziemi, którą mama odziedziczyła po swoich rodzicach, a tata po swoich dziadkach. I o tych ostatnich będzie mowa. A raczej o ich potomkach.

Pradziadkowie mieli trójkę dzieci, których (z wyjątkiem rodziców taty) widywaliśmy jedynie 1 listopada, na cmentarzu, mimo że mieszkali tylko kilkadziesiąt kilometrów od nas. Wizyty te były tradycją odkąd pamiętam. Mama dzień wcześniej piekła ciasto, pół dnia gotowała, żeby przyjąć rodzinę jak najlepiej (mimo że w czasach mojego dzieciństwa było u nas naprawdę biednie; do tego stopnia, że mięso dawała gościom, a sama zjadała tylko ziemniaki).

O ostatniej wizycie wujka i jego żony wiem jedynie z opowieści mamy, ponieważ mieszkam za granicą. Otóż szanowne wujostwo obraziło się na moich rodziców, że tata "do tej pory" nie postawił nowszego pomnika dziadkom. Pretensje miał syn owych dziadków w stosunku do wnuka. Doskonale znając sytuację finansową tego wnuka (przez lata mieszkaliśmy w starym drewnianym domku, dopiero ostatnio rodzice postawili sobie nowy), ponieważ co roku go odwiedzali (zawsze zostawali na obiedzie, czasem wracali następnego dnia). I doskonale wiedząc, że zarówno on sam, jak i jego siostra są lepiej sytuowani finansowo.

Wujostwo obraziło się do tego stopnia, że gdy tata poszedł po mamę (była przy grobie swojego ojca, na drugim końcu cmentarza), odjechali bez słowa.

Uprzedzając komentarze: nie zazdroszczę nikomu pieniędzy. Obecnie zarówno mnie, jak i moich rodziców stać na mięso do obiadu dla każdego. Jednak nie przyszłoby mi do głowy żądanie od mojego bratanka, żeby stawiał pomnik moim rodzicom.

wujostwo cmentarz rodzina pomnik

by tova123

Opowiastka pod tytułem "Uwielbiam straż miejską czyli hoplofobia poziomu żenującego".

Posiadam broń. Długą, palną i śmiertelnie niebezpieczną - jeżeli jest załadowana, przeładowana i stoi się po niewłaściwej stronie lufy. Tyle że taka sytuacja występuje wyłącznie na strzelnicy - oczywiście poza stawaniem przed lufą. W pozostałych przypadkach to narzędzie jest rozładowane, schowane w pokrowcu i co najwyżej może stłuc paznokieć, gdy spadnie na stopę. Niestety, według dzielnych strażaków miejskich, broń ma to do siebie, że zabija wszystkich w okolicy samą swoją obecnością. A tych, co przeżyją - zabija jeszcze raz, gwałci i potem znowu zabija.

Wracałem wieczorkiem, samochodem, ze strzelnicy, broń w pokrowcu zalegała na przednim siedzeniu, drzwi zablokowane centralnym zamkiem. Zatrzymałem się przed skrętem w uliczkę osiedlową, żeby przepuścić wolno drepczący patrol SM, sztuk dwie, płeć męska. Przechodząc przed maską jeden z nich odruchowo zajrzał do środka. Natychmiast obrócił się do kolegi i zaczął coś gardłować i pokazywać w moim kierunku. Ponieważ byłem zajęty kręceniem kierownicą, nie zwróciłem na to zbyt dużej uwagi, lecz ruszyłem i po przejechaniu może dwudziestu metrów zaparkowałem przed domem. Wysiadam i...

- Nie ruszaj się! - słyszę nagle wrzask zza pleców. Najpierw odruchowo skamieniałem, potem odwracam się i zobaczyłem dwie ciemne sylwetki biegnące w moim kierunku. Ponieważ jestem bardzo wyczulony na punkcie swojego bezpieczeństwa - zwłaszcza gdy przewożę broń - odchyliłem kurtkę, ukazując pistolet w kaburze przy pasku.

Tutaj mała dygresja dla osób nieobeznanych z tematem. Posiadacz pozwolenia sportowego może legalnie nosić załadowaną broń w miejscach publicznych, w sposób nie ujawniający jej posiadania. Czyli np. w kaburze przylegającej do ciała, ukrytej pod kurtką, wewnętrzną za paskiem, albo schowaną pod pachą - byle nie afiszować się jak kowboj z coltem na biodrze. Dokładnie reguluje to ubojka, czyli ustawa o broni i amunicji, oraz odpowiednie rozporządzenia MSWiA. A zdrowy rozsądek zaleca posiadanie załadowanej broni krótkiej do ochrony przewożonej, a rozładowanej broni długiej. Zwłaszcza gdy jest jej dużo - zdarzyła się próba odebrania karabinków wiezionych na zawody. Tutaj, co prawda, występował tylko jeden karabin w pokrowcu, ale liczy się zasada. Koniec dygresji, wracamy do opowieści.

Dwóch strażników wyhamowało prawie w miejscu i, z bezpiecznej odległości, zaczęło się:

- Co jest w samochodzie?! Nie dotykaj rewolweru(?), ręce na widoku!

Chłopakom ewidentnie włączył się hollywoodzki scenariusz. Szkoda tylko, że ich wrzaski nie były poparte dwoma lufami wycelowanymi w moją stronę, bo bez tego scena mocno traciła na wiarygodności. Gdy już zidentyfikowałem, że to nie dwa dresy chcą mi skroić samochód lub broń, odczułem dużą ulgę. Zakryłem kaburę, po czym z głupia frant łagodnie zapytałem:

- Stało się coś?

Nic innego mi nie przyszło do głowy, ale w tej sytuacji to była maksymalnie inteligentna wypowiedź, na jaką było mnie stać. Odpowiedź mocno mnie zdziwiła:

- Gleba! Na glebę! Kładź się! Rzuć broń!

Popatrzyłem pod nogi na opluty chodnik i już ze spokojem wycedziłem:

- Sam się kładź. Może byś mnie najpierw o pozwolenie zapytał, bara... strażniku miejski? To legalna broń, mam książeczkę przy sobie. Pokazać?

Strażniki pohamowały słowotok. Najwyraźniej dotarło do nich, że tym razem nie trafiły na bandytę z nielegalną klamką i nie zginą od razu jak poprzednim razem, więc już z mniejszym natężeniem decybeli zaczęli mnie rugać:

- Dlaczego pan ma broń w samochodzie i przy sobie? Nie wolno nosić broni na ulicy! To jest przestępstwo! Dokumenty! Tylko spokojnie i proszę nie dotykać broni! Co jest w samochodzie?

- Kałasznikow. A bo co?

Wręczyłem dowód osobisty i okazałem z daleka czerwoną książeczkę posiadacza broni. Nie chciałem się potem tłumaczyć ewentualnie wezwanej Policji, gdzie się podział ten dokument i dlaczego jest w kieszeni u strażnika, a nie u mnie. Po czym nastąpił dalszy ciąg tyrady. Nie będę jej dosłownie przytaczał, ale sens był taki: popełniłem przestępstwo; nie mam prawa nosić broni w miejscu publicznym; broń musi być przewożona w bagażniku; nie mam prawa transportować jej z domu, tylko muszę ją przechowywać na strzelnicy; broń nie może być załadowana; cywil nie może mieć kałasznikowa; nie wolno mieć naboi w magazynku, a broń musi być w pudełku, nie w kaburze (o, coś zaświtało, ten chyba czytał rozporządzenie - szkoda, że zdezaktualizowane od 2014 roku); broń może wystrzelić i będą dziesiątki ofiar!

Z całej tej tyrady sprzecznych bałwaństw tylko ostatnia rzecz trochę pokrywała się z prawdą, reszta to stek bzdur. Uświadomiłem panów, że kałasz jest rozładowany, więc nie ma bata, nie wystrzeli - a nawet jeśli zdarzy się cud, to zrobi dziurkę w dachu, a nie w przechodniach. Pistolet nie ma naboju w lufie (wiem, że są dwie szkoły noszenia - falenicka i otwocka), więc też wymaga pewnego manualnego zaangażowania przed rozpoczęciem masakry. Niestety, nie dotarło. Broń sama strzela, broń na ulicy to przestępstwo i konfiskata. W sumie - winien, pod ścianę, ostatni papieros, zakryć oczy? Tylko pan pożyczy spluwy, bo pluton egzekucyjny swojej nie ma.

- To ja poproszę o wezwanie Policji, skoro panowie boją się niekaranego, uczciwego obywatela z legalną bronią. Który w dodatku nie łamie w żaden sposób prawa, tylko wy jesteście niedouczeni - zaryzykowałem lekką obelgę.
- Oj, wezwiemy! Zobaczysz!
- Pożyczyć telefon?

Patrol pojawił się tempie ekspresowym - chyba zadziałało słowo-klucz "broń". Dzień dobry, co się tutaj dzieje, dowód poproszę. Panie strażnik, pan odda ten dowód! PESEL, baza danych, ile ma pan sztuk przy sobie? Gdzie reszta? W szafie S1, a gdzie ta szafa, a, za naszymi plecami (staliśmy pod moim domem). Obejrzeli książeczkę, chcieli odczytać numery z broni, ale zaczęło się robić ciemno. A na której strzelnicy pan był? Wpisał się pan do książki, czy mamy sprawdzić? A, no to nie ma sensu im d… zawracać. Przepisy pan zna? Wszystko w porządku, można iść. A właściwie to panom strażnikom o co chodziło?

I po wysłuchaniu długiej listy zarzutów jeden z policjantów nieparlamentarnie parsknął śmiechem. Drugi dał radę, chociaż widziałem, że było mu cieżko. Chyba był starszy stopniem, to i pewnie doświadczenie z kontaktach ze SM miał większe.

Zabrałem graty z samochodu, pożegnałem się z policjantami, ostentacyjnie ignorując strażników. Już z okna widziałem, jak jeden z policjantów coś im tłumaczy, a oni machają łapami. Ciemno już było, ale mam nieodparte wrażenie, że wyraz politowania dłuuugo nie schodził z twarzy starszego policjanta. Ubolewał pewnie srodze na stanem wiedzy prawnej reprezentantów tej jakże światłej, miejskiej formacji mundurowej. Mam nadzieję, że nie bardzo pojechał im po niebieskich pagonach, bo nie będę miał życia na dzielnicy, jeśli zechcą mścić upokorzenie.

straż miejska

by Azja

Sprzed kilku minut.

Listonosz przyniósł list polecony z pewnego urzędu! gminy.

Zaadresowany na moją babcię…

… która zmarła 15 lat temu.

Polskie urzędy...

Polska urzędy

by milamila

Mam dziadka. Dziadek ma działkę i nadmiar wolnego czasu. Efektem tego na działce ma m.in. drzewka owocowe. Drzewo jak to drzewo - jest wyższe nieco od krzaka, do jego obsługi potrzebna jest więc drabina. I miał mój dziadek taką, używał jej od lat 70'. Drzewo jednak ma to do siebie, że rośnie - w przeciwieństwie do drabiny.

No i przychodzi któregoś dnia (jesienią) dziadek na obiad i kuśtyka. Mama zaczęła więc go przesłuchiwać i po 15 minutach zadawania krzyżowych pytań i wysłuchiwania wymijających odpowiedzi dowiedziała się prawdy:

(teraz proszę usiąść i złapać się za głowę)

Drabina była za krótka, więc dziadek dosztukował do niej dwie listewki (całkiem dobre listewki, które ktoś zupełnie głupio wywalił na śmietnik), przy pomocy sznurka (takiego konopnego, co tam w szufladzie leżał) i tak tej drabiny używał. Ale chyba związał za lekko, bo ja stanął na górze tej drabiny, to to łączenie się rozwiązało, drabina poleciała, a dziadek został uczepiony gałęzi. I tak wisiał. Póki nie spadł. A jak spadł, to teraz kuśtyka.

Po tym jak pierwsza fala żywej reakcji mojej mamy przeszła, a środki uspokajające zaczęły działać i mój wujek przestał w krótkich, żołnierskich słowach wyrażać swoją opinię nt. drabin, wiśni i jabłonek, doszliśmy wszyscy do porozumienia.

Ojciec pojedzie z dziadkiem na pogotowie zobaczyć, czy NA PEWNO nic mu się nie stało, a ja kupię mu drabinę.

Żeby było ciekawiej - faktycznie dziadkowi nic się nie stało, tylko się potłukł.

No to kupiłam - aluminiową, lekką (tak, że mogłam ją nieść jedną ręką), składającą się z trzech elementów, które można było dowolnie zestawiać, z zapięciami, żeby jak się te elementy zestawi, to konstrukcja była stabilna.

Pojechałam też na działkę i zabrałam starą drabinę z przywiązaną jedną listewką boazeryjną. I wszystkim nam się wydawało, że sprawa drabiny jest załatwiona. Do wczoraj.

…(werble)...

Jako że jestem jedyną osobą, która ma auto terenowe w rodzinie, oddelegowano mnie do odebrania dziadka z działki. Dziadek tam sobie chodzi pieszo.

No i ja przyjeżdżam i patrzę co dziadek robi - a on przycina drzewka. Stojąc na drabinie. Nie - nie na drabinie - na 1/3 drabiny aluminiowej, przedłużonej przywiązanymi do niej jakimiś patykami.

Powtórzyłam sobie trzy razy, że jestem białą lilią spokoju na falującej tafli urfa jeziora spokoju i pytam się go, co robi.

No drzewa przycina, bo już czas. No to widzę, ale dlaczego na 1/3 drabiny? Dlaczego sobie nie zestawił dziadzio dwóch elementów i nie zabezpieczył ich na te zapięcia, jak dziadziowi pokazałam? Tylko tak sztucznie drabinę przedłuża.

No bo:

- 1/3 drabiny jest w garażu. Dziadzio sobie nią wychodzi na dach garażu i zamiata. Ten dach garażu. Żeby był czysty.
- 1/3 drabiny jest w mieszkaniu. Bo dziadziowi wygodniej wyciągać rzeczy z szafek niż ze stołka. Dziadzio zabezpieczył górę drabiny dwiema skarpetkami, żeby nie porysować mebli na wysoki połysk, o które opiera 1/3 drabiny.
- no i 1/3 jest na działce, ale jest za krótka, żeby z niej obsługiwać drzewa, to se dziadzio dosztukował na długość.

!

A komórkę trzyma w domu w krysztale, bo nie chce żeby go inwigilowali. No i co z tego, że jak spadnie, to umrze. To będzie spokój.

I gadaj tu z nim.

by takatamtala

Historia wydarzyła się pod koniec października zeszłego roku mojej znajomej z pracy - Julie.

Historia sama w sobie baaardzo piekielna, ale żebyście mogli wyobrazić sobie, jak to dodatkowo odczuła moja znajoma, przybliżę trochę jej postać. Julie jest krótko po pięćdziesiątce i jest zwierzolubem. A konkretnie psiarzem. Nie należy do żadnej organizacji pomagającej zwierzętom, ale sama we własnym zakresie wyszukuje "psie bidy" w Rumunii, Bośni czy Mołdawii (zna przez FB osoby, które mieszkają w tych państwach i z nimi współpracuje). Julie opłaca szczepienia tych psów, paszporty i na własny koszt ściąga je do Szkocji. Później znajduje tym psom dobre domy. Uratowała w ten sposób około trzystu psów. Sama ma w domu ma siedem(!), wszystkie odratowane.

W miasteczku, w którym Julie mieszka, jest klub golfowy. A klub dodatkowo jest otoczony terenami zielonymi, gdzie okoliczni psiarze wyprowadzają swoich pupili.

Pod koniec października Julie wzięła swoją siódemkę i 5-letniego wnuka na spacer. Teren niedaleko klubu wygląda tak, że jest ulica, przy ulicy jest około półtora metra trawnika, potem chodnik, a za chodnikiem dość spore tereny zielone. Julie z wnukiem szła chodnikiem, sześć psów biegało po dużym trawniku, a jeden mały pimpek w typie shih-tzu maszerował jakieś 10-15 metrów przed Julie po tym wąskim zielonym pasie pomiędzy chodnikiem a ulicą.

W pewnym momencie minął ich dość szybko jadący czarny SUV. Gdy tylko ominął Julie, znacznie zwolnił. Julie później opowiadała, że myślała, iż on chciał zachować ostrożność na wypadek, gdyby pies nagle wyskoczył na ulicę. No raczej nie.

Kierowca nagle ZJECHAŁ Z ULICY NA TRAWNIK, PRZEJECHAŁ PO PSIE, po czym dodał gazu i spierniczył. Pies-zgon na miejscu. Julie była w takim szoku, że nie mogła się ruszyć ani wydobyć z siebie głosu. Wróciła do rzeczywistości, gdy usłyszała wrzask wnuka i też zaczęła krzyczeć. Zbiegli się ludzie, którzy byli gdzieś niedaleko, zabrali Julie, wnuczka, pomogli ogarnąć resztę psów…

Policja powiadomiona, ludzie zaalarmowani, ruszyły posty na FB i zaczęło się poszukiwanie SUV-a. Julie w tym szoku nie zwróciła uwagi na rejestrację samochodu. Kierowca jechał od strony klubu golfowego, więc policja od razu pojechała sprawdzić monitoring. Niestety, monitoring obejmował tylko tereny klubu, tych dalszych już nie. Sprawdzono zarejestrowanych członków klubu, którzy mają czarne terenówki i byli w tym czasie w klubie - nic. Sprawdzono monitoring na parkingu klubu, czy był tam taki samochód (nie trzeba być członkiem żeby skorzystać z restauracji) - też nic. Ci, którzy spacerowali w tym czasie ze swoimi psami byli za daleko, żeby zauważyć numery samochodu, zresztą wszystko wydarzyło się zbyt szybko. Posty na FB miały setki udostępnień, policja i ludzie chodzili po domach szukając świadków - nic. Do tej pory nie udało się bydlaka namierzyć.

A Julie? Po zajściu była na chorobowym. Choruje na toczeń, więc poziom stresu "trochę" ją dobił, psychicznie i fizycznie. Wróciła do pracy po sześciu tygodniach, jakoś to wszystko przebolała. I znowu ma siedem psów. W połowie stycznia przyjechał z Rumunii zabiedzony i skołtuniony piesio, którego teraz doprowadza do porządku. Tylko, z tego, co mówi Julie, jej wnuczek często budzi się z płaczem albo woła przez sen do psa: "Tania, uważaj!”.

Mam nadzieję, że z czasem zapomni.

mała mieścina Szkocja

by KukuNaMuniu

Pracuje u nas chłopak, obecnie student 2 roku, który dzieli czas na studia i naukę oraz na pracę zawodową. Po prostu dogadał się z kilkoma osobami i stara się dołączać do ekip. W weekendy pracuje po 16h. I wiecie co? Zarabia około 4k na rękę.

I, jak sam stwierdza, ludzie z roku go nie lubią, bo: jest kanarem, ma niezłą pensję, nie jest roszczeniowy typu „mi się należy", tylko pracuje.

A połowa ludzi z jego roku to utrzymanki stypendialne i na garnuszku rodziców, przerażone opcją innej pracy niż biurowa. Ba, opcją pracy czasem w ogóle.

komunikacja_miejska

by Canarinios

Historia będzie o kierowniku sklepu odzieżowego.

Na studiach dorabiałam, pracując w różnych butikach w galerii handlowej, ale jeden szczególnie utkwił mi w pamięci.

Kierownik tego sklepu (krewny właściciela) rzadko bywał w pracy, cóż, takie jego prawo (chociaż w grafiku zawsze miał 160 godzin).

Jego miejsce zamieszkania było oddalone o około 80 km, więc pojawiał się w pracy tylko we wtorek i środę na drugą zmianę, następnie w czwartek wracał w swoje rodzinne strony.

Nie przeszkadzałoby to nikomu, gdyby nie fakt, że jeśli dzień wypłaty przypadał w piątek, to najwcześniej można było odebrać ją we wtorek (o ile się oczywiście pojawił).

Na każdą prośbę o wcześniejszą wypłatę wynagrodzenia odpowiadał, że księgowa nie przygotuje, a on nie będzie jeździł wcześniej tylko po to, żeby dać wypłaty. Na pytania o wypłaty dziwił się, że nie zostało nam jeszcze z poprzedniej (no tak, 600 zł na miesiąc to ogromna kwota).

Natomiast najgorszy był fakt, że kierownik ubierał się za nasze pieniądze.

Co pół roku w sklepie była przeprowadzana inwentaryzacja i zawsze wychodziło, że brakowało towaru na kwotę około 500 zł. Różnica w inwentaryzacji była dzielona na ilość pracowników i każdy musiał oddać pieniądze za braki w asortymencie.

Dla osoby, która zarabia około 600 zł oddać w jednym miesiącu 120 zł to było dość sporo. Wspólnie doszliśmy do wniosku, że co miesiąc będziemy dawać 30 zł na tzw. fundusz inwentaryzacyjny. Dzięki temu w czasie inwentaryzacji nie traciliśmy prawie 1/4 wypłaty. I przez rok oddawałyśmy pieniądze co miesiąc.

Pewnego razu, tuż po "opłaconych brakach" 550 zł, jedna z pracownic znalazła kartki w sejfie z nagłówkiem: ubrania Piekielnego Kierownika. Na kartce znajdowało się kilka pozycji ubrań (kody, ceny netto). Coś nas podkusiło i postanowiłyśmy sprawdzić, co to za ubrania i tak okazało się, że dziwnym trafem kody zgadzały się z tymi, które były w raporcie z inwentaryzacji. Później sprawdziłyśmy kolejne listy, pokrywało się prawie wszystko.

Po odkryciu incydentu poszłyśmy do kierownika, aby mógł to wszystko wyjaśnić. Odpowiedział nam, że on bierze te ubrania, ale sam za nie płaci. Na pytanie, ile w takiem razie jest pieniędzy na naszym funduszu, twierdził, że obecnie nic. Płacił sam, ale z naszych pieniędzy...

Po jego tłumaczeniu wszyscy pracownicy odeszli w praktycznie w tym samym dniu, kierownik musiał codziennie sam pracować po 12 godzin.

Po dwóch tygodniach sklep został zamknięty...

sklepy

by ~pracujacapracujaca

Do miasteczka, w którym mieszkam zawitała nowoczesność!

Do przychodni można online zarejestrować się na wizytę.

Procedura wygląda tak:
1. Na stronie przychodni zakładamy sobie konto.
2. Wypełniamy milion danych wszelakich.
3. Wybieramy, do jakiego lekarza chcielibyśmy się zarejestrować.
4. Na adres e-mail otrzymujemy potwierdzenie i nadany nam przez przychodnię numer pacjenta.

A teraz gwóźdź programu:

5. Dzwonimy do przychodni do rejestracji (podejrzewam, że wyobrażacie sobie, ile można dzwonić), dyktujemy pani z rejestracji numer pacjenta, mówimy, do jakiego lekarza byśmy chcieli się zapisać, a pani informuje, kiedy jest najbliższy wolny termin. W przypadku neurologa na przykład na ten rok już terminów nie ma.

Tego by chyba nawet Kafka nie wymyślił...

by Trepcio
Następna strona