piekielni.pl

Pokaż menu
Szukaj

O kierowcach, którzy po dobrej i prostej szosie poza terenem zabudowanym jadą 70 km/h bo więcej się boją...

Wielu czytelników takiego serwisu bierze takich kierowców w obronę, mówiąc że jadą z taką prędkością, bo prowadzą bezpiecznie. Otóż nie, nie prowadzą bezpiecznie. Strach przed jazdą 90 km/h to tylko jeden z objawów braku umiejętności, który może objawić się w kryzysowej sytuacji także przy prędkości 60 km/h. Z poważnym skutkiem.

Moja ciotka ze strony ojca jest właśnie takim kierowcą. Mówi że "pyrka sobie sześcdziesiątką", bo więcej nie umie i zawsze jakoś dojedzie.
Jakiś czas temu ciotka jechała dwupasmową drogą szybkiego ruchu. 60 km/h. Na szczęście prawym pasem. Pewnym momencie silny poryw wiatru przewrócił pustą naczepę, która zatarasowała drogę (oba pasy w poprzek, awaryjny nie). Kilka samochodów jadących lewym pasem znacznie szybciej (może i 120 km/h, bo tyle tam wolno) zdążyło wyhamować przed powaloną naczepą. Ciotka nie, mimo że hamowała z tylko z 60 km/h. Zagapiła się, zareagowała bardzo późno, przywaliła w wyhamowany samochód stojący przed blokadą drogi. Zamknęła oczy i hamowała. Jakby wiedziała że nie zdąży wyhamować, mogła odbić w prawo, zmieściłaby się pasem awaryjnym. Ale nie patrzyła, nie myślała, brak odruchów.

Morał z tego taki, że jak ktoś wie, że mu brakuje umiejętności by jechać 90 km/h, to żeby jechać 60 km/h też mu brakuje umiejętności, tylko o tym nie wie.

kierowcy

by Wuadek

"Madka" roku :D

W kawiarni mamy taki mini kącik dla dzieci, gdzie stoją dwa kosze z zabawkami i stoliczek z kredkami i kolorowankami. Cel wiadomy, coby dorośli w spokoju mogli się skupić na swoich sprawach.
Często gęsto jest tak, że zostawiają po dzieciach bałagan, a my, jako że musimy to sprzątać, zabawki z koszy znamy na wylot. Nie jest ich jakoś super dużo, ale są całkiem pokaźnych rozmiarów, minimum 30 cm i doskonale przez każdą z nas rozpoznawalne.

Dziś odwiedziła mnie mamusia z pociechą. Wypiła kawkę i jednocześnie cały czas aktywnie uczestniczyła w zabawianiu dziecka, aż mi się miło zrobiło. Do czasu, aż zauważyłam że mama wychodzi trzymając dziecko za rękę, a dziecko pod pachą dzierży jedną z kawiarnianych zabawek.

Po zwróceniu uwagi matka udawała głupią, że niby nie zauważyła, i kazała dziecku odnieść maskotkę, co na to dziecko?
- Mamo ale mówiłaś że mogę sobie wziąć...

Spaliła buraka i niemalże wybiegła ciągnąc za sobą latorośl, już bez próby tłumaczenia...

by RudaRakieta

Szkolne palarnie.

Nie sądzę, by ktokolwiek dałby radę pokazać mi chociażby jedną szkołę średnią w której palarni nie ma. Były, są i będą, nieważne jakby nauczyciele z nimi nie walczyli.

Są palarnie, są palacze, a brakuje... papierosów. Owe są więcej warte niż pieniądze, przynajmniej w moim technikum. Jeśli ma się za dobre serce, to w trzy przerwy można się wyprztykać z całej paczki.

Zasadę mam, że daję tylko tym osobom, o których po prostu wiem, że oddadzą. Bo znajomi, bo rotacja papierosów, tu ja pożyczę, ty oddasz przy czarnej godzinie.

W piątek, tenże co był, stoję kulturalnie na owej palarni, paląc ostatniego papierosa jakiego miałam. Po prostu, ostatnia sztuka, na kilka ostatnich zaciągnięć. Podchodzi dama, pyta o papierosa.
Grzecznie odpowiadam, że nie mam, ale tu mi trochę zostało, ja się w sumie napaliłam, mogę oddać.

Odmówiła. Pal licho, że odmówiła. Jak odmówiła?
- Chyba żartujesz, ciapata szma*o, po islamie nie będę palić.

Ps. Jestem Polką, urodziłam się w Polsce, żyje w Polsce. Tylko korzenie mam z Kaukazu, co widać po mojej urodzie. Ech.

szkoła

by Erick

Swojego czasu pracowałem w dosyć dużej sieciówce sportowej.
Ubrania, akcesoria, odżywki na siłownie itp.
Piekielnością prawie nigdy nie bywali klienci na sklepie, tylko przy kasie.

Któregoś razu zostałem zwyzywany chyba wszystkimi wulgaryzmami, bo spytałem klienta czy doliczać mu reklamówkę na zakupy.
Pytaliśmy o to, bo nieraz klienci woleli wziąć zakupy w rękę i iść do samochodu.
Cytuje tutaj wypowiedź klienta:

- Za kogo ty mnie masz gówniarzu?! Za jakiegoś dziada!? Powinieneś mi to za darmo dać i przepraszać!

Na moją odpowiedź że każdego o to pytam bo muszę, stwierdził że powinienem "się k**wa zastanowić zanim go o to spytam, bo zakupy duże zrobił".
No cóż zakupy za 100 zł gdzie niektórzy potrafili wydać z 600 przy kasie i nie marudzić o reklamówkę, to naprawdę "duże zakupy".

PS. Reklamówki mają być za niedługo płatne wszędzie, nie licząc tego że i tak w wielu sklepach już są.

sklepy

by ~Arenas

Głupota ludzi nie zna granic. Sytuacja z dzisiejszego poranka.

Przebywam z moim facetem u rodziny na urlopie. Jest tutaj spore osiedle domów jednorodzinnych, między którymi są jeszcze pola uprawne. Niestety pogoda jest jaka jest. Leje i lać nie chce przestać, a i ukształtowanie terenu takie, że osiedle we wgłębieniu stoi... i rzeka nieopodal spora. No i stało się. Zalewa nas i sąsiadów. Powoli na szczęście. Choć niektórzy mają już wodę w piwnicy.

Sołtys zadzwonił po OSP. Chłopaki przyjechali szybko, rozciągnęli węże, podpięli dwie pompy. Węże musiały przejść w poprzek ulicy, więc ruch został wstrzymany i wyznaczono objazd (żeby auta nie przejeżdżały po wężach pełnych wody pod ciśnieniem).

Powiedzcie mi więc, co trzeba mieć we łbach, żeby pchać się na zamkniętą ulicę widząc, że straż zagrodziła przejazd? Żeby to chociaż nie było widoczne. Ale jest oznaczone! Z jednaj strony wozy strażackie, z drugiej biało czerwone taśmy, 6 strażaków się kręci... a ludzie ślepi wpier****ją się na zablokowana ulicę i jeszcze pretensje mają.

Najlepsza była sąsiadka, która chciała wyjechać ze swojego podwórka. Zamiast pojechać w lewo, czyli w stronę objazdu, to kazała przestawić wóz strażacki, bo ona do miasta jedzie.

I tu wisienka na torcie: jadąc objazdem nadkłada się 500 m (METRÓW) drogi. Objazd jest po prostu następną dróżką osiedla.

Oświęcimskie osiedle

by wifi

A wrzucę taką krótką piekielność w związku z historią 79913, a raczej komentarzami do niej.

Wielu z Was wyraziło wówczas swoją niechęć do ekspedientek narzucających się i skaczących wokół klienta z ciągłym "Podać coś?", "Doradzić może?", "Już się pani zdecydowała?" itp. itd. Mnie też to irytuje, aczkolwiek wiem, że kobiety (albo czasem i faceci, żeby nie być niesprawiedliwym dżenderowo ;) ) robią to, co mają po prostu w standardach, nie wiedząc przy tym, kto akurat może być tym osławionym tajemniczym klientem. Trochę głupie standardy, jak na mój gust, ale takie są.

Po części zrozumiałam, z czego wynikają, gdy sama zaczęłam pracować w markecie.
Otóż, sama nie lubiąc ani jako klient ani jako ekspedientka, pięciokrotnego napraszania się, zazwyczaj przeprowadzam taki dialog:

Ja: Dzień dobry, coś panu/i podać?
Klient: Nie, ja się muszę chwilę zastanowić.
Ja: Proszę bardzo, jak coś będzie trzeba, proszę powiedzieć albo zapytać, z chęcią doradzę, a tymczasem tu sobie będę wykładać mięso.
Klient: Oczywiście.

I myślicie, że jak wygląda dalszy ciąg? Logiczne chyba, że gdy klient się zdecyduje (albo chce zapytać), to mówi: "Już się zdecydowałem, można?" czy coś w ten deseń.
Otóż badań statystycznych nie robiłam, ale na moje oko robi tak co piąty, co czwarty klient.
Co robi reszta?

Jakaś połowa stoi. I stoi. I patrzy się wściekle. I chrząka. Jeśli widzę, że klient ewidentnie już się zdecydował, to wiadomo, że podchodzę. Niestety nie zawsze widzę, bo np. kroję kości, więc stoję tyłem, bo tam mam maszynę do kości. Zazwyczaj taki klient nie odezwie się, choćbym go miała na tej pile pokroić. Czeka, aż ja znów go zaczepię z pytaniem: "No, to już się pan zdecydował?" I wtedy jest:
- NO OCZYWIŚCIE, ILE MAM JESZCZE STAĆ?!

A co z resztą, jakąś jedną piątą? Po raptem minucie stania wyjeżdżają z awanturą:
- NO ILE MAM TU JESZCZE CZEKAĆ! PANI TU POWINNA STAĆ PRZY MNIE I PILNOWAĆ, CZY JA SIĘ ZDECYDOWAŁEM JUŻ CZY NIE?! PRZECIEŻ JA NIE JESTEM OD TEGO, ŻEBY PANIĄ WOŁAĆ, PANI TU JEST OD TEGO JAK D8PA OD SRANIA (cytat dosłowny z jednego z klientów ;) ), ŻEBY STAĆ I PATRZEĆ, CZY JA JUŻ WIEM, CO CHCĘ, CZY NIE! JA SKARGĘ NAPISZĘ!

Tak więc, wiecie. Podziękujcie innym klientom za pytanie się sto razy o to samo ;)

ekspedientki; sklepy

by szafa

Historia o piekielnej urzędniczce, przypomniała mi sytuację, jak z mamą składałyśmy wnioski o alimenty z MOPS.

Generalnie sprawa zawsze wyglądała tak że prócz wniosku, zawsze trzeba było mieć tonę papierów, kser itp. Wymagane było, aby dostarczyć zaświadczenie od komornika, że egzekucja jest nieskuteczna i za każdym razem odpis wyroku alimentacyjnego, coś w tym tonie.

Ja miałam sprawę u innego komornika, siostry u innego. I o ile ten drugi nie robił problemów, o tyle pierwszy stwierdził, że mają umowę z MOPS o tym, że mają sobie te wyroki wyciągać z archiwum, bo oni nie będą co rok wydawać, bo wyrok się nie zmienia, o ile rodzic nie podniósł/obniżył alimentów.

Uzbrojone w tą wiedzę oraz stos papierów idziemy na pewniaka składać wnioski. A tam zonk. Trafiłyśmy do wstrętnej starej baby, która stwierdziła że tak łatwo nie będzie. Oczywiście doczepiła się do braku wyroku od komornika. Tłumaczymy, że komornik powiedział że nie, że mają w archiwum te wyroki itp itd. Baba że nie, wyrok musi być, koniec kropka.

Cóż, idziemy do komornika, prosić o wydanie tego świstka. Pamiętam, że miałyśmy albo oryginał tego wyroku przy sobie, albo wydaną kopię z zeszłego roku. Cóż, komornik w zaparte, nie wydają i koniec. Wybłagałyśmy żeby nam chociaż przystawiły pieczątkę, że zgodne z oryginałem, bo nam prukwa nie przyjmie. Udało się, powrót, z modlitwą na ustach żeby jej ta pieczątka wystarczyła. Babsko pokręciło nosem, ale świstek przyjęła.

Ale ale, kolejny problem. Bo mama ma inne nazwisko, a ja mam inne, widziała wyrok rozwodowy więc pyta o co chodzi. Mama tłumaczy, że po rozwodzie wróciła do panieńskiego nazwiska, u mnie nie wiedziała że może, to zostałam z nazwiskiem po ojcu. Babsko więc mówi, że potrzebne zaświadczenie z USC o zmianie nazwiska. Oczy nam prawie wypadły z oczodołów, bo jak matuala składała te wnioski od przeszło 10-ciu lat, tak zaświadczenie nie było nigdy potrzebne. Chyba już nie miała się do czego doczepić, to szukała dziury w całym.

Straciłyśmy pół dnia na coś, co powinno zająć góra pół godziny. I to nie my jedne miałyśmy problemy akurat z tą urzędniczką. Dawała się we znaki wszystkim, którzy do niej trafili. Ot, taka upierdliwa się trafiła.

urzędniczka

by mlodaMama23

Rozumiem, że małe zwierzaki są uważane za wyjątkowo urocze, ale nawet na rękach właściciela nie stają się własnością publiczną.

Dwadzieścia minut w komunikacji miejskiej i od razu: zachwycająca się starsza kobieta musiała opowiedzieć o swoich zwierzakach i pomiętosić (głaskaniem tego nie nazwę) mojego (bez pytania o zgodę oraz zwracania uwagi na fakt, że przerażony zwierzak od niej ucieka), madka z dzieckiem (madka od razu z łapami, dzieciak też chce), a na koniec jakaś laska, która szła w przeciwnym kierunku, ale i tak uznała za konieczne zaczepianie zwierzaka.
Jedynie jakąś małą dziewczynkę wspominam miło - też zobaczyła sierścia, ale ograniczyła się do "o, jaki słodki! Jak ma na imię? Mamo, też kiedyś będę takiego mieć.".

komunikacja_miejska

by ~WedrowiecDoSwitu

Wczorajszy wieczór. Wracam zmęczona z pracy, w południe sprawdzałam - wypłata już jest na koncie, więc pewna siebie idę do sklepu.

Zrobiłam małe zakupy i idę do kasy.
"Transakcja odrzucona", "Transakcja odrzucona", "Transakcja odrzucona". Trochę się zawstydziłam, zostawiłam zakupy i wyszłam.
Sprawdzam w bankomacie "transakcja odrzucona".

Ponieważ doświadczenie w pracy na infolinii mam, dzwonię do banku. Pan zweryfikował mnie na sto sposobów, już wiemy, że ja to ja.
I co wiemy?
Że transakcja odrzucona, bo brak środków na koncie. Przecież sprawdzałam i mam środki.
[K] - Niestety, nie mam dostępu do pani rachunku bankowego, musi pani to wyjaśnić w swoim oddziale banku. Pieniądze nie zostały zaksięgowane.

Nie wiem czy mogły nie zostać zaksięgowane, kiedy ja już przez Internet sprawdziłam, że kasa jest.
Bank był czynny do 15:30... Dziś rano już działało.

Reklamację złożę, tym razem chciałam zrobić tylko zakupy na kolację, ale czasem są pilniejsze sprawy i nie wyobrażam sobie nie mieć dostępu do swoich pieniędzy.

bank spółdzielczy

by CatGirl

Dojazdy do pracy z kolegami również mogą generować piekielne sytuacje.

Imię nie zostało zmienione, ponieważ idealnie pokazuje, że Janusz z imienia to janusz życiowy.

Jeździmy na przemian jeden tydzień ja i jeden tydzień Janusz. Gdyby w moim tygodniu jazdy wypadł mi urlop, to jedzie Janusz, ale za to przez kolejne 2 tygodnie jadę ja i odwrotnie. Przynajmniej tak to miało wyglądać w praktyce. Jednak ostatnio poznałem nową zasadę, którą się ten gnom kieruje:

1. Gdy Janusz wziął urlop na tydzień, w którym przypada jazda moim samochodem to mam obowiązek jechać kolejny tydzień także, ponieważ Janusz nie był wożony przez tamten tydzień i go nie uznaje.

Gdy sytuacja była odwrotna, kiedy to ja miałem wolne i kiedy on prowadził, to spokojnie zaczynałem swój tydzień jazdy po jego tygodniu i problemu nie było.

2. Janusz prowadzi swój specjalny kalendarzyk (do wglądu własnego), kto kiedy prowadził samochód i dziwnym trafem zawsze mam deficyt przejechanych dni.

W końcu miarka się przebrała.
Jak Kuba Bogu tak Bóg Kubie.

koledzy

by Truehell89
Następna strona