piekielni.pl

Pokaż menu
Szukaj

Historia domniemanej kradzieży kamerki (http://piekielni.pl/82403) przypomniała mi inną historię szybkiej zmiany właściciela przez dobra ruchome na imprezie.

Impreza była z gatunku "takich imprez nie rób u siebie w domu" - w jakimś kołchozie studenckim ktoś zaprosił kilka osób na sylwestra, ludzie zaprosili ludzi, ludzie ludzi zaprosili swoich ludzi i nagle było nas tam 30 osób na 3 pokoje. :)

Po imprezie, dnia następnego, dostałem od osoby, które mnie tam zaprosiła, sms-a, że organizator rozesłał informację, iż zaginął telefon i jeśli do następnego dnia rano się nie znajdzie, to sprawa trafi na policję.

Telefon znalazł się dość szybko - w plecaku jakiegoś chłopaczka, który gęsto tłumaczył się, że "musiało spaść ze stołu, jak rozpakowywałem flaszki!”.

Może i byśmy uwierzyli - w końcu telefony są podobne, ktoś mógł zgarnąć nie swój sprzęt, mógł faktycznie losowo wpaść, ba, nawet plecaki ktoś mógł mieć podobne i schować do cudzego.

Może i byśmy uwierzyli, gdyby nie to, że komórka była już wyczyszczona. :)

impreza; kradzież

by Grav

Generalnie kocham dzieci...

... ale nie jak drą ryja w knajpie.

Mój pies lepiej się zachowuje, a nie zabieram go ze sobą.

I tak, mam dzieci. Gdyby się tak zachowywały, to siedziałyby w domu (ze mną, rzecz jasna). I wiecie co, ten rozdarty bachor dostał nagrodę. Rodzice dali mu lizaka - pewnie żeby się zamknął (lepszy byłby knebel).

Fajnie, co?

by Margolotta

Opowiem wam dziś historię o moim sąsiedzie i jego mieszkaniu, a raczej tym, co z tego mieszkania zostało po jego rządach. Uprzedzam, że może to być nieco przydługa historia.

Zacznijmy od rzeczonego sąsiada i na potrzeby opowiadania nazwijmy go Janusz. Imię jak najbardziej adekwatne (jeśli chodzi oczywiście o stereotypy jego dotyczące). Janusz jest bowiem żywcem wyjętym bohaterem wszystkich nosaczowych memów. Gruby, gburowaty, ubrania jak z lat 80. ubiegłego wieku i uważa się za geniusza biznesu oraz życia. Brakuje jeszcze tylko tego, aby jeździł passatem. Posiada on żonę, nazwijmy ją Halina, oraz córkę i syna (z tego samego małżeństwa). No, może jeszcze tym się różni ta rodzina od tej memicznej, że dzieci to nie Brajan, Dżesika, Karyna czy Pjoter. Mają raczej "standardowe" imiona.

Przejdźmy do historii właściwej. Jakiś czas temu Janusz z rodziną kupili uroczy dom na przedmieściach. Oczywiście zaciągnęli taki kredyt, że jeszcze dzieci będą go spłacać, ale teraz nie o tym. Chodzi o to, że wcześniej mieszkali w mieszkaniu w kamienicy w jednej z typowych szarych, ponurych i niebezpiecznych dzielnic. Mieszkanie miało całe zawrotne 30 metrów kwadratowych i nieremontowane było od około tylu właśnie lat. Możecie więc sobie wyobrazić, że rodzinka z chęcią się stamtąd wyrwała i przeprowadziła do domku z ogrodem. Wszyscy spodziewali się, że Janusz (na niego bowiem tylko było mieszkanie, gdyż kupił je jeszcze przed ślubem, a potem narzucił Halinie intercyzę) sprzeda mieszkanko, jednak ten zadziwił cały świat i postanowił zatrzymać tę klitkę.

Po co? "Bo dobrze jest być właścicielem ziemskim" - jego autentyczna odpowiedź. Halina prosiła, groziła rozwodem i błagała, żeby sprzedał to mieszkanie, jednak on ani myślał. Za każdym razem, gdy powracał ten temat, żona słyszała, że jest "głupią kur*ą", a on prawdziwym posiadaczem imperium nieruchomości. Żeby chociaż chciał to mieszkanie wynająć, ale nie! Zamknął na cztery spusty, pozamykał okna, zrobił z całego mieszkania graciarnię i zapomniał o nim na blisko pięć lat.

Dokładnie tak, pojawiał się tam jedynie sporadycznie. Kamienica znajduje się dość blisko stadionu, więc jeździł tam tylko wtedy, gdy był jakiś mecz i z miasta zjeżdżali się kibice. Nazywał to "stróżowaniem", bowiem mieszkanie mieściło się na jednym z niższych pięter i parę razy się zdarzyło, że jakiś sebix rzucił w okno butelką czy kamieniem. Więc gdy tylko w telewizji ogłaszano mecz rozgrywany w naszym mieście, Janusz pakował się do swojego auta, jechał do mieszkania i zostawał nim na góra półtora dnia, aby żaden kibol niczego nie uszkodził. Tylko wówczas klitka powracała z zapomnienia.

Lata mijały, mieszkanie pustoszało, na ścianach pojawiał się ponoć grzyb, gdyż Janusz z sobie tylko wiadomych powodów pozakręcał grzejniki. Armatura w łazience zardzewiała, a stare łachy pozostawione w szafach zatęchły i stały się pożywką dla moli. Nie trzeba było długo czekać, aby osiedlowi muszkieterowie zorientowali się, że mieszkanie stoi puste i się włamali. Powynosili wszystko, co nie rozpadało się w rękach, a Janusz został sam z ogołoconym mieszkaniem. Wtedy właśnie skonkludował, że może faktycznie trzeba je sprzedać, ale jak sprzedać.

On, Halina i rzeczoznawca pojechali do mieszkania celem wyceny. Było ono w takim stanie, że ekspert stwierdził, że jeśli Janusz otrzyma za nie 100 tysięcy, to będzie cud. I wiecie, co zrobił Janusz? Zażądał za 30 metrów kwadratowych... 800 tysięcy. Właśnie tak. Jeszcze raz to napiszę - 800 tysięcy, bo "to jest sentyment, historia rodzinna i dziedzictwo". Chciał chyba też tym sposobem spłacić kredyt na dom. Rzeczoznawca nie wytrzymał i parsknął śmiechem, na co Janusz kazał mu "wypie*dalać z jego domu" i zamknął mieszkanie na kolejnych wiele miesięcy.

Kolejnych parę lat upłynęło pod znakiem może pięciu meczy i jeszcze jednego włamania. Tym razem gagatki uciekły z drzwiami i prawie całą porcelaną z łazienki (sedes, umywalka itp.). Janusz ponownie powrócił do tematu sprzedaży i postanowił zbić cenę do "zaledwie" 700 tysięcy. Samemu zamieścił na wszystkich możliwych stronach ogłoszenia, ale nikt nie upadł na głowę, aby skorzystać z tej "okazji". Janusz po około pół roku usunął więc ogłoszenia i postanowił, że mieszkanie chyba do grobu ze sobą zabierze. Jednak nie było mu to dane.

Nastał czas kolejnych rozgrywek, więc w auto i do mieszkania. I co Janusz zastał w środku (drzwi kupił nowe)? Pijacką melinę. Kilku bezdomnych i to tych z gatunków najbardziej zdegenerowanych i upodlonych znalazło sobie lokum. Sterty puszek po piwie, jabolach, wódzie, czarno od papierosowego dymu i smród taki, że Janusza aż odrzuciło po otworzeniu drzwi. W przeciwieństwie do drzwi, sedesu nie kupował, wobec czego panowie pijaczkowie, kolokwialnie mówiąc, srali po prostu w pozostały po nim otwór w podłodze. Dodatkowo jakiekolwiek rzeczy, jakie jeszcze tam pozostały zostały wyniesione przez żuli w celu pozyskania funduszy na ich spółki alkoholowe. Janusz przezwyciężył smród, wszedł do środka, wpie*dolił menelom i wyrzucił z kamienicy. Następnie uprzątnął resztki mieszkania, co polegało na tym, że wszystkie butelki, śmieci, pety i produkty przemiany materii (nakupił w pobliskim sklepie rękawiczek gumowych, worków foliowych i odświeżaczy powietrza) po prostu, jak to Janusz, powyrzucał z balkonu na wspólne podwórko lokatorów kamienicy i tak zostawił. Następnie wypsikał wszystkie kilkanaście odświeżaczy, aż na podłodze zrobiło się mokro od propelentu (niewiele ponoć pomogło) i jednak nie zdecydował się zostać w mieszkaniu na czas trwania meczu (szczęśliwie nic się z tego tytułu nie stało, ale najgorsze miało dopiero nadejść). Doszedł też do wniosku, że nie odzyska straconych mebli, więc postanowił jedynie zabezpieczyć się na przyszłość.

I po takim doświadczeniu co zrobił Janusz? Porządnie uprzątnął, sprzedał, wynajął? Nie! Kupił dodatkowy zamek, zamontował przy drzwiach i ponownie zapieczętował komnatę. Kolejnych kilka miesięcy później oglądała w domu rodzinka kanał regionalny i co pojawiło się w wiadomościach? "Wybuch w kamienicy na ***. Trwa akcja ratunkowa". Janusz rozpoznał swoje "dziedzictwo", które teraz było tylko kupą gruzu i czym prędzej cała rodzinka pognała na miejsce, zobaczyć, co się stało.

Dojście do przyczyn wybuchu trochę zajęło, ale w końcu wszystko wyjaśniono. Otóż przyczyną katastrofy był wybuch gazu w Januszowym mieszkaniu, a co było przyczyną wybuchu gazu? Uszkodzona instalacja gazowa. Nikt szczęśliwie nie zginął (godziny raczej południowe, a praktycznie cała społeczność kamienicy to byli ludzie pracujący), za to jedna osoba, która była tam w momencie wybuchu wszystko opowiedziała. Tą osobą był jeden z żuli. Po długiej rehabilitacji w szpitalu wszystko wyznał. Co się okazało?

Jakiś czas po porządkach Janusza i wyrzuceniu ekipy pijaków z mieszkania, ponownie udało im się tam dostać i znaleźć swoją mała ojczyznę, widząc, że mieszkanie dalej stoi puste. Już uprzednio niemal wszystkie stare meble wyprzedali na alkohol, więc teraz zabrali się za kuchnię. Postanowili opchnąć kuchenkę gazową i przez przypadek doprowadzili do ulatniania się gazu. Przy najbliższej okazji zapalenia papierosa, jedna iskra z zapalniczki wystarczyła, aby zdmuchnęło pół kamienicy. Taki był kres Januszowego "dziedzictwa".

Nie było ono ubezpieczone od ładnych paru lat, wobec czego Janusz może spodziewać się kłopotów prawnych z tytułu niedopatrzenia i pośredniego narażenia wielu osób na utratę zdrowia lub życia (zdrowie ileś z nich faktycznie straciło). Oto, jaki z niego "geniusz życia”. Prawdopodobnie do comiesięcznych rat kredytu za dom dojdą dodatkowe koszty. Wiem też, że nie układa mu się za dobrze od czasu wybuchu z Haliną. Nie mam pojęcia, czy ta rodzina jeszcze się pozbiera finansowo i życiowo, bowiem dzieci też mają pretensje do ojca o to, co się stało.

Wiem, że historia może wyglądać na nieprawdopodobną, ale stało się to naprawdę. Jak to mówią słowa pewnej piosenki, co może odnosić się do Janusza - "I've never seen a man like that before".

sąsiad

by ~janusz12345678900

Opieka dentystyczna na NFZ.

Istnieje? Istnieje!

I chyba tylko taka jej zasługa, że istnieje.

Mam dane sprzed około 10 lat (po tym czasie wystrzegam się jej jak ognia), więc nie wiem, czy moje informacje są aktualne. Wtedy „za darmo” - czyli za ściągane miesiąc w miesiąc składki - należało się: leczenie zębów przednich od jedynki do trójki (z tym, że plomby tylko „srebrne” – amalgamatowe, które mocno „prześwitywały” i po kilkunastu latach należało je wymienić, a za „białe” się dopłacało) i RWANIE!

Właśnie RWANIE! Moja pani stomatolog, oczywiście prywatna, stwierdziła, że mojej prawej, dolnej siódemki uratować już się nie da, ponadto nie jest mi ona do życia niezbędna, zatem powinnam się z nią rozstać i to szybko. Koszt był wysoki, zatem pogłówkowałam i wykoncypowałam, że skoro płacę już x lat na NFZ, z usług którego do tej pory nie korzystałam to MISIE NALEŻY!

W ramach MISIE NALEŻY zapisałam się do Państwowej Przychodni Stomatologicznej. W umówionym dniu przybyłam na mój MISIE NALEŻY darmowy zabieg wyrwania siódemki.

Siedząc już na fotelu tortur z rozwarciem 100 stopni (buzi, niech nikt sobie nic nie dopowiada :)) ), dowiedziałam się, że za darmo (czyli za moje składki) to dostanę znieczulenie „państwowe”, a jeśli chcę znieczulenie skuteczne, to muszę dopłacić 20 zł za zastrzyk. Suma ogromem nie przerażała - dopłaciłabym, ale tak się składa, że nie używałam (i nadal nie używam) gotówki i nie dysponowałam nią. Od co najmniej 15 lat posługuję się tylko i wyłącznie kartą i nie pamiętam, kiedy miałam w ręku prawdziwy banknot. Tak mam i już. Wtedy też tak było. Nie miałam tej sumy w gotówce. Zaproponowałam zatem uprzejmie, że „ oo aaaa ooczeee do anomatuu (to ja skoczę do bankomatu)” ale nie wyrażono na to zgody, za późno, inni pacjenci czekają.

No cóż, raz kozie śmierć. Przynajmniej nie zaoferowano mi kołysanki „aaa, kotki dwa” lub też „znieczulenia młotkowego” (młotkiem w łeb), zatem „niech się dzieje wola nieba”! Dawaj pan „państwowy” zastrzyk!

Dostałam, a jakże. Nie jeden, lecz trzy. Stomatolog był miłym, uczynnym, młodym chłopakiem. Naprawdę nie miał w planach torturowania mnie. Tyle tylko, że te zastrzyki nie miały absolutnie żadnego działania (przynajmniej na mój organizm) i w rezultacie moja wspaniale ukorzeniona i mocno przywiązana do mojej osoby siódemka opuściła moją osobę na „pełnym żywcu”.

Ten ból porównuję tylko z późniejszym porodem.

Nigdy więcej „darmowej opieki dentystycznej”!!!

by KatzenKratzen

Pracuję jako informator turystyczny. Rzecz dotyczy toalet.

Obok mnie, na moim poziomie, jest toaleta dla niepełnosprawnych. Toaleta dla zdrowych osób jest nade mną, dosłownie 6 stopni wyżej.

1) Do toalety dla niepełnosprawnych pakują się ludzie, którzy są całkiem zdrowi i to z dziećmi, bo po co się fatygować, wychodzić na górę, pilnować dziecka i ewentualnie się z nim użerać. Akurat w tym czasie może ktoś będzie miał potrzebę skorzystania z owej toalety, bo np. jest na wózku lub ma kłopoty z wejściem po schodach. Kolejna taka toaleta znajduje się na piętrze i trzeba się pofatygować windą, co, jak na jednorazową przygodę z toaletą, nie jest przyjemne. Do tego osoba, której zwraca uwagę ktoś z rodziny, albo się patrzy spod byka, albo po prostu ją ignoruje. Jeszcze inni mówią: „przecież to wszystko jedno”. Nie, kurde, nie wszystko jedno!

2) Jestem kobietą, ale niestety muszę skrytykować płeć piękną. Męska toaleta tak rano, jak i wieczorem przy wychodzeniu z pracy jest czysta, ręczniki są na swoim miejscu, woda nieporozlewana i prawie nigdy w niej nic nie brakuje w trakcie mojej zmiany. Damska natomiast to istny armagedon! Nie dość, że zachlapana (bo nie da się otrzepać rąk nad zlewem, tylko na płytki), to jeszcze do tego, jak przewali się przez nią 50 osób z grupy, wygląda jak bajoro albo kałuża po deszczu. Na domiar złego ręczniki zawsze są porozrywane i porzucone na ziemi w bajorze. Nikt tego nie podniesie, muszę to robić ja.

Kosze zawsze są pełne, obok koszy pełno ręczników. Nikt się nie pokwapi, żeby chociaż wycelować do kosza. Obok toalet zawsze jest coś porozwalane, ciężko mi o tym pisać, ale niejednokrotnie kobiety załatwiają potrzebę poza porcelanką. Jak to możliwe?! Jesteśmy kobietami i to my powinnyśmy dbać o czystość i dawać przykład. Na ogół jesteśmy zadbane, ubrane schludnie, jakbyśmy opuściły dopiero co salon mody. Jak to ma się do toalet?! Dlaczego kobiety mogą wszystko porozwalać? Potem muszę ja się w tym babrać i czyścić łazienkę parę razy, jak można zostawić ją w takim stanie? Nie wymagajmy od mężczyzn, jeśli same nie umiemy utrzymać porządku.

Naprawdę nie da się nie przyklejać żenujących karteczek: "zachowaj czystość"?

(pewnie przewali się zaraz fala krytyki ze strony kobiet)

toalety

by kattie27

Mieszkam na nowym osiedlu, gdzie mieszkają w większości młode małżeństwa. Co za tym idzie, wszędzie jest mnóstwo dzieci. Blok jest długi, przy jednym krańcu znajduje się plac zabaw, a przy drugim parking. Moje mieszkanie jest położone w tym szczycie przy parkingu, od placu dzieli mnie jakieś 9 klatek.

Godzina 8:00. Od rana nie mogę spać, bo na placu zabaw jakieś dziecko krzyczy tak, że nawet u mnie słychać. Czekam, aż się przymknie. Pół godziny, wyglądam przez okno - mała dziewczynka biega z krzykiem, a babcia siedzi sobie na ławeczce. Okej. Znowu czekam.

Kolejne pół godziny. To samo. Dzieciak chodzi/biega po placu, zatrzymuje się w losowych miejscach i po prostu wrzeszczy "aaaaaaaaaaa". Już mnie trochę wk*rw bierze, bo chcę się uczyć do egzaminu, a to wycie po prostu przeszkadza. Wychodzę na balkon i krzyczę:

- Czy mogłaby pani jakoś uciszyć to dziecko? Aż u mnie słychać!

Na co pani odwrzaskuje:

- Nie, nie mogę, spier***j, dziecko musi się wykrzyczeć, bo inaczej się stresuje!

Na placu zabaw jest dużo urządzeń dla dzieci, czy naprawdę tak trudno zorganizować dziecku jakąś zabawę, wsadzić na huśtawkę czy karuzelę i się nim zająć, zamiast po prostu puszczać samopas i mieć w poważaniu?

Uprzedzając: dziewczynka nie jest upośledzona, nie mam pojęcia, dlaczego tak wrzeszczała.

piekielna babcia

by hejter

Mieszkam w dużym mieście nad morzem, dużo atrakcji dla dzieci i dorosłych. Moja siostra (S) mieszka w podobnym mieście, tyle że w górach. Mamy po dwójce dzieci w tym samym wieku i bardzo często, gdy jest jakieś dłuższe wolne, odwiedzamy się. Dzieciaki mają się z kim bawić i w obu miastach można zabrać je w ciekawe miejsca.

Mamy swoją zasadę, że, jadąc do siebie nawzajem, kupujmy jedzenie dla wszystkich i gotujemy. Wiecie, nie płacimy wtedy za prąd, wodę, to chociaż tak sobie odpłacamy.

Kolejną zasadą jest, że będąc u mnie, ja wszędzie nas wożę, a będąc w górach, siostra. Wiadomo, za paliwo nie wołamy.

No i było tak pięknie już od kilku lat. W tym, niestety, to się zmieniło.

Nie wiemy, jak, ale chyba od naszej mamy, kuzynka (K) dowiedziała się o naszych wyjazdach i w ostatnią majówkę (akurat siostra przyjeżdżała do mnie), postanowiła dołączyć. K mieszka w centrum Polski, więc umówiły się, że S, jadąc do mnie, ją zabierze. K też ma dziecko, wiecie, myślałyśmy, że im nas więcej, tym weselej. O my naiwne.

Przedstawiłyśmy K nasze zasady. Na tę o jedzeniu tylko krzywo się uśmiechnęła i coś bąknęła.

A potem zaczęły się różne mniejsze i większe "sytuacje".

Jedzenie:
Widzimy, że K coś gotuje. Zbliżała się pora obiadu, myślałyśmy, że w związku z naszymi zasadami, ugotuje dla wszystkich. Jednak nie. Dodatkowo zdziwiła się: "Cooo? To ja mam teraz gotować dla aż ośmiu osób? Myślałam, że żartowałyście z tym gotowaniem. Przecież to tyle roboty!”.
(Mąż S nie mógł przyjechać, a mój był akurat na wyjeździe, z którego nie opłacało mu się wracać na kilka dni na majówkę, tak to byłoby aż 10 osób). No ok. S ugotowała obiad dla nas. Następnego dnia S znowu robi obiad, tym razem pierwsza. Nauczona poprzednim dniem, nie zrobiła dla K. I rozkręciła się afera. "Przecież mówiłaś, że gotujemy dla wszystkich! Co my teraz zjemy? No i co z tego, że ja wczoraj nie ugotowałam dla was!".
Jakoś to wyjaśniłyśmy. Do końca pobytu S gotowała dla siebie i dla mnie, K dla siebie.

Zakupy:
K kupowała tylko dla siebie. Niby mogły z S złożyć się po połowie, ale nie chciała. Jeszcze byśmy z S to przeżyły, gdyby K nie zjadała sporej części tego, co kupiła S. To też załatwiłyśmy, ale za to spotkał nas jednodniowy foch ze strony K.

Paliwo:
Była umowa, ja płacę nad morzem. No to jeździłyśmy, a K z nami. Jeździłyśmy naprawdę sporo, K nawet nie zająknęła się co do zrzutki na paliwo, chociaż S często, trochę dla jaj, żeby zobaczyć reakcję K, zaczynała dyskusję na ten temat.

Atrakcje:
Chyba najgorsza część. Stały tekst typu: "No ja jestem w gościach, to mogłybyście za mnie zapłacić", wtedy po postu płaciłyśmy za siebie i wchodziłyśmy, a co K zrobi, to jej sprawa.

Na szczęście nadszedł koniec majówki i K wyjechała.

Piszę o tym teraz, bo przed chwilą dostałam sms-a od K, kiedy jadę do S w góry, bo chętnie się zabierze. To nawet nie było pytanie, tylko oznajmiła, że jak będę znała termin, mam jej dać znać.

Na szczęście, tym razem jadę z mężem, więc nie ma miejsc w samochodzie, a, znając K, sama nie wyda tyle kasy, żeby tam pojechać.

Dla wyjaśnienia, tam gdzie piszę ja/mnie, S lub K, chodzi też oczywiście o dzieci.

by Doska

Historią to nie jest, ale muszę się wyżalić.

Sam jestem palaczem, ale rzucanie petów, gdzie popadnie, podczas gdy do kosza są może 3, góra 10 metrów, jest dla mnie rzeczą trudną do zrozumienia. I to bez znaczenia, czy to chodnik przy głównej ulicy, mała uliczka osiedlowa, czy ścieżka w parku - wszędzie walają się pety, co z całą pewnością nie nadaje walorów artystycznych tym miejscom.

Może to dziwactwo z mojej strony, ale wolę przejść nawet tych kilkanaście metrów z petem w ręku i wyrzucić go do kosza, niż rzucić go byle gdzie. Prawdopodobnie mam to z tego, że za młodości uzbierałem się petów, pracując jako chłopiec na posyłki w ośrodku wypoczynkowym.

Ogólny apel do palaczy: trochę kultury, do cholery!

Chyba wszędzie

by dymek91

Przypomniała mi się historyjka z czasów gimnazjum.

Kolegowałem (teraz mamy chłodniejsze kontakty, ale nie przez historię) się kiedyś z chłopakiem, który był bogaty. Zawsze najnowsze smartfony, które zmieniał co 2-3 miesiące, zegarki i okulary po 300 zł. Taki typ osoby, ale z charakteru dało się dogadać. Pod koniec roku szkolnego stwierdził, że zrobi grilla. Ok, zaprosił z 6 osób, w tym mnie, i podczas grilla chwalił się nową kamerką GoPro.

Nikt się za bardzo nie przejął, więc odniósł ją do biura ojca. Pod koniec grilla pomagamy sprzątać, zabieramy to, co można i gospodarz nas poodprowadzał (wszyscy mieszkaliśmy na tej samej ulicy).

Następnego dnia rano budzi mnie i moich rodziców dzwonek do drzwi. Otwieram i co widzę? Policję.

Ktoś ukradł kamerkę i jestem jednym z głównych podejrzanych. Rodzice biorą na spytki, bo nie tak mnie wychowywali, zaprzeczam, że ukradłem, wierzą. Rozmowa z policjantami, na komendę nie biorą, bo wyczerpaliśmy temat i zgłoszą się potem, jak będzie trzeba.

Potem dostaję wiadomości od znajomego, żebym się przyznał, on jest pewien, że to ja i jak oddam kamerkę, to nic się nie stanie. Takie tekściki trwały chyba z 3-4 dni i nagle wiadomość, żebym przyszedł do niego i dał znać innym, co byli na grillu.

Przyszliśmy wkurzeni, po drodze dowiedziałem się, że te same wiadomości dostały 3 inne osoby. Stoimy przed nim, a on cały czerwony przeprasza nas za całą sytuację. Kamerka się znalazła, a gdzie była? W biurze pod teczkami i dokumentami. Ojciec znajomego po pracy rzucił byle gdzie dokumenty i potem nie mógł znaleźć kamerki.

Znajomy oskarżenia wycofał, ponownie przepraszał, a ja zapytałem, czemu wysłał tylko do 4 osób wiadomości? „A, bo X i Y mają pieniądze, a wy nie”.

Nie mamy pieniędzy, w sensie nasi rodzice zarabiają mniej niż 10 tysięcy.

Znajomy Pseudokradzież

by Althing

O piekielnej nauczycielce.

Tu zaznaczę, że działo się to, gdy miałem 13 lat, byłem w 6 klasie.

Pewnego razu nasza klasa dostała możliwość wyjazdu na basen (klasa, która miała ten basen planowo, była na wycieczce). Kiedy przyszedł ten dzień, nasza wychowawczyni się spóźniła, więc na basen przyjechaliśmy spóźnieni. Od początku była ona bardzo poddenerwowana.

Z głównego holu prowadził korytarz, rozdzielał się on na 2 wejścia do szatni. Męskiej i żeńskiej.

Pora była dość wczesna, więc ogólnie była tylko nasza klasa. Po kilku minutach chłopcy i dziewczyny udali się do swoich szatni. Wielu z nas (chłopców) należało do jednego klubu piłkarskiego, toteż nagość nie była nam obca. Kiedy weszliśmy do szatni, od razu rozebraliśmy się i w stroju Adama udaliśmy się pod prysznice.

Ja umyłem się dość szybko. Podszedłem do ściany łączącej część prysznicową z szatnią i wziąłem moje kąpielówki. W tym momencie drzwi od szatni się otworzyły, a przez nie wpadły przebrane już dziewczyny, a za nimi pani. Na szczęście już miałem na sobie kąpielówki. W gorszej sytuacji byli ci, co zostali pod prysznicami. Wielu z nich zdążyło się zasłonić, jednak dwóch chłopców jeszcze myło wtedy głowę. Mieli zamknięte oczy, więc nie zdawali sobie sprawy z tego, co się stało. Stali nadzy, nadal myjąc głowę. "Obudziły" ich dopiero chichoty dziewczyn. Chłopcy byli coraz bardziej zawstydzeni. Dziewczyny po kilku chwilach zostały wygonione przez idącą za nimi nauczycielkę...

Dlaczego one przeszły przez męską szatnię? Otóż w korytarzu łączącym damskie prysznice z basenem jakiejś sprzątaczce wylały się chemikalia. Nauczycielka nakrzyczała na nią, że "tracimy cenny czas". Kazała dziewczynom przejść przez męską szatnię. Może myślała, że wszyscy myją się w kąpielówkach?

Kto był piekielny?

Nauczycielka, bo nie chciała poczekać, aż sprzątaczka zajmie się chemikaliami?
Dziewczyny, bo nie uprzedziły chłopców o wejściu do szatni?
A może my, bo myliśmy się nago?

basen prysznic

by ~Patryk23156
Następna strona